eWok, fot. FB/Marek Hok - wczoraj, 04:40
Polska Żegluga Bałtycka znów znalazła się w centrum politycznego sporu. Tym razem nie chodzi jednak o symboliczne przecinanie wstęg, zapowiedzi nowych promów czy wielkie strategie dla gospodarki morskiej, ale o sprawę najbardziej podstawową: wypłaty dla pracowników. Wynagrodzenia w spółce wypłacane są w ratach, po raz drugi w tym roku. W Kołobrzegu zorganizowano konferencję prasową, w której obok Piotra Redmerskiego, prezesa PŻB wzięli udział także politycy Koalicji Obywatelskiej - poseł Marek Hok oraz senator Janusz Gromek.
Wokół tego faktu natychmiast zbudowano polityczną narrację. Posłowie Prawa i Sprawiedliwości, z Markiem Gróbarczykiem i Czesławem Hocem na czele, alarmują o „katastrofalnej sytuacji” armatora, grożą prokuraturą i mówią o widmie likwidacji Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Gróbarczyk, były minister i wiceminister odpowiedzialny za gospodarkę morską, stwierdził wręcz, że „Tusk rozpoczął proces likwidacji Polskiej Żeglugi Bałtyckiej”. To mocne słowa, ale w tym przypadku szczególnie istotne jest pytanie: kto dziś ma prawo występować w roli strażaka, jeśli wcześniej sam trzymał zapałki?
Prezes PŻB Piotr Redmerski odpowiada ostro. Według niego obecne problemy spółki nie wzięły się znikąd, a część osób dziś występujących w roli obrońców armatora wcześniej przyczyniła się do jego kłopotów. - To pomoc takich właśnie „zatroskanych” losem PŻB panów doprowadziła do obecnej sytuacji - komentuje.
Sytuacja finansowa spółki rzeczywiście jest napięta. Pracownicy lądowi mieli już otrzymać zaległe pieniądze, marynarze dostali pierwszą część wypłaty w wysokości 1200 euro, a reszta ma zostać przekazana w tym tygodniu. Pomóc ma wpływ 800 tys. euro od firmy czarterującej prom „Cracovia”, kursujący obecnie po Morzu Śródziemnym. Dodatkowo PŻB otrzymała wsparcie z Agencji Rozwoju Przemysłu. Mowa o pożyczce rzędu 45–46 mln zł.
Prezes zapewnia, że środki pozwolą uregulować zaległości i zobowiązania odziedziczone po poprzednikach. Zapowiada też, że kolejne wypłaty mają być realizowane już normalnie. Spółka wchodzi bowiem w najlepszy okres roku. Jak mówi Redmerski, czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień generują około 60 procent przychodów armatora.
W tle jest jednak szersza historia... Historia niespełnionych obietnic, opóźnionych decyzji i polityki morskiej, która przez lata zbyt często żyła obrazkami, a zbyt rzadko twardym rachunkiem ekonomicznym.
Redmerski wskazuje m.in. na opóźnienia związane z formalnym połączeniem działań polskich armatorów promowych pod szyldem Polsca. Wspólny rozkład rejsów i system sprzedaży biletów obejmują Polską Żeglugę Morską, Euroafricę i PŻB. To projekt, który ma pomóc odzyskać pozycję na rynku, na którym silnie rozpychają się niemiecka TT-Line oraz Finnlines należący do grupy Grimaldi. Według prezesa PŻB zgoda UOKiK na koncentrację przyszła zbyt późno, bo dopiero jesienią, choć projekt miał ruszyć wcześniej i dać efekty jeszcze przed sezonem 2025.
Najciekawsze jest jednak to, jak szybko spór o kondycję PŻB stał się sporem o pamięć. Prezes armatora przypomina słynną stępkę pod prom, która miała być początkiem wielkiego programu budowy jednostek w Szczecinie. Pierwszy prom miał trafić właśnie do PŻB. Zamiast nowego statku pozostał symbol: stępka, konferencje i wielkie zapowiedzi. Według Redmerskiego spółka zapłaciła za nią 10 mln zł. Sam prezes nazwał tę płatność „haraczem”.
To słowo bardzo mocne, ale dobrze oddaje temperaturę obecnego konfliktu. Redmerski twierdzi, że dopiero po tej płatności PŻB otrzymała zgodę właściciela, czyli państwa, na zakup promu „Cracovia”. W jego ocenie wcześniejsze blokowanie tej decyzji było kuriozalne i mogło działać na szkodę spółki. Przypomina także, że gdy w lutym 2021 roku zażądał od stoczni „Gryfia” zwrotu pieniędzy za stępkę, dzień później stracił stanowisko. Nowy zarząd miał później podpisać porozumienie, które zamknęło PŻB drogę do roszczeń.
To są zarzuty poważne, bo dotyczą nie tylko zarządzania jedną firmą, ale całego modelu politycznego nadzoru nad państwowymi spółkami. Przez lata gospodarka morska była wykorzystywana jako przestrzeń wielkich narodowych narracji. Mówiono o odbudowie przemysłu stoczniowego, nowych promach, potędze Bałtyku i strategicznych interesach państwa. Dziś rachunek za część tych ambicji spada na konkretnego armatora, konkretnych pracowników i konkretne zobowiązania finansowe.
Prezes PŻB odrzuca przy tym sugestie o prywatyzacji. Nazywa je „polityczną hucpą” i zapewnia, że ani zarząd, ani właściciel nie mają takich planów. Podkreśla, że PŻB jest częścią większej grupy Polsca, a samo zjednoczenie polskich armatorów promowych określa jako wydarzenie historyczne.
Politycy PiS mówią natomiast o katastrofie, niepłaconych zobowiązaniach, braku środków na remonty i ryzyku likwidacji. Zapowiadają możliwość zawiadomienia prokuratury w sprawie działania zarządu na szkodę spółki. W tym politycznym starciu trudno jednak nie zauważyć paradoksu: najgłośniej o zagrożeniu dla PŻB mówią dziś ci, którzy przez lata mieli realny wpływ na politykę morską państwa.
Ale jeśli mamy poważnie rozmawiać o przyszłości Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, trzeba wyjść poza hasła o „likwidatorach” i „katastrofie”. Trzeba zapytać, ile kosztowały spółkę decyzje polityczne, ile straciła przez opóźnienia, nietrafione kontrakty, symboliczne inwestycje i zarządzanie podporządkowane partyjnym kalendarzom.
PŻB potrzebuje dziś nie kolejnej wojny na konferencje prasowe, lecz stabilności, przejrzystości i normalnego biznesowego oddechu. Potrzebuje terminowych wypłat, sprawnych promów, uczciwego rozliczenia przeszłości i realnej strategii na przyszłość. Bo na Bałtyku nie wygrywa się komunikatami partyjnymi. Wygrywa się flotą, ofertą, wiarygodnością i zaufaniem pasażerów. A zaufanie, podobnie jak prom, trudno zbudować z samej stępki.