Wojciech Kukliński, fot. archiwum - 9 godzin temu
Dawid Kacprzyk zrezygnował z mandatu radnego warszawskiej dzielnicy Ursus. Wcześniej zrezygnował z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej, Szpital Południowy wypowiedział mu umowy, a stołeczny ratusz poinformował, że lekarz skorygował 33 faktury i zwrócił szpitalowi 500 tys. złotych. W tle jest kwota, która od kilku dni działa na opinię publiczną jak zapalnik: ponad 1,6 mln zł zarobione w rok przez młodego lekarza w trakcie specjalizacji.
Łatwo byłoby napisać o pazerności. Łatwo byłoby wskazać palcem jednego człowieka, dopisać mu kilka przymiotników, postawić pod pręgierzem i uznać sprawę za zamkniętą. Tyle że to byłaby publicystyka wygodna, ale fałszywa. Bo Kacprzyk nie spadł z nieba. Nie wymyślił sam polskiej ochrony zdrowia. On jedynie bardzo skutecznie wykorzystał mechanizm, który państwo przez lata budowało, potem tolerowało, a dziś udaje, że zobaczyło go pierwszy raz.
Największy problem nie polega na tym, że jeden lekarz zarobił kwotę, która dla większości pacjentów brzmi jak suma z innej planety. Największy problem polega na tym, że system w ogóle pozwala, by takie kwoty pojawiały się w publicznej ochronie zdrowia bez wcześniejszego alarmu, bez czytelnych limitów, bez realnej kontroli i bez odpowiedzi na pytanie: czy za tymi pieniędzmi rzeczywiście idzie praca, odpowiedzialność i efekt dla pacjenta?
Bo pacjent nie widzi faktur. Pacjent widzi kolejkę. Widzi zamkniętą poradnię, odległy termin badania, lekarza dostępnego za kilka miesięcy albo prywatnie za kilka dni. Widzi szpital, który mówi, że nie ma pieniędzy, a potem dowiaduje się, że w tym samym systemie pojedyncze kontrakty potrafią iść w setki tysięcy, a nawet miliony złotych. I wtedy trudno się dziwić, że ludzie reagują gniewem.
Ten gniew jest zrozumiały. Ale źle skierowany może stać się tylko kolejnym odcinkiem politycznego teatru. Dziś na scenie stoi Kacprzyk. Jutro stanie ktoś inny. Pojutrze usłyszymy o kolejnym rekordowym kontrakcie, kolejnym szpitalu, kolejnej specjalizacji, kolejnym dyrektorze, który tłumaczy, że „nie miał wyjścia”. I w tym zdaniu mieści się właściwie cała diagnoza polskiej ochrony zdrowia.
Bo dyrektorzy szpitali często naprawdę nie mają wyjścia. Muszą zapewnić dyżury. Muszą utrzymać oddziały. Muszą spełnić warunki kontraktu z NFZ. Muszą mieć specjalistę, bo bez specjalisty oddział przestaje działać, a wraz z nim znika finansowanie. Jeśli więc na rynku brakuje anestezjologów, radiologów, neurochirurgów czy lekarzy medycyny ratunkowej, to szpital zaczyna licytację. Nie o luksus. O przetrwanie.
Lekarz w takiej sytuacji staje się zasobem strategicznym. Może pracować w kilku miejscach. Może dyżurować tu, konsultować tam, opisywać badania gdzie indziej. Może negocjować stawki, bo system sam powiedział mu: jesteś deficytowy, jesteś potrzebny, bez ciebie nie ma procedur, bez procedur nie ma pieniędzy. A skoro tak, to trudno oczekiwać, że rynek zachowa się jak organizacja charytatywna.
Nie lekarze rozregulowali ten system. Oni tylko nauczyli się w nim grać. Jedni uczciwie i ciężko pracując ponad siły. Inni być może przekraczając granice, które powinny być przedmiotem kontroli, audytu i, jeśli są podstawy postępowań. Ale to państwo ustawiło planszę. To państwo pozwoliło, by szpitale konkurowały ze sobą o tych samych ludzi. To państwo nie stworzyło prawdziwej sieci świadczeń. To państwo latami udawało, że każdy szpital może robić wszystko, choć wiadomo, że nie może.
I dlatego sprawa warszawskiego lekarza nie jest tylko warszawska. W Koszalinie też nie możemy wzruszyć ramionami i powiedzieć: to daleko, to stolica, to polityka. W publicznych zestawieniach dotyczących rekordowych kontraktów pojawiała się także kwota 1,62 mln zł za pierwsze półrocze 2025 roku w Koszalinie, w obszarze anestezjologii i intensywnej terapii. To pokazuje, że nie mówimy o pojedynczej anomalii. Mówimy o mechanizmie, który działa także poza największymi metropoliami.
Oczywiście anestezjologia i intensywna terapia to nie jest zwykła specjalizacja. To medycyna graniczna, odpowiedzialność ogromna, dyżury trudne, decyzje podejmowane pod presją życia i śmierci. Nikt rozsądny nie powinien udawać, że taka praca ma być opłacana jak zajęcie biurowe od ósmej do szesnastej. Ale między godnym wynagrodzeniem a systemem bez hamulców jest jednak różnica. I właśnie tej granicy państwo nie potrafiło wyznaczyć.
Politycy obudzili się dopiero wtedy, gdy kwoty zaczęły żyć własnym życiem w mediach. Teraz słyszymy o potrzebie zbierania dokładniejszych danych o wynagrodzeniach medyków, także w powiązaniu z numerem PESEL czy numerem prawa wykonywania zawodu. Dobrze. Państwo powinno wiedzieć, jak wydawane są publiczne pieniądze. Ale sama wiedza nie jest reformą. Tabela nie skróci kolejki. Rejestr nie zastąpi lekarza na dyżurze. Raport nie zbuduje racjonalnej sieci szpitali.
Jeżeli po tej aferze skończy się tylko na tym, że urzędnicy będą lepiej widzieli, kto ile zarabia, to za kilka miesięcy wrócimy do tego samego punktu. Znowu ktoś pokaże fakturę. Znowu ktoś się oburzy. Znowu politycy zapowiedzą kontrolę. Znowu środowisko lekarskie powie, że jest atakowane. Znowu pacjent będzie stał w kolejce i słuchał, że pieniędzy nie ma.
A przecież prawdziwe pytania są inne. Ile szpitali w Polsce powinno rzeczywiście pełnić funkcję ostrych, wielospecjalistycznych placówek? Które oddziały mają sens medyczny i ekonomiczny, a które istnieją głównie dlatego, że nikt nie ma odwagi powiedzieć lokalnej społeczności prawdy? Czy szpital powiatowy musi za wszelką cenę konkurować o tych samych specjalistów z dużym ośrodkiem wojewódzkim? Czy część placówek nie powinna zostać przekształcona w silne centra diagnostyki, rehabilitacji, opieki długoterminowej i ambulatoryjnej?
To są pytania politycznie niewygodne, bo natychmiast pojawia się oskarżenie o likwidację szpitali i zwijanie Polski lokalnej. Ale brak decyzji też jest decyzją. I to bardzo kosztowną. Jeśli udajemy, że wszędzie można utrzymać wszystko, to potem płacimy każdą cenę za każdego brakującego specjalistę. A gdy płacimy każdą cenę, nie mamy już systemu. Mamy licytację.
Sprawa Kacprzyka jest więc nie tyle skandalem personalnym, ile ostrzeżeniem. Owszem, trzeba wyjaśnić wszystkie okoliczności. Trzeba sprawdzić faktury, czas pracy, zakres obowiązków, odpowiedzialność dyrektorów i nadzór właścicielski. Jeśli były nieprawidłowości, muszą być konsekwencje. Ale jeśli na tym poprzestaniemy, pomylimy dym z pożarem.
Bo pożar jest większy. Płonie system, w którym publiczne szpitale konkurują jak prywatne firmy, ale bankrutują jak instytucje publiczne. Płonie system, w którym lekarz może być jednocześnie kosztem, ratunkiem i źródłem przychodu. Płonie system, w którym państwo najpierw nie chce wiedzieć, potem nagle chce wiedzieć wszystko, a najrzadziej chce podjąć decyzję.
Nie Kacprzyk jest systemem. Kacprzyk jest rachunkiem za system. Rachunkiem wysokim, nieprzyjemnym i wystawionym nam wszystkim. Możemy go podrzeć w gniewie. Możemy przykleić go do jednej twarzy. Możemy przez tydzień debatować o moralności lekarzy. Ale dopóki nie zmienimy zasad gry, następny rachunek przyjdzie szybciej, niż nam się wydaje.
I znów zapłaci pacjent. Nie przelewem. Czasem oczekiwania!