Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.
7 Kwietnia 2021 godz. 8:41
Kuka, fot. rawpixel.com
 

Pracujesz w domu? Zadbaj o cyberbezpieczeństwo!

Zmuszeni do pracy online w domu naraziliśmy własne komputery, sieć domową oraz firmę na cyberataki. Paradoksalnie to nie my, a właściciele firm, lekceważąc cyberbezpieczeństwo są odpowiedzialni za możliwość internetowego przestępstwa. Zgodnie z zaleceniami premiera - gdzie było to możliwe – biura zamieniliśmy na pracę zdalną. Nowy model pracy, oprócz braku jakichkolwiek regulacji prawnych w tym zakresie, przyniósł  jakże ważną wadę – cyberbezpieczeństwo. W firmach przed pandemią zespoły IT dbały na co dzień o prawie beztroskie używanie przez nas internetu. Nowy model pracy online przyniósł jednak nowe zagrożenia. Pracując w domu, nasza sieć i komputer narażeni są na wiele nowych ataków. A pomysłowość oraz kreatywność atakujących ogranicza jedynie ich wyobraźnia.  Pracownicy w większości wykorzystują urządzenia mobilne do pracy. Podczas porannego spaceru z psem sprawdzają na przykład skrzynkę mailową. Ze względu na obowiązkowe noszenie maseczki czynność ta wiąże się z pewnym kłopotem, a dokładnie z odblokowaniem smartfona. Te nowsze modele nie rozpoznają naszej twarzy w masce, a odblokowania poprzez odcisk palca też nie jest wcale łatwe. Bo cały czas – mimo kalendarzowej wiosny – jest zimno. Pozostaje zatem wstukanie kodu. A na ten moment czyha właśnie przestępca. I tu pierwsza rada: warto zadbać o to, by kod składał się z nieco trudniejszej do odgadnięcia kombinacji cyfr niż popularne: 1111, 1234, 0000 itp. W większości smartfonów istnieje możliwość podniesienia poziomu bezpieczeństwa poprzez wybranie dłuższego niż standardowy 4-cyfrowy kod blokady. Powinniśmy z niego skorzystać. Pamiętajmy: cyberzagrożenia mogą przybierać i przybierają wiele form. Tak naprawdę, to na każdym kroku w sieci jesteśmy narażeni na potencjalne niebezpieczeństwo. Urządzenia mobilne są bardziej narażone na kradzież lub zgubienie. Zabieramy je ze sobą wszędzie, i nie trudno przy tym o taki rozwój wypadków. Musimy wiedzieć, że taki typu phishing są skuteczniejsze, gdyż są przeprowadzane na urządzeniach mobilnych. Mniejszy ekran utrudnia nam odróżnienie złośliwego emaila lub fałszywej strony. Napisaliśmy phishing… A co to jest?  Zakładam, że zdecydowana większość z nas nie potrafi podać nawet szczątkowej definicji tego ataku, więc jak może bronić się przed czymś, o czym w ogóle nie ma pojęcia? Phishing to nic innego jak metoda oszustwa, w której przestępca podszywa się pod inną osobę lub instytucję w celu wyłudzenia poufnych informacji (np. danych logowania, danych karty kredytowej), zainfekowania komputera szkodliwym oprogramowaniem czy też nakłonienia ofiary do określonych działań. Musicie wiedzieć, że nie jest dobrym pomysłem przesyłanie prywatną, niezabezpieczoną drogą elektroniczną loginów i haseł do systemów służbowych. Nie powinniśmy podawać ich także w rozmowie telefonicznej, bądź w odpowiedzi na maila. Nawet służbowego. W przypadku wycieku danych (a te zdarzają się co rusz – ostatnio największy wyciek danych z facebook’a), cyberprzestępca poprzez odczytanie/zdobycie danych logowania, może dostać się do firmowej sieci i zastosować atak typu ransomware – tj. uniemożliwić poprzez zaszyfrowanie wszystkich danych na serwerach, dostęp do zasobów sieci, a następnie zażądać okupu za ich przywrócenie do stanu pierwotnego. Nie muszę chyba wspominać, że taka wpadka to ogromny problem, a nawet być, albo nie być całej firmy!   Czy zakup oprogramowania antywirusowego sprawi, że mój sprzęt będzie bezpieczny? I tak, i nie. Na pewno w jakimś stopniu zmniejszysz w ten sposób ryzyko wystąpienia incydentu. Natomiast musimy pamiętać, że sprawa z tego typu oprogramowaniem wygląda trochę jak temat złodziejów aut oraz ich producentów. Ci drudzy zawsze są o krok do tyłu w stosunku do kreatywności złodziei.  Właściciele firm powinni rozważyć zatrudnienie doświadczonego administratora oraz zainwestować w środowisko do pracy zdalnej. Rozwiązań jak to zrobić jest tyle ile potrzeb, które muszą spełnić. Sprawny administrator, lub cały ich zespół z pewnością dopasuje optymalne rozwiązanie, które wydatnie podniesie bezpieczeństwo działalności firmy, a przy tym nie zrujnuje jej budżetu.  Skończmy z myśleniem, że „przecież ja nie jestem atrakcyjnym celem ataku”, „kto by tam chciał mnie atakować? Ja tylko maila sprawdzam, jakąś stronę przejrzę i jakiś dokument stworzę”. Pamiętajmy, że każdy system jest tak bezpieczny jak jego najsłabszy element. Warto więc zadbać, by był on na naprawdę wysokim poziomie – tak by potencjalny atak w relacji nakładu czasu i zaangażowania do potencjalnych zysków uzyskanych przez atakującego zwyczajnie mu się nie opłacał.  
22 Marca 2021 godz. 4:45
Ala z mat. inf.
 

0,005km/km2 ¬– polska sieć autostrad nadal ma problemy z gęstością. Budujemy, ale drogo i powoli

W latach 2015-2020 GDDiK oddała do użytku jedynie 156 km autostrad, z czego ani jednego kilometra w latach 2015, 2017 i 2018. Koszt budowy wzrósł natomiast między 2019 i 2020 rokiem aż o 34,3 %. W swoim podsumowaniu roku 2020 Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informuje, że wykonano więcej założeń, niż przewidywał pierwotny plan. Planowano udostępnienie do ruchu 12 zadań o łącznej długości 116,8 km, a mimo trudności związanych z pandemią udało się zrealizować niemal 140 km inwestycji drogowych. Jednak wynik ten, jak i sieć autostrad w Polsce niekoniecznie napawa optymizmem, dlatego eksperci rankomat.pl przeanalizowali dane dotyczące budowy autostrad i porównali je z resztą Europy.  156 km autostrad oddanych w latach 2015-2020 Obecnie kierowcy zgodnie z danymi Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na terenie naszego kraju mają do dyspozycji 4269 km dróg szybkiego ruchu, w tym 1 712 km autostrad. Co ciekawe w latach 2015-2020 zbudowano jedynie 156 km autostrad. Według danych przedstawionych w artykułach udostępnianych przez GDDKiA w latach 2015, 2017, 2018 nie oddano to użytku ani jednego kilometra autostrad. Natomiast w ubiegłym roku 2020 zostało oddane jedynie 14,6 km autostrad. Natomiast w roku 2021 GDDKiA planuje udostępnić kierowcom 39,6 km autostrad (z czego 15,9 to kapitalny remont odcinka oddanego do użytku w 1989). Warto jednak pamiętać, że sieć autostradowa w Polsce znajduje się na finiszu, a z planowanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km. Długość autostrad w wybranych krajach Europy – Polska wciąż poza czołówką   Niska liczba oddanych do użytku autostrad może być związana z faktem, że planowana ich sieć znajduje się w naszym kraju na ukończeniu. Musimy jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, to nasz kraj wciąż nie znajduje się w europejskiej czołówce. Nawet w niewielkiej Holandii sieć autostrad jest dłuższa o ponad 1000 km. Należy jednak wziąć pod uwagę, że autostrady w krajach zachodnich, budowane były w latach mniejszej dbałości o środowisko naturalne i związanych z tym niższych kosztów.  Gęstość sieci autostradowej pozostawia wiele do życzenia   W Polsce na 1km2 powierzchni naszego kraju przypada jedynie 0,005 km autostrady, zaś w podobnych obszarowo Włoszech ten wskaźnik jest dwukrotnie wyższy i wynosi 0,010km/km2. Duże zagęszczenie sieci autostradowej, nie jest jednak domeną tylko krajów spoza dawnego bloku wschodniego, bardziej rozbudowaną niż Polska sieć autostrad posiadają również Czesi (0,016km/km2) oraz Węgrzy (0,014km/km2). Polsce wciąż daleko do Francji (0,018km/km2) czy Niemiec (0,036km/km2). Natomiast taka gęstość sieci autostrad jak u Holendrów (0,066km/km2) czy Luksemburczyków (0,057km/km2) wydaje się być poza naszym zasięgiem. Rośnie średni koszt budowy kilometra autostrady   Uwagę zwracają również duże wahania w kosztach budowy autostrad w ostatnich latach, przy uwzględnieniu wszystkich kosztów. Średni koszt budowy kilometra autostrady przestawiony przez GDDKiA na rok 2020 wyniósł 47,8 mln zł i stanowił 134,3% uśrednionych kosztów budowy dla roku 2019, zaś w roku 2018 koszt budowy kilometra autostrady wyniósł 42,4 mln. Oczywiście w wyliczeniach należy uwzględnić, że na ostateczną cenę kilometra autostrady ma wpływ szereg czynników, a w kolejnych latach buduje się drogi w różnym terenie (teren zurbanizowany wymaga większych nakładów na odszkodowania), o nieporównywalnym stopniu trudności i z różną liczbą węzłów komunikacyjnych. Koszt budowy kilometra drogi ekspresowej o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady Warto mieć również na uwadze, że w komunikacie GDDKiA określa się średnie ceny budowy kilometra autostrady i drogi ekspresowej jako „porównywalne”. Natomiast całkowity koszt realizacji kilometra drogi ekspresowej w 2020 roku był o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady. Koszt średni dla kilometra drogi ekspresowej w 2018 roku wynosił 47,3 mln zł i w  2019 roku wzrósł do 59,9 mln zł, a w 2020 roku spadł średnio o 100 tys. złotych i wyniósł 59,8 mln.   Sieć autostradowa w Polsce jest stale rozbudowywana, ale wciąż daleko nam do europejskich liderów. Średni koszt budowy kilometra autostrady rośnie, rosną również wymagania środowiskowe. Należy jednak zaznaczyć, że inwestycje autostradowe w naszym kraju znajdują się na finiszu, a z zakładanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km. Pytanie, czy to wystarczająca liczba kilometrów autostrad? 
7 Kwietnia 2021 godz. 17:23
Ala za GDKiA
 

Szczecinek: Zmiany w organizacji ruchu na obwodnicy

W przyszłym tygodniu planowane jest wprowadzenie tymczasowej organizacji ruchu na obwodnicy Szczecinka w ciągu S11. Zmiana będzie dotyczyć kierowców zmierzających w kierunku Koszalina od węzła Szczecinek Śródmieście i potrwa do około połowy czerwca br. Ruch w stronę Piły będzie odbywał się bez zmian. Kierowcy jadący obwodnicą w kierunku północnym (na Koszalin), na węźle Szczecinek Śródmieście zjadą na DK20 w kierunku centrum Szczecinka (ul. Słupska) i następnie na rondzie im. Księdza Jana Lisa na stary przebieg DK11 w kierunku Koszalina (ul. Narutowicza i Koszalińska) do końca objazdu na północnym rondzie obwodnicy. Prosimy kierowców o zachowanie szczególnej ostrożności i zwracanie uwagi na oznakowanie. Trasa objazdu będzie odpowiednio oznakowana na każdym skrzyżowaniu.  Zmiany w organizacji ruchu spowodowane są koniecznością przeprowadzenia korekty niwelety jezdni w rejonie węzła Szczecinek Śródmieście. Prace będą prowadzone przez wykonawcę w ramach gwarancji i na jego koszt. Roboty obejmą odcinek o długości około 400 m i będą polegały na korekcie (obniżeniu) niwelety jezdni – sfrezowaniu istniejącej i wykonaniu nowej nawierzchni. Powodem wykonywania robót jest brak wymaganej kontraktem skrajni pionowej pod wiaduktem na węźle Szczecinek Śródmieście, na jezdni obwodnicy w stronę Koszalina. Minimalna skrajnia pionowa dla dróg ekspresowych wynosząca 4,7 m jest w tym miejscu zachowana. GDDKiA wymaga jednak skrajni 5-metrowej dla zapewnienia większego bezpieczeństwa użytkowania obiektów inżynierskich (na przykład podczas przejazdów nienormatywnych). Jest to jednolity standard, wymagany od wszystkich wykonawców.
19 Lutego 2021 godz. 5:51
Aa za Fundacja Eco Textil
 

Koszalin: Bezpłatne wypożyczalnie sprzętu rehabilitacyjnego

Mieszkańcy Koszalina chętnie wypożyczają specjalistyczny sprzęt zupełnie za darmo w dwóch wypożyczalniach w mieście. Do ich dyspozycji są wózki, chodziki, kule ortopedyczne i specjalne rowery trójkołowe. A to wszystko dzięki odzieży, którą oddajemy do specjalnych pojemników. Sprzęt dostępny w asortymencie wypożyczalni W wypożyczalni przy ulicy Zwycięstwa 204A (WSPL) dostępne są wózki, które pomagają w przemieszczaniu się osobom niepełnosprawnym motorycznie, nie będącym w stanie samodzielnie chodzić. Do dyspozycji są także kule ortopedyczne, które wykorzystywane są przez osoby po doznanych urazach lub zabiegach operacyjnych, trwale niesprawnych ruchowo. Dają podparcie przy chodzeniu  i pomagają w utrzymaniu równowagi, odciążają niesprawną kończynę. Z kolei chodziki rehabilitacyjne będą ułatwiać chodzenie, utrzymanie pionowej postawy oraz przewożenie bagażu podręcznego.    Z kolei w wypożyczalni przy ulicy Rzecznej 5 wypożyczać można specjalistyczne rowery trójkołowe. Ta wypożyczalnia jest czynna w sezonie rowerowym.   Jak wypożyczyć sprzęt?  Z asortymentu wypożyczalni mogą korzystać osoby potrzebujące na zasadzie wypożyczenia sprzętu na określony czas.  Więcej informacji można uzyskać pod numerami telefonu: 943488717 – ul Zwycięstwa 204A. 94 342 06 16 – ul. Rzeczna 5.     Sprzęt można wypożyczyć również poprzez stronę internetową Sprzęt można zamówić także online. Dodatkowo, w wypożyczalni internetowej do dyspozycji są również łóżka rehabilitacyjne z materacami przeciwodleżynowymi.   Osoby potrzebujące mogą korzystać ze sprzętu całkowicie za darmo, pokrywają jedynie koszt dostarczenia i odebrania przesyłki. W Polsce działają podobne wypożyczalnie, ale komercyjne - za wynajęcie wózka czy kul trzeba płacić. A dla chorych często stanowi to barierę - mówi Monika Lipnicka z Fundacji Eco Textil, która jest organizatorem wypożyczalni internetowej.   Jak wypożyczyć sprzęt w wypożyczalni internetowej? Sprzęt z wypożyczalni internetowej jest dostępny całkowicie bezpłatnie dla osób prywatnych. Aby otrzymać konkretną rzecz, dana osoba powinna wypełnić wniosek dostępny na stronie Fundacji Eco Textil. Wniosek rozpatrywany jest w przeciągu 24 godzin. Przypominamy, że wypożyczający ponosi jedynie koszt związany z dostarczeniem i odebraniem sprzętu. 
8 Marca 2021 godz. 2:37
Art za PZLA, fot. FB/Małgorzata Hołub-Kowalik
 

Sztafeta z Gochą w składzie z brązem

W niespodziewanym składzie pobiegła w Toruniu, podczas Halowych Mistrzostw Europy w Lekkiejatletyce żeńska sztafeta 4 x 400 metrów. W składzie Aniołków Matusińskiego znalazły się Natalia Kaczmarek, Małgorzata Hołub-Kowalik, Kornelia Lesiewicz i Aleksandra Gaworska zdobyły brązowy medal. "Obiecywalam dużo emocji, ale aż tak wielu to i ja się nie spodziewałam!!! Walczyłyśmy z moimi młodziutkimi dziewczynami jak tylko mogłyśmy i jest brązowy medal Halowych Mistrzostw Europy" napisała na swoim oficjalnym fanpage Małgorzata Hołub-Kowalik. Polki na prowadzenie wyprowadziła biegnąca na drugiej zmienia Hołub-Kowalik. Dzielnie walczyła najmłodsza w stawce, niespełna 18-letnia, Lesiewicz. Ostatecznie biało-czerwone przybiegły na trzecim miejscu uzyskując czas 3:29.94. Na starcie nie zobaczyliśmy Justyny Święty-Ersetic. – Na rozgrzewce Justyna doznała kontuzji. Wtedy powiedziałam dziewczynom, że musimy pobiec nie na 100, ale na 150 procent. Tak też zrobiłyśmy. Pobiegłyśmy dla Justyny, ale chciałyśmy też pokazać moc za męską sztafetę – podkreśliła Małgorzata Hołub-Kowalik dodając, że życzy szybkiego powrotu do zdrowia naszym 400-metrowcom. Najbardziej doświadczona dodała także, że dzisiejszy start pokazał, że polska lekkoatletyka ma szerokie zaplecze w biegu na 400 metrów. – Mamy młode dziewczyny, które stać na walkę. Jeśli będę odchodzić na emeryturę to ze spokojem – uśmiechała się Hołub-Kowalik doceniając występ młodziutkiej Lesiewicz. Medalowy worek w niedzielę rozwiązał dla Polaków Paweł Wiesiołek. W finałowym biegu na 1000 metrów do siedmioboju uzyskał 2:43.13 i obronił trzecią pozycję! W dwudniowej rywalizacji zgromadził 6133 pkt i poprawiając rekord życiowy zdobył brązowy medal! Takich rozstrzygnięć finału biegu na 800 metrów na halowych mistrzostwach Europy w Toruniu nikt się nie spodziewał. Po świetnym biegu, specjalizujący się do zeszłego sezonu w rywalizacji na 400 metrów przez płotki, Patryk Dobek pokonał grono doświadczonych i utytułowanych średniodystansowców i został złotym medalistą. Na mecie uzyskał wartościowe 1:46.81. Dwa medale dla Polski przyniósł także finał biegu pań na 800 metrów. Zwyciężyła Brytyjka Keely Hodgkinson (2:03.88), ale tuż za nią metę przekroczyły Joanna Jóźwik (2:04.00) i Angelika Cichocka (2:04.15). Drugi w karierze brązowy medal mistrzostw Europy w hali zdobył tyczkarz Piotr Lisek. Zawodnik OSOT-u Szczecin nie schodzi z podium europejskiego czempionatu pod dachem od 2015 roku. W drodze po kolejny krążek Polak pokonał w pierwszych próbach 5.50 i 5.70 oraz w trzeciej 5.80.  
8 Marca 2021 godz. 2:50
Ala za WZP, fot. Urząd Gminy Kołbaskowo
 

Na dwóch kółkach do granicy

Przybywa bezpiecznych szlaków rowerowych na Pomorzu Zachodnim. Błyskawicznie postępują prace na budowie asfaltowej ścieżki z Przecławia do Karwowa. Ponad 2,5 km nowej trasy ma być gotowe jeszcze w tym roku. To kolejna z pakietu inwestycji, które gmina Kołbaskowo realizuje dzięki nawet 80-procentowemu dofinansowaniu z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego. Wygodna i szeroka (3 metry) droga pieszo-rowerowa biegnie od granicy Przecławia i Warzymic wzdłuż linii kolejowej Szczecin – Berlin, a po 800 metrach odbija na zachód w kierunku wsi Karwowo, by dotrzeć do drogi powiatowej Warzymice – Smolęcin. Budowany odcinek uzupełni sieć tras powstających na terenie gminy Kołbaskowo, a finansowanych w dużej części z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego. Na 2,5 km nowego szlaku samorząd otrzyma 2 mln 71 tys. zł. W ramach tego przedsięwzięcia powstaje także prawie 130 metrów drogi gminnej z chodnikiem (dofinansowanie – ponad 260 tys. zł). Wykonawcą prac, które rozpoczęły się we wrześniu ubiegłego roku, jest STRABAG Sp. z o.o.   Ścieżka Przecław – Karwowo ma nawierzchnię bitumiczną, a więc gwarantuje komfort podróżowania wszystkimi typami rowerów. Przy niej zaplanowane są miejsca odpoczynku z ławkami i stojakami. Trasa wiedzie przez urokliwe łagodnie pagórkowate tereny, przy oczkach wodnych i małych wyspach zieleni. Na pewno będzie popularna wśród mieszkańców i turystów eksplorujących polsko-niemieckie pogranicze na dwóch kółkach.   - Pomorze Zachodnie staje się krainą bardzo przyjazną rowerzystom, miejscem aktywnego wypoczynku, bezpiecznych podróży. Bardzo nas cieszy zaangażowanie gminy Kołbaskowo w projekty infrastrukturalne, które są finalizowane dzięki środkom z Regionalnego Programu Operacyjnego. Współpraca samorządu województwa z lokalnymi samorządami przynosi doskonałe efekty – mówi marszałek Olgierd Geblewicz.- Jako region stawiamy na ekologię, turystykę, kontakty transgraniczne. Doskonale się w to wpisują mniejsze i większe rowerowe inwestycje realizowane w okolicach Kołbaskowa.    Trasa z Przecławia do Karwowa to kolejne zadanie realizowane w ramach projektu „Budowa dróg rowerowych w Gminie Kołbaskowo w celu uzyskania dostępności komunikacyjnej i poprawy bezpieczeństwa w ramach obszaru metropolitalnego – etap II”. Znalazł się w nim również szlak z Kołbaskowa do Kamieńca. W 2019 roku oddano do użytku 1700 metrów ścieżki i prawie 400 metrów przebudowanej drogi gminnej. Całkowita wartość projektu to ponad 5 mln 641 tys. zł (koszty kwalifikowane), a dofinansowanie z RPO WZ wynosi aż 4,5 mln zł, a więc 79,8 proc.   Natomiast I etap wspomnianego projektu to aż sześć zadań o łącznej wartości 10,9 mln zł, z dofinansowaniem 5 mln 360 tys. zł. Beneficjent rozliczył już roboty wycenione na 7,7 mln zł i otrzymał prawie 5 mln zł z Regionalnego Programu Operacyjnego WZ.    Dzięki funduszom unijnym przygraniczna gmina rozwija sieć dróg, zwiększa mobilność mieszkańców, zapewnia bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom ruchu. Ponad dwa lata temu oddano do użytku ścieżkę Karwowo – Warnik (z pięknymi widokami na panoramę Szczecina), przebudowano także drogę gminną w Karwowie. Wielką atrakcją dla miłośników aktywnego wypoczynku jest asfaltowa velostrada z Przecławia aż do polsko-niemieckiej granicy. Popularna wśród cyklistów, rolkarzy, ale też spacerowiczów. W listopadzie 2019 r. otwarto jej ostatni odcinek, z Rosówka do przejścia granicznego (po niemieckiej stronie ze środków Interreg budowany jest łącznik do Staffelde/Pargowa, na południe wzdłuż Odry, część trasy Blue Velo). W realizacji jest także przebudowa drogi gminnej Siadło Dolne – Kurów, przy której zaprojektowano ścieżkę pieszo-rowerową. Będzie to przedłużenie popularnego Szlaku Bielika, którym można eksplorować okolice Międzyodrza, malownicze wzgórza i wąwozy. Po drodze są liczne atrakcje przyrodnicze i historyczne (m.in. ruiny średniowiecznego kościółka), idealne miejsca na piknik, a nawet siłownia plenerowa i boiska.    
8 Marca 2021 godz. 1:46
Art za UM Koszalin
 

Sportowcy otrzymali miejskie nagrody

Prezydent Piotr Jedliński zaakceptował protokół Komisji ds. nagród sportowych za osiągnięte wyniki sportowe oraz za osiągnięcia w działalności sportowej w 2020 roku. Komisja rozpatrzyła 68 wniosków, a pula nagród wynosiła 60 000 złotych. Wnioski były oceniane w pięciu kategoriach: zawodnik, zawodnik niepełnosprawny, trener i działacz sportu. Z tytułu osiągniętych wyników sportowych w krajowym i międzynarodowym współzawodnictwie sportowym nagrody finansowe w kategorii „Zawodnik" przyznano 45 osobom, w tym 11 zawodnikom niepełnosprawnym. Nagrody finansowe w kategorii „Trener" przyznano 11 osobom. Nagrody finansowe w kategorii „Działacz Sportu" za działalność społecznikowską i organizatorską, przyznano 1 osobie. Komisja rozpatrywała również kandydatury osób do wyróżnień specjalnych za wyniki sportowe oraz za osiągnięcia w działalności sportowej za 2020 rok, jakimi są statuetki „NIKE", a które dotychczas były wręczane podczas „Koszalińskiej Gali Laurów Sportu". Większość członków Komisji uznała jednak, że tego typu wyróżnienia za 2020 rok nie należy przyznawać, bo wyniki i osiągnięcia sportowe w 2020 roku nie były na tyle wysokie, aby przyznać wyróżnienia specjalne w postaci statuetki „NIKE". Ponieważ nie przyznano najważniejszych wyróżnień za 2020 rok dla Sportowca Roku i Trenera Roku, Komisja postanowiła nie przyznawać także statuetki „NIKE" w kategorii Działacz Sportu.   Ze względu na obostrzenia spowodowane pandemią COVID-19, Prezydent Miasta odstąpił od organizacji „Koszalińskiej Gali Laurów Sportu" oraz ze wspólnego spotkania ze sportowcami, trenerami i działaczami, które od kilku lat odbywało się w Filharmonii Koszalińskiej.Decyzją Prezydenta Miasta listy gratulacyjne zostaną przesłane laureatom pocztą, a nagrody finansowe zostaną przelane na konta bankowe.
19 Listopada 2020 godz. 5:54
Art za Arskom Group
 

Wieczna młodość i kij w mrowisku. Zlatan szokuje nie tylko na boisku

Kiedy debiutował w seniorskim futbolu, Leo Messi był dzieckiem cierpiącym na niedobór hormonu wzrostu, a 14-letni Cristiano Ronaldo przekonywał mamę, żeby odpuścić szkołę na rzecz futbolu, słusznie wierząc, że czeka go świetlana przyszłość. Dzisiaj, mając 39 lat na karku, Zlatan Ibrahimović wciąż jest czołowym napastnikiem świata, liderem klasyfikacji strzelców Serie A, który ma w tym sezonie na koncie tyle goli, co CR7 i Messi razem wzięci. Gra na tyle dobrze, że zasugerował nawet możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji. Jaki jest sekret jego długowieczności? Pomimo szalejącej w całej Europie pandemii koronawirusa, prace nad filmem biograficznym o Zlatanie Ibrahimoviciu, opartym na jego głośnej książce „Ja, Zlatan”, idą pełną parą. Twórcy produkcji, która ma trafić do kin jesienią przyszłego roku, zacierają ręce patrząc na obecną formę gwiazdora AC Milan, który łamie wszelkie prawidła dotyczące najlepszego wieku dla piłkarza, będąc znów jednym z czołowych napastników świata. Dzięki jego grze Rossoneri po raz pierwszy od lat poważnie liczą się w walce o mistrzostwo Serie A, a sam Szwed puścił oko do swoich rodaków, sugerując na Instagramie możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji, z którą Polska zmierzy się nadchodzących mistrzostwach Europy. Filmowa opowieść będzie skoncentrowana na drodze młodego syna imigrantów z Bałkanów do międzynarodowej kariery, ale historia jego sukcesu wciąż pisze się na naszych oczach. – Zlatan to nie tylko fantastyczny piłkarz, ale też historia nieporównywalna z innymi. Jego podróż z przedmieść Malmö na światowe areny to klasyczna opowieść z gatunku „od pucybuta do milionera”. Chcieliśmy uchwycić całą złożoność jego drogi i podkreślić kluczowe punkty zwrotne, a także kryzysowe momenty – podkreśla współscenarzysta filmu i autor biografii Zlatana, David Lagercrantz. Producenci mają szczęście, że scenariusz prowadzi nas przez życie piłkarza tylko do 23 roku życia, bo w przeciwnym razie musieliby przygotować nie film, tylko wieloodcinkowy serial. I pewnie nie skończyłoby się na jednym sezonie. Rozstania i powroty Sam romans Zlatana z drużyną narodową to materiał na wielogodzinną hollywoodzką opowieść. Odcinek pierwszy: w poszukiwaniu tożsamości. Ibrahimović miał do wyboru aż trzy reprezentacje. Urodził się w Szwecji, jego tata jest Bośniakiem, a mama Chorwatką. Ostatecznie postawił na zespół Trzech Koron, odwdzięczając się w ten sposób krajowi, który go wychował.  Odcinek drugi: zespół jednej gwiazdy. Na przestrzeni piętnastu lat rozegrał w żółto-niebieskich barwach 116 spotkań, zdobył 62 bramki i… niczego szczególnego nie osiągnął. Szwedzi ze Zlatanem w składzie przeważnie albo nie kwalifikowali się do wielkich turniejów, albo odpadali w fazie grupowej. Największy sukces ostatnich lat – ćwierćfinał Mistrzostw Świata 2018 – osiągnęli, kiedy Ibry w kadrze zabrakło. – Mundial beze mnie nie ma sensu, nie ma po co tego oglądać. Ale Szwecji będzie łatwiej, przynajmniej zagra bez presji. Ze mną musiałaby walczyć o zwycięstwo, taki mam charakter – mówił przed turniejem, który śledził z loży VIP, jako przedstawiciel jednego ze sponsorów. Okazało się, że faktycznie Szwedom poszło najlepiej od lat, a z turniejem pożegnali się dopiero po porażce w ¼ finału z późniejszymi wicemistrzami, Anglią. Odcinek trzeci: rozstania i powroty. O tym, że Zlatan nie ma łatwego charakteru, nie trzeba nikogo przekonywać. Najlepiej zdają sobie z tego sprawę kolejni selekcjonerzy kadry. Jako pierwszy skonfliktował się z nim Lars Lagerbäck. W 2006 roku przed meczem eliminacji do Euro Ibra wybrał się do klubu nocnego wspólnie z Olofem Mellbergiem i Christianem Wilhelmssonem. Selekcjoner odesłał całe trio do domów za złamanie zasad obowiązujących na zgrupowaniu. I o ile dwaj koledzy posypali głowy popiołem i na kolejnym zgrupowaniu wrócili do łask, o tyle Zlatan uznał, że kara była niesłuszna i rozpoczął kilkumiesięczny bojkot drużyny narodowej. Powrót nie trwał długo. Dwa lata później, po tym jak zespół narodowy nie zakwalifikował się na mundial w RPA, Ibrahimoviciowi odechciało się grać w kadrze. Po kilku miesiącach dał się przekonać do powrotu nowemu selekcjonerowi, Erikowi Hamrenowi, który powierzył mu opaskę kapitańską.  Odcinek czwarty: kij w mrowisku. Ostatecznie (?) Zlatan rozstał się z drużyną narodową po Euro 2016, na którym Szwedzi, jako jedna z nielicznych drużyn w nowej formule, nie wyszli nawet z grupy. Od tego czasu Trzy Korony grają lepiej, przestały być uzależnione od jednego zawodnika. Nawet kibicom jego ewentualny powrót nie jest w smak – dziennik Aftonbladet przed mundialem 2018 zrobił ankietę, w której 63% badanych stwierdziło, że jest przeciwne ewentualnemu powrotowi napastnika do kadry. Nie przeszkadza to Zlatanowi w regularnym wkładaniu kija w mrowisko. Po raz ostatni zrobił to niedawno, wrzucając na Instagrama swoje zdjęcie w żółto-niebieskiej koszulce, z podpisem „dawno się nie widzieliśmy”. Medialna burza znowu odżyła, dopiero słowa selekcjonera Janne Anderssona, który przypomniał, że Ibra 4,5 roku temu ogłosił koniec gry w kadrze i nic w tej sprawie się nie zmieniło, uspokoiły sytuację. Na razie, bo Zlatan w takiej formie byłby łakomym kąskiem dla każdej drużyny na świecie. Co ciekawe, w ciągu kilku tygodni, kiedy jego comeback wydawał się realny, kursy u bukmacherów na to, że Szwecja zdobędzie mistrzostwo Szwecji spadły. Obecnie na przykład w firmie Totolotek, u legalnego bukmachera, za jedną złotówkę postawioną na to zdarzenie można zarobić aż sto złotych (minus podatek). To dokładnie taka sama stawka, jak za historyczny triumf biało-czerwonych, którzy zmierzą się ze Szwedami w fazie grupowej. W oczach ekspertów z branży bukmacherskiej, powrót snajpera Milanu byłby tym czynnikiem, który sprawiłby, że Szwedzi byliby nieznacznie lepsi od Polaków. Dogania własną reputację W ostatnich latach eksperci i kibice z całego świata często podnosili głosy, że klasa sportowa Ibrahimovicia nie nadąża za jego wybujałym ego i rozbuchanym gwiazdorskim wizerunkiem. Teksty piłkarza w stylu „To nie Zlatan ma koronawirusa, tylko koronawirus Zlatana” przestały bawić, a zaczęły żenować przez swoje natężenie. Tak jak dawniej żarty o Chucku Norrisie. O ile jednak odtwórca roli „Strażnika Teksasu”, wbrew pogłoskom, pewnie jednak nie byłby w stanie trzasnąć drzwiami obrotowymi czy kozłować piłką lekarską na plaży, o tyle Ibrahimović swoją dyspozycją w wieku 39 lat udowadnia, że jednak ma w sobie coś nadludzkiego. Przede wszystkim jest to nadludzka pasja do pracy. – Cierpię, kiedy trenuję, ale kocham to cierpienie. Od najmłodszych lat musiałem robić więcej niż inni. Bez tego nie byłbym Zlatanem – podkreśla „Ibrakadabra”. Wszystkim wydawało się, że kiedy w wieku blisko 37 lat wyjeżdżał za ocean, żeby grać w MLS, rozpoczął właśnie epilog pięknej piłkarskiej historii. Kiedy jednak kibice powoli dojadali popcorn i szykowali się na napisy końcowe, okazało się, że bohater dopiero się rozkręca. Oby ostatnie fragmenty tej epickiej historii nie koncentrowały się na ucieraniu nosa Polakom. Jednego, Krzysztofa Piątka, już pozbawił nadziei na zrobienie kariery na San Siro. Oby Jens Andersson dalej uparcie trwał w postanowieniu o nieprzywracaniu Ibrahimovicia do drużyny narodowej, bo „skrzywdzeni” na Euro mogą zostać nasi kolejni rodacy.
10 Września 2020 godz. 12:01
Art za Arskom Group
 

Od bombardowań Belgradu po dyskwalifikację z US Open. Novak Djoković – dziecko wiecznej wojny

Tenisowy mistrz. Rozkapryszony dzieciak. Człowiek z obsesją zwycięstwa. Antyszczepionkowiec. Filantrop. Furiat. Dziecko wojny. To nie skład dziwacznej drużyny, tylko niezwykle skondensowany opis jednego sportowca – Novaka Djokovicia. Serba, który niedawno za pozornie błahe przewinienie został zdyskwalifikowany z wielkoszlemowego US Open. I który przez ostatnie lata uczciwie na to wykluczenie zapracował, zniechęcając do siebie znaczną większość tenisowego świata. Tego, który zawsze będzie „tym trzecim”, nawet jeśli zostanie sam na szczycie. Pojawił się na wielkiej tenisowej scenie, kiedy klucze do serc kibiców były już rozdane. Większa część była w rękach szwajcarskiego gentlemana Rogera Federera, nieco mniejsza jego największego rywala, prostolinijnego Hiszpana Rafaela Nadala. Novak Djoković ze swoją wielką sportową klasą pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Z wielkim prawdopodobieństwem zakończy karierę jako najwybitniejszy zawodnik w historii. Już dziś pod względem liczby wielkoszlemowych triumfów depcze po piętach dwóm wielkim rywalom, a jest od obu młodszy i mniej wyeksploatowany. Jednak najważniejszą dla siebie walkę od lat przegrywał. – Ma bolesną zadrę w sercu, bo chce by cały świat go kochał, a tak się nie dzieje – analizował John McEnroe, legendarny tenisista. Amerykański dziennikarz Ben Rothenberg szedł jeszcze dalej, twierdząc, że najmocniej wspierana przez kibiców trójka tenisistów na świecie to Federer, Nadal, i ten, który akurat gra przeciwko Djokoviciowi. Przez ostatnie miesiące „Nole” zajmował się głównie wbijaniem kolejnych gwoździ do swojej wizerunkowej trumny, zaczynając od organizowania pokazowych turniejów tenisowych na Bałkanach, w trakcie których ignorował wszelkie reguły bezpieczeństwa epidemicznego, a kończąc na kompletnie przypadkowym i ekstremalnie głupim uderzeniu sędziny liniowej piłką, co kosztowało go przeszło ćwierć miliona dolarów w nagrodach i – prawdopodobnie – wielkoszlemowy tytuł.  Lokalny bohater, globalny wróg publiczny Analizując dane z Google, Djoković jest najpopularniejszym tenisistą w siedmiu krajach: Serbii, Czarnogórze, Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Słowenii, Kosowie i Macedonii Pólnocnej. Na Bałkanach to lokalny bohater, filantrop wspierający lokalne społeczności, którego fundacja zbudowała 43 przedszkola i wyszkoliła ponad 1500 nauczycieli. Serb miał 12 lat, kiedy przeżył naloty sił NATO, bombardujących jego rodzinny Belgrad. Trenował gdzie tylko mógł, odbijając tysiące razy piłkę o ściany zrujnowanego basenu. Nigdy nie porzucił marzenia o wielkoszlemowym tytule. O byciu największym. O pójściu w ślady Pete’a Samprasa, zwycięzcy Wimbledonu w 1993 roku – pierwszego wielkiego turnieju oglądanego przez małego „Nole”. Jego drogę do wielkości znakomicie pokazała Polka Zuzanna Szyszak w nagrodzonym m.in. na festiwalu w Palermo krótkometrażowym filmie animowanym „Ajde!”.  – Brakuje mi słów po obejrzeniu „Ajde The Movie”. Ten film przywołał tyle wspomnień, że popłakałem się ze wzruszenia. Jestem zaszczycony tym dziełem sztuki. Zuzanno, zrobisz jeszcze wiele niesamowitych rzeczy w swoim życiu. Kawał dobrej roboty! – napisał po jego obejrzeniu sam Djoković. To był 2015 rok. W oczach kibiców był „tym trzecim”, ale miał spore grono niezwykle zaangażowanych i wiernych fanów, takich jak polska animatorka. Przez te pięć lat tak bardzo zależało mu na uwielbieniu tłumów, że większość całkowicie do siebie zniechęcił. Jak postawiony na głowie Faust: jest częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło. A wszystko zaczęło się od niezwykłego pokazu siły mentalnej, czyli finału US Open w 2015 roku. Tam Djoković zmierzył się z 23 tysiącami rywali. Jednym z nich był Roger Federer, resztę stanowili zachowujący się skandalicznie amerykańscy kibice. Serb zagrał genialnie. Wygrał. Dał pokaz absolutnie kosmicznego tenisa. – Kiedy krzyczeli „Roger, Roger!” wmawiałem sobie, że krzyczą „Novak, Novak!”. Czasami coś takiego daje mi dodatkowego kopa, ale szczerze mówiąc wolałbym mieć trybuny po swojej stronie – przyznawał tenisista.  Pokonany przez koronawirusa Po Serbie było doskonale widać, że brak wsparcia trybun nie jest mu w smak. Gorąca, bałkańska krew buzowała w nim, kiedy słyszał gwizdy pod swoim adresem, spowodowane tylko tym, że nie jest Federerem czy Nadalem. Przez lata to w sobie gromadził, aż wreszcie przestał sobie radzić z rolą wroga publicznego, którym stał się zanim tak naprawdę zrobił cokolwiek złego. Więc zaczął coraz bardziej wczuwać się w narzuconą rolę czarnego charakteru. W 2016 roku podczas ATP Finals w przypływie frustracji uderzył piłką w trybuny. Szczęśliwie trafił w puste krzesełko. Zapytany przez dziennikarza, czy nie boi się dyskwalifikacji, wyśmiał go, twierdząc, że równie dobrze mogą rozmawiać o tym, co by było gdyby w hali spadł śnieg.  W tym samym czasie coraz głośniej zrobiło się o wyznawanych przez niego pseudonaukowych teoriach. Współpracował z „duchowym guru” Pepe Imazem, urazy leczył końskim łożyskiem u kontrowersyjnej znachorki Marijany Novaković, dzielił się ze światem „mądrościami” dotyczącymi uzdrawiającej mocy bośniackich piramid słońca, czy o cząsteczkach wody reagujących na emocje. O ile zamieniając treningi na medytację zaszkodził wyłącznie swojej formie sportowej, o tyle jego działania od wybuchu pandemii koronawirusa były niebezpieczne dla szerokiego grona odbiorców. Nie przestrzegając zaleceń dotyczących izolacji społecznej zorganizował na Bałkanach pokazowe tenisowe turnieje Adria Cup. Kiedy pół świata siedziało zamknięte w domach, „Nole” i spółka nie tylko grali w tenisa, ale też balowali do białego rana. Efekt? Djoković, jego żona, Viktor Troicki, Borna Corić i Grigor Dimitrow złapali koronawirusa. – Nie pytajcie mnie już o moje głupie zachowania. On przebił wszystko – skomentował znany jako największy tenisowy badboy Nick Kyrgios.  Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wieloletnia walka z całym światem – i zdrowym rozsądkiem – tenisowe władze może spojrzałyby przez palce na kompletnie przypadkowe uderzenie piłką sędzi liniowej w meczu US Open. Po ostatnich koronawirusowych ekscesach Djokovicia ten wybryk był dla nich jak gwiazdka z nieba. Regulamin w jasny sposób pozwalał go zdyskwalifikować, co bez większego zastanowienia szefowie rozgrywek zrobili, korzystając z wymarzonej okazji do utarcia nosa krnąbrnemu zawodnikowi. A że przy okazji turniej medialnie stracił? Że o tryumf bije się tylko grono młodych, wygłodniałych wilczków, bez wielkich gwiazd? Parafrazując Lorda Farquaada, głównego antagonistę z filmu „Shrek”, zdyskwalifikowanie Novaka było dla tenisowych decydentów „poświęceniem, na które są gotowi”.   Przyszłość pod znakiem zapytania US Open wchodzi w decydującą fazę, już bez swojej największej gwiazdy. Na placu boju pozostali zawodnicy drugiego szeregu, będący melodią przyszłości. Legalny bukmacher, firma Totolotek, widzi u mężczyzn faworytów w Daniilu Miedwiediewie (za złotówkę postawioną na jego końcowe zwycięstwo można zarobić 2,25 minus podatek) oraz Dominiku Thiemie, na którego triumf kurs w Totolotku wynosi 2.5. Niżej oceniane są szanse Saszy Zwieriewa (kurs 4.0), a kompletnie bez szans jest wg bukmacherów Pablo Carreno-Busta (do wygrania aż 15 złotych za jedną złotówkę postawioną na jego zwycięstwo, minus podatek). Do momentu niefortunnego incydentu murowanym faworytem był oczywiście Djoković. Sam przez swoją głupotę stracił co najmniej ćwierć miliona dolarów, a gracze, którzy na niego stawiali też mocno dostali po kieszeni. Dla Serba to jednak najmniejszy z problemów. Straty wizerunkowe są nieporównanie większe. Uderzając piłką Bogu ducha winną kobietę ostatecznie dokonał swojej transformacji z postaci na siłę wtłoczonej w rolę wroga publicznego, do pełnokrwistego czarnego charakteru, którym stał się na własne życzenie. Misja wyprowadzenia jego wizerunku na prostą jest na tyle straceńcza, że tym razem naprawdę przydałby mu się szaman, znachor, guru, albo piramidy słońca.