Film
Ala, film: YT/Polski Zwiastun Kino - 5 Stycznia 2026 godz. 20:10
Dyskusyjny Klub Filmowy rozpoczyna 2026 rok od mocnego uderzenia. 6 stycznia o godz. 18.00 zaprasza do Kina Kryterium na seans filmu „Wszystko w porządku” – węgierskiego dramatu kryminalnego, który pod pozorem chłodnej, czarno-białej formy rozgrywa emocjonalny thriller o granicach lojalności i odpowiedzialności.
Czarno-biały obraz bywa w kinie wygodnym skrótem: sygnalizuje „poważną sprawę”, podkręca prestiż, czasem maskuje fabularne braki stylizacją. Bálint Dániel Sós wybiera jednak czarno-biel po to, żeby wbić klin w nasze przyzwyczajenia. Bo o ile kadr jest tu ascetycznie jednoznaczny, o tyle moralność – lepka, rozciągliwa i boleśnie ludzka. „Wszystko w porządku” to kryminalny dramat rodzinny, który udaje thriller, a w gruncie rzeczy jest grecką tragedią rozegraną na klatkach schodowych współczesnych instytucji: policji, szkoły, pracy, rodziny patchworkowej. I w tym udawaniu jest najbardziej prawdziwy.
Punkt wyjścia Sósa jest prosty, niemal klasyczny. Sándor (Szabolcs Hajdu), wdowiec próbujący ułożyć sobie życie na nowo, wchodzi w związek, który ma dać jego dzieciom (i jemu samemu) drugi oddech. Podczas przyjęcia dochodzi do wypadku – z pozoru „nieszczęśliwego”, w istocie niepokojąco dwuznacznego. Sándor widzi więcej niż reszta i podejmuje decyzję, która uruchamia spiralę kłamstw: chronić syna czy chronić prawdę? Problem w tym, że to pytanie jest źle zadane. Film szybko podpowiada: można chronić syna przed prawem, a jednocześnie wystawić go na okrutniejszy wyrok – własnego sumienia, społecznej presji, rosnącej agresji i poczucia bezkarności.
Sós ma rzadką umiejętność prowadzenia historii tak, by widz czuł, że moralny grunt usuwa mu się spod nóg, ale nigdy nie ma poczucia manipulacji. To kino napięcia budowanego nie pościgami, tylko spojrzeniami i niedopowiedzianymi zdaniami. W 85 minutach reżyser rozgrywa serię scen, które działają jak kolejne zaciśnięcia pętli: rozmowy z instytucjami, „życzliwe” rady znajomych, szkolne konflikty, próby utrzymania nowego związku w ryzach – wszystko to układa się w mapę świata, gdzie formalnie istnieją zasady, ale nikt nie ma narzędzi, by z nimi żyć. Prawo jest tu nie tyle opresyjne, co głuche; społeczeństwo nie tyle okrutne, co bezradnie żądne prostych winnych.
Najmocniej film pracuje na relacji ojca i syna. Dénes (Ágoston Sáfrány) nie jest „dzieckiem z problemami” jak z poradnikowego dramatu. To chłopak w wieku granicznym – emocjonalnie jeszcze surowy, a już wystawiony na konsekwencje dorosłego świata. Jego agresja nie jest ozdobnikiem fabuły, tylko językiem, którego nauczyło go milczenie. Sándor z kolei nie jest ani potworem, ani świętym. Hajdu gra go z nerwem człowieka, który chce być dobrym ojcem, ale nie wie, jak nie być przy tym złym człowiekiem. Wybuchy złości, poniżające słowa, desperackie gesty „naprawiania” sytuacji – to wszystko boli, bo jest podszyte miłością, która nie umie znaleźć formy. To jedno z tych filmowych ojcostw, które nie prosi o rozgrzeszenie i przez to paradoksalnie porusza najmocniej.
Czarno-biała estetyka nie jest tu tylko nastrojem – to narzędzie klaustrofobii. Kadry często trzymają bohaterów blisko, przy ścianach, w korytarzach, w pomieszczeniach, gdzie trudno oddychać. Świat wygląda jak labirynt z betonu i regulaminów, a postacie – jakby stale miały za plecami czyjeś oko. Montaż idzie za tym tempem: sceny potrafią urywać się w punkt, który zostawia nas z nieprzyjemnym „co ja bym zrobił?”. Film dzięki temu ogląda się błyskawicznie, niemal na jednym wdechu – i to jest jego wielka siła.
Warto też docenić czarny humor, bo Sós używa go nie po to, by rozładować napięcie, tylko by je podkręcić. Śmiech pojawia się w momentach, gdy człowiek śmieje się z rozpędu – a sekundę później orientuje się, że śmieje się z czegoś, czego nie da się naprawić. Ten rodzaj komizmu jest tu moralnym papierkiem lakmusowym: jeśli śmieszy cię za bardzo, film pyta, czy już przypadkiem nie przesunąłeś własnej granicy.
Nie jest to jednak dzieło idealne. W pewnym momencie film zdaje się działać jak precyzyjna maszyna do eskalacji: kolejne komplikacje wpadają jedna po drugiej, aż zaczynamy bardziej podziwiać konstrukcję niż przeżywać sytuację. Można też odczuć, że finał – choć celowo nie domyka wszystkich pytań – zostawia lekki niedosyt: jakby reżyser w ostatnich minutach bardziej ufał efektowi „zostawmy widza z dylematem” niż własnym, wcześniej zbudowanym emocjom. To niedociągnięcie nie przekreśla całości, ale sprawia, że film bardziej pamięta się jako intensywne doświadczenie niż jako historia, do której wraca się myślami w detalach.
Mimo tego „Wszystko w porządku” broni się tym, co w kinie moralnego niepokoju najcenniejsze: nie wygłasza tez, tylko wciąga w odpowiedzialność. Nie mówi: „kłamstwo ma krótkie nogi”. Mówi raczej: „kłamstwo bywa protezą, na której da się dojść daleko – tylko nie wiadomo, gdzie po drodze zgubisz człowieczeństwo”. To film o rodzicielstwie jako polu minowym, o miłości, która może stać się wymówką, i o normach społecznych, które pięknie wyglądają na papierze, dopóki nie trzeba ich zastosować wobec własnego dziecka.
A tytuł? „Wszystko w porządku” brzmi tu jak zaklęcie powtarzane po to, żeby nie usłyszeć trzasku pękającego świata. I właśnie dlatego działa: bo w tym filmie najstraszniejsze nie jest to, co się stało, tylko jak długo bohaterowie – i my razem z nimi – potrafimy udawać, że da się to „jakoś” unieść.
Po projekcji tradycyjnie zapraszamy na dyskusję w ramach DKF.
Seans DKF: „Wszystko w porządku”
6 stycznia 2026 (wtorek)
godz. 18.00
Kino Kryterium
Bilety:
15 zł – jednorazowy
12 zł – w karnecie
Do zobaczenia w Kinie Kryterium!