Koszalin, Poland
KATEGORIA

Wideo

W Polsce nie ma wyspecjalizowanych zakładów recyklingu paneli fotowoltaicznych. Wkrótce zaleje nas masa takich odpadów

Film Ala za Newse - 13 Lutego 2022 godz. 3:34
Boom na fotowoltaikę od kilku lat trwa w całej Europie. Szacuje się, że w Polsce do 2025 roku będzie zainstalowanych ponad 420 tys. ton paneli. Z uwagi na to, że ich średnia żywotność wynosi 20–30 lat, już wkrótce pierwsze zainstalowane systemy fotowoltaiczne stracą swoją użyteczność. W najbliższych latach do utylizacji może trafić ponad 100 tys. ton zużytych paneli. Na razie w Polsce nie ma wyspecjalizowanych zakładów, które zajmują się recyklingiem takich instalacji i pozyskiwaniem z nich cennych surowców. Polska spółka prowadzi jednak prace nad technologią, która umożliwi odzyskanie nawet 100 proc. z nich. – W tej chwili wszystko, co jest odpadem, traktujemy już jako problem dla środowiska. W związku z tym im więcej paneli, tym problem jest większy, a zarazem im odpad jest bardziej szkodliwy, tym też stanowi większy problem dla środowiska – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Karbowniczek, prezes zarządu 2loop Tech SA. – Większość paneli, które będą trafiać do recyklingu, jest pozbawiona substancji szkodliwych. Jedyny problem to fakt, że po prostu zajmują bardzo dużą przestrzeń, którą można byłoby zagospodarować inaczej. Pod względem nowych instalacji fotowoltaicznych Polska w 2021 roku znalazła się na czwartym miejscu w Europie – wynika z opublikowanego w grudniu raportu SolarPower Europe. Łącznie w Unii Europejskiej zostało uruchomionych 25,9 GW nowych mocy fotowoltaicznych, co daje 34-proc. wzrost w porównaniu z rokiem 2020. Fotowoltaika jest najprężniej rozwijającym się rynkiem wśród odnawialnych źródeł energii, przybywa zarówno dużo elektrowni fotowoltaicznych, jak i paneli instalowanych na dachach prywatnych i publicznych obiektów. Co za tym idzie, narasta także problem z odpadami, jakimi są uszkodzone panele, np. w trakcie transportu, montażu czy na skutek gwałtownych burz. – Mówimy tutaj, w przypadku większych elektrowni fotowoltaicznych, nawet o tonie paneli, która ulega uszkodzeniu podczas procesów instalacyjnych i które normalnie muszą trafić do recyklingu – mówi Marcin Karbowniczek. Za kilka lat dojdzie do tego również problem pierwszych zużytych paneli. Jak podkreśla ekspert, panele fotowoltaiczne są obecnie traktowane w przepisach jako odpady elektryczne i nie mogą być składowane na wysypiskach. Trzeba je przetworzyć i odzyskać z nich surowce. Dziś jednak nie ma w Polsce wyspecjalizowanych zakładów recyklingu takich instalacji. – Za ten proces i doprowadzenie do tego, że nie zostaną one złożone na wysypisku, odpowiada dostawca, czyli firma, która wprowadza takie panele na rynek polski bądź europejski. W ramach regulacji, jakie obowiązują wprowadzających panele na polski rynek, ponoszą oni opłatę w wysokości 2 proc. wartości panelu. Jest zarezerwowana na poczet przyszłego recyklingu. Chodzi o czas dosyć odległy, dlatego nie do końca wiadomo, jak ta opłata pobierana teraz zostanie spożytkowana i czy rzeczywiście te środki pozostaną, żeby później je wykorzystać – tłumaczy prezes 2loop Tech SA. Dziś zgodnie ze statystykami firmy wywiązują się ze swoich obowiązków. W praktyce wygląda to tak, że organizacje odzysku zbierają z rynku urządzenia o masie odpowiadającej masie paneli wprowadzanych na rynek. Ich przetwarzanie to już inna sprawa. – Jeśli w tej chwili ktoś miałby panele do oddania, to może je przekazać do profesjonalnego zakładu, który je przetworzy tak jak inną elektronikę. Zazwyczaj wiąże się to z pewnym kosztem zależnym od zakładu. Jak będzie w przyszłości wyglądał rynek, to jeszcze się okaże, gdyż wartość surowców zawartych w panelu jest całkiem duża i rośnie – mówi Marcin Karbowniczek. – Trudno też oceniać zasadność wysokości ponoszonej dziś opłaty, ale można się spodziewać, że w przyszłości będzie ona wyższa, ze względu na ekologiczne aspiracje panujące na świecie. W zależności od generacji paneli zawartość wykorzystywanych surowców: szkła, aluminium, srebra, miedzi i krzemu może być różna. Według wyliczeń amerykańskiego Departamentu Energii około 95 proc. sprzedawanych obecnie paneli jest wyprodukowanych z krzemu krystalicznego, a więc ich ogniwa fotowoltaiczne wykonane są z półprzewodników krzemowych. – Nowsze panele są tańsze m.in. dlatego, że są zbudowane w pewien sposób oszczędniej, a to oznacza, że ze starszych paneli możemy odzyskać więcej cennych surowców – informuje ekspert. – Najwięcej jest oczywiście szkła, między 70 a 80 proc. Zabezpiecza ono cały panel, chroni przed uderzeniami mechanicznymi i uszkodzeniami. Najmniej jest srebra, dużo poniżej 1 proc. Są jeszcze inne pierwiastki, ale raczej nie koncentrujemy się na nich, gdyż jest ich po prostu za mało. Co ciekawe, srebro stanowi przy aktualnych cenach rynkowych najbardziej wartościowy element całego takiego panelu, dlatego też zwracamy na nie szczególną uwagę. Odzyskane z odpadu fotowoltaicznego surowce znajdują szerokie zastosowanie, nie tylko do budowy nowych ogniw. – Szkło mamy wszędzie. Stłuczkę szklaną można trochę rafinować, aby uzyskać nieco wyższą cenę i lepsze parametry. Aluminium obecne jest we wszelkiego rodzaju przemyśle. Jesteśmy nim otoczeni, chociażby oknami z ram aluminiowych. Miedź też jest powszechnie używanym pierwiastkiem we wszelkiego rodzaju elektronice czy do wytwarzania rynien ozdobnych. Krzem jest stosowany w metalurgii albo, ten o wyższej czystości, do procesów półprzewodnikowych, m.in. do budowy nowych ogniw fotowoltaicznych – wyjaśnia Marcin Karbowniczek. 2loop Tech prowadzi własne badania nad technologiami odzyskiwania surowców z paneli. Spółka złożyła już jeden wniosek patentowy dotyczący sposobu recyklingu krzemowych paneli fotowoltaicznych monokrystalicznych lub polikrystalicznych, ale zapowiada kolejne. Równolegle wdraża także we współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie technologię pozwalającą na odzysk blisko 99 proc. surowców z paneli fotowoltaicznych. Jak podkreślają przedstawiciele AGH, dziś najbardziej zaawansowani pod tym względem są Francuzi, którzy odzyskują 95 proc. surowców.  Z raportu „Europe Solar Panel Recycling Market 2020–2027” opracowanego przez Research & Markets wynika, że wartość rynku recyklingu paneli fotowoltaicznych w Europie w 2020 roku wyniosła 49,1 mln dol. W kolejnych pięciu latach ma rosnąć w tempie 19 proc. rocznie. 

Fundacja Batorego: Maciej Stuhr zachęca do naprawy demokracji

Film Ala za Fundacja Batorego - 13 Lutego 2022 godz. 3:24
Ładowarkę wymienisz na nową. Kran też. A demokrację? Możesz tylko naprawić. W kampanii Fundacji Batorego Maciej Stuhr opowiada jak w prosty sposób pomóc w naprawie demokracji. Jednym z rozwiązań jest przekazanie 1% podatku Fundacji Batorego i wsparcie organizacji i inicjatyw obywatelskich, które bronią demokracji i równych praw. Kampania 1% Fundacji Batorego kierowana jest do osób, które chcą wspierać działania na rzecz budowy Polski praworządnej i sprawiedliwej, otwartej i tolerancyjnej, chroniącej prawa wszystkich obywatelek i obywateli. Jesteśmy świadkami postępującej destrukcji demokratycznego państwa prawa. W wielu z nas narasta poczucie frustracji, zmęczenia i bezsilności. Co możemy zrobić? Jak temu przeciwdziałać? – mówi Ewa Kulik-Bielińska, dyrektorka Fundacji im. Stefana Batorego. – Receptą Fundacji jest budowa silnego, zaangażowanego w sprawy publiczne społeczeństwa obywatelskiego. Swoją rolę widzimy dziś w mobilizowaniu do aktywności obywatelskiej, kontrolowaniu i rozliczaniu władzy z przestrzegania prawa, proponowaniu rozwiązań służących budowie wspólnoty wolnej od nienawiści, opartej o szacunek do drugiego człowieka, doceniającej bogactwo różnorodności. A przede wszystkim – we wspieraniu inicjatyw i organizacji społecznych, które chronią prawa obywatelskie, przeciwdziałają dyskryminacji i wykluczeniu, degradacji środowiska naturalnego, stoją na straży praworządności i równych praw wszystkich obywatelek i obywateli. Wszystkich, którzy widzą potrzebę i sens takich działań, gorąco zachęcamy: dołączcie do nas. Przekażcie 1% swojego podatku na naprawę demokracji. W tym roku naszą prośbę formułujemy z lekką dozą humoru, tak potrzebnego w przygnębiającej pandemicznej rzeczywistości. Zebrane rok temu wpłaty 1% Fundacja Batorego w całości przeznaczyła na wsparcie organizacji społecznych działających na rzecz obrony demokracji i praworządności, praw kobiet i praw mniejszości, ochronę środowiska i klimatu oraz pomoc uchodźcom. Tegoroczne wpłaty przeznaczone zostaną na inicjatywy służące naprawie polskiej demokracji i ochronie praw człowieka. Każdemu z nas coś się czasem zepsuje. Stajemy wtedy przed ważnym wyborem – naprawić czy kupić nowe? Ale niektórych rzeczy nie da się kupić. Dziś opowiem, jak w prosty sposób pomóc w naprawie demokracji w Polsce – mówi Maciej Stuhr w spocie nawiązującym do popularnego przed laty programu "Zrób to sam" prowadzonego przez Adama Słodowego. W swoistej instrukcji do obywatelskiego działania, ilustrowanej rysunkami Bartosza Minkiewicza, Maciej Stuhr pokazuje, jak można przeciwdziałać destrukcji demokracji: Można pójść na protest. Zatrzymanie niektórych zmian w wymiarze sprawiedliwości pokazało, że to działa – wyjaśnia. – Można przekonywać, że czyste powietrze, lasy, woda, to nie „ekologizm", ale prawa człowieka. Wśród rozwiązań wskazuje również na możliwość przekazania 1% podatku na rzecz organizacji społecznych, by razem z nimi bronić demokracji i praw człowieka. Spot kończy wezwanie do działania: Bo można nie robić nic, ale można też starać się zrobić cokolwiek. Naprawmy to, bo możemy. Wspieraj z nami demokrację i równe prawa w Polsce. Przekaż 1% podatku Fundacji Batorego.  --- Spoty video i radiowe oraz kreację przygotowała agencja Pacyfika. Filmy wyreżyserował Mateusz Gaca. Produkcję filmową zrealizował dom produkcyjny LOVE, a postprodukcję obrazu i dźwięku studio FDR. Kampania potrwa do końca kwietnia.

Zlot Morsów 2022; Dzień 1

Film Ala za FB/Międzynarodowe Zloty Morsów w Mielnie - 11 Lutego 2022 godz. 7:41
Pierwszy dzień szalonej, kolorowej zabawy za nami! Dziś warto wcześniej wstać. O 8:40 na plaży głównej (wejście od strony pomnika Morsa) - 𝗯𝗲̨𝗱𝘇𝗶𝗲𝗺𝘆 𝗺𝗼𝗿𝘀𝗼𝘄𝗮𝗰́ 𝗿𝗮𝘇𝗲𝗺 𝘇 Dzień Dobry TVN na oczach całej Polski! Nie może Was zabraknąć!

Wpadli podejrzani o sutenerstwo i ochronę agencji

Film Ala za CBŚP - 8 Lutego 2022 godz. 21:46
Policjanci CBŚP, wspierani przez kontrterrorystów z SPKP, zatrzymali kolejnych 3 podejrzanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej czerpiącej korzyści z cudzego nierządu. Członkowie grupy w latach 2015 – 2020, m.in. w Gdańsku, Słupsku, Koszalinie, Lęborku oraz innych miastach województwa pomorskiego zajmowali się prowadzeniem agencji towarzyskich, tzw. „mieszkaniówek”. Mogli zarobić ponad 2,5 mln zł. Policjanci z Zarządu w Rzeszowie Centralnego Biura Śledczego Policji, pod nadzorem Pomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku, prowadzą śledztwo w sprawie zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się czerpaniem korzyści z cudzego nierządu. W trakcie ostatniej realizacji funkcjonariusze rzeszowskiego CBŚP, przy wsparciu kolegów z Zarządu w Gdańsku CBŚP oraz kontrterrorystów z Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w Gdańsku, zatrzymali 3 osoby, w wieku od 24 do 31 lat. Mężczyźni są podejrzani o przestępstwa związane z wolnością seksualną i obyczajnością oraz udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Na poczet przyszłych kar i grzywien zabezpieczono mienie warte blisko milion złotych. Zatrzymanym grozić może kara pozbawienia wolności do 10 lat. Śledztwo prowadzone od blisko dwóch lat. Pierwsza akcja została opisana w materiale pod tytułem Podejrzani o sutenerstwo na Pomorzu w rękach CBŚP. Z zebranego materiału wynika, że członkowie grupy w latach 2015 – 2020, m.in. w Gdańsku, Słupsku, Koszalinie, Lęborku oraz innych miastach województwa pomorskiego zajmowali się prowadzeniem agencji towarzyskich, tzw. „mieszkaniówek”. Wszystko wskazuje na to, że w tym czasie w kilkunastu miejscach mogło „pracować” kilkadziesiąt kobiet świadczących usługi. Kobiety werbowane były za pośrednictwem m.in. portali internetowych. Członkowie grupy organizowali im miejsce pracy, przygotowywali ogłoszenia dotyczące zlecenia, a także zapewniali im ochronę. W zamian za to kobiety oddawały połowę zarobionych pieniędzy. Większość kobiet „pracujących” w agencjach to były Polki. W sprawie występuje łącznie 16 podejrzanych, w tym trzy osoby podejrzane o kierowanie grupą przestępczą. Wśród podejrzanych są także osoby posiadające przeszłość kryminalną, aktywnie uczestniczące w strukturach pomorskiego półświatka przestępczego, karane m.in. za uprowadzenia, rozboje, wymuszenia rozbójnicze czy inne przestępstwa kryminalne.

„Młodzi piłkarze traktowani są jak produkty, a dopóki rodzice mają pieniądze, oni są na boisku”

Film Art za Newseria.pl - 7 Lutego 2022 godz. 12:08
Lena Katlik w książce „Eldorado” demaskuje świat futbolu. Autorka książki „Eldorado” bez skrupułów opisała, jak wygląda brutalny świat futbolu, i umiejętnie wypunktowała jego grzechy. To nie jest literacka fikcja, ale podsumowanie wielu własnych doświadczeń, przeżyć i obserwacji. W swojej debiutanckiej powieści Lena Katlik, rozgoryczona matka zdolnego 15-latka, który cały czas marzy o karierze piłkarskiej, opisuje m.in. przekręty wśród byłych piłkarzy i członków PZPN-u, naciąganie przez właścicieli prywatnych szkółek rodziców dzieci, które w nich trenują, a także seksualne propozycje dla ich matek w zamian za faworyzowanie synów. Piłka nożna to jedna z najchętniej oglądanych dyscyplin sportu, a plotki związane z szeroko pojętym środowiskiem piłkarskim śledzi cały świat. I to zarówno w kontekście miliardowych transferów, jak i przekrętów oraz różnorakich afer. Lena Katlik miała świadomość, że jej powieść może wywołać skandal, ale nie zawahała się ani przez moment, by opisać to, co ją zbulwersowało i zniesmaczyło. Jej zdaniem w świecie futbolu jest wiele patologii. – Niestety ten świat w mojej książce i ogólnie, nie tylko w książce, ale w życiu codziennym, nie jest tak kolorowy, jak nam się wydaje. Oglądając wszystkich piłkarzy, np. Roberta Lewandowskiego, wydaje nam się, że to jest taka bajka, że ta kariera była taka prosta. Nie, to nie jest tak. Zazwyczaj jest to bardzo, bardzo ciernista droga. Czasami trzeba doświadczyć dużo upokorzeń, nie mam tutaj akurat na myśli siebie jako matki, ale dziecka, które jest jeszcze za młode i za małe, żeby zrozumieć ten świat, w który wkracza. A on nie jest lajtowy, nie jest taki, jak dziecko sobie wymarzy – mówi agencji Newseria Lifestyle Lena Katlik, autorka książki „Eldorado”. Jej zdaniem dla wielu chłopców w przedziale wiekowym 8–11 lat rozgrywki na boisku piłkarskim powinny być traktowane jako dobra zabawa i okazja do aktywności fizycznej. Często jednak dzieci od razu nastawia się na osiągnięcie sukcesu. Bywa również tak, że rodzice chcą w ten sposób spełnić swoje marzenia. Pojawia się więc niezdrowa rywalizacja i konkurencja, a zasady gry nie do końca są czyste. – Powinno być kopanie piłki, nawiązywanie przyjaźni i uśmiech na twarzy. A tutaj już zaczynają te dzieci być traktowane jako półprodukty, które wystawia się na zieloną trawę i na zdobycie już takich pozycji jak w świecie dorosłych. To nie jest fajne, to jest duża presja dla dzieci, maksymalne obciążenie psychiczne, ale to też przejawia się później tym, że zaczynamy wkraczać do takiego życia oszustwa – mówi Lena Katlik. Autorka książki gorzko wspomina sytuację, która spotkała ją i jej synka marzącego o karierze piłkarskiej. Choć zdarzenie miało miejsce trzy lata temu, to trauma pozostała do dziś. – Byliśmy oszukani przez jednego z trenerów i śmiało mogę to nazwać oszustwem, bo ten pan wywiózł nas do Portugalii na tzw. testy. Niestety tych testów nie było, było za to wyciągnięcie z portfela dosyć dużej ilości pieniędzy, ale o to może nie miałabym takiego żalu. Najgorsze jednak były słowa tego trenera, jakie padły pod adresem dziecka, które dojrzewa, które ma w sobie jeszcze niewykształcony czynnik stresu. Ten tekst: „Możesz wracać na swoją wioskę, możesz grać na cymbałkach i nigdy piłkarzem nie będziesz” zapadł mi tak głęboko, ale przede wszystkim zrobił ogromną rysę w głowie mojego syna. Bardzo opuścił mi się w nauce, jest tylko piłka, z piłką zasypia, z piłką wstaje i mówi: „Mamo, ja będę piłkarzem, ja im wszystkim udowodnię”. To jest dla mnie szok i to nie jest fajne – mówi. Rodzice powinni więc mieć świadomość, jakie pułapki mogą czasami czyhać na ich dzieci. – To nie jest bajka, gdzie nam się wydaje, że zapisujemy dziecko na trening i wszystko idzie po naszej myśli. Od razu zaznaczam, nie wrzucamy wszystkich do jednego worka, trenerów, szkółki, żeby nie było, że wszyscy są źli. Myśmy akurat mieli takiego pecha, że nie mieliśmy kolorowo – mówi autorka. Bohaterką książki „Eldorado” jest Monika, mama nastoletniego piłkarza, która wcześniej odbierała świat piłki nożnej jako rzeczywistość, w której talent ma szansę sam się obronić, a determinacja i ciężka praca są kluczem do sukcesu. Kolejne treningi czy sparingi były dla matki i syna codziennością, a futbol wypełnił ich całe życie. Monika nie spodziewała się jednak, że miłość do dziecka i wiara w jego umiejętności mogą się przerodzić w destrukcyjną siłę i koszmar, w którym będzie musiała na nowo postawić granice tego, co moralne i właściwe. Wszystko w imię matczynej miłości. Zdaniem autorki talent młodego piłkarza, predyspozycje do uprawiania tej, a nie innej dyscypliny sportu oraz jego zaangażowanie w treningi są oczywiście bardzo ważne, jednak często decydują zupełnie inne względy. – Talent to jest 10 proc., liczy się bardzo ciężka praca, a tak w cudzysłowie mówiąc, boczne drzwi. Wiadomo, każdy rodzic myśli, że jak ma dziecko, które gra w piłkę nożną, to jest to następca Lewandowskiego. I tutaj jest taka porada z mojej strony: zejdźmy z góry całkowicie na dół, bo na kilka milionów dzieciaczków, które w tej chwili grają w Polsce w piłkę nożną, jak się dwóm, trzem uda, to będzie sukces. Cała reszta jest po prostu zależna od różnych czynników. Nie jest to fajne, że piłka nożna i szkółki piłkarskie zrobiły się typowym biznesem, my jesteśmy złotymi kartami, nasze dzieci są produktami, a szkółki piłkarskie wychodzą na tym bardzo dobrze – mówi Lena Katlik. Autorka „Eldorado” nie ukrywa, że po publikacji tej książki reakcje czytelników były skrajne. Dostała dużo gratulacji, ale też musiała się zmierzyć z hejtem. Od początku jednak liczyła się z tym, bo wiedziała, że wkłada kij w mrowisko. – Nawet tego nie czytam, zresztą nie chciałabym tutaj tego przytaczać, bo to są słowa niecenzuralne i bardzo, bardzo mocne. Tylko że to mnie akurat nie złamało pod tym względem, że nie będę się załamywać, co ludzie piszą, bo nie mam na to wpływu, czy będzie to dobrze opisane, czy nie. Ja wyjawiłam prawdę, będę walczyła do końca jako matka, jako kobieta, uważam, że każdy człowiek powinien mieć swoją godność, nie powinniśmy przekraczać pewnych granic i przede wszystkim nie możemy my jako kobiety też dawać się poniżać i wykorzystywać. To też jest główny wątek w mojej książce. Skoro książka się sprzedaje, to znaczy, że jest popyt na to, że ludzie są tym zainteresowani – mówi. Film na podstawie książki Leny Katlik nakręci Sebastian Fabijański.

Trójwymiarowy, wirtualny świat metawersum przyniesie nowe zagrożenia. Dotychczasowe metody kontroli i nadzoru mogą się okazać nieskuteczne

Film Ala za Newseria.pl - 7 Lutego 2022 godz. 11:21
Wraz z rozwojem projektu metawersum, czyli budowy alternatywnego, cyfrowego wymiaru, do którego będziemy przenosić różnego rodzaju życiowe aktywności, może się rozwijać zjawisko „metaprzestępczości”. – Ten termin dziś nie funkcjonuje, ale możliwe, że pojawi się nowa klasa zagrożeń, których dzisiaj nie potrafimy sobie nawet wyobrazić – mówi Mirosław Maj z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń. To z kolei oznacza szereg wyzwań związanych z regulacją tego obszaru i nadzorem nad nim oraz rodzi szereg pytań o bezpieczeństwo użytkowników, szczególnie tych najmłodszych. Koncepcja metawersum nie jest wcale nowa. Już w 2003 roku wystartował Second Life, przełomowy projekt Linden Lab. Dawał graczom możliwość wejścia do wirtualnego świata, w którym w formie zabawy mogli odnaleźć pracę, nawiązać znajomości, kupować mieszkania czy zawierać małżeństwa. W Second Life funkcjonuje waluta zwana lindenami, która jest w tym metawersum środkiem płatniczym. – Dzisiaj rozmawiamy o metawersum z punktu widzenia popularności i dużej rozpoznawalności tego projektu, dlatego że mamy okres pandemii i pewne zjawiska, które w metawersum można by było realizować, takie jak np. praca zdalna, napędzają zainteresowanie tą platformą. Natomiast czy to będzie rzeczywiście projekt udany z punktu widzenia tych, którzy nad nim pracują, i ich ambicji – tego jeszcze nie wiemy, a myślę, że to nie jest takie oczywiste – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Maj. Pod koniec 2021 roku Facebook zmienił nazwę na Meta, a właściciel medium Mark Zuckerberg zapowiedział rozwój projektu metaverse. Ma on umożliwić ludziom przenoszenie znacznej części swojej życiowej aktywności do alternatywnego, cyfrowego wymiaru, aby czuli się w nim jak w świecie realnym. Współtworzenie metawersum to zresztą projekt, którym zainteresowanych jest coraz więcej podmiotów. Połączenie cech trzech rzeczywistości: prawdziwej, wirtualnej (VR) oraz rozszerzonej (AR) w jednolity, cyfrowy świat nazwano metawersum już jakiś czas temu. To nowa wizja internetu, w którym dzięki wykorzystaniu technologii pojawia się o wiele więcej sposobów na interakcje z użytkownikami, czy to w formule indywidualnej, w tym sprzedaży online, czy zespołowo. To również o wiele więcej możliwości dla cyberprzestępców, którzy mogą stworzyć zupełnie nowe formy ataku. Ostrzegają przed tym eksperci od cyberbezpieczeństwa, przyglądając się nowemu projektowi Marka Zuckerberga. Niektórzy ostrzegają, że może być kolejnym krokiem do kolonizacji naszego życia, uzależniając nas od technologicznych rozwiązań gigantów takich jak Facebook, Google czy Amazon, niszcząc życie społeczne i narażając na nowe niebezpieczeństwa i przestępstwa. – Zagrożenia, które mogą nas spotkać w metawersum i powinniśmy je rozważać w jego kontekście, to z jednej strony takie, które już znamy z cyberprzestrzeni – podkreśla ekspert z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń. – W metawersum one mogą być skatalizowane. W większym stopniu mogą wystąpić zagrożenia związane z prywatnością. Jeżeli w metawersum za coś płacimy kryptowalutami, to te zagrożenia, które znamy dzisiaj ze świata kryptowalut, również przenoszą się do metawersum. Jeżeli w metawersum kupujemy coś wirtualnego i to stanowi jakąś wartość: działka, dzieło sztuki, cokolwiek, to może się okazać, że zdigitalizowana postać tego zasobu za chwilę przestanie należeć do nas, że stracimy nad nią cyfrową kontrolę. Z drugiej strony w metawersum mogą się pojawić zagrożenia kompletnie nowe. – To, czym będzie metawersum z punktu widzenia cyberprzestępczości albo metaprzestępczości, bo być może taki nowy termin się pojawi,  tego do końca nie wiemy. Pewną zagadką jest to, czy konkretne zjawiska, które wystąpią tylko i wyłącznie w metawersum, nie stworzą pewnej nowej klasy zagrożeń, których dzisiaj nie potrafimy jeszcze ocenić czy nawet sobie wyobrazić – mówi Mirosław Maj. W jego ocenie metawersum stworzy szereg zagrożeń dla najmłodszych użytkowników. Wirtualizacja prawie każdego aspektu życia może się bowiem przyczynić do zintensyfikowania negatywnych zjawisk, które znamy z „tradycyjnego” internetu. – Od wielu lat mamy różne projekty, żeby zagrożenia związane z funkcjonowaniem młodych ludzi w internecie w jakiś sposób zneutralizować. W metawersum będzie to jeszcze trudniejsze, a kontrola będzie jeszcze bardziej skomplikowana. To efekt tzw. odhamowania internetu, polegający na tym, że pewne cechy, które nam towarzyszą w życiu, w jakiś sposób są katalizowane w świecie wirtualnym – wyjaśnia ekspert. Jako przykład podaje zjawisko cyberbullyingu, czyli przemocy wykorzystującej telefony komórkowe i internet. Chodzi m.in. o hejt w mediach społecznościowych, rozsyłanie ośmieszających filmów czy zdjęć, groźby i nękanie. Ten problem w ostatnich latach zyskuje na znaczeniu. Jak wynika z raportu NASK „Nastolatki 3.0”, ponad połowa badanych młodych ludzi spotkała się z jakimś rodzajem cyberprzemocy. Najczęściej wskazywane akty przemocy to wyzywanie (29,7 proc.), ośmieszanie (22,8 proc.), poniżanie (22 proc.), straszenie (13,4 proc.) czy szantaż (10,5 proc.). 11 proc. nastolatków twierdzi, że ktoś próbował się pod nich podszywać w wirtualnym świecie, a blisko co 10. doświadczył rozpowszechniania kompromitujących materiałów na swój temat. Badanie wskazuje także na duże rozbieżności między tym, co deklarują młodzi ludzie, a tym, co na ten temat wiedzą ich rodzice i opiekunowie. W metawersum taka rodzicielska kontrola będzie jeszcze trudniejsza. – Pytanie, czy taka kontrola miałaby się odbywać bezpośrednio w samym metawersum. Wtedy jednak musielibyśmy przekonać rodziców do tego, żeby też weszli do tego świata, żeby założyli wirtualny kask na głowę albo uruchomili swój telefon w jakiejś specjalnej funkcji. To może być pierwsza z barier, bo im starsze pokolenie, tym mniejsza skłonność do tego, żeby w metawersum funkcjonować – tłumaczy ekspert z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń. – Na szczęście kontrola może się na razie odbywać poza metawersum w odniesieniu do niego poprzez narzędzia, które znamy. Tylko jest jedna zasadnicza sprawa: tak jak musimy zrozumieć zagrożenia w normalnym internecie, tak samo musimy zrozumieć zagrożenia w metawersum. W opinii Mirosława Maja jest to ważne zadanie dla ludzi budujących samo metawersum, którzy muszą poważnie myśleć o tym, jakie regulacje dotyczące bezpieczeństwa technicznego i społecznościowego powinny towarzyszyć rozwojowi tych projektów. Problem w tym, że już dziś prawodawstwo nie nadąża za technologią, a w metawersum zmiany będą jeszcze bardziej dynamiczne, więc reagowanie na nie będzie dużym wyzwaniem. – Dzisiaj proces legislacyjny często trwa dłużej niż rok, więc trudno sobie wyobrazić, że będziemy aktywnie potrafili to uregulować. Wydaje mi się, że będziemy musieli narzucić metody regulacji w taki sposób, że one będą musiały tę dynamikę uwzględniać po to, żeby były skuteczne. Być może jest to kwestia regulowania tego, jakie mogą być efekty działania metawersum, na co pozwalamy metawersum. Będziemy też potrzebować dobrych narzędzi, w postaci być może wyspecjalizowanych instytucji, do tego, żeby potrafiły dynamicznie oceniać, czy tutaj prawo nie jest łamane – mówi Mirosław Maj.