eWok, fot. FB/Tomasz Sobieraj/Paweł Kusiak/UM Koszalin - 25 Czerwca 2026 godz. 14:25
Było miło, przyjemnie, a momentami nawet śmiesznie. Tak mniej więcej można podsumować obrady, podczas których poważne sprawy miejskie mieszały się z małymi teatralnymi scenkami, słownymi potyczkami i politycznymi aluzjami. A że w samorządzie, jak w życiu, najciekawiej robi się wtedy, gdy ktoś próbuje być bardzo poważny, tym razem również nie zabrakło chwil godnych zapamiętania.
Pierwsza różnica zdań pojawiła się przy sprawie udzielenia zabezpieczenia pod 10-milionowy kredyt ZOS na rozbudowę saunowiska. Temat poważny, pieniądze niemałe, więc i pytania musiały paść. Radni Andrzej Jakubowski i Michał Listowski mieli pretensje do Moniki Tkaczyk, prezeski ZOS, że radni nie otrzymali biznesplanu inwestycji.
Dyskusja mogła potoczyć się w stronę klasycznego samorządowego ping-ponga, ale wtedy wkroczyła Monika Foremna-Pilarska z KO, przewodnicząca Komisji Budżetu i Finansów. I zrobiła to w stylu, który rozładował atmosferę skuteczniej niż niejeden formalny komunikat.
- Ja bardzo panią prezes przepraszam, że musi pani wysłuchiwać tej połajanki. To ja popełniłam błąd, nie zapraszając pani na obrady komisji. Biorę to na klateczki. Niewielkie, ale jednak… - powiedziała.
No i po sprawie. Klateczki przyjęły odpowiedzialność, radni spuścili z tonu, a dalszej różnicy zdań już nie było. Samorządowa dramaturgia czasem naprawdę potrzebuje tylko jednego udanego zdania.
Kolejny moment był już nie tyle zabawny, co ocierający się o absurd. Radna Żaneta Kwapisz z klubu Wspólnie dla Koszalina zaproponowała utrzymanie 30-procentowej zniżki w opłatach za żłobki dla najuboższych. Brzmiało społecznie, troskliwie i obywatelsko. Problem w tym, że - jak tłumaczył prezydent Tomasz Sobieraj - trudno dawać bonifikatę od opłaty, której rodzic w ogóle nie ponosi.
- Jak można proponować bonifikatę opłat od kwoty, której rodzic w ogóle nie ponosi? - pytał wyraźnie zdegustowany prezydent. - Gdybyśmy zaczęli rozważać pani pomysł, to chyba należałoby rodzicom oddać pieniądze za to, że przyprowadzają dzieci do żłobka. Proszę, nie idźmy tą drogą. To absurd.
I trudno odmówić tej wypowiedzi pewnej logiki. Tym bardziej że całkowity koszt pobytu jednego dziecka w żłobku w 2025 roku wyniósł nieco ponad 3100 złotych. Zgodnie z obowiązującymi zasadami budżet państwa pokrywa 1500 złotych, a pozostałą część dopłaca miasto. Innymi słowy: rodzic nie płaci, państwo płaci część, miasto dopłaca resztę, a radna proponuje zniżkę. Od czego? Od powietrza? Od dobrej woli? Od księgowej fantazji? Tego nie wyjaśniono.
Po przerwie i przewietrzeniu sali radni zajęli się kolejnym tematem, który zawsze podnosi temperaturę obrad, czyli podatkami od nieruchomości. Tym razem chodziło o wzrost stawek od 1 stycznia 2027 roku o wskaźnik inflacji, czyli 4,5 procent. Według wyliczeń miasta ma to dać budżetowi około 4,3 miliona złotych dodatkowych wpływów. W przypadku mieszkania o powierzchni 60 metrów kwadratowych i udziału w gruncie wynoszącego 30 metrów kwadratowych miesięczny wzrost ma wynieść około 40 groszy.
Niby niewiele. Ale podatki mają to do siebie, że nawet gdy chodzi o grosze, politycznie zaczynają ważyć kilogramy.
Radny Andrzej Jakubowski zwrócił uwagę, że nie jest to wyłącznie dyskusja o konkretnej stawce, ale o modelu prowadzenia polityki fiskalnej miasta. Pytał, dlaczego decyzja zapada już teraz, skoro skutki mają obowiązywać dopiero od 1 stycznia 2027 roku. Zastanawiał się też, czy jest to jednorazowe rozwiązanie, czy początek nowej polityki indeksowania podatków o wskaźnik inflacji.
W jego wypowiedzi pojawił się również szerszy kontekst: konkurencyjność Koszalina, demografia i wpływ podatków na warunki życia oraz prowadzenia działalności. To były pytania zasadne, choć jak zwykle w takich przypadkach odpowiedzi zależą od tego, po której stronie sali się siedzi.
Radny niezrzeszony Wiktor Kamieniarz zapowiedział z kolei, że nie może poprzeć podwyżek, gdy miasto wydaje 3 miliony złotych na urodziny Koszalina. Nazwał to swoim protestem z przyczyn etycznych i moralnych. To akurat argument z kategorii tych, które niekoniecznie zmieniają wynik głosowania, ale dobrze brzmią w protokole i jeszcze lepiej w mediach społecznościowych.
Żaneta Kwapisz proponowała, by podwyżkę odłożyć o rok, przypominając, że w poprzednim roku wzrost miał być bliski 50 procent. Na te słowa stanowczo zareagował przewodniczący rady Artur Wezgraj z KO.
- To nieprawda, to kłamstwo. Nie podnieśliśmy podatków o 50 procent - zaoponował.
I znów zrobiło się żywiej. Bo podatki, podobnie jak historia, mają to do siebie, że każdy pamięta je trochę inaczej.
Michał Listowski z KO przypomniał natomiast, że podatki nie są abstrakcyjną karą za posiadanie mieszkania, domu czy gruntu, ale jednym ze źródeł finansowania usług świadczonych mieszkańcom przez miasto. To argument klasyczny, racjonalny i przez to może mniej efektowny, ale w budżetowej rzeczywistości trudny do całkowitego zignorowania.
Ciekawie zabrzmiał głos Błażeja Papiernika z klubu Wspólnie dla Koszalina. Radny przyznał, że ta dyskusja przypomina mu powrót do przeszłości, kiedy to jego środowisko przekonywało innych radnych do podnoszenia podatków o wskaźnik inflacji.
- Ja zdania nie zmieniam i nie zmienię. Byłem tylko raz, w ubiegłym roku, przeciwny. Od lat jestem za racjonalnym podwyższaniem podatków - mówił Papiernik.
Nie oznaczało to jednak pełnego kredytu zaufania. Radny poprosił prezydenta o pokazanie pisma Rady Gospodarczej, która miała zaakceptować proponowaną podwyżkę. W samorządzie zaufanie zaufaniem, ale papier, jak wiadomo, nadal ma większą moc uspokajania niż najlepsze deklaracje. I rzeczywiście zdania nie zmienił. Zagłosował za podwyżką.
Papiernik zapytał też o podatek od środków transportowych. Tu prezydent Sobieraj złożył jasną deklarację.
- Do końca kadencji tego podatku nie będę ruszał - oświadczył.
I tak obrady płynęły dalej. Były kredyty, sauny, żłobki, podatki, inflacja, biznesplany, nieufność, moralne protesty i klateczki biorące odpowiedzialność. Samorząd w wydaniu prawdziwym? Zdecydowanie tak.
A skoro było miło, przyjemnie, a nawet śmiesznie, to pozostaje tylko życzyć radnym, by przy kolejnych podatkach, kredytach i bonifikatach znów udało się zachować choć odrobinę humoru.