Pomysł portu na Jamnie wraca regularnie. Wraca, bo jest zbyt sensowny, żeby całkiem umrzeć, i zbyt duży, żeby dało się go łatwo zrealizować. To projekt, który drażni wszystkich wyznawców małości. Tych, którzy na każde ambitniejsze przedsięwzięcie reagują odruchowo: „to się nie uda”, „to za drogie”, „to nierealne”, „to fantazja”. W Polsce takich ekspertów od niemożliwości nigdy nie brakuje. Są obecni wszędzie tam, gdzie trzeba coś zbudować, pomyśleć odważniej albo wyjść poza administrowanie bylejakością.
Wiekowa wizja
A przecież historia Koszalina pokazuje jasno: to miasto od wieków próbowało zbliżyć się do morza nie tylko geograficznie, ale także gospodarczo i symbolicznie. Już w średniowieczu kupowano ziemie wokół Jamna, by mieć dostęp do jeziora, a dalej do Bałtyku. Potem pojawiały się kolejne koncepcje. W PRL-u rysowano porty, kanały, stocznie, przedłużenia ulic, śmiałe układy komunikacyjne. Wszystko wyglądało dobrze na papierze. Jak zwykle. Wiele rzeczy w tym kraju świetnie wygląda na papierze. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba papier zamienić na beton, stal, decyzje i pieniądze.
Koszalin to nie Gdynia
Dlatego właśnie tak ciekawa była wizja profesora Witolda Andruszkiewicza. Bo to nie był kolejny megalomański sen o Koszalinie jako drugiej Gdyni. To nie była bajka o dźwigach, kontenerach i przemysłowym imperium. To było myślenie o porcie turystyki morskiej. O marinach, żeglarstwie, ruchu jachtowym, rekreacji, usługach, nowoczesnej gospodarce czasu wolnego. Czyli dokładnie o tym, co dziś ma sens. Profesor widział coś, czego wielu lokalnych realistów nie potrafi dostrzec nawet teraz: że nowoczesność nie polega na kopiowaniu wielkich portów towarowych, tylko na znalezieniu własnej specjalizacji.
Prezydent Koszalina wkracza do gry
I oto dziś, po latach, temat znów wraca. Tym razem za sprawą prezydenta Koszalina Tomasza Sobieraja, który postanowił nie traktować sprawy jak kolejnego jubileuszowego sloganu, lecz jako punkt wyjścia do realnych działań. List intencyjny podpisany 22 września 2025 roku przez pięć samorządów to nie jest jeszcze przełom historyczny, ale jest czymś znacznie cenniejszym od kolejnej efektownej konferencji: sygnałem, że ktoś wreszcie próbuje nadać tej sprawie strukturę, partnerów, kierunek i sens. Z tego powodu ruszyły kolejne działania: spotkania z Wodami Polskimi, rozmowy z samorządami, konsultacje z Jacht Klubem Koszalin, przedstawicielami biznesu i innymi interesariuszami. W lutym 2026 roku do sygnatariuszy trafił szczegółowy kwestionariusz, który ma pomóc stworzyć pierwsze naprawdę spójne opracowanie dla całego obszaru oddziaływania jeziora Jamno.
Bałtyk to już nie marzenie
I tu trzeba powiedzieć jasno: jeśli z tego projektu coś ma być, to teraz zaczyna się moment najtrudniejszy. Nie na etapie marzenia, tylko na etapie żmudnej roboty. Ankiety, uzgodnienia, analizy, środowisko, hydrotechnika, własność gruntów, przebudowa mostu, śluza, wrota sztormowe, marina, finansowanie, kompetencje Wód Polskich, Urzędu Morskiego, samorządów, prywatnych właścicieli. To nie jest film promocyjny. To jest test dojrzałości lokalnej klasy politycznej i administracyjnej.
Bo prawda jest brutalna: Koszalin nie cierpi dziś na brak pomysłów. Koszalin cierpi na chroniczny deficyt konsekwencji. Tu od lat nie brak opowieści o szansach, możliwościach, atutach i potencjale. Brakuje natomiast determinacji, by zaryzykować coś większego niż bezpieczne zarządzanie zastanym stanem rzeczy. Za często zadowalamy się rolą „solidnego miasta regionalnego”. Tylko że „solidne miasto regionalne” to określenie, które dobrze brzmi wyłącznie w urzędniczych prezentacjach. W realnym świecie miasta albo walczą o swoją przyszłość.
Nie godzimy się na przeciętność
Przeciętność to najgroźniejsza pułapka dla Koszalina. Nie spektakularna katastrofa. Nie wielki kryzys. Tylko właśnie to spokojne osuwanie się w model miasta, które niby funkcjonuje, niby ma uczelnię, niby ma kulturę, niby ma położenie, ale niczego z tego naprawdę nie przekuwa w nową energię rozwojową. Port na Jamnie jest tak ważny właśnie dlatego, że wykracza poza samą inwestycję. On stawia fundamentalne pytanie: czy Koszalin chce być miastem ambicji, czy miastem wymówek?
Bo od czego w ogóle są samorządy, jeśli nie od tego, by próbować zmieniać przyszłość swoich miast? Od przecinania wstęg przy drobnych remontach? Od publikowania ładnych postów o „dialogu” i „otwartości”? Od administrowania ruchem jałowym? Port na Jamnie to sprawdzian, czy lokalna polityka potrafi jeszcze myśleć kategoriami pokolenia, a nie najbliższego kwartału.
Ważne jest też to, że ten projekt może wreszcie nadać Koszalinowi wyraźniejszą tożsamość. Dziś miasto znajduje się w niewygodnym położeniu pomiędzy silniejszymi markami regionu. Nie jest typowym kurortem nadmorskim, nie jest wielkim portem, nie jest metropolią. I właśnie dlatego potrzebuje własnej opowieści. Własnego znaku rozpoznawczego. Własnego sensu. Port turystyki morskiej na Jamnie mógłby być czymś takim. Nie kopią cudzych sukcesów, ale własnym modelem rozwoju. Opartym na wodzie, turystyce, rekreacji, żeglarstwie, usługach i wykorzystaniu położenia, które od zawsze było atutem, tylko zbyt rzadko traktowano je serio.
Upór ma sens
Najgorsze, co można dziś zrobić, to zabić ten pomysł szyderstwem albo rozwodnić go w biurokratycznym bełkocie. Jedno i drugie jest w Polsce równie prawdopodobne. Albo ktoś powie, że to bajka dla naiwnych, albo ktoś inny zasypie temat tyloma analizami, procedurami i konsultacjami, że za kilka lat nikt już nie będzie pamiętał, po co to wszystko się zaczęło. Tymczasem potrzebne jest coś znacznie prostszego i znacznie trudniejszego zarazem: upór.
Upór, by nie odpuścić po pierwszym problemie. Upór, by nie schować projektu do szuflady przy pierwszej politycznej zmianie nastrojów. Upór, by nie sprowadzić całej sprawy do marketingowego hasła o „otwarciu na morze”. Bo jeśli to ma być tylko slogan, to lepiej w ogóle nie zaczynać. Ale jeśli za tym ma pójść prawdziwa robota, to Koszalin może zrobić coś, czego od dawna nie zrobił: zaskoczyć samego siebie.
Czas nacisnąć tę klamkę
Port na Jamnie jest dziś właśnie takim papierkiem lakmusowym. Nie tylko dla prezydenta, nie tylko dla samorządowców, nie tylko dla urzędników i ekspertów. Także dla mieszkańców. Bo w końcu trzeba odpowiedzieć sobie uczciwie: czy chcemy, by Koszalin był miastem, które wreszcie naciska klamkę, czy takim, które przez następne trzydzieści lat będzie tylko opowiadać, że za tymi drzwiami na pewno jest coś ciekawego. Bo może najwyższy czas przestać mówić, że morze jest blisko. I zacząć robić wszystko, by wreszcie naprawdę było nasze.