Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.
27 Listopada 2020 godz. 5:45
Ala za WOŚP Koszalin
 

Koszalin: Przygotowania do 29. Finału WOŚP

22 Listopada 2020 godz. 8:06
eWok, fot. Biblioteka Cyfrowa
 

„Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie”, te słowa filozofa Johna Actona dziś znów są aktualne. Bo przecież sprawowanie władzy to proces niezwykle trudny i na dodatek pełen pokus.

PRL. Moje pokolenie doskonale pamięta, bo przećwiczyło „na własnym garbie” czas PRL (Polska Rzeczpospolita Ludowa), Solidarności i stanu wojennego. Ówczesny system władzy oparty był na partii i jej szefie. Miał swoje zbrojne ramię i telewizję jako główny ośrodek propagandy. Partia i jej sekretarz Polska Zjednoczona Partia Robotnicza czyli „awangarda rządzącej klasy robotniczej” lub jak wolą  inni „przewodnia siła Narodu”, była głowę tego autorytarnego systemu. Głowę, której mózg stanowił pierwszy sekretarz partii. Być pierwszym sekretarzem, to znaczyło sprawować najwyższą władzę w PRL-u. To w zaciszach gabinetów pierwszych sekretarzy zapadały kluczowe dla każdej sfery życia Polek i Polaków decyzje. Szef partii stał ponad premierem, a KC było ważniejsze od sejmu.  Zbrojne ramię PZPR miała także swoje zbrojne ramię. To Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej. Ormowcy po raz pierwszy dali znać o sobie w czerwcu 1946 r. Podczas referendum „3xTAK” mieli ochraniać lokale wyborcze, ale w praktyce zajmowali się głównie utrudnianiem sprawowania funkcji mężom zaufania z PSL-u. Później ormowcy tropili spekulantów, czyli tych, którzy zdaniem władzy zawyżali ceny towarów lub handlowali produktami na które monopol zapewniło sobie państwo. Na tym nie koniec dokonań ORMO. Aktywiści tej formacji ścigali wagarowiczów oraz likwidowali meliny. Śledzili także tzw. "niebieskich ptaków", jak określano ludzi nie chcących korzystać z „ustawowego przymusu pracy”. Ścigali nawet młodych ludzi noszących zbyt długie włosy i siłą doprowadzali ich do fryzjerów. W marcu 1968 r. bojówki tej formacji pałowały i biły studentów uczestniczących w wiecu na Uniwersytecie Warszawskim. Aktywność formacji bardzo wzrosła w czasie stanu wojennego. Grupki ormowców patrolowały ulice, zbierały ulotki, przekazywały informacje o zaistniałych zgromadzeniach i tzw. opornikach. Tak ormowcy nazywali ludzi, którzy przypinali oporniki do klap marynarek, koszul, swetrów i kurtek. Noszenie na widocznym miejscu opornika było manifestacją niezgody na stan wojenny. Potwierdzeniem uczestnictwa w ruchu oporu – bycia za Solidarnością. Często za opornik, czyli jawny „akt społecznego oporu” trafiało się na przesłuchanie, a nawet i aresztu.  Uczniów za taką manifestację swoich poglądów karano zawieszaniem, a milicjanci legitymowali "nosicieli" oporników i wyrywali te elementy z odzieży. Ponadto władza dysponowała policją polityczną (Służba Bezpieczeństwa) i specjalnymi jednostkami milicji (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej). Wszystkie one czuwały na straży państwa, które w całości było zawładnięte przez partię. Propaganda Na antenie Telewizji Polskiej „Dziennik Telewizyjny” zagościł w 1958 r., stając się jej głównym programem informacyjnym. Stał się tubą propagandową władz, a nie rzetelnym programem informacyjnym. Szczególnie mocno widoczne było to podczas prezentowania sukcesów gospodarczo-społecznych Edwarda Gierka (I sekretarz KC PZPR) oraz bezpardonowych ataków na Solidarność, które  nasiliły się po wprowadzeniu stanu wojennego. Był też często narzędziem manipulacji i dezinformacji, przy czym nie wzdragano się przed stosowaniem metod powszechnie uznawanych w dziennikarstwie za nieuczciwe i godne potępienia, a dziennikarz Jerzy Ambroziewicz powiedział wprost: „Telewizja nie może być ściekiem, (…) gdzie mieszczą się wszystkie opinie, a telewidz jest od tego, żeby sobie z tych opinii wybierał te, które mu odpowiadają najbardziej”. Absolutyzm polityczny  To nic innego jak pogląd, według którego władza w państwie przysługuje jednemu człowiekowi lub grupie ludzi bez ograniczeń. Przy czym ma na myśli głównie ograniczenia prawne, a czasem nawet moralne. Wikipedia uściśla to pojęcie: „Władzę absolutną można sprawować w ramach rozmaitych ustrojów i nie jest ona ograniczona tylko do monarchii absolutnej. Absolutyzm władzy polega nie tyle na formalnej stronie ustroju, lecz na tym kto w rzeczywistości sprawuje władzę i czy osoba lub grupa ją sprawująca jest ograniczona prawnie, np. przez konstytucję, czy też stoi całkowicie ponad prawem. Na dodatek partia rządząca, posiadając samodzielną większość parlamentarną, tworząc rząd, przy występowaniu złej woli, jest w stanie przypuścić atak na władzę sądowniczą, celem jej rozmontowania. Dlatego tak niezbędne są mechanizmy kontrolujące władzę, których najważniejszym demokratycznym zabezpieczeniem jest zaproponowany przez Monteskiusza trójpodział władzy na władzę ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą.     
18 Listopada 2020 godz. 6:00
Ala za WZP
 

Rowerem brzegiem morza. Ponad 70 nowych oznakowanych kilometrów

Trasa Dźwirzyno – Marszewo już gotowa. To kolejna w tym sezonie dobra wiadomość dla przemierzających Pomorze Zachodnie na dwóch kółkach. Velo Baltica dotarła do granicy województwa. Jej najnowsze odcinki prowadzą bardzo blisko bałtyckich plaż. Kilkusetmetrowa kładka zbudowana przy plaży w Dźwirzynie jest jedną z wielu atrakcji Velo Baltica, międzynarodowego szlaku biegnącego pobrzeżem Bałtyku. W naszym regionie ta wyjątkowo urokliwa trasa liczy 240 kilometry. Nowo wybudowanych, modernizowanych i znakowanych odcinków przybywa. Kiedy zakończyły się prace inwestycyjne w kilku ważnych punktach między Dźwirzynem a wschodnią granicą województwa, przystąpiono do porządkowania i znakowania tej części Velo Baltica. To w sumie aż 72,4 km trasy rowerowej.  W ramach projektu powstał m.in. brakujący fragment w Ustroniu Morskim, nad samym brzegiem morza; oraz dwie kładki i odcinek drogi rowerowej w Mielnie, dzięki czemu można ominąć zatłoczone centrum i pojechać wzdłuż jeziora Jamno. Wybudowano też brakujące fragmenty infrastruktury rowerowej w Łazach, Osiekach, Iwięcinie, Bukowie Morskim, Darłowie (ponad kilometr wzdłuż ulic Mickiewicza, Sowińskiego i Morskiej). Ważnym elementem jest nowiutki półtorakilometrowy odcinek dla cyklistów za wsią Marszewo, w okolicy Postomina,. Tamtędy dojedziemy do granicy województwa pomorskiego, a dalej - kiedy zakończy się inwestycja u sąsiadów - do Ustki i Słupska.   – Sieć tras rowerowych na Pomorzu Zachodnim gęstnieje, dosłownie, z miesiąca na miesiąc. Do użytku oddawane są zupełnie nowe odcinki, często widokowe, pojawia się infrastruktura towarzysząca, miejsca wypoczynku, wiaty, stojaki, tablice informacyjne – wylicza Olgierd Geblewicz, marszałek województwa zachodniopomorskiego. – Na niektórych szlakach robi się tłoczono. Turystyka rowerowa jest coraz popularniejsza i wśród mieszkańców regionu, i wśród gości, którzy odwiedzają nasze województwo. Oferujemy już setki kilometrów bardzo atrakcyjnych i bezpiecznych tras – podsumowuje marszałek województwa Olgierd Geblewicz.   Bardzo ważne jest również ich nowoczesne, funkcjonalne oznakowanie.   – Dzięki niemu rowerowi turyści mogą jechać jak po sznurku, bez potrzeby wspomagania się mapami czy aplikacjami – komentuje Wanda Nowotarska, pełnomocniczka marszałka województwa ds. komunikacji rowerowej.   Po modernizowanych szlakach prowadzą czytelne, regularnie rozmieszczone znaki. Ułatwieniem są również stawiane w newralgicznych miejscach tablice z mapami.   – Na Velo Baltica od Dźwirzyna do granicy województwa zamontowaliśmy około 30 map – wyjaśnia Wanda Nowotarska. – Zakończony właśnie projekt polegał na „spięciu” całej wschodniej części tej trasy. Wypełnione zostały ostatnie luki – dodaje.   Velo Baltica to międzynarodowy szlak rowerowy, w granicach Polski - od Świnoujścia na Hel. W naszym regionie nadbałtycka trasa prowadzi m.in. przez Międzyzdroje, Dziwnów, Rewal, Trzebiatów, Kołobrzeg, Darłowo, Jarosławiec. Nadbałtcyka trasa (oznaczona na starych odcinkach jako R-10, a na nowych jako EuroVelo 10 i 13) w Mielnie i Kołobrzegu krzyżuje się ze Starym Kolejowym Szlakiem (nr 15), którym można dojechać do Koszalina, Białogardu i dalej na południe województwa.   W kilku miejscach, m.in. w gminach Rewal, Dziwnów, Międzyzdroje, trwa budowa nowych odcinków trasy Velo Baltica, które poprawią wygodę i bezpieczeństwo rowerzystów. Poprawy wymaga też niespełna sześciokilometrowy fragment między Unieściem a Mielnem. W przyszłym roku szutrową nawierzchnię zastąpi asfalt. Mapę trasy można pobrać ze strony Velobaltica.pl. Więcej informacji o EuroVelo 10 znajduje się https://en.eurovelo.com/ev10.     Dokończenie wschodniej części Velo Baltica w naszym województwie to nie pierwsza w tym sezonie dobra wiadomość dla miłośników dwóch kółek. Gotowe jest 61 km trasy Białogard – Złocieniec (Stary Kolejowy Szlak) przez piękne lasy i malownicze jeziora. W północnej części tego szlaku można korzystać z wygodnych połączeń Kołobrzeg – Karlino oraz Mielno – Koszalin – Wronie Gniazdo. Drogi wymagają jeszcze oznakowania, a na zakończenie projektowania czekają łączniki w okolicy Białogardu. Na południu gotowa jest część infrastruktury w okolicach Wałcza i Wierzchowa. Inne odcinki są na etapie projektowania lub przygotowywania dokumentacji inwestycyjnej. W komputerach projektantów jest m.in. 12-kilometrowa odnoga do Świdwina.   Nowością pachnie również droga Barlinek – Choszczno (27 km), część urokliwej Trasy Pojezierzy Zachodnich (nr 20). Zakończono tam ostatnie prace kosmetyczne, a rowerzyści mogą zachwycać się równiutką nawierzchnią i pięknymi widokami pojezierzy Myśliborskiego  i Choszczeńskiego. Jeśli terminy inwestycji zostaną dotrzymane, w przyszłym roku będzie można wygodnie dojechać z Choszczna aż do granicy polsko-niemieckiej, a dokładnie – mostu w Siekierkach. Już dziś z tej miejscowości dojedziemy do Trzcińska-Zdroju (36 km). Dalej szlak wiedzie do Myśliborza i Barlinka. Zakończono realizację drogi Sulimierz – Mostkowo (2,9 km), a większość odcinków pomiędzy Trzcińskiem-Zdrój a Barlinkiem będzie gotowa w 2021 r.   Realizowany przez Województwo Zachodniopomorskie projekt Sieci Tras Rowerowych Pomorza Zachodniego, to prawdziwa rowerowa rewolucja, która docelowo będzie liczyła 1100 km szlaków. Nowobudowane odcinki łączą się ze ścieżkami rowerowymi, które zostały zbudowane bądź są budowane przez lokalne samorządy. Większość nowych inwestycji jest realizowanych przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, a 85% finansowania zabezpieczają środki unijne w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego 2014-2020.  
19 Listopada 2020 godz. 5:10
Ala za WZP
 

Pomorze Zachodnie najbardziej gościnne. Kołobrzeg liderem

Wśród 10 nadmorskich gmin, które w lipcu i sierpniu gościły najwięcej turystów, jest aż siedem samorządów z Zachodniopomorskiego. W Kołobrzegu udzielono 730 tysięcy noclegów. Mielno, Rewal, Świnoujście zarejestrowały w sumie ponad półtora miliona. Podsumowaniem sezonu w „obiektach noclegowych na obszarach nadmorskich” zajął się Główny Urząd Statystyczny. Raport objął 55 gmin, w tym 23 z Pomorza Zachodniego. I potwierdził, że w naszym regionie rynek turystyczny i hotelarski rozwija się najprężniej. Najpopularniejszym kurortem jest Kołobrzeg, gdzie w wakacje na dłużej niż jeden dzień przyjechało 128 tysięcy gości. Skorzystali oni z 729,7 tys. noclegów. To 10 procent wszystkich usług noclegowych, których udzielono na obszarze nadmorskim (7,3 mln).   Wyjątkową gościnnością i rozbudowaną bazą mogą pochwalić się również: Mielno - ponad 573 tysiące noclegów, Rewal 550 tys., Świnoujście 465 tys. Dziwnów i Ustronie Morskie zarejestrowały po niemal 300 tys. noclegów, natomiast Międzyzdroje ponad 260 tysięcy. W rankingu najpopularniejszych miejsc wakacyjnego wypoczynku pierwszą dziesiątkę zdominowały gminy Pomorza Zachodniego.   – To potwierdza, że region jest bardzo atrakcyjny i otwarty na turystów – komentuje Olgierd Geblewicz, marszałek województwa zachodniopomorskiego. – Piękne plaże, od Świnoujścia po Jarosławiec, przyciągają każdego roku setki tysięcy wczasowiczów. Hotele, ośrodki, pensjonaty, kempingi oferują wygodne, świetnie wyposażone miejsca noclegowe. W miejscowościach nadmorskich są znakomite warunki do wypoczynku, rekreacji, uprawiania sportów – zauważa Olgierd Geblewicz.   Tegoroczny sezon turystyczny upływał w cieniu COViD-19 i przedsiębiorcy notowali znaczące spadki obrotów, jednak lipiec i sierpień nad Bałtykiem był lepszy gospodarczo i turystycznie niż w innych regionach Polski.  W gminach nadmorskich przebywało półtora miliona gości, czyli 25,9 proc. nocujących w obiektach na terenie całej Polski. W analogicznym okresie 2019 r. ten wskaźnik wynosił 21,3 proc. Procent wykorzystania miejsc noclegowych znacząco przekraczał średnią krajową. W lipcu osiągnął 49,6 proc. (Polska 38,3 proc.). W sierpniu 58,5 proc. (44,5 proc.). Ciepły i słoneczny drugi miesiąc wakacji przyciągnął nad morze tłumy urlopowiczów - udzielono 4 mln noclegów, 833,4 tys. gości - ale nie mógł przynieść tak świetnych wyników jak poprzedni sezon, kiedy tzw. obłożenie w hotelach, pensjonatach, kwaterach prywatnych – uśredniając przekraczało 65 procent.   Z raportu GUS wynika, że w gminach nadmorskich - w porównaniu do sezonu 2019 – ubyło 198 obiektów noclegowych (spadek o 7,3 proc.), liczba udzielonych noclegów zmniejszyła się o 18,9 proc., a liczba gości o 14,3 proc.  Przy czym w sierpniu spadek wynosił tylko 7,1 proc., natomiast w lipcu aż 21,5 proc.   Prawie jedna trzecia turystów (471,3 tys.) korzystała z usług hoteli. W ośrodkach wczasowych odpoczywało 367,5 tys. (24 proc.), natomiast w tzw. pokojach gościnnych nocowało 156 tysięcy (ponad 10 procent). Dominowali turyści krajowi (87 proc.), gości z zagranicy było 200 tysięcy. To, niestety, spadek o 42,9 proc.   Prawie 80 procent obcokrajowców odwiedzających Pomorze Zachodnie ma niemieckie paszporty. Inne narodowości lubiące nasz region to: Czesi (5,5 tys.), Brytyjczycy (4,4 tys.), Szwedzi 3,9 tys. Analizując szczegółowo tzw. doby hotelowe, potwierdza się, że najdłużej i najliczniej odpoczywają u nas sąsiedzi zza Odry – wykupili prawie 700 tysięcy noclegów. Dla porównania – Czesi niespełna 21 tysięcy. Ciekawym uzupełnieniem statystyki są obywatele Ukrainy – 18,5 tys. noclegów. Statystyczny pobyt nad morzem trwa pięć dób. Natomiast ogólnopolska średnia to trzy noclegi.   Warto zauważyć, że Główny Urząd Statystyczny prześwietlił obiekty noclegowe oferujące co najmniej 10 miejsc, zatem zgromadzone dane nie w pełni opisują i diagnozują sytuację na rynku turystycznym. W dokumencie GUS uwzględniono 2502 obiekty oferujące w sumie 218,5 tys. łóżek (28,2 proc. bazy noclegowej w Polsce). W gminach nadmorskich dominują tzw. pokoje gościnne – 967 (czyli prawie 39 proc. całego zasobu), ośrodków wczasowych jest 492 (niespełna 20 proc.), a zespołów domków turystycznych 231 (9,2 proc.). Nad Bałtykiem hotele tworzą tylko 9 procent bazy noclegowej (w kraju ten wskaźnik wynosi ponad 24 proc.), ale oferują ponad 35 tysięcy łóżek. Ośrodki wczasowe – 74 tysiące, natomiast kwatery prywatne – 25 tysięcy. Średnia wielkość obiektów noclegowych w miejscowościach nadmorskich to 87 miejsc. Średnia krajowa – 75 łóżek.   GUS szacuje, że na wakacje 2020 r. hotele, pensjonaty, ośrodki wczasowej i kwatery prywatne przygotowały dla gości ok. 7300 mniej miejsc niż rok wcześniej. Powód? Pandemia, tzw. lockdown, różnego rodzaju ograniczenia gospodarcze, społeczne, mniejsza mobilność itd. Ale nie wszystkim koronawirus utrudnił prowadzenie turystycznego biznesu. Miejsc noclegowych przybyło na polach biwakowych (6,7 proc.) i w domkach kempingowych (6,2 proc.).   W miejscowościach nadmorskich 70 procent obiektów noclegowych prowadzi działalność sezonową. Badając ruch turystyczny i wykorzystanie bazy noclegowej, GUS do klasyfikowania obszarów nadmorskich zastosował metodologią Eurostatu. Za nadmorskie uznaje się nie tylko gminy położone bezpośrednio nad morzem, ale również takie, których co najmniej 50 procent powierzchni znajduje się 10 km od brzegu.
24 Listopada 2020 godz. 9:21
Art za tvn24.pl, fot. FB/Witold Bańka
 

Były minister rządu PiS jest ambasadorem stadionu i województwa śląskiego

Witold Bańka, były ministrem sportu w rządzie Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, który obecnie kieruje Światową Agencją Antydopingową jest też ambasadorem Stadionu Śląskiego i marki Śląskie. Z tego tytułu ma ponoć otrzymywać ok. 20 tyś. złotych. Bańka ambasadorem Stadionu Śląskiego oraz marki Śląskie został w grudniu minionego roku. Tym samym dołączył do Anity Włodarczyk, wybitnej lekkoatletki, która też jest ambasadorką Stadionu Śląskiego. Podobną rolę powierzono także lekkoatlecie Pawłowi Fajdkowi oraz Krzysztofowi Kaliszewskiemu, który do niedawna był trenerem Anity Włodarczyk (nie jest już ambasadorem Stadionu). Według posła Koalicji Obywatelskiej, Wojciecha Króla były minister sportu z obu umów ma dostawać około 20 tys. zł miesięcznie - podaje portal tvn24.pl. Na ile faktycznie opiewają umowy podpisane przez Witolda Bańkę? Nie wiadomo, bo portal tvn24.pl nie otrzymał odpowiedzi. Portal cytuje rzecznika prasowego marszałka: "Służby prawne analizują udzielenie odpowiedzi pod kątem obowiązujących przepisów RODO". Bańka mógł zawrzeć takie umowy, bo to w żaden sposób nie kłóci się z jego funkcją pełnioną w Światowej Agencji Antydopingowej. Jej przedstawiciel, James Fitzgerald, podkreślił, że Bańka jako niezależny prezes WADA i Przewodniczący Rady Fundacji nie jest pracownikiem WADA. Tym samym jest uprawniony do podejmowania innej działalności zawodowej. Portal tvn24.pl tak przedstawia Witolda Bańkę: "Witold Bańka był członkiem drużyny, która pod wodzą trenera Józefa Lisowskiego sięgnęła po brązowy medal mistrzostw świata na 400 metrów w Osace w 2007 roku. Wtedy u "Lisowczyków" rządził Marek Plawgo, Bańka był rezerwowym, ale swoje do medalu dołożył - pobiegł w eliminacjach. - Duży talent. Miał biegać na 800 m, rywalizować z Kszczotem i Lewandowskim. A on w politykę poszedł, najpierw w marketing i PR - mówił sport.tvn24.pl o Bańce trener Lisowski. Dwa lata przed mistrzostwami, również w sztafecie, w Erfurcie został młodzieżowym mistrzem Europy. Karierę z powodu kontuzji zakończył w wieku 27 lat. Cztery lata później został ministrem".
29 Listopada 2020 godz. 9:04
Art za Arskom Group
 

Cudowne dziecko i pracowite beztalencie – Murańka i Stękała znów są nadzieją polskich skoków

Pierwszy debiutował w zawodach Zakopanem w wieku 13 lat 4 miesięcy i 24 dni. Był już wtedy srebrnym medalistą mistrzostw Polski. Od dziecka był poddawany olbrzymiej presji, z którą sobie nie radził. Wielki talent to przez lata było za mało, żeby zagościć w czołówce. Drugi sam o sobie mówi, że żadnego talentu nigdy nie miał, a szóste miejsce w szkolnych zawodach było największym młodzieńczym sukcesem. Klemensa Murańkę i Andrzeja Stękałę łączą arcydługie lata bez żadnych sukcesów, niechęć do Stefana Horngachera, i fakt, że wszystko wskazuje na to, iż rozpoczęty sezon będzie dla nich przełomowy. Dzieli wszystko inne. Na pierwszy rzut oka miejsca na pograniczu drugiej i trzeciej dziesiątki w otwierających obecny sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich zawodach w Wiśle, to nie jest żaden wielki powód do ekscytacji. A jednak dla 19. Stękały i 22. Murańki to olbrzymi zastrzyk optymizmu, który może napędzić ich na cały sezon. – Po prostu nie mogę, tak jestem zadowolony! Starałem się, ciężko trenowałem! – mówił zachwycony Stękała, który w ostatni weekend zapunktował w PŚ po raz pierwszy od 1710 dni. To jedna z dłuższych przerw wśród wszystkich zawodników. Dla skoczka z Dzianisza to były długie lata, w czasie których musiał pracować w karczmie, żeby związać koniec z końcem i utrzymać przy życiu umierające marzenia o sportowej wielkości. Nikt nie zrozumie go tak dobrze jak kolega z kadry, Klemens Murańka. Jego zakończona w zeszłym sezonie przerwa w punktowaniu trwała krócej – 1100 dni. W tym czasie o mało nie stracił wzroku. Ma za sobą bolesną utratę marzeń o występie na igrzyskach w Soczi, kiedy stracił miejsce w kadrze na ostatniej prostej, a także… epizod jako kierowca busa rozwożącego po Zakopanem wstawionych turystów z zabawy sylwestrowej. Działo się to w zeszłym roku, dokładnie w czasie, gdy Dawid Kubacki skutecznie walczył o wygraną w Turnieju Czterech Skoczni.   Na początku był patos Był 2004 rok, Małyszomania w pełni. Na szczycie Wielkiej Krokwi usiadł niespełna dziesięcioletni chłopczyk z okrągłą buzią. Poleciał 135 metrów, tylko 4 metry krócej od rekordu skoczni należącego wówczas do Svena Hannawalda. Tak Polacy poznali Klimka Murańkę. Dzieciaka, którego media patetycznie ochrzciły „Małym Małyszem”. Chłopca, który jeszcze nie wiedział, że niebawem będzie się pod kołdrą chował przed dziennikarzami. Swoją cegiełkę do sterty kamieni, która przytłoczyła młodziutkiego skoczka z Zakopanego, dołożyli także działacze. Do kwalifikacji pierwszego konkursu o Puchar Świata – oczywiście na doskonale sobie znanej Wielkiej Krokwi, został zgłoszony, kiedy miał niespełna 13 i pół roku. Pogoń za rekordem i chęć pochwalenia się całemu światu wielkim talentem sprawiła, że nie wzięli pod uwagę olbrzymiej presji, na którą Murańka nie był gotowy. Spadł z progu, wylądował na buli i z odległością 88,5 metra z kretesem poległ w kwalifikacjach. Pierwsze punkty Pucharu Świata zdobył cztery lata później i w kolejnych sezonach wydawało się, że w końcu proroctwa o wielkim talencie zdają się potwierdzać. Wtedy jednak skrzydła podciął mu Łukasz Kruczek, wybierając – wbrew woli większości kibiców – Dawida Kubackiego jako ostatniego zawodnika do drużyny na igrzyska w Soczi. – Nie warto mieć marzeń – napisał 20-latek w mediach społecznościowych, paląc jednocześnie koszulkę z napisem „Soczi 2014”. Jego tata przyznał, że na wieść o tej decyzji szkoleniowca Klimek był załamany. – Popłakał się i stracił ochotę nawet na start w mistrzostwach świata juniorów – przyznał jego tata, Krzysztof.  W kolejnych latach było coraz gorzej. Przede wszystkim dlatego, że Murańka skakał na ślepo, mając olbrzymie problemy ze wzrokiem, do czego nie przyznawał się trenerowi. Tylko talentowi i doświadczeniu zawdzięczał to, że w ogóle trafiał w próg i nie zrobił sobie krzywdy. Dziś skoczek ma już 26 lat, pięcioletniego synka, i największe problemy – chyba – za sobą. Po części wraca do punktu wyjścia – znów jest nadzieją na lepsze jutro polskich skoków. Nasza czołowa trójka: Kamil Stoch, Piotr Żyła i Dawid Kubacki, jest już po trzydziestce. Murańka na ich tle wciąż może uchodzić za rokującego juniora.    234 metry szczęścia i lata rozpaczy Andrzej Stękała sam o sobie mówi, że nigdy nie miał ani odrobiny talentu. W zawodach dla dzieci, kiedy mu szło był w środku stawki, w gorsze dni w jej ogonie. Jedyną nagrodą jaką trzymał w pokoju, była statuetka za szóste miejsce w Lidze Szkolnej. Dlatego też trenerzy z zakopiańskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego przecierali oczy ze zdumienia, kiedy mający już 20 lat Stękała w 2015 roku przebojem wdarł się do kadry, wykorzystując fatalną dyspozycję pozostałych zawodników w ostatnim sezonie pod wodzą Łukasza Kruczka. Jego umiejętność wykorzystania ruchów powietrza miała szczególne znaczenie na mamucich skoczniach. Lot Stękały na 235 metrów w kwalifikacjach do konkursu na Vikersundbakken był w 2016 roku drugim najdłuższym skokiem w historii polskich skoków. Wydawało się wówczas, że mamy większy problem z odnalezieniem formy pogubionego Kamila Stocha, niż ze wskazaniem jego potencjalnego następcy, bo skoczek z Dzianisza przez cały sezon imponował równą, wysoką formą i miał być jednym z tych, na bazie których następca Kruczka, Stefan Horngacher, zbuduje silną drużynę. Okazało się jednak, że zatrudnienie Niemca było fatalną decyzją z punktu widzenia młodych zawodników.  – Staram się, ćwiczę, usiłuję dostosować się do nowych zasad, ale to dla mnie kompletnie nie działa. Te ćwiczenia są bardzo trudne. Mam wrażenie, jakbym miał się od nowa uczyć skakać – mówił Stękała na początku pracy z Niemcem. Później przyznał, że nie ufał mu i obaj za sobą nie przepadali. Rok po tym, jak Stękała przefrunął na nartach blisko ćwierć kilometra, znalazł się poza kadrami narodowymi, na totalnym zakręcie. 16 lutego 2017 roku, kiedy Maciej Kot po raz pierwszy wygrał konkurs PŚ, Andrzej na Wielkiej Krokwi spotkał się z dziennikarzami, żeby podzielić się wrażeniami z triumfu kolegi. O sobie nie miał za wiele do powiedzenia, poza tym, że musi poszukać pracy, bo z czegoś trzeba żyć. W wieku niespełna 22 lat nie miał z kim trenować, popadł w konflikt z trenerem i był w kompletnej rozsypce pod względem technicznym. Wtedy rękę wyciągnął do niego szkoleniowiec kadry B, Maciej Maciusiak, namawiając go do wspólnych treningów. W kolejnych latach pracował jako kelner w karczmie „Chata Zbójnicka”, trenując z doskoku. Gdyby nie upór i wiara w siebie, dawno porzuciłby marzenia, stając się kolejnym chłopakiem z Podhala, który opowiada kumplom o tym, jak blisko był wielkości. A Stękała wciąż ma na nią szansę.  Puzzle z tysięcy elementów Ani Murańka, ani Stękała nie zaczną z dnia na dzień wygrywać konkursów. Ale obaj za wiele przeszli, za długo czekali aż wszystkie tysiące elementów w złożonej układance jaką jest kariera skoczka narciarskiego wskoczą na miejsce, żeby nie wykorzystać tego, że wreszcie znów są w elicie. Według ekspertów z firmy bukmacherskiej Totolotek, faworytem do wygranej w nadchodzących zawodach w fińskiej Ruce będzie Markus Eisenbichler (za złotówkę postawioną na jego triumf można zarobić 3.5 minus podatek), a największe szanse z Polaków ma Dawid Kubacki. Kursy na Murańkę (1:80) i Stękałę (1:200) wskazują na to, że nie będą faworytami, obaj jednak znakomicie się jednak czują, atakując z drugiego szeregu. Przede wszystkim jednak renesans ich formy to fenomenalna informacja dla trenera Michala Doleżala, który przez cały poprzedni sezon borykał się z brakiem czwartego zawodnika do drużyny. Z takimi uzupełnieniami składu jak Klemens czy Andrzej, nasza kadra znowu powinna liczyć się w rywalizacji o Puchar Narodów.  
19 Listopada 2020 godz. 5:51
Art za WarnerMedia
 
 

Kamil Stoch zaprasza do Klubu Kumpli!

„Dobro powraca – z tym przekazem chciałbym dotrzeć do każdej miejscowości, do każdej szkoły, do każdego dziecka” – mówi Kamil Stoch, który został ambasadorem 6. edycji kampanii społecznej Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj”. Akcja mająca na celu promowanie koleżeńskich zachowań i przeciwdziałanie dokuczaniu wystartowała dziś w całej Polsce. Kamil Stoch wspiera życzliwe postawy Rozpoczęła się 6. edycja kampanii społecznej Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj”, której celem jest promowanie życzliwych postaw i przeciwdziałanie dokuczaniu. Jej ambasadorem został Kamil Stoch: - Z przyjemnością dołączyłem do grona ambasadorów kampanii Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj”! Wartości takie jak życzliwość i fair play są mi szczególnie bliskie. Od kiedy pamiętam, kierowałem się nimi zarówno w sporcie, jak i w życiu. Dobro powraca – z tym przekazem chciałbym dotrzeć do każdej miejscowości, do każdej szkoły, do każdego dziecka. Apeluję do nauczycieli, opiekunów i rodziców: bądźmy w jednej drużynie, wspólnie realizujmy odpowiedzialną misję szerzenia wzajemnego szacunku – komentuje skoczek narciarski.   Wsparcie rodziców i nauczycieli  Wykonane na potrzeby kampanii Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj” badanie* sprawdzało nawyki i emocje dzieci podczas nauki zdalnej. Zapytano uczniów o częstotliwość występowania poszczególnych postaw w grupie równieśniczej. Według uzyskanych odpowiedzi, najmłodsi dużo częściej doświadczali zachowań opartych na życzliwości – taką odpowiedź wskazało aż 73% ankietowanych. Natomiast zaledwie 15% wspomniało o dokuczaniu przez kolegów lub koleżanki. Jest to duża zmiana w porównaniu do edukacji stacjonarnej – w ubiegłym roku 45% rodziców deklarowało, że ich dziecko doświadcza w szkole tego problemu.  - To bardzo budujące wyniki, które mówią o naturalnych potrzebach dzieci do budowania przyjaznej i życzliwej atmosfery opartej na współpracy. Izolacja społeczna, ograniczony kontakt z rówieśnikami dla wielu był trudnym doświadczeniem, ale jednocześnie uświadomił wartość posiadania dobrych kumpli – mówi psycholożka Marta Żysko-Pałuba z Pracowni Psychologicznej NINTU. W celu wsparcia nauczycieli w promowaniu życzliwych postaw na stronie kampanii https://badzkumplem.cartoonnetwork.pl/ zamieszczono bezpłatne materiały edukacyjne przygotowane przez Centrum Edukacji Obywatelskiej: scenariusze lekcji, przewodnik metodyczny, minizadania i miniprojekty dla uczniów szkół podstawowych. Wszystkie pomoce są dostosowane do wariantu nauki zdalnej. Klasy, które przyłączą się do akcji, otrzymają certyfikat „Klubu Kumpli”. Na stronie udostępniono również porady dla dzieci i rodziców przygotowane we współpracy z Pracownią Psychologiczną NINTU. Czas trwania kampanii Akcja Cartoon Network „Bądź kumplem nie dokuczaj” potrwa do 20 grudnia i będzie wsparta działaniami w mediach społecznościowych oraz ogólnopolską kampanią telewizyjną. Na antenie Cartoon Network i w wybranych kanałach platformy nc+ i w Internecie zostanie wyemitowany spot z udziałem Ambasadora.    * Badania przeprowadzono w Polsce, Czechach, Niemczech, Węgrzech i Rumunii w terminie 12-18 października 2020 na zlecenie WarnerMedia w ramach kampanii Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj”.   
19 Listopada 2020 godz. 5:54
Art za Arskom Group
 

Wieczna młodość i kij w mrowisku. Zlatan szokuje nie tylko na boisku

Kiedy debiutował w seniorskim futbolu, Leo Messi był dzieckiem cierpiącym na niedobór hormonu wzrostu, a 14-letni Cristiano Ronaldo przekonywał mamę, żeby odpuścić szkołę na rzecz futbolu, słusznie wierząc, że czeka go świetlana przyszłość. Dzisiaj, mając 39 lat na karku, Zlatan Ibrahimović wciąż jest czołowym napastnikiem świata, liderem klasyfikacji strzelców Serie A, który ma w tym sezonie na koncie tyle goli, co CR7 i Messi razem wzięci. Gra na tyle dobrze, że zasugerował nawet możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji. Jaki jest sekret jego długowieczności? Pomimo szalejącej w całej Europie pandemii koronawirusa, prace nad filmem biograficznym o Zlatanie Ibrahimoviciu, opartym na jego głośnej książce „Ja, Zlatan”, idą pełną parą. Twórcy produkcji, która ma trafić do kin jesienią przyszłego roku, zacierają ręce patrząc na obecną formę gwiazdora AC Milan, który łamie wszelkie prawidła dotyczące najlepszego wieku dla piłkarza, będąc znów jednym z czołowych napastników świata. Dzięki jego grze Rossoneri po raz pierwszy od lat poważnie liczą się w walce o mistrzostwo Serie A, a sam Szwed puścił oko do swoich rodaków, sugerując na Instagramie możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji, z którą Polska zmierzy się nadchodzących mistrzostwach Europy. Filmowa opowieść będzie skoncentrowana na drodze młodego syna imigrantów z Bałkanów do międzynarodowej kariery, ale historia jego sukcesu wciąż pisze się na naszych oczach. – Zlatan to nie tylko fantastyczny piłkarz, ale też historia nieporównywalna z innymi. Jego podróż z przedmieść Malmö na światowe areny to klasyczna opowieść z gatunku „od pucybuta do milionera”. Chcieliśmy uchwycić całą złożoność jego drogi i podkreślić kluczowe punkty zwrotne, a także kryzysowe momenty – podkreśla współscenarzysta filmu i autor biografii Zlatana, David Lagercrantz. Producenci mają szczęście, że scenariusz prowadzi nas przez życie piłkarza tylko do 23 roku życia, bo w przeciwnym razie musieliby przygotować nie film, tylko wieloodcinkowy serial. I pewnie nie skończyłoby się na jednym sezonie. Rozstania i powroty Sam romans Zlatana z drużyną narodową to materiał na wielogodzinną hollywoodzką opowieść. Odcinek pierwszy: w poszukiwaniu tożsamości. Ibrahimović miał do wyboru aż trzy reprezentacje. Urodził się w Szwecji, jego tata jest Bośniakiem, a mama Chorwatką. Ostatecznie postawił na zespół Trzech Koron, odwdzięczając się w ten sposób krajowi, który go wychował.  Odcinek drugi: zespół jednej gwiazdy. Na przestrzeni piętnastu lat rozegrał w żółto-niebieskich barwach 116 spotkań, zdobył 62 bramki i… niczego szczególnego nie osiągnął. Szwedzi ze Zlatanem w składzie przeważnie albo nie kwalifikowali się do wielkich turniejów, albo odpadali w fazie grupowej. Największy sukces ostatnich lat – ćwierćfinał Mistrzostw Świata 2018 – osiągnęli, kiedy Ibry w kadrze zabrakło. – Mundial beze mnie nie ma sensu, nie ma po co tego oglądać. Ale Szwecji będzie łatwiej, przynajmniej zagra bez presji. Ze mną musiałaby walczyć o zwycięstwo, taki mam charakter – mówił przed turniejem, który śledził z loży VIP, jako przedstawiciel jednego ze sponsorów. Okazało się, że faktycznie Szwedom poszło najlepiej od lat, a z turniejem pożegnali się dopiero po porażce w ¼ finału z późniejszymi wicemistrzami, Anglią. Odcinek trzeci: rozstania i powroty. O tym, że Zlatan nie ma łatwego charakteru, nie trzeba nikogo przekonywać. Najlepiej zdają sobie z tego sprawę kolejni selekcjonerzy kadry. Jako pierwszy skonfliktował się z nim Lars Lagerbäck. W 2006 roku przed meczem eliminacji do Euro Ibra wybrał się do klubu nocnego wspólnie z Olofem Mellbergiem i Christianem Wilhelmssonem. Selekcjoner odesłał całe trio do domów za złamanie zasad obowiązujących na zgrupowaniu. I o ile dwaj koledzy posypali głowy popiołem i na kolejnym zgrupowaniu wrócili do łask, o tyle Zlatan uznał, że kara była niesłuszna i rozpoczął kilkumiesięczny bojkot drużyny narodowej. Powrót nie trwał długo. Dwa lata później, po tym jak zespół narodowy nie zakwalifikował się na mundial w RPA, Ibrahimoviciowi odechciało się grać w kadrze. Po kilku miesiącach dał się przekonać do powrotu nowemu selekcjonerowi, Erikowi Hamrenowi, który powierzył mu opaskę kapitańską.  Odcinek czwarty: kij w mrowisku. Ostatecznie (?) Zlatan rozstał się z drużyną narodową po Euro 2016, na którym Szwedzi, jako jedna z nielicznych drużyn w nowej formule, nie wyszli nawet z grupy. Od tego czasu Trzy Korony grają lepiej, przestały być uzależnione od jednego zawodnika. Nawet kibicom jego ewentualny powrót nie jest w smak – dziennik Aftonbladet przed mundialem 2018 zrobił ankietę, w której 63% badanych stwierdziło, że jest przeciwne ewentualnemu powrotowi napastnika do kadry. Nie przeszkadza to Zlatanowi w regularnym wkładaniu kija w mrowisko. Po raz ostatni zrobił to niedawno, wrzucając na Instagrama swoje zdjęcie w żółto-niebieskiej koszulce, z podpisem „dawno się nie widzieliśmy”. Medialna burza znowu odżyła, dopiero słowa selekcjonera Janne Anderssona, który przypomniał, że Ibra 4,5 roku temu ogłosił koniec gry w kadrze i nic w tej sprawie się nie zmieniło, uspokoiły sytuację. Na razie, bo Zlatan w takiej formie byłby łakomym kąskiem dla każdej drużyny na świecie. Co ciekawe, w ciągu kilku tygodni, kiedy jego comeback wydawał się realny, kursy u bukmacherów na to, że Szwecja zdobędzie mistrzostwo Szwecji spadły. Obecnie na przykład w firmie Totolotek, u legalnego bukmachera, za jedną złotówkę postawioną na to zdarzenie można zarobić aż sto złotych (minus podatek). To dokładnie taka sama stawka, jak za historyczny triumf biało-czerwonych, którzy zmierzą się ze Szwedami w fazie grupowej. W oczach ekspertów z branży bukmacherskiej, powrót snajpera Milanu byłby tym czynnikiem, który sprawiłby, że Szwedzi byliby nieznacznie lepsi od Polaków. Dogania własną reputację W ostatnich latach eksperci i kibice z całego świata często podnosili głosy, że klasa sportowa Ibrahimovicia nie nadąża za jego wybujałym ego i rozbuchanym gwiazdorskim wizerunkiem. Teksty piłkarza w stylu „To nie Zlatan ma koronawirusa, tylko koronawirus Zlatana” przestały bawić, a zaczęły żenować przez swoje natężenie. Tak jak dawniej żarty o Chucku Norrisie. O ile jednak odtwórca roli „Strażnika Teksasu”, wbrew pogłoskom, pewnie jednak nie byłby w stanie trzasnąć drzwiami obrotowymi czy kozłować piłką lekarską na plaży, o tyle Ibrahimović swoją dyspozycją w wieku 39 lat udowadnia, że jednak ma w sobie coś nadludzkiego. Przede wszystkim jest to nadludzka pasja do pracy. – Cierpię, kiedy trenuję, ale kocham to cierpienie. Od najmłodszych lat musiałem robić więcej niż inni. Bez tego nie byłbym Zlatanem – podkreśla „Ibrakadabra”. Wszystkim wydawało się, że kiedy w wieku blisko 37 lat wyjeżdżał za ocean, żeby grać w MLS, rozpoczął właśnie epilog pięknej piłkarskiej historii. Kiedy jednak kibice powoli dojadali popcorn i szykowali się na napisy końcowe, okazało się, że bohater dopiero się rozkręca. Oby ostatnie fragmenty tej epickiej historii nie koncentrowały się na ucieraniu nosa Polakom. Jednego, Krzysztofa Piątka, już pozbawił nadziei na zrobienie kariery na San Siro. Oby Jens Andersson dalej uparcie trwał w postanowieniu o nieprzywracaniu Ibrahimovicia do drużyny narodowej, bo „skrzywdzeni” na Euro mogą zostać nasi kolejni rodacy.
10 Września 2020 godz. 12:01
Art za Arskom Group
 

Od bombardowań Belgradu po dyskwalifikację z US Open. Novak Djoković – dziecko wiecznej wojny

Tenisowy mistrz. Rozkapryszony dzieciak. Człowiek z obsesją zwycięstwa. Antyszczepionkowiec. Filantrop. Furiat. Dziecko wojny. To nie skład dziwacznej drużyny, tylko niezwykle skondensowany opis jednego sportowca – Novaka Djokovicia. Serba, który niedawno za pozornie błahe przewinienie został zdyskwalifikowany z wielkoszlemowego US Open. I który przez ostatnie lata uczciwie na to wykluczenie zapracował, zniechęcając do siebie znaczną większość tenisowego świata. Tego, który zawsze będzie „tym trzecim”, nawet jeśli zostanie sam na szczycie. Pojawił się na wielkiej tenisowej scenie, kiedy klucze do serc kibiców były już rozdane. Większa część była w rękach szwajcarskiego gentlemana Rogera Federera, nieco mniejsza jego największego rywala, prostolinijnego Hiszpana Rafaela Nadala. Novak Djoković ze swoją wielką sportową klasą pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Z wielkim prawdopodobieństwem zakończy karierę jako najwybitniejszy zawodnik w historii. Już dziś pod względem liczby wielkoszlemowych triumfów depcze po piętach dwóm wielkim rywalom, a jest od obu młodszy i mniej wyeksploatowany. Jednak najważniejszą dla siebie walkę od lat przegrywał. – Ma bolesną zadrę w sercu, bo chce by cały świat go kochał, a tak się nie dzieje – analizował John McEnroe, legendarny tenisista. Amerykański dziennikarz Ben Rothenberg szedł jeszcze dalej, twierdząc, że najmocniej wspierana przez kibiców trójka tenisistów na świecie to Federer, Nadal, i ten, który akurat gra przeciwko Djokoviciowi. Przez ostatnie miesiące „Nole” zajmował się głównie wbijaniem kolejnych gwoździ do swojej wizerunkowej trumny, zaczynając od organizowania pokazowych turniejów tenisowych na Bałkanach, w trakcie których ignorował wszelkie reguły bezpieczeństwa epidemicznego, a kończąc na kompletnie przypadkowym i ekstremalnie głupim uderzeniu sędziny liniowej piłką, co kosztowało go przeszło ćwierć miliona dolarów w nagrodach i – prawdopodobnie – wielkoszlemowy tytuł.  Lokalny bohater, globalny wróg publiczny Analizując dane z Google, Djoković jest najpopularniejszym tenisistą w siedmiu krajach: Serbii, Czarnogórze, Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Słowenii, Kosowie i Macedonii Pólnocnej. Na Bałkanach to lokalny bohater, filantrop wspierający lokalne społeczności, którego fundacja zbudowała 43 przedszkola i wyszkoliła ponad 1500 nauczycieli. Serb miał 12 lat, kiedy przeżył naloty sił NATO, bombardujących jego rodzinny Belgrad. Trenował gdzie tylko mógł, odbijając tysiące razy piłkę o ściany zrujnowanego basenu. Nigdy nie porzucił marzenia o wielkoszlemowym tytule. O byciu największym. O pójściu w ślady Pete’a Samprasa, zwycięzcy Wimbledonu w 1993 roku – pierwszego wielkiego turnieju oglądanego przez małego „Nole”. Jego drogę do wielkości znakomicie pokazała Polka Zuzanna Szyszak w nagrodzonym m.in. na festiwalu w Palermo krótkometrażowym filmie animowanym „Ajde!”.  – Brakuje mi słów po obejrzeniu „Ajde The Movie”. Ten film przywołał tyle wspomnień, że popłakałem się ze wzruszenia. Jestem zaszczycony tym dziełem sztuki. Zuzanno, zrobisz jeszcze wiele niesamowitych rzeczy w swoim życiu. Kawał dobrej roboty! – napisał po jego obejrzeniu sam Djoković. To był 2015 rok. W oczach kibiców był „tym trzecim”, ale miał spore grono niezwykle zaangażowanych i wiernych fanów, takich jak polska animatorka. Przez te pięć lat tak bardzo zależało mu na uwielbieniu tłumów, że większość całkowicie do siebie zniechęcił. Jak postawiony na głowie Faust: jest częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło. A wszystko zaczęło się od niezwykłego pokazu siły mentalnej, czyli finału US Open w 2015 roku. Tam Djoković zmierzył się z 23 tysiącami rywali. Jednym z nich był Roger Federer, resztę stanowili zachowujący się skandalicznie amerykańscy kibice. Serb zagrał genialnie. Wygrał. Dał pokaz absolutnie kosmicznego tenisa. – Kiedy krzyczeli „Roger, Roger!” wmawiałem sobie, że krzyczą „Novak, Novak!”. Czasami coś takiego daje mi dodatkowego kopa, ale szczerze mówiąc wolałbym mieć trybuny po swojej stronie – przyznawał tenisista.  Pokonany przez koronawirusa Po Serbie było doskonale widać, że brak wsparcia trybun nie jest mu w smak. Gorąca, bałkańska krew buzowała w nim, kiedy słyszał gwizdy pod swoim adresem, spowodowane tylko tym, że nie jest Federerem czy Nadalem. Przez lata to w sobie gromadził, aż wreszcie przestał sobie radzić z rolą wroga publicznego, którym stał się zanim tak naprawdę zrobił cokolwiek złego. Więc zaczął coraz bardziej wczuwać się w narzuconą rolę czarnego charakteru. W 2016 roku podczas ATP Finals w przypływie frustracji uderzył piłką w trybuny. Szczęśliwie trafił w puste krzesełko. Zapytany przez dziennikarza, czy nie boi się dyskwalifikacji, wyśmiał go, twierdząc, że równie dobrze mogą rozmawiać o tym, co by było gdyby w hali spadł śnieg.  W tym samym czasie coraz głośniej zrobiło się o wyznawanych przez niego pseudonaukowych teoriach. Współpracował z „duchowym guru” Pepe Imazem, urazy leczył końskim łożyskiem u kontrowersyjnej znachorki Marijany Novaković, dzielił się ze światem „mądrościami” dotyczącymi uzdrawiającej mocy bośniackich piramid słońca, czy o cząsteczkach wody reagujących na emocje. O ile zamieniając treningi na medytację zaszkodził wyłącznie swojej formie sportowej, o tyle jego działania od wybuchu pandemii koronawirusa były niebezpieczne dla szerokiego grona odbiorców. Nie przestrzegając zaleceń dotyczących izolacji społecznej zorganizował na Bałkanach pokazowe tenisowe turnieje Adria Cup. Kiedy pół świata siedziało zamknięte w domach, „Nole” i spółka nie tylko grali w tenisa, ale też balowali do białego rana. Efekt? Djoković, jego żona, Viktor Troicki, Borna Corić i Grigor Dimitrow złapali koronawirusa. – Nie pytajcie mnie już o moje głupie zachowania. On przebił wszystko – skomentował znany jako największy tenisowy badboy Nick Kyrgios.  Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wieloletnia walka z całym światem – i zdrowym rozsądkiem – tenisowe władze może spojrzałyby przez palce na kompletnie przypadkowe uderzenie piłką sędzi liniowej w meczu US Open. Po ostatnich koronawirusowych ekscesach Djokovicia ten wybryk był dla nich jak gwiazdka z nieba. Regulamin w jasny sposób pozwalał go zdyskwalifikować, co bez większego zastanowienia szefowie rozgrywek zrobili, korzystając z wymarzonej okazji do utarcia nosa krnąbrnemu zawodnikowi. A że przy okazji turniej medialnie stracił? Że o tryumf bije się tylko grono młodych, wygłodniałych wilczków, bez wielkich gwiazd? Parafrazując Lorda Farquaada, głównego antagonistę z filmu „Shrek”, zdyskwalifikowanie Novaka było dla tenisowych decydentów „poświęceniem, na które są gotowi”.   Przyszłość pod znakiem zapytania US Open wchodzi w decydującą fazę, już bez swojej największej gwiazdy. Na placu boju pozostali zawodnicy drugiego szeregu, będący melodią przyszłości. Legalny bukmacher, firma Totolotek, widzi u mężczyzn faworytów w Daniilu Miedwiediewie (za złotówkę postawioną na jego końcowe zwycięstwo można zarobić 2,25 minus podatek) oraz Dominiku Thiemie, na którego triumf kurs w Totolotku wynosi 2.5. Niżej oceniane są szanse Saszy Zwieriewa (kurs 4.0), a kompletnie bez szans jest wg bukmacherów Pablo Carreno-Busta (do wygrania aż 15 złotych za jedną złotówkę postawioną na jego zwycięstwo, minus podatek). Do momentu niefortunnego incydentu murowanym faworytem był oczywiście Djoković. Sam przez swoją głupotę stracił co najmniej ćwierć miliona dolarów, a gracze, którzy na niego stawiali też mocno dostali po kieszeni. Dla Serba to jednak najmniejszy z problemów. Straty wizerunkowe są nieporównanie większe. Uderzając piłką Bogu ducha winną kobietę ostatecznie dokonał swojej transformacji z postaci na siłę wtłoczonej w rolę wroga publicznego, do pełnokrwistego czarnego charakteru, którym stał się na własne życzenie. Misja wyprowadzenia jego wizerunku na prostą jest na tyle straceńcza, że tym razem naprawdę przydałby mu się szaman, znachor, guru, albo piramidy słońca.