Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.
25 Sierpnia 2022 godz. 14:11
Ala za WZP
 

Oszczędzamy energię!

Marszałek województwa Olgierd Geblewicz zdecydował o zmianach organizacji pracy Urzędu, których efektem ma być ograniczenie zużycia energii cieplnej i elektrycznej. Jak będziemy oszczędzać prąd? Między innymi ograniczając iluminację budynków oraz klimatyzację (latem) i ogrzewanie (zimą), redukując liczbę urządzeń elektrycznych, wymieniając oświetlenie na ledowe czy zmniejszając liczbę drukowanych i kopiowanych dokumentów. To reakcja samorządu województwa na kryzys energetyczny i związane z nim zalecenia Komisji Europejskiej Wytyczne w sprawie „ograniczenia zużycia energii oraz wdrożenia dobrych praktyk w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Zachodniopomorskiego” zostały wprowadzone pismem okólnym marszałka z 19 sierpnia 2022 r. Nowe zasady funkcjonowania Urzędu obowiązują od dnia ogłoszenia. W piśmie do pracowników marszałek Olgierd Geblewicz wyjaśnia, że oszczędzanie energii elektrycznej i cieplnej jest koniecznością w obliczu kryzysu wywołanego agresją Rosji na Ukrainę, destabilizacją rynku surowców, rosnącymi cenami.   -  Wszyscy z niepokojem obserwujemy galopujące ceny energii, problemy z dostawami surowców. Rosną obawy o bezpieczeństwo energetyczne gospodarstw domowych, ale też szpitali, szkół, zakładów pracy - mówi marszałek Olgierd Geblewicz. - Żeby przygotować się do jesieni i zimy, żeby zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne Europy, Polski, regionów i miast - musimy być solidarni, wszyscy musimy oszczędzać energię elektryczną, oszczędzać paliwo, redukować zużycie energii cieplnej. I w domu, i w pracy.   Marszałek zwraca uwagę, że w obliczu ogromnych podwyżek cen energii i wojny surowcowej prowadzonej przez Rosję - konieczne jest zmagazynowanie możliwie największej ilości gazu, ropy naftowej i węgla.   - Oszczędności są najszybszym i najtańszym sposobem zwiększenia zasobności magazynów i zaradzenia obecnemu kryzysowi energetycznemu w perspektywie nadchodzącej zimy oraz perspektywie długookresowej - zauważa Olgierd Geblewicz.   Wyjaśnia również, że działania samorządu województwa są odpowiedzią na postulaty Komisji Europejskiej oraz porozumienie ministrów energii państw UE zawarte w Brukseli 26 lipca br. w sprawie zmniejszenia zapotrzebowania na gaz przed nadchodzącą zimą (ograniczenie zużycia gazu ziemnego od 15 procent, od sierpnia 2022 do marca 2023 r.)   Zasady, które mają „zapewnić osiągnięcie natychmiastowych oszczędności energii”, dotyczą działalności Urzędu Marszałkowskiego WZ, a także podległych mu jednostek i instytucji.   Instrukcja wskazująca sposoby oszczędzania prądu i ciepła składa się z kilkunastu punktów. Pierwszy zapowiada wyłączenie zewnętrznych iluminacji i podświetleń budynków. Kolejne dotyczą klimatyzacji i ogrzewania. W okresie letnim działanie systemów klimatyzacyjnych zostanie ograniczone w celu utrzymania temperatury nie niższej niż 25 st. C. Natomiast w okresie zimowym zmniejszenie parametrów na węzłach cieplnych ma skutkować utrzymaniem temperatury ok. 20 stopni C. Nastąpi również ograniczenie pracy systemów cyrkulacji np. ciepłej wody użytkowej do okresu, w którym ich działanie jest uzasadnione. Mniejszy pobór energii zagwarantuje także wymiana źródeł oświetlenia na ledowe, ograniczenie liczby monitorów informacyjnych i reklam wizualnych, ograniczenie liczby urządzeń elektrycznych o dużym poborze prądu.   Część wprowadzonych rozwiązań będzie miało charakter trwały, a część - tam, gdzie dotyczy to standardów funkcjonowania jednostek - charakter czasowy.   Warto podkreślić również, że marszałek zobowiązał pracowników biorących udział w przygotowaniu procesów inwestycyjnych do działania ze szczególnym uwzględnieniem rozwiązań projektowych i wykonawczych wpływających na ograniczeniem zużycia energii. Efektywność energetyczna ma być też jednym z najważniejszych kryteriów przy realizacji zamówień publicznych.   Troska o środowisko, konieczność oszczędzania energii i wody, promowanie postaw proekologicznych znalazły odzwierciedlenie w projekcie nowej siedziby Urzędu Marszałkowskiego WZ. Biurowiec przy ul. Mazowieckiej to budynek pasywny, niskoemisyjny. Będzie wyróżniał się ekstremalnie niskim zapotrzebowaniem na energię (nawet ośmiokrotnie mniejszym niż tradycyjne obiekty o takiej kubaturze). Zostanie to potwierdzone przyznaniem certyfikatu Passivhaus Institut w Darmstad, oraz certyfikatem BREEAM na poziomie Very Good. Na dachu będą instalacje fotowoltaiczne. Na potrzeby pomp ciepła wykonano 28 odwiertów geotermalnych. Zaplanowano również system odzyskiwania wody deszczowej, która będzie wykorzystywana w toaletach. Będą także miejsce do ładowania samochodów elektrycznych i duża rowerownia. Zmodernizowany gmach przy ul. Piłsudskiego również przeszedł kompleksową termomodernizację, zastosowano m.in. pasywne instalacje grzewcze i wentylacyjne, wymieniono całą stolarkę okienną, wykonane izolację i docieplenia, zamontowano żaluzje zewnętrzne itd. Wyremontowany budynek również spełnia normy BREEAM.    
16 Września 2022 godz. 9:06
eWok, fot. owmlodziherosi.pl
 

Jak koszalińska firma (nie)żerowała na kolonistach

"Kolonia nie była zgłoszona do kuratorium, brakowało łóżek, w wielu z nich nie było pościeli, a w niektórych kołdrach były pluskwy i robactwo" informuje w materiale zatytułowanym "Jak żerować na kolonistach" 24Kurier.pl i dodaje: "mowa o koloniach zorganizowanych przez spółkę Ramstad z Koszalina w Pogorzelicy (ośrodek Enei) i Pobierowie (Młodzi Herosi przy ul. Moniuszki i Sternik przy Orzeszkowej)". - To stek bzdur , a autor ma już sądowy zakaz pisania o nas - ucina krótko Sławomir Piskorz, prezes zarządu Kolonie.Turystyka Sp. z o.o. - Ramstad w ogóle nie była organizatorem kolonii, a my nie musieliśmy niczego zgłaszać do kuratorium - dodaje. Materiał "Jak żerować na kolonistach"  spowodował, że włosy stanęły mi dęba. Czytając kolejne jego fragmenty coraz bardziej wybałuszałem oczy ze zdumienia. Nie mogłem uwierzyć, że w 2022 roku można dopuścić do tego, by dzieci przebywały "w pokojach bez prądu,   zapleśniałych prysznicach i spały w pościeli z robactwem". - To wszystko nieprawda. Sprawę kierujemy do sądu. Zresztą nie po raz pierwszy, bo autor tego materiału ma już sądowy zakaz pisania o nas - informuje prezes Kolonia.Turystyka. - Ani Ramstad, ani tym bardziej moja firma nie była organizatorem kolonii. - Kolonie.Turystyka tylko wynajmowała obiekt  organizatorowi kolonii. Dlatego my nie musieliśmy informować kuratorium - dodaje. Spółki Ramstad i Kolonia.Turystyka są powiązane poprzez osoby wspólników i posiadają ten sam adres siedziby.   Autor ma co prawda sądowy zakaz, ale  rozpowszechniania konkretnych, wyszczególnionych w postanowieniu sądu materiałów. - Niedawno rozpoczął się mój drugi proces, karny z oskarżenia  cywilnego - informuje autor materiału. - A powołany przez oskarżycieli świadek, pan Piskorz nie wstawił się na rozprawie w sądzie. Niech go pan zapyta dlaczego - mówi szczeciński dziennikarz. - Nie mogłem pojechać do sądu, bo dopadł mnie covid - wyjaśnia śmiejąc się Piskorz. Za to  Piskorz potwierdza fakt, że nie we wszystkich pokojach był prąd. - Tak, to prawda w trzech pokojach nie było prądu. Elektrycy nie zdołali tego naprawić. Trzeba będzie kuć w ścianach przewody i doprowadzić do tych pomieszczeń elektryczność - wyjaśnia.  A trzeba wiedzieć, że przepisy stanowią, że to organizator wypoczynku zapewnia bezpieczne i higieniczne warunki kolonistom. Oznacza to, że wypoczynek musi zostać zorganizowany w obiekcie lub na terenie spełniającym wymagania ochrony przeciwpożarowej, ochrony środowiska oraz warunki higieniczno-sanitarne. Wymagania te określone są w przepisach o ochronie przeciwpożarowej, ochronie środowiska i Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Właściciel budynku, w którym chcemy zorganizować kolonie, czy obóz powinien dysponować stosownymi dokumentami. Spełnianie przez obiekt lub teren wymań ochrony przeciwpożarowej powinien potwierdzać dokument będący w posiadaniu właściciela obiektu, wydany przez komendanta Państwowej Straży Pożarnej. Taka opinia jest ważna przez okres 3 lat od dnia jej wydania. - I dysponujemy wszystkimi opiniami i pozwoleniami. Mamy siedem ośrodków w Polsce, które w tym sezonie były czynne od pierwszego maja do końca sierpnia - mówi Piskorz. - Gdyby było inaczej to każda z tych służb natychmiast by nas zamknęła - dodaje.   Także sprawa wyżywienia kolonistów jest prawnie uregulowana. "Organizator ma obowiązek zapewnić wyżywienie zgodne z zasadami higieny żywienia. Takie zasady określa ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia". - To jak powiedziałem nie pierwszy oczerniający nas materiał tego pana, który nalegał m.in. by sanepid nas skontrolował. Była kontrola. I to nie jedna. Wszystko było w porządku - twierdzi Piskorz.   - Były kontrole, które wykazywały pewne nieprawidłowości - informuje Małgorzata Kochan, rzecznik prasowy szczecińskiego Sanepidu. - Z tego co pamiętam, to część z nich była usuwana na bieżąco, a część otrzymywała termin usunięcia. I było to wykonywane. Mogę potwierdzić, że nałożyliśmy mandat, a nawet chyba karę - dodaje. My dodajmy, że sanepidowski mandat wynosi do 500 zł, a wysokość kary pieniężnej może być wymierzona do pięciokrotnej wartości brutto zakwestionowanej ilości środka spożywczego lub produktu niebędącego żywnością wprowadzonego do obrotu jako żywność. Wysokość kary pieniężnej może być wymierzona do 5000 zł, nie mniej niż 1000 zł.   - To nie ostatni mój artykuł o tych panach i spółkach. Pisałem i będę o nich informować czytelników, by ustrzec ich przed nimi - zapewnia publicysta Kuriera. - Ja domyślam się powodów, którymi kieruje się ten pan, bo dziennikarzem go nie nazwę. Nie chcę jednak na razie tego upubliczniać. Przedstawię te powody podczas sądowego procesu -  zobowiązuje się prezes Kolonie.Turystyka.  Z kolei ekoszalin.pl gwarantuje, że będzie śledził i informował o postępach tych spraw sądowych.         
3 Czerwca 2022 godz. 3:18
eWok, fot. archiwum
 

Koszalin: Korki na ulicach, a system ułatwiający jazdę w sądzie. W tle miliony złotych

Jazda ulicami Koszalina to dziś niestety stanie w korkach i przeklinanie. A miało być płynnie, łatwo i przyjemnie. Koszalin jako jedno z pierwszych miast w kraju postanowił sprawić sobie Inteligentny System Transportowy. Był rok 2014… To wówczas rewolucja cyfrowa naszych ulic miała stać się rzeczywistością. A to dzięki  nowoczesnemu, Inteligentnemu Systemowi Transportowemu (Intelligent Transportation Systems – ITS). Jego „praca” opierając się na przygotowanych wcześniej algorytmach oraz dostarczanych na bieżąco danych ruchowych miała wspomagać sterowaniem ruchem ulicznym, nadzorować sytuację na drogach oraz oceniać poziom bezpieczeństwa w miejscach wzmożonego ruchu drogowego oraz informować o liczbie wolnych miejsc na parkingach. Dodatkowym efektem wdrożenia systemu miała być także znaczna poprawa jakości życia koszalinian przez lepszą jakość powietrza, redukcję hałasu i usprawnienie przejazdów przez miasto pojazdów transportu zbiorowego. System powstał. I owszem, nawet został wykorzystany do promowania otwarcia w 2015 roku aqaparku. Kierowcom w Koszalinie nie dane było jednak poznać jego ani jednej zalety. Kluczem do skutecznego działania systemu ITS jest przede wszystkim przygotowanie i wdrożenie odpowiedniego systemu. Mówiąc obrazowo nie wystarczy dokonać zakupu komputera by z niego korzystać. Komputer musi posiadać system operacyjny. A koszaliński ITS się go nie doczekał… Miasto co prawda zorganizowało przetarg, który wygrała PKP Informatyka Sp. z o.o. (jedynym udziałowcem spółki PKP Informatyka spółka z o.o. są Polskie Koleje Państwowe S.A., które posiadają 100 % udziałów). I tak za 13,5 mln złotych – w 85 procentach finansowanych przez Unię Europejską - miała w mieście do końca maja 2015 roku dokonać się drogowa transformacja cyfrowa. Zamiast jej sprawa ITS trafiła do Sądu Okręgowego Szczecinie, a kierowcy nadal grzęzną w korkach.  PKP Informatyka zamontowała ekrany, czujniki, monitoring, wyświetlacze oraz okablowanie. Widzimy je na co dzień poruszając się po mieście. Na dodatek można by na nich wyświetlać nie tylko informacje usprawniające ruch w mieście ale i np. dane o jakości powietrza. Nie trzeba by montować ekranu na ratuszu… Jednak nic z tego. System nie działa, bo nie ma odpowiedniego programu. – W trosce o finanse miasta, nie mogliśmy zapłacić za coś, co nie działa – wyjaśnia Robert Grabowski, rzecznik prasowy prezydenta Koszalina. – Miasto nie odebrało wykonanej instalacji, a sprawa trafiła do sądu – dodaje rzecznik.  Spór jest obustronny. PKP Informatyka zabiega o zwrot poniesionych kosztów, tj. o 9 mln złotych. Miasto z kolei, z powodu tego, że miało otrzymać dofinansowanie z UE żąda ok. 4 mln zł z tytułu utraconych korzyści. Termin kolejnej rozprawy już za miesiąc. W szczecińskim sądzie mają być słuchani świadkowie. Nam pozostaje nadal jazda w korkach…            
22 Sierpnia 2022 godz. 7:24
Ala, film: UM Koszalin
 
 

Jedliński zdecydował o tym, że Rodzinny Plac Zabaw na Górze Chełmskiej jest inwestycją strategiczną Koszalina

- To ja dokonałem wyboru tego zadania i biorę za nie pełną odpowiedzialność - przyznał podczas dyskusji na ostatniej, nadzwyczajnej sesji Rady Miejskiej, Piotr Jedliński, prezydent Koszalina. Radni Koalicji Obywatelskiej sprzeciwiają się budowie Rodzinnego Placu Zabaw na Górze Chełmskiej. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że Zarząd Dróg i Transportu wydał w tym roku na utrzymanie w mieście placów zabaw zaledwie 132 tysiące złotych. A na ich utrzymanie ma aż 430 tysięcy zł. Ostatnią sesję zdominowała dyskusja o celowości miejskich inwestycji - Rodzinnego Placu Zabaw i drogi prowadzącej do niego - na Górze Chełmskiej. Radni opozycyjni sprzeciwiają się tym obu projektom. Jedliński przyznał, że samodzielnie dokonał wyboru projektu Rodzinnego Placu Zabaw na Górze Chełmskiej, i że bierze za tą decyzję pełną odpowiedzialność. - Rodzinny Plac Zabaw zyskał dofinansowanie w wysokości dwóch milionów złotych. To są pozyskane przez miasto środki z zewnątrz. Chyba wszystkim nam zależy na tych pieniądzach - bronił swojego stanowiska Jedliński. - Panie prezydencie, my się w ogóle rozumiemy - kontrowała Barbara Grygorcewicz z klubu radnych KO. - My tej inwestycji po prostu nie chcemy. Wystarczy zerknąć na internetowe fora, by przekonać się, że nie chcą jej także koszalinianie - dodała. - To nie jest inwestycja strategiczna dla Koszalina - stwierdziła z kolei Dorota Chałat, klubowa koleżanka Grygorcewicz. - Przed podjęciem decyzji powinien pan zapytać mieszkańców, czy ją chcą. Zamiast niej można byłoby dokonać zmian na przykład na Rynku Staromiejskim, tak, by stał się on rzeczywiście "pełnią życia" miejskiego. Zamiast inwestować i tworzyć kolejne miejsce do utrzymania należy zadbać o te, które już mamy - dodała. Z kolei radny Tomasz Bernacki zaproponował Piotrowi Jedlińskiemu oraz pozostałym radnym wspólną "wycieczkę" po koszalińskich placach zabaw. Zarówno Bernacki jak i Sebastian Tałaj zabiegali, aby zaoszczędzone w miejskim budżecie pieniądze zostały przeznaczone na place zabaw i kulturę fizyczną. - Dwieście tysięcy musimy przeznaczyć na projekt Rodzinnego Placu Zabaw, bo to jest wkład własny tej naszej inwestycji. Nie będzie dwustu tysięcy, to nie będzie dwóch milionów złotych - stwierdził Jedliński.  W czasie dyskusji okazało się, że Zarząd Dróg i Transportu ma w swoich tegorocznych planach finansowych kwotę aż 430 tysięcy złotych na utrzymanie i remonty miejskich placów zabaw. Jak poinformowała skarbniczka, z tej kwoty zdołał wydać zaledwie nieco ponad 30% czyli 132 tysiące złotych. To dość zaskakująca opieszałość miejskiej spółki, w szczególności, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że właśnie kończy nam się już ósmy miesiąc tego roku i praktycznie czas zabaw na świeżym powietrzu... 
6 Września 2022 godz. 9:05
eWok, fot.
 

Podwyżki cen energii uderzają w miasta. Będzie ciemniej...

Wtorek, 20 września br. będzie niemal sądnym dniem dla Koszalina. A dokładniej dla jego budżetu. Po godzinie 8.00 otwarte zostaną oferty na zakup energii elektrycznej dla Gminy Miasto Koszalin wraz z jednostkami organizacyjnymi, instytucjami kultury, spółkami miejskimi oraz innymi podmiotami. Miasto zamierza przeznaczyć na ten cel kwotę 38 090 691,20 zł, a umowa ma obowiązywać od 1 stycznia do 31 grudnia 2023 roku. Dodajmy, że w tym roku Koszalin za energię zapłaci 15 mln złotych. Kilkusetprocentowe wzrosty cen energii mocno uderzają w budżety gmin. Aby nie przerzucać w całości tych kosztów na mieszkańców i podwyżki różnego rodzaju usług, coraz więcej samorządów szuka oszczędności. Część decyduje się na gaszenie oświetlenia ulicznego nocami, inne inwestują w jego modernizację. Prezydent Bydgoszczy zwołuje na czwartek (8 bm.) posiedzenie Zespołu Zarządzania Kryzysowego, a władze  władze Norymbergi zdecydowały się na zamknięcie miejskiej pływalni na 72 dni. Miasto ma w ten sposób zaoszczędzić energię cieplną dla blisko 400 gospodarstw domowych oraz prąd dla blisko 800 gospodarstw.  Koszalinianie martwią się nie tylko o to, czy wystarczy im pieniędzy na zapłatę własnych rachunków za  energię, ale i o to, czy wzrost kosztów oświetlenia i ogrzania spowoduje zamknięcie przedszkoli, szkół, domów kultury, hal sportowych, pływalni czy domów pomocy społecznej. Zastanawiają się też, czy trzeba będzie wyłączać uliczne latarnie.  - Od jakiegoś już czasu oszczędzamy energię elektryczną. Tak w mieście jak i w urzędzie - mówi Robert Grabowski, rzecznik ratusza. - Wyłączona została iluminacja wieży ratusza, a w urzędzie pojawiły się wspólne dla wielu urzędników urządzenia wielofunkcyjne do drukowania. Ponadto całkiem niedawno Straż Miejska otrzymała dwa elektryczne samochody, a PGK wzbogaciła się o dwie eko-śmieciarki. Do tego musimy również doliczyć już wybudowane farmy fotowoltaiczne przy Parku Wodnym i MWiK a także dopiero co podpisanie umowy na budowę kolejnej w MWIK przy stacji uzdatniania wody w Mostowie - dodaje. Z kolei Zarząd Dróg i Transportu w Koszalinie po raz kolejny zawarł czteroletnią Umowę z Energa-Oświetlenie sp. z o.o. na „Świadczenie usługi oświetlenia dróg i innych terenów publicznych na terenie miasta Koszalina". W ubiegłych latach w ramach dotychczasowej umowy wymieniono 1.096 punktów świetlnych sodowych na oświetlenie LED, wymieniono 538 słupów oświetleniowych oraz odnowiono przez malowanie 200 słupów oświetleniowych na terenie Koszalina. Natomiast dzięki dopiero co podpisanej, kolejnej czteroletniej umowie na terenie Koszalina zostanie: - zmodernizowane oświetlenie: 3.050 punktów świetlnych poprzez wymianę oświetlenia sodowego na oświetlenie LED, - wymienionych 400 słupów oświetleniowych, - dobudowane doświetlenia na pięciu przejściach dla pieszych: 1. przejście dla pieszych na ul. Podgrodzie (łączące parking Sportowej Doliny z parkingiem przy ul. Grunwaldzkiej), 2. przejście dla pieszych na ul. Staszica – na wysokości SP 18, 3. przejście dla pieszych na ul. 4 Marca – na wysokości 17 Wojskowego Oddziału Gospodarczego, 4. przejście dla pieszych na ul. Orląt Lwowskich – pomiędzy łącznikami Deptaku Kopernika, 5. przejście dla pieszych na ul. Gnieźnieńskiej – dwa przejścia od szkoły „Samochodówki" wraz z przejściem dla pieszych na ul. Modrzejewskiej. Na całkowitą liczbę punktów świetlnych w mieście wynoszącą 5.772 wymienionych na LED zostanie aż 4.146. Pozostałe słupy zostaną zlikwidowane poprzez inwestycje miejskie. Dzięki temu oświetlenie LED obejmie 100% punktów oświetleniowych na majątku Energa-Oświetlenie i będzie miało wpływ na zmniejszenie zużycia energii elektrycznej na potrzeby oświetlenia ulic. Dotychczas na potrzeby oświetlenia ulicznego zużywane jest 2 296 792 kWh rocznie. Zakłada się, że na skutek modernizacji zużycie energii elektrycznej zostanie zredukowane do 1 547 714 kWh rocznie. Oznacza to zmniejszenie zużycia o 50,8%. To jednak nie koniec pozytywnych aspektów modernizacji. Dzięki zredukowanemu zużyciu emisja CO2 zostanie obniżona o 522,86 tony rocznie. Ponadto nowe oprawy spełniają wszystkie standardy i normy oświetleniowe, posiadają certyfikaty jakości oraz długi okres gwarancji. Oznacza to, że zostaną także obniżone koszty utrzymania i konserwacji opraw. Czteroletnia umowa opiewa na kwotę 18,7 mln zł. Czy to są wystarczające działania? - Gdy rozstrzygnięty zostanie przetarg na dostawę energii elektrycznej to dowiemy się ile będziemy musieli za nią zapłacić, i wówczas podejmowane będą kolejne oszczędnościowe decyzje. Decydować będziemy czy w tym roku pojawią się świąteczne iluminacje oraz Jarmark Bożonarodzeniowy. Mamy już doświadczenie wyniesione z pandemii dotyczące wyłączania co drugiej lampy ulicznej - dodaje Grabowski. Miasto przeznaczyło także 50 tysięcy złotych na przygotowanie projektu opracowania do "Planu zapotrzebowania w ciepło, energię elektryczną i paliwa gazowe dla miasta Koszalina".  Dużo w sprawie oszczędzania energii zależy także od nas samych. Pamiętajmy, że energia elektryczna wykorzystywana jest również w takich obiektach jak szkoły, przedszkola, żłobki, budynki biurowe itp. i musimy dbać o racjonalne jej zużycie. Inną spraw jest to, że samorządy  na pokrycie wzrostu cen energii elektrycznej powinny otrzymać dotację z budżetu państwa. Może warto, by władze Koszalina zaczęły starać się o pieniądze nie tylko na miejską spalarnię, czy stadion ale także na dopłatę do energii?          
2 Września 2022 godz. 12:00
Art za Newseria.pl
 
 

Antoni Piechniczek: Mieszanka młodych i doświadczonych zawodników na mundialu w Katarze może się okazać wybuchowa. Powinni nas zaskoczyć

XXII Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej Katar 2022 odbędą się od 20 listopada do 18 grudnia i będą pod wieloma względami wyjątkowe – jako pierwsze zostaną rozegrane na Bliskim Wschodzie i pierwszy raz w kraju islamskim. To będzie także pierwszy mundial, który nie odbywa się latem, a jednocześnie ostatni mundial, w którym wezmą udział 32 drużyny. – Żadnego wyniku wykluczyć nie można, ale na pewno zależałoby nam na tym, aby reprezentacja Polski po raz pierwszy od Meksyku w 1986 roku wyszła z grupy – mówi Antoni Piechniczek, były trener reprezentacji Polski w piłce nożnej. – Wszyscy oczekujemy dobrych rezultatów od naszej reprezentacji i akurat ta drużyna, która aktualnie gra, posiada w swoim składzie dużą grupę piłkarzy doświadczonych, którzy mają już za sobą i mistrzostwa świata, i mistrzostwa Europy, i eliminacje do kolejnych mistrzostw świata – kontynuuje Antoni Piechniczek. – I jest też grupa młodych, bardzo utalentowanych zawodników. Ten melanż i doświadczonych, i młodych powinien nas zaskoczyć właśnie bardzo dobrymi rezultatami. W swoim pierwszym spotkaniu grupy C reprezentacja Polski zagra 22 listopada z Meksykiem. Cztery dni później zmierzy się z Arabią Saudyjską, a 30 listopada z Argentyną. – W grupie C najwyżej notowany jest zespół Argentyny, na drugim miejscu są Meksykanie oraz reprezentacja Polski, a trzecie miejsce należy do Arabii Saudyjskiej – ocenia były trener. – Ale piłka nożna ma to do siebie, że często – szczególnie na imprezach tego typu – trafiają się duże niespodzianki, stąd żadnego wyniku wykluczyć nie można. Plan minimum to wyjście z grupy. Do sukcesu potrzeba dobrego przygotowania motorycznego i wytrzymałości szybkościowej. Jak ocenia Antonii Piechniczek, klimat Kataru nie powinien być przeszkodą, bo wszystkie mecze będą z reguły rozgrywane przy świetle elektrycznym, a więc wieczorami, kiedy słońce już tak silnie nie grzeje, a wręcz go już nie ma, bo raczej świeci księżyc. – Myślę, że zawodnicy dadzą sobie z tym radę. Miałem przyjemność pracować w Emiratach Arabskich i Katarze jako trener i też dawałem sobie radę, angażowałem się czasem bez reszty w prowadzone zajęcia. Dobrze przygotowany zespół da sobie doskonale radę – podkreśla. Jego zdaniem przygotowanie odgrywa olbrzymią rolę, ale wiele zależy też od warsztatu i doświadczenia trenera. – Wydaje mi się jednak, że trzeba bazować na doświadczeniu zawodników i nakłonić ich, aby każdy starał się dla siebie być również trenerem. Każdy zna swój organizm, wie, co poprawia mu formę, wie, jaka dieta winduje wysoko wydolność. Krótko mówiąc, potrzeba dużej współpracy trenera z zawodnikami – dodaje Antoni Piechniczek. – Piłka nożna rządzi się swoimi prawami i posiadanie jednego czy dwóch bardzo utytułowanych piłkarzy to trochę za mało. Liczy się 11 piłkarzy, liczy się drużyna i koncepcja pracy trenera. Posiłkuję się zawsze prakseologią i mówię: najważniejsza jest doskonałość, a bez doskonałości nie osiąga się dobrych rezultatów, doskonałość nie jest drobnostką i ona jest zależna od indywidualnego podejścia każdego z zawodników. Jak podkreśla, u podstaw sukcesu, który polska reprezentacja odniosła 40 lat temu, leżały pozytywy, które drzemały w zespole. Zespół posiadał wtedy piłkarzy już utytułowanych, takich jak Władysław Żmuda, król strzelców mistrzostw świata Grzegorz Lato czy Zbigniew Boniek, który wcześniej grał na mistrzostwach świata w Argentynie. Grało w nim także kilku piłkarzy młodych, takich jak Waldemar Matysik, Andrzej Buncol czy Włodzimierz Smolarek, którzy wnosili do tej gry dużo elementów opartych na determinacji, woli walki oraz świetnym przygotowaniu motorycznym. – Ja mogę tylko z perspektywy tych 40 lat powiedzieć, że przygotowaliśmy się bardzo starannie i przystępowaliśmy do każdego meczu z dużą wiarą w siebie – podsumowuje były trener reprezentacji Polski. Faza grupowa tegorocznego mundialu potrwa do 2 grudnia, 3–6 grudnia to etap spotkań 1/8 finału, a 9 i 10 grudnia to terminy ćwierćfinałów. Półfinały zostaną rozegrane 13 i 14 grudnia, mecz o trzecie miejsce 17 grudnia, a zwycięzca będzie znany następnego dnia. Tytułu mistrza świata broni Francja.
16 Sierpnia 2022 godz. 8:05
Ala z mat. inf.
 

Już 2/3 Polaków uprawia sport. Które aktywności z najwyższym ryzykiem kontuzji?

Już dwóch na trzech Polaków deklaruje, że uprawia sport, z czego połowa minimum raz w tygodniu. Co trzeci młody człowiek ćwiczy nawet 2-3 razy tygodniowo, natomiast w grupie osób powyżej 55 r.ż. aktywności nie podejmuje co drugi – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy ubezpieczeniowej Wiener. Jednak jak wskazują eksperci, sport to też ryzyko kontuzji – dla 37% badanych sportowe urazy poskutkowały nieobecnością w pracy i nieprzewidzianymi wydatkami. Istnieją ubezpieczenia, dzięki którym urazy bolą mniej, przynajmniej pod kątem finansowym. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Wiener wynika, że 65% Polaków uprawia sport. Co czwarty badany podejmuje aktywności sportowe 2-3 razy w tygodniu, 12% ćwiczy codziennie, a taki sam odsetek – raz w tygodniu. Co trzeci Polak przyznał, że w ogóle nie uprawia sportu. Najaktywniejszą grupą są ludzie młodzi – co trzecia osoba w wieku 18-24 lata uprawia sport 2-3 razy w tygodniu. Wraz z wiekiem rośnie odsetek osób niepodejmujących żadnych aktywności fizycznych – u osób w wieku powyżej 55 lat przyznał się do tego co drugi badany, w wieku 45-54 było to 40%. Nie ćwiczy co czwarty w wieku 35-44 lata i co piąty w wieku 18-34 lat. Sport to zdrowie, ale i kontuzje Według badania 38% Polaków doznało kontuzji w czasie uprawiania sportu. Częściej przytrafiały się one mężczyznom (46%) niż kobietom (31%). Kontuzje to nie tylko negatywne skutki dla sprawności, ale i finansów. Aż 37% badanych w wyniku doznanego urazu nie mogło pracować lub było zmuszonych pokryć nieprzewidziane wydatki z tym związane. Najczęściej takie sytuacje dotyczyły najstarszej grupy badanych powyżej 55 r.ż., gdzie prawie co drugi (47%) przyznał się do nieobecności w pracy przez kontuzję lub miał niespodziewane wydatki z tego powodu. Jak wskazuje Anna Bałuka, ekspertka Wiener, na rynku istnieją ubezpieczenia, które chronią osoby prowadzące aktywny tryb życia. W Wiener to Pakiet NA WSZELKI WYPADEK, który działa także wtedy, gdy amatorsko uprawiamy sport albo w czasie wolnym decydujemy się na aktywności z większym ryzykiem, takie jak wspinaczka czy jazda na rowerze na trasach z przeszkodami. TOP3 najbardziej ryzykownych sportów Najbardziej ryzykownym sportem pod względem kontuzji okazała się piłka nożna – 26% Polaków, którzy przyznali się do aktywności w tej dyscyplinie, doznało urazu. Na drugim miejscu znalazła się siatkówka, podczas której wypadek zdarzył się co czwartej osobie. Tuż za nią znalazła się koszykówka, w wyniku której kontuzji dostało 23% graczy uczestniczących w badaniu. Zdecydowanie rzadziej urazy zdarzają się podczas pływania (13%), biegania (12%), jazdy na rowerze (9%) czy fitnessu (8%). Co drugi ćwiczy dla satysfakcji, nie wyników Firma Wiener zapytała również o to, czy Polacy rejestrują lub monitorują swoje aktywności sportowe za pomocą aplikacji w smartfonie lub innych urządzeń. Okazuje się, że choć nie robi tego co drugi badany, prawie tyle samo sprawdza swoje wyniki – 28% używa do tego celu dedykowanych akcesoriów, takich jak zegarki, opaski sportowe, liczniki itp., natomiast co piąty zerka na ekran swojego smartfona.  Metodologia: Badanie przeprowadzono na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview) w czerwcu 2022 roku na ogólnopolskiej próbie N=1066 osób. 
16 Kwietnia 2021 godz. 5:37
Art mat.inf.
 

Świat sponsoringu sportowego – legendarne współprace i miliardowe wydatki na promocje

Kiedy w 1928 roku Coca-Cola dostarczając napoje dla amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie zamieściła przy tym swoje reklamy, być może jeszcze nieświadomie rozpoczęła erę sponsoringu w sporcie. Pół wieku później ten sposób reklamowania wkroczył na stadiony w USA i Europie Zachodniej, a potem dotarł również do środowisk klubowych w Polsce.[1] Według najnowszego raportu Sports Sponsorship Investment[2] wydatki firm na reklamę i marketing sportowy na 2020 rok były szacowane na 48 miliardów dolarów. A w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosły o około 20 proc. Liczby te zweryfikowała pandemia i mocno ograniczyła dotychczasowe działania globalnych marek, ale czy całkowicie? Jakie branże wydają najwięcej na sponsoring sportowy i z którymi legendarnymi klubami współpracują? Jakie trendy zdominują ten sektor w kolejnym pandemicznym roku? Sponsoring sportowy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przeszedł ewolucję od prezentacji logotypów na szyldach reklamowych do realizacji złożonych kampanii promocyjnych, w których zaangażowane są nie tylko marki, ale i znane osobistości świata sportu. Firmy, które inwestują w tę dziedzinę, jako najważniejsze wymieniają budowę świadomości marki i jej wizerunku, prestiż, zawiązywanie emocjonalnych relacji z odbiorcami i wzrost lojalności wobec marki, ze sprzedażą swoich produktów na czele. Badania zachowań konsumentów wielokrotnie potwierdzały, że ludzie chętniej nabywają artykuły sponsorów, a nawet czasem są skłonni zapłacić więcej, jeśli wspiera bliskie im drużyny, reprezentacje czy zawodników. Sponsoring sportowy – kto wydaje najwięcej? Według raportu Sports Sponsorship Investment najwięcej na sponsoring sportu wydają branże: finansowa (5,3 mld dolarów w 2019 roku), motoryzacyjna (2,4 mld), sprzedaż detaliczna (1,3 mld), telekomunikacyjna (1 mld) i alkoholowa (0,85 mld). Ta ostatnia budzi najwięcej emocji, bo pojawiają się głosy sprzeciwu, że tzw. „procentów” nie powinno się mieszać z rywalizacją sportową. Te głosy są jednak w mniejszości, a pokazują to roczne wydatki na sponsoring właśnie w tej branży. Jeszcze kilka lat temu zbadał je portal Sportcal.com [3]i oszacował, że to około 765 mln dolarów i prognozuje się, że będą rosły. Z raportu wynikało, że w czołowej dziesiątce firm osiem to kompanie piwowarskie. To głównie efekt tego, że w wielu krajach na świecie reklama piwa, pod pewnymi warunkami, jest dozwolona. Dalej w kolejności byli producenci szampana, wina i cydru. Branża piwna w świecie sponsoringu sportowego Marki browarnicze liczą na dotarcie do masowego odbiorcy, a do tego piwo jest zwykle najtańszym dostępnym alkoholem i kojarzonym ze sportem oglądanym przez kibica. Z tego powodu tak często możemy oglądać piwne brandy w sportowych realiach. - Po pierwsze jest tu wysoka zbieżność grup docelowych. Kibice znacząco pokrywają się z konsumentami piwa. Co więcej, obydwie grupy są populacyjnie bardzo duże i regularnie spożywają ten rodzaj alkoholu, więc tym bardziej są atrakcyjne dla koncernów – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. Potentatem jest amerykański Anheuser-Busch InBev, który wydaje około 250 mln dolarów rocznie (jako marka Bud Light) na partnerstwo z ligą amerykańskiego footballu NFL, a do tego jest także oficjalnym sponsorem reprezentacji Anglii w piłce nożnej. Kolejna marka z tej kompanii – Budweiser od 1994 roku jest sponsorem mundialu w piłce nożnej, czyli jednej z największych imprez sportowych na świecie. Wydaje rocznie około 85 mln dolarów. - Marki alkoholi, w tym głównie piwa, zwróciły się w stronę sportu w nadziei, że dotrą do podstawowej grupy docelowej, czyli mężczyzn w średnim wieku. Liczą, że współpraca z zespołami i zawodnikami, udział w zwycięstwach i porażkach sprawi, że zbudują też lojalność wśród kibiców – podsumował Conrad Wiacek ze Sportcal. Prysznic po bawarsku Kompanie piwowarskie działają nie tylko przy największych wydarzeniach sportowych, ale są też sponsorami klubów. Często dotyczy to lokalnych browarów. Jednym z przykładów jest długoletnia współpraca Bayernu Monachium i Paulanera. Każde mistrzostwo Niemiec w XXI wieku, a Bayern zdobył ich aż 14, jest świętowane podobnie. Jeszcze na murawie piłkarze dostają kilkulitrowe pokale wypełnione piwem, biegają po boisku i próbują oblać kolegę z drużyny, trenerów lub działaczy. Relacje ze świętowania zwykle obiegają cały świat. Producent piwa wykorzystuje też bardzo popularne w Niemczech święto Oktoberfest. Piłkarze z partnerkami zakładają bawarskie stroje i biorą udział w piwnej biesiadzie. Do tego za każdego gola w lidze Paulaner przekazuje 100 litrów piwa dla kibiców. W tym sezonie sam Robert Lewandowski, zapewnił fanom Bayernu już 3500 litrów. Choć najczęściej sport sponsorują koncerny piwowarskie, to na taki krok decydują się także producenci win i szampanów, a nawet mocniejszych trunków. W tym przypadku częściej dotyczy to dyscyplin „elitarnych”, kojarzących się zamożnością i prestiżem, ale także współpracujących z legendarnymi klubami sportowymi. Kiedy jeden diabeł szuka drugiego – sponsoring sportowy w świecie win Jednym z ciekawych przykładów z branży winiarskiej jest współpraca Manchesteru United i Casillero del Diablo. W tym przypadku można mówić o naturalnym partnerstwie. Angielski klub nosi bowiem przydomek „Czerwone Diabły”, a cała legenda wokół chilijskiego wina jest osnuta na diable, który pilnuje szlachetnego trunku. Inicjatywa współpracy wyszła z Manchesteru, który w 2010 roku miał wysłać list, że „szuka jeszcze jednego diabła” do zespołu. Efektem partnerstwa są reklamy wina na bandach podczas meczów Premier League, ale także filmy reklamowe z udziałem największych gwiazd drużyny m.in. Zlatana Ibrahimovicia, Waynea Rooneya, Juana Maty czy Davida De Gei. We wspólnie zorganizowanym konkursie „Spotkanie Legend" do wygrania jest wyjazd dla 26 osób z całego świata, w tym z Polski, na stadion Manchesteru United i rozegranie meczu o Puchar Diabła na murawie Old Trafford. - Te dwie wielkie firmy łączy nie tylko diabeł, ale też to, że należą do marek premium. Manchester to jeden z najbardziej znanych klubów sportowych na całym świecie. W 2020 roku był warty ponad 3,8 mld dolarów, co dało mu dziesiąte miejsce w rankingu i trzecie wśród klubów piłkarskich - podkreśla Dawid Piotrowski, specjalista ds. marketingu marki Casillero del Diablo. - Z kolei Casillero del Diablo to ikona win z Nowego Świata i najbardziej znane wino z Ameryki Południowej. To najlepszy ambasador Chile na całym świecie. Jest obecne w większej liczbie krajów na świecie niż działa chilijskich ambasad. A więc zarówno w piłce nożnej, jak i w produkcji wina łączy nas nasz legendarny duch, determinacja i pasja do doskonałości. Świeżym przykładem, że koronawirus nie stanął na drodze branży alkoholowej w inwestowaniu w sport, jest podpisana pod koniec marca czteroletnia umowa między Hiszpańskim Związkiem Piłki Nożnej, a winnicą Familia Torres. Marka wina Sangre de Toro (Krew byka) została sponsorem reprezentacji kobiet, mężczyzn i zespołów młodzieżowych U-21 Hiszpanii. Będzie widoczna podczas najważniejszych imprez - mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich. Producent wina zaznacza, że piłka nożna to największe źródło rozrywki na świecie. 2 miliardy ludzi oglądało Euro w 2016 roku, a prawie 3,6 mld mundial dwa lata późnej i podkreśla, że wpływ na sprzedaż produktów jest ogromny. - Dzielimy się naszą miłością do piłki nożnej z kibicami i wspieramy reprezentacje. Chcemy wspólnie świętować życie i wznosić toasty za zwycięstwa z przyjaciółmi i rodziną. Piłka nożna i wino łączą ludzi, a także budują przyjaźnie - mówi Sanda Sanabria, dyrektor marketingu marki. Szampan i truskawki ze śmietaną Jedną z tradycji tenisowego turnieju na Wimbledonie są szampan i truskawki ze śmietaną. Co roku na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club sprzedaje się około 28 ton owoców i 25 tys. butelek „wina z bąbelkami”. Francuski szampan Lanson jest oficjalnym partnerem wielkoszlemowego turnieju od 2001 roku, a współpracuje od 1977 roku. Przygotowuje specjalne edycje butelek, których grafika nawiązuje do tenisowej rakiety czy zielonej murawy, na której grają tenisiści. Na partnerstwo z najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym wydaje około 4 mln dolarów rocznie. Jeśli chodzi o naprawdę mocne alkohole, to od ubiegłego roku nowym partnerem najlepszej ligi koszykarskiej na świecie NBA – został koniak Hennessy. Kolejny przykład to whisky Canadian Club, które jest partnerem tenisowego turnieju Australian Open. W tym roku kanadyjska marka przedłużyła umowę o kolejne siedem lat. - Prestiżowe „produkty” sportowe są wręcz idealne do prezentowania towarów luksusowych, a zwłaszcza do budowy wizerunku tych produktów i docierania do odpowiedniej grupy docelowej. W marketingu sportowym występuje tzw. efekt aureoli, który pozwala na przenoszenie cech i atrybutów sponsorowanego wydarzenia czy klubu sportowego na reklamowany produkt – podkreśla Grzegorz Kita. Prognozy na 2021 rok – esport rośnie najmocniej Sponsoring nadal będzie mocno obecny w tradycyjnym sporcie – choćby z tego powodu, że odbędą się kluczowe imprezy przeniesione z ubiegłego roku – Igrzyska Olimpijskie w Tokio czy mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Coraz bardziej będzie rosła jego rola w e-sporcie. W 2020 roku wydatki firm sięgnęły 800 mln dolarów. To wzrost o 20 proc. w porównaniu do 2019 roku. E-sport daje możliwość kontaktu z młodszą publicznością, do której dostęp był do tej pory utrudniony. To też nowa droga dla firm, dla których promocja marek w tradycyjnym sporcie skomplikowała się z powodu pandemii. Według analizy Nielsen Sports „The changing value of sponsorship” wydatki z ery przedcovidowej na e-sport wzrosną z 347 mln dolarów do 842 mln dolarów w 2025 roku.   [1] Jarosław Kończak, Ewolucja i trendy w sponsoringu sportowym, UW [2] https://www.warc.com/newsandopinion/news/global-ad-trends-tokyo-olympics-drives-sports-sponsorship-new-record/43161 [3] „Sponsorship Sector Report: Alcoholic Beverages”; https://www.sportcal.com/News/Search/121339
8 Marca 2021 godz. 1:46
Art za UM Koszalin
 

Sportowcy otrzymali miejskie nagrody

Prezydent Piotr Jedliński zaakceptował protokół Komisji ds. nagród sportowych za osiągnięte wyniki sportowe oraz za osiągnięcia w działalności sportowej w 2020 roku. Komisja rozpatrzyła 68 wniosków, a pula nagród wynosiła 60 000 złotych. Wnioski były oceniane w pięciu kategoriach: zawodnik, zawodnik niepełnosprawny, trener i działacz sportu. Z tytułu osiągniętych wyników sportowych w krajowym i międzynarodowym współzawodnictwie sportowym nagrody finansowe w kategorii „Zawodnik" przyznano 45 osobom, w tym 11 zawodnikom niepełnosprawnym. Nagrody finansowe w kategorii „Trener" przyznano 11 osobom. Nagrody finansowe w kategorii „Działacz Sportu" za działalność społecznikowską i organizatorską, przyznano 1 osobie. Komisja rozpatrywała również kandydatury osób do wyróżnień specjalnych za wyniki sportowe oraz za osiągnięcia w działalności sportowej za 2020 rok, jakimi są statuetki „NIKE", a które dotychczas były wręczane podczas „Koszalińskiej Gali Laurów Sportu". Większość członków Komisji uznała jednak, że tego typu wyróżnienia za 2020 rok nie należy przyznawać, bo wyniki i osiągnięcia sportowe w 2020 roku nie były na tyle wysokie, aby przyznać wyróżnienia specjalne w postaci statuetki „NIKE". Ponieważ nie przyznano najważniejszych wyróżnień za 2020 rok dla Sportowca Roku i Trenera Roku, Komisja postanowiła nie przyznawać także statuetki „NIKE" w kategorii Działacz Sportu.   Ze względu na obostrzenia spowodowane pandemią COVID-19, Prezydent Miasta odstąpił od organizacji „Koszalińskiej Gali Laurów Sportu" oraz ze wspólnego spotkania ze sportowcami, trenerami i działaczami, które od kilku lat odbywało się w Filharmonii Koszalińskiej.Decyzją Prezydenta Miasta listy gratulacyjne zostaną przesłane laureatom pocztą, a nagrody finansowe zostaną przelane na konta bankowe.
19 Listopada 2020 godz. 5:54
Art za Arskom Group
 

Wieczna młodość i kij w mrowisku. Zlatan szokuje nie tylko na boisku

Kiedy debiutował w seniorskim futbolu, Leo Messi był dzieckiem cierpiącym na niedobór hormonu wzrostu, a 14-letni Cristiano Ronaldo przekonywał mamę, żeby odpuścić szkołę na rzecz futbolu, słusznie wierząc, że czeka go świetlana przyszłość. Dzisiaj, mając 39 lat na karku, Zlatan Ibrahimović wciąż jest czołowym napastnikiem świata, liderem klasyfikacji strzelców Serie A, który ma w tym sezonie na koncie tyle goli, co CR7 i Messi razem wzięci. Gra na tyle dobrze, że zasugerował nawet możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji. Jaki jest sekret jego długowieczności? Pomimo szalejącej w całej Europie pandemii koronawirusa, prace nad filmem biograficznym o Zlatanie Ibrahimoviciu, opartym na jego głośnej książce „Ja, Zlatan”, idą pełną parą. Twórcy produkcji, która ma trafić do kin jesienią przyszłego roku, zacierają ręce patrząc na obecną formę gwiazdora AC Milan, który łamie wszelkie prawidła dotyczące najlepszego wieku dla piłkarza, będąc znów jednym z czołowych napastników świata. Dzięki jego grze Rossoneri po raz pierwszy od lat poważnie liczą się w walce o mistrzostwo Serie A, a sam Szwed puścił oko do swoich rodaków, sugerując na Instagramie możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji, z którą Polska zmierzy się nadchodzących mistrzostwach Europy. Filmowa opowieść będzie skoncentrowana na drodze młodego syna imigrantów z Bałkanów do międzynarodowej kariery, ale historia jego sukcesu wciąż pisze się na naszych oczach. – Zlatan to nie tylko fantastyczny piłkarz, ale też historia nieporównywalna z innymi. Jego podróż z przedmieść Malmö na światowe areny to klasyczna opowieść z gatunku „od pucybuta do milionera”. Chcieliśmy uchwycić całą złożoność jego drogi i podkreślić kluczowe punkty zwrotne, a także kryzysowe momenty – podkreśla współscenarzysta filmu i autor biografii Zlatana, David Lagercrantz. Producenci mają szczęście, że scenariusz prowadzi nas przez życie piłkarza tylko do 23 roku życia, bo w przeciwnym razie musieliby przygotować nie film, tylko wieloodcinkowy serial. I pewnie nie skończyłoby się na jednym sezonie. Rozstania i powroty Sam romans Zlatana z drużyną narodową to materiał na wielogodzinną hollywoodzką opowieść. Odcinek pierwszy: w poszukiwaniu tożsamości. Ibrahimović miał do wyboru aż trzy reprezentacje. Urodził się w Szwecji, jego tata jest Bośniakiem, a mama Chorwatką. Ostatecznie postawił na zespół Trzech Koron, odwdzięczając się w ten sposób krajowi, który go wychował.  Odcinek drugi: zespół jednej gwiazdy. Na przestrzeni piętnastu lat rozegrał w żółto-niebieskich barwach 116 spotkań, zdobył 62 bramki i… niczego szczególnego nie osiągnął. Szwedzi ze Zlatanem w składzie przeważnie albo nie kwalifikowali się do wielkich turniejów, albo odpadali w fazie grupowej. Największy sukces ostatnich lat – ćwierćfinał Mistrzostw Świata 2018 – osiągnęli, kiedy Ibry w kadrze zabrakło. – Mundial beze mnie nie ma sensu, nie ma po co tego oglądać. Ale Szwecji będzie łatwiej, przynajmniej zagra bez presji. Ze mną musiałaby walczyć o zwycięstwo, taki mam charakter – mówił przed turniejem, który śledził z loży VIP, jako przedstawiciel jednego ze sponsorów. Okazało się, że faktycznie Szwedom poszło najlepiej od lat, a z turniejem pożegnali się dopiero po porażce w ¼ finału z późniejszymi wicemistrzami, Anglią. Odcinek trzeci: rozstania i powroty. O tym, że Zlatan nie ma łatwego charakteru, nie trzeba nikogo przekonywać. Najlepiej zdają sobie z tego sprawę kolejni selekcjonerzy kadry. Jako pierwszy skonfliktował się z nim Lars Lagerbäck. W 2006 roku przed meczem eliminacji do Euro Ibra wybrał się do klubu nocnego wspólnie z Olofem Mellbergiem i Christianem Wilhelmssonem. Selekcjoner odesłał całe trio do domów za złamanie zasad obowiązujących na zgrupowaniu. I o ile dwaj koledzy posypali głowy popiołem i na kolejnym zgrupowaniu wrócili do łask, o tyle Zlatan uznał, że kara była niesłuszna i rozpoczął kilkumiesięczny bojkot drużyny narodowej. Powrót nie trwał długo. Dwa lata później, po tym jak zespół narodowy nie zakwalifikował się na mundial w RPA, Ibrahimoviciowi odechciało się grać w kadrze. Po kilku miesiącach dał się przekonać do powrotu nowemu selekcjonerowi, Erikowi Hamrenowi, który powierzył mu opaskę kapitańską.  Odcinek czwarty: kij w mrowisku. Ostatecznie (?) Zlatan rozstał się z drużyną narodową po Euro 2016, na którym Szwedzi, jako jedna z nielicznych drużyn w nowej formule, nie wyszli nawet z grupy. Od tego czasu Trzy Korony grają lepiej, przestały być uzależnione od jednego zawodnika. Nawet kibicom jego ewentualny powrót nie jest w smak – dziennik Aftonbladet przed mundialem 2018 zrobił ankietę, w której 63% badanych stwierdziło, że jest przeciwne ewentualnemu powrotowi napastnika do kadry. Nie przeszkadza to Zlatanowi w regularnym wkładaniu kija w mrowisko. Po raz ostatni zrobił to niedawno, wrzucając na Instagrama swoje zdjęcie w żółto-niebieskiej koszulce, z podpisem „dawno się nie widzieliśmy”. Medialna burza znowu odżyła, dopiero słowa selekcjonera Janne Anderssona, który przypomniał, że Ibra 4,5 roku temu ogłosił koniec gry w kadrze i nic w tej sprawie się nie zmieniło, uspokoiły sytuację. Na razie, bo Zlatan w takiej formie byłby łakomym kąskiem dla każdej drużyny na świecie. Co ciekawe, w ciągu kilku tygodni, kiedy jego comeback wydawał się realny, kursy u bukmacherów na to, że Szwecja zdobędzie mistrzostwo Szwecji spadły. Obecnie na przykład w firmie Totolotek, u legalnego bukmachera, za jedną złotówkę postawioną na to zdarzenie można zarobić aż sto złotych (minus podatek). To dokładnie taka sama stawka, jak za historyczny triumf biało-czerwonych, którzy zmierzą się ze Szwedami w fazie grupowej. W oczach ekspertów z branży bukmacherskiej, powrót snajpera Milanu byłby tym czynnikiem, który sprawiłby, że Szwedzi byliby nieznacznie lepsi od Polaków. Dogania własną reputację W ostatnich latach eksperci i kibice z całego świata często podnosili głosy, że klasa sportowa Ibrahimovicia nie nadąża za jego wybujałym ego i rozbuchanym gwiazdorskim wizerunkiem. Teksty piłkarza w stylu „To nie Zlatan ma koronawirusa, tylko koronawirus Zlatana” przestały bawić, a zaczęły żenować przez swoje natężenie. Tak jak dawniej żarty o Chucku Norrisie. O ile jednak odtwórca roli „Strażnika Teksasu”, wbrew pogłoskom, pewnie jednak nie byłby w stanie trzasnąć drzwiami obrotowymi czy kozłować piłką lekarską na plaży, o tyle Ibrahimović swoją dyspozycją w wieku 39 lat udowadnia, że jednak ma w sobie coś nadludzkiego. Przede wszystkim jest to nadludzka pasja do pracy. – Cierpię, kiedy trenuję, ale kocham to cierpienie. Od najmłodszych lat musiałem robić więcej niż inni. Bez tego nie byłbym Zlatanem – podkreśla „Ibrakadabra”. Wszystkim wydawało się, że kiedy w wieku blisko 37 lat wyjeżdżał za ocean, żeby grać w MLS, rozpoczął właśnie epilog pięknej piłkarskiej historii. Kiedy jednak kibice powoli dojadali popcorn i szykowali się na napisy końcowe, okazało się, że bohater dopiero się rozkręca. Oby ostatnie fragmenty tej epickiej historii nie koncentrowały się na ucieraniu nosa Polakom. Jednego, Krzysztofa Piątka, już pozbawił nadziei na zrobienie kariery na San Siro. Oby Jens Andersson dalej uparcie trwał w postanowieniu o nieprzywracaniu Ibrahimovicia do drużyny narodowej, bo „skrzywdzeni” na Euro mogą zostać nasi kolejni rodacy.
10 Września 2020 godz. 12:01
Art za Arskom Group
 

Od bombardowań Belgradu po dyskwalifikację z US Open. Novak Djoković – dziecko wiecznej wojny

Tenisowy mistrz. Rozkapryszony dzieciak. Człowiek z obsesją zwycięstwa. Antyszczepionkowiec. Filantrop. Furiat. Dziecko wojny. To nie skład dziwacznej drużyny, tylko niezwykle skondensowany opis jednego sportowca – Novaka Djokovicia. Serba, który niedawno za pozornie błahe przewinienie został zdyskwalifikowany z wielkoszlemowego US Open. I który przez ostatnie lata uczciwie na to wykluczenie zapracował, zniechęcając do siebie znaczną większość tenisowego świata. Tego, który zawsze będzie „tym trzecim”, nawet jeśli zostanie sam na szczycie. Pojawił się na wielkiej tenisowej scenie, kiedy klucze do serc kibiców były już rozdane. Większa część była w rękach szwajcarskiego gentlemana Rogera Federera, nieco mniejsza jego największego rywala, prostolinijnego Hiszpana Rafaela Nadala. Novak Djoković ze swoją wielką sportową klasą pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Z wielkim prawdopodobieństwem zakończy karierę jako najwybitniejszy zawodnik w historii. Już dziś pod względem liczby wielkoszlemowych triumfów depcze po piętach dwóm wielkim rywalom, a jest od obu młodszy i mniej wyeksploatowany. Jednak najważniejszą dla siebie walkę od lat przegrywał. – Ma bolesną zadrę w sercu, bo chce by cały świat go kochał, a tak się nie dzieje – analizował John McEnroe, legendarny tenisista. Amerykański dziennikarz Ben Rothenberg szedł jeszcze dalej, twierdząc, że najmocniej wspierana przez kibiców trójka tenisistów na świecie to Federer, Nadal, i ten, który akurat gra przeciwko Djokoviciowi. Przez ostatnie miesiące „Nole” zajmował się głównie wbijaniem kolejnych gwoździ do swojej wizerunkowej trumny, zaczynając od organizowania pokazowych turniejów tenisowych na Bałkanach, w trakcie których ignorował wszelkie reguły bezpieczeństwa epidemicznego, a kończąc na kompletnie przypadkowym i ekstremalnie głupim uderzeniu sędziny liniowej piłką, co kosztowało go przeszło ćwierć miliona dolarów w nagrodach i – prawdopodobnie – wielkoszlemowy tytuł.  Lokalny bohater, globalny wróg publiczny Analizując dane z Google, Djoković jest najpopularniejszym tenisistą w siedmiu krajach: Serbii, Czarnogórze, Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Słowenii, Kosowie i Macedonii Pólnocnej. Na Bałkanach to lokalny bohater, filantrop wspierający lokalne społeczności, którego fundacja zbudowała 43 przedszkola i wyszkoliła ponad 1500 nauczycieli. Serb miał 12 lat, kiedy przeżył naloty sił NATO, bombardujących jego rodzinny Belgrad. Trenował gdzie tylko mógł, odbijając tysiące razy piłkę o ściany zrujnowanego basenu. Nigdy nie porzucił marzenia o wielkoszlemowym tytule. O byciu największym. O pójściu w ślady Pete’a Samprasa, zwycięzcy Wimbledonu w 1993 roku – pierwszego wielkiego turnieju oglądanego przez małego „Nole”. Jego drogę do wielkości znakomicie pokazała Polka Zuzanna Szyszak w nagrodzonym m.in. na festiwalu w Palermo krótkometrażowym filmie animowanym „Ajde!”.  – Brakuje mi słów po obejrzeniu „Ajde The Movie”. Ten film przywołał tyle wspomnień, że popłakałem się ze wzruszenia. Jestem zaszczycony tym dziełem sztuki. Zuzanno, zrobisz jeszcze wiele niesamowitych rzeczy w swoim życiu. Kawał dobrej roboty! – napisał po jego obejrzeniu sam Djoković. To był 2015 rok. W oczach kibiców był „tym trzecim”, ale miał spore grono niezwykle zaangażowanych i wiernych fanów, takich jak polska animatorka. Przez te pięć lat tak bardzo zależało mu na uwielbieniu tłumów, że większość całkowicie do siebie zniechęcił. Jak postawiony na głowie Faust: jest częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło. A wszystko zaczęło się od niezwykłego pokazu siły mentalnej, czyli finału US Open w 2015 roku. Tam Djoković zmierzył się z 23 tysiącami rywali. Jednym z nich był Roger Federer, resztę stanowili zachowujący się skandalicznie amerykańscy kibice. Serb zagrał genialnie. Wygrał. Dał pokaz absolutnie kosmicznego tenisa. – Kiedy krzyczeli „Roger, Roger!” wmawiałem sobie, że krzyczą „Novak, Novak!”. Czasami coś takiego daje mi dodatkowego kopa, ale szczerze mówiąc wolałbym mieć trybuny po swojej stronie – przyznawał tenisista.  Pokonany przez koronawirusa Po Serbie było doskonale widać, że brak wsparcia trybun nie jest mu w smak. Gorąca, bałkańska krew buzowała w nim, kiedy słyszał gwizdy pod swoim adresem, spowodowane tylko tym, że nie jest Federerem czy Nadalem. Przez lata to w sobie gromadził, aż wreszcie przestał sobie radzić z rolą wroga publicznego, którym stał się zanim tak naprawdę zrobił cokolwiek złego. Więc zaczął coraz bardziej wczuwać się w narzuconą rolę czarnego charakteru. W 2016 roku podczas ATP Finals w przypływie frustracji uderzył piłką w trybuny. Szczęśliwie trafił w puste krzesełko. Zapytany przez dziennikarza, czy nie boi się dyskwalifikacji, wyśmiał go, twierdząc, że równie dobrze mogą rozmawiać o tym, co by było gdyby w hali spadł śnieg.  W tym samym czasie coraz głośniej zrobiło się o wyznawanych przez niego pseudonaukowych teoriach. Współpracował z „duchowym guru” Pepe Imazem, urazy leczył końskim łożyskiem u kontrowersyjnej znachorki Marijany Novaković, dzielił się ze światem „mądrościami” dotyczącymi uzdrawiającej mocy bośniackich piramid słońca, czy o cząsteczkach wody reagujących na emocje. O ile zamieniając treningi na medytację zaszkodził wyłącznie swojej formie sportowej, o tyle jego działania od wybuchu pandemii koronawirusa były niebezpieczne dla szerokiego grona odbiorców. Nie przestrzegając zaleceń dotyczących izolacji społecznej zorganizował na Bałkanach pokazowe tenisowe turnieje Adria Cup. Kiedy pół świata siedziało zamknięte w domach, „Nole” i spółka nie tylko grali w tenisa, ale też balowali do białego rana. Efekt? Djoković, jego żona, Viktor Troicki, Borna Corić i Grigor Dimitrow złapali koronawirusa. – Nie pytajcie mnie już o moje głupie zachowania. On przebił wszystko – skomentował znany jako największy tenisowy badboy Nick Kyrgios.  Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wieloletnia walka z całym światem – i zdrowym rozsądkiem – tenisowe władze może spojrzałyby przez palce na kompletnie przypadkowe uderzenie piłką sędzi liniowej w meczu US Open. Po ostatnich koronawirusowych ekscesach Djokovicia ten wybryk był dla nich jak gwiazdka z nieba. Regulamin w jasny sposób pozwalał go zdyskwalifikować, co bez większego zastanowienia szefowie rozgrywek zrobili, korzystając z wymarzonej okazji do utarcia nosa krnąbrnemu zawodnikowi. A że przy okazji turniej medialnie stracił? Że o tryumf bije się tylko grono młodych, wygłodniałych wilczków, bez wielkich gwiazd? Parafrazując Lorda Farquaada, głównego antagonistę z filmu „Shrek”, zdyskwalifikowanie Novaka było dla tenisowych decydentów „poświęceniem, na które są gotowi”.   Przyszłość pod znakiem zapytania US Open wchodzi w decydującą fazę, już bez swojej największej gwiazdy. Na placu boju pozostali zawodnicy drugiego szeregu, będący melodią przyszłości. Legalny bukmacher, firma Totolotek, widzi u mężczyzn faworytów w Daniilu Miedwiediewie (za złotówkę postawioną na jego końcowe zwycięstwo można zarobić 2,25 minus podatek) oraz Dominiku Thiemie, na którego triumf kurs w Totolotku wynosi 2.5. Niżej oceniane są szanse Saszy Zwieriewa (kurs 4.0), a kompletnie bez szans jest wg bukmacherów Pablo Carreno-Busta (do wygrania aż 15 złotych za jedną złotówkę postawioną na jego zwycięstwo, minus podatek). Do momentu niefortunnego incydentu murowanym faworytem był oczywiście Djoković. Sam przez swoją głupotę stracił co najmniej ćwierć miliona dolarów, a gracze, którzy na niego stawiali też mocno dostali po kieszeni. Dla Serba to jednak najmniejszy z problemów. Straty wizerunkowe są nieporównanie większe. Uderzając piłką Bogu ducha winną kobietę ostatecznie dokonał swojej transformacji z postaci na siłę wtłoczonej w rolę wroga publicznego, do pełnokrwistego czarnego charakteru, którym stał się na własne życzenie. Misja wyprowadzenia jego wizerunku na prostą jest na tyle straceńcza, że tym razem naprawdę przydałby mu się szaman, znachor, guru, albo piramidy słońca.