Koszalin, Poland
KATEGORIA

Wideo

Wielkanoc bez samotności. W Koszalinie 400 osób zasiądzie do wspólnego stołu

Film Ala, fot i film: FB/Dom Miłosierdzia Koszalin - 4 Kwietnia 2026 godz. 3:36
Nie dla wszystkich Wielkanoc pachnie domowym żurkiem, mazurkiem i spokojem rodzinnego stołu. Dla wielu osób to czas szczególnie trudny, czas w którym samotność boli bardziej niż zwykle, a pustka po bliskich staje się dotkliwsza niż na co dzień. Właśnie dlatego w Koszalinie po raz kolejny dzieje się coś, co ma znaczenie większe niż świąteczny gest. W Domu Miłosierdzia Bożego trwają przygotowania do spotkania, które dla setek osób stanie się nie tylko wielkanocnym posiłkiem, ale także znakiem, że nie są sami. W Niedzielę Wielkanocną, 5 kwietnia 2026 roku, przy wspólnym stole w Domu Miłosierdzia zasiądzie nawet 400 osób ubogich, samotnych i znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. To liczba, która robi wrażenie, ale jeszcze większe znaczenie ma to, co się za nią kryje. Bo za każdą z tych osób stoi osobna historia często naznaczona stratą, chorobą, kryzysem, odrzuceniem albo zwyczajnym ludzkim brakiem kogoś, z kim można usiąść i przeżyć święta.   Organizatorzy nie mają wątpliwości, że w tym przedsięwzięciu chodzi o coś więcej niż pomoc materialną. Owszem, potrzebny jest ciepły posiłek, przygotowany stół, konkretne wsparcie logistyczne i finansowe. Ale równie ważne jest coś, czego nie da się przeliczyć ani zapakować do paczki obecność, życzliwość i godność. Za organizację wydarzenia odpowiada Dom Miłosierdzia Bożego w Koszalinie, wspierany przez Caritas Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej. Trwa zbiórka darów i środków finansowych, dzięki którym możliwe jest przygotowanie świąt dla potrzebujących. Włączyć się może każdy przekazując żywność, środki czystości lub wsparcie pieniężne. I właśnie w tej otwartości jest sens całej inicjatywy: Wielkanoc staje się wspólnym dziełem ludzi, którzy rozumieją, że święta nie kończą się na własnym domu. Mocno wybrzmiewają słowa prezesa Stowarzyszenia Dom Miłosierdzia Bożego w Koszalinie, ks. dr. Radosława Siwińskiego, który przypomina, że świąteczny czas nie dla wszystkich oznacza radość. – Święta Wielkanocne nie dla wszystkich są czasem radości i spotkań przy rodzinnym stole. Dla wielu osób to moment, w którym szczególnie odczuwalna staje się samotność i brak bliskich – podkreśla ks. dr Radosław Siwiński. – Ten czas dla naszych mieszkańców bywa trudny. Wracają wspomnienia, pojawia się tęsknota za kimś bliskim, kogo już przy nich nie ma. Dlatego chcemy choć trochę to wynagrodzić, tworząc atmosferę piękna, rodzinności i życzliwości. Bo kiedy jest się razem, wiele problemów schodzi na dalszy plan. To zdanie właściwie streszcza sens tego spotkania. W świecie, w którym łatwo przyzwyczaić się do obojętności, wspólny stół staje się formą sprzeciwu wobec samotności. Nie rozwiązuje wszystkich problemów, nie leczy wszystkich ran, ale daje coś bardzo podstawowego i zarazem bezcennego — poczucie, że ktoś zauważa drugiego człowieka. Potwierdzają to również sami mieszkańcy Domu Miłosierdzia Bożego. Jeden z nich mówi wprost, że najważniejsza w świętach jest nie potrawa czy oprawa, ale to, by nie zostać z nimi sam na sam. – Najważniejsze, że nie jest się wtedy samemu. Dzięki temu święta przeżywa się inaczej – są radośniejsze i człowiek bardziej je docenia. Samotność rodzi smutek i zadumę, a same święta schodzą na dalszy plan – mówi. W tych prostych słowach zawiera się prawda, o której często zapominamy. Święta bywają piękne nie dlatego, że wszystko jest idealnie przygotowane, ale dlatego, że są przeżywane razem. Dla osób ubogich, samotnych i poranionych przez życie wspólnota nie jest dodatkiem jest często warunkiem tego, by w ogóle poczuć sens świątecznego czasu. Koszalińska Wielkanoc dla potrzebujących organizowana jest od lat. Nie jest jednorazowym zrywem ani akcją od święta. To konsekwentnie budowana przestrzeń wsparcia, w której człowiek ma odzyskać nie tylko siły, ale i poczucie własnej wartości. Bo przecież bieda, samotność czy kryzys nie odbierają nikomu prawa do świąt przeżytych z godnością. Pomoc można kierować do Domu Miłosierdzia Bożego, Caritas Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej w Koszalinie, a także do inicjatywy Szafa od Serca, gdzie przed świętami można zostawić lub pobrać najpotrzebniejsze produkty. To ważne, bo solidarność nie zaczyna się od wielkich słów, lecz od prostych decyzji: że zamiast przejść obojętnie, zatrzymamy się i pomożemy. Wielkanoc w swojej najgłębszej treści opowiada o nadziei. W Koszalinie ta nadzieja przybiera bardzo konkretny kształt stołu, przy którym znajdzie się miejsce dla tych, którym najbardziej brakuje dziś bliskości. I może właśnie w tym najpełniej wyraża się sens świąt: żeby nikt, choćby przez chwilę, nie musiał czuć się niepotrzebny i sam. ✨

Biskup Krzysztof Zadarko z wielkanocnymi życzeniami: „To, co najpiękniejsze w Zmartwychwstaniu, to nadzieja”

Film Ala, film: Rzecznik Kurii Biskupiej w Koszalinie - 4 Kwietnia 2026 godz. 3:22
W czasie Świąt Wielkanocnych szczególnego znaczenia nabierają słowa o nadziei, odradzającym się życiu i sensie, który płynie ze Zmartwychwstania. Właśnie do tych wartości w swoich świątecznych życzeniach nawiązuje ksiądz biskup Krzysztof Zadarko, podkreślając, że istotą Wielkanocy jest nadzieja zakorzeniona w Jezusie Chrystusie. – To, co najpiękniejsze jest w Zmartwychwstaniu, to nadzieja – mówi ksiądz biskup Krzysztof Zadarko. Jak zaznacza, nie jest ona jedynie zapowiedzią czegoś, co może spełnić się w nieokreślonej przyszłości. To nie odległa obietnica, ale rzeczywistość, która już dokonała się w Jezusie Chrystusie.   Biskup przypomina, że to właśnie Jezus jest naszą nadzieją, spełnieniem wszystkich obietnic i odpowiedzią na najgłębsze ludzkie pragnienia. To w Nim człowiek odnajduje sens życia, poczucie duchowego spełnienia i pragnienie istnienia, które nie ma końca.   W swoich życzeniach ksiądz biskup zwraca uwagę na to, że każdy człowiek nosi w sobie potrzebę sensu, pokoju i trwałej nadziei. Wielkanoc staje się więc czasem szczególnego odkrywania tego, co najważniejsze – wiary, która daje siłę, i nadziei, która pozwala patrzeć w przyszłość z ufnością. – Dlatego życzę wszystkim spełnienia tej nadziei – podkreśla biskup Krzysztof Zadarko. To przesłanie, szczególnie w świątecznym czasie, może być dla wielu osób źródłem otuchy, zatrzymania i refleksji nad tym, co naprawdę nadaje sens codzienności. Wielkanocne życzenia biskupa są zaproszeniem, by spojrzeć na Zmartwychwstanie nie tylko jako na religijne wydarzenie, ale także jako na źródło siły, pokoju i światła dla każdego człowieka.  

NASA pokazuje, gdzie aktualnie znajduje się załoga misji Artemis II

Film Art za NASA - 3 Kwietnia 2026 godz. 5:19
Miłośnicy kosmosu mają dziś wyjątkową okazję, by jeszcze dokładniej śledzić historyczną podróż NASA wokół Księżyca. Agencja udostępniła narzędzie Artemis Real-time Orbit Website (AROW), dzięki któremu można na bieżąco sprawdzać położenie statku Orion i obserwować trasę misji Artemis II w relacji do Ziemi i Księżyca. Na stronie dostępne są m.in. informacje o odległości od Ziemi, odległości od Księżyca, czasie trwania misji oraz kolejnych etapach lotu. Interaktywna wizualizacja pozwala zobaczyć nie tylko, gdzie aktualnie znajduje się załoga, ale także z jakiej perspektywy astronauci mogą obserwować naszą planetę i Srebrny Glob. To propozycja dla wszystkich, którzy chcą choć na chwilę poczuć się uczestnikami tej niezwykłej wyprawy i spojrzeć na kosmiczną podróż oczami jej uczestników. NASA podkreśla, że narzędzie wykorzystuje dane przesyłane z Oriona do centrum kontroli lotów i udostępnia je niemal w czasie rzeczywistym. Misja Artemis II to pierwsza załogowa wyprawa programu Artemis i zarazem pierwsza od ponad 50 lat podróż astronautów w okolice Księżyca. Czteroosobowa załoga leci statkiem Orion, który ma okrążyć Księżyc i bezpiecznie wrócić na Ziemię. NASA opisuje tę misję jako kluczowy etap przygotowań do kolejnych lotów księżycowych i dalszej eksploracji kosmosu. Osoby zainteresowane kosmosem mogą odwiedzić stronę z wizualizacją i samodzielnie sprawdzić, co w danym momencie widzą astronauci oraz jak wygląda ich trasa lotu. To nowoczesny i atrakcyjny sposób śledzenia jednej z najważniejszych misji współczesnej astronautyki. Link do strony:  TUTAJ

Zakład Aktywności Zawodowej nie powstanie przy ul. Orlej. Miasto wybuduje nowy obiekt przy ul. Sarzyńskiej

Film Ala, fot. FB/Tomasz Sobieraj - 2 Kwietnia 2026 godz. 20:50
Zakład Aktywności Zawodowej w Koszalinie nie powstanie przy ul. Orlej, jak pierwotnie planowano. Miasto zdecydowało o zmianie lokalizacji i koncepcji inwestycji. Zamiast modernizacji istniejącego budynku powstanie całkowicie nowy obiekt przy ulicy Sarzyńskiej. Decyzja ta jest efektem przeprowadzonych analiz technicznych oraz rosnących kosztów inwestycji. Jak poinformował prezydent Koszalina Tomasz Sobieraj, na utworzenie Zakładu Aktywności Zawodowej przy ul. Orlej udało się wcześniej pozyskać ponad 12,5 mln zł z funduszy europejskich w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego. Problemem okazał się jednak stan techniczny budynku. – Budynek w opinii fachowców jest w znacznie gorszym stanie technicznym niż zakładaliśmy. Jego remont i dostosowanie do potrzeb osób z niepełnosprawnościami znacząco przekroczyłoby planowane koszty i stwarzałoby ryzyko niedokończenia inwestycji oraz utraty dofinansowania – przekazał Tomasz Sobieraj. Nowa siedziba Zakładu Aktywności Zawodowej ma powstać na działce o powierzchni ponad 1 hektara przy ul. Sarzyńskiej. Jak podkreśliła wiceprezydent Koszalina Beata Górecka, będzie to obiekt zaprojektowany od podstaw z myślą o potrzebach tego typu placówki. – To będzie nowy obiekt, który zostanie zaprojektowany z myślą o potrzebach tego typu instytucji jak Zakład Aktywności Zawodowej – zaznaczyła Beata Górecka. Dodała również, że duża powierzchnia działki daje możliwość stworzenia nie tylko samego budynku, ale także dodatkowej przestrzeni, na przykład ogrodu. Zmiana koncepcji oznacza rezygnację z dotychczasowego planu modernizacji obiektu przy ul. Orlej. Przez trzy lata mieszkańcy wspólnie z Fundacją Zdążyć z Miłością, która będzie prowadzić ZAZ, zbierali środki na remont tego miejsca. Przygotowano również dokumentację projektową za około 300 tys. zł i pozyskano blisko 15 mln zł unijnego dofinansowania. Ostatecznie o zmianie przesądziły względy ekonomiczne i techniczne. Jak wyjaśniła Beata Górecka, kolejne analizy dokumentacji ujawniały coraz więcej problemów, co oznaczało dodatkowe wydatki i coraz większe ryzyko przekroczenia budżetu. Budowa nowego obiektu ma pozwolić na lepszą kontrolę kosztów i precyzyjne zaplanowanie całej inwestycji. Nowy budynek ma być pasywny, energooszczędny i w pełni dostosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Miasto przekaże na ten cel działkę wartą ponad 2 mln zł. Metraż i ostateczny zakres prac będą zależały od kosztów budowy, jednak harmonogram inwestycji jest już wstępnie określony. W 2026 roku ma powstać dokumentacja projektowa i niezbędne pozwolenia. Na początku 2027 roku planowane jest ogłoszenie przetargu i rozpoczęcie budowy, natomiast zakończenie inwestycji przewidziano do końca 2028 roku. Małgorzata Kaweńska-Ślęzak, prezes Fundacji Zdążyć z Miłością, zapewnia, że mimo zmiany lokalizacji sam projekt będzie realizowany. – Budynek przy ul. Orlej miał swój klimat, ale najważniejsze jest dobro osób z niepełnosprawnościami. Jeśli koszty przewyższają możliwości, nie będziemy obstawać przy tym obiekcie – podkreśliła. W Zakładzie Aktywności Zawodowej zatrudnienie ma znaleźć około 50 osób, między innymi w sektorze gastronomicznym. Projekt realizowany jest we współpracy miasta z Fundacją Zdążyć z Miłością, aby wspólnie stworzyć nowoczesne, funkcjonalne i przyjazne miejsce pracy dla osób z niepełnosprawnościami. Zmiana planów oznacza nowy etap dla tej ważnej społecznie inwestycji. Choć ZAZ nie powstanie przy ul. Orlej, władze miasta podkreślają, że celem pozostaje stworzenie miejsca bezpiecznego, dostępnego i odpowiadającego realnym potrzebom przyszłych pracowników.

Emilia Bury obala bzdury, czyli polityka w czasach rolki

Film eWok, film: FB/Marek Subocz, Emilia Bury - 2 Kwietnia 2026 godz. 9:10
W lokalnej polityce od dawna wiadomo jedno: można nie zbudować drogi, nie przepchnąć uchwały, nie doprowadzić do zgody, ale za to koniecznie trzeba zdążyć z klipem do internetu. Dziś bowiem racja coraz częściej nie leży po żadnej stronie sporu. Racja leży tam, gdzie lepiej się klika. I tak oto Białogard doczekał się kolejnego odcinka serialu pod roboczym tytułem: „emocje na sesji, oburzenie w sieci, komentarze bez czytania, udostępnienia bez myślenia”. Poseł PiS, Marek Subocz z właściwą sobie pewnością diagnozuje rzeczywistość krótko i dosadnie: „brak kultury, arogancja, buta”. Zestaw klasyczny, wręcz dyżurny. Taki polityczny gotowiec, który można wyjąć z szuflady przy każdej okazji, gdy przeciwnik podniesie głos, przewróci oczami albo po prostu przestanie mówić tonem szkolnej akademii.   Tymczasem sama burmistrz Emilia Bury odpowiada, że owszem, temperatura była wysoka. I trudno się specjalnie dziwić. Samorząd nie jest już dziś miejscem statecznej wymiany zdań nad losem miasta przy aromacie kawy i szelescie dokumentów. Coraz częściej przypomina ring, na którym mniej chodzi o meritum, a bardziej o to, kto komu skuteczniej podstawi nogę, najlepiej w obecności kamery. Bo kamera, jak wiadomo, kocha konflikt. Zwłaszcza lokalny. Jest tani, dostępny i daje natychmiastowe emocje.   Najciekawsze w tej historii nie jest jednak samo nagranie. Nagrania są dziś wszędzie. Najciekawsze jest to, jak błyskawicznie współczesna debata publiczna redukuje wszystko do jednego kadru. Kilkanaście sekund. Jeden grymas. Podniesiony ton. I już, wyrok wydany. Charakter oceniony. Kompetencje podważone. Psychologia, etyka i diagnoza osobowości w gratisie, najlepiej w komentarzu pisanym jedną ręką podczas obiadu. A przecież prawdziwy problem wcale nie polega na tym, że burmistrz zareagowała emocjonalnie. Problem polega na tym, że wszystkich bardziej interesuje moment reakcji niż to, co tę reakcję wywołało. Znów wygrała forma. Treść, jak zwykle, może sobie spokojnie poczekać pod ścianą. Emilia Bury mówi wprost: od miesięcy obserwuje celowe próby blokowania rozwoju miasta, polityczne gierki, zaczepki, zamienianie rozmowy o pieniądzach, sporcie i inwestycjach w personalne widowisko. Brzmi znajomo? Oczywiście. To przecież samorządowa codzienność w wielu miejscach w Polsce. Tyle że zwykle opowiada się o niej półgębkiem, językiem grzecznych oświadczeń i urzędowych okrągłości. Tu mamy wersję mniej wygładzoną. I właśnie to tak bardzo oburza. Bo w Polsce od kobiet w polityce wciąż oczekuje się rzeczy niemal nadprzyrodzonych. Mają być skuteczne, ale nie za twarde. Stanowcze, ale nie za ostre. Zdecydowane, ale broń Boże nie emocjonalne. Najlepiej, żeby jednocześnie walczyły o swoje, nikogo nie uraziły, nikomu nie weszły w słowo i jeszcze na końcu przeprosiły, że w ogóle zabrały głos bardziej zdecydowanie, niż przewiduje to lokalny kodeks dobrych manier. Mężczyzna w polityce, gdy mówi ostro, bywa „charakterny”, „konkretny”, „bezkompromisowy”. Kobieta w polityce bardzo szybko staje się „arogancka”, „pyskata” albo „histeryczna”. Stary repertuar, tylko kanały dystrybucji nowocześniejsze. Oczywiście, można powiedzieć: emocje w samorządzie nie pomagają. I to prawda. Najlepiej byłoby, gdyby każda sesja przypominała seminarium oksfordzkie z udziałem ludzi, którzy naprawdę chcą rozwiązywać problemy. Ale skoro już wszyscy udajemy dorosłych, to udawajmy do końca. Nie opowiadajmy, że problemem jest sam ton wypowiedzi, jeśli wcześniej miesiącami toleruje się prowokacje, polityczne szpilki i festiwal złośliwości w garniturach. W całej tej historii najbardziej wzrusza mnie to nieustanne udawanie, że polityka lokalna to wyłącznie troska o dobro wspólne. Owszem, czasem jest. Ale równie często to mały teatr wielkich ambicji, urazów, porachunków i prób pokazania przeciwnika w jak najgorszym świetle. Jedni robią to bardziej elegancko, inni mniej. Jedni przez uchwały, inni przez komentarze. Jeszcze inni przez starannie dobrane fragmenty nagrań, które mają żyć własnym życiem w mediach społecznościowych. I właśnie dlatego słowa Emilii Bury o „show przed kamerami” brzmią tak celnie. Bo być może najuczciwszą diagnozą współczesnej polityki nie jest dziś żaden raport, żadna analiza i żaden sondaż. Jest nią krótka obserwacja, że dla wielu osób kamera stała się ważniejsza niż miasto. Ujęcie ważniejsze niż ustalenie. Viral ważniejszy niż wynik. Można oczywiście nie lubić stylu pani burmistrz. Można uważać, że powinna była ugryźć się w język, policzyć do dziesięciu, napić się wody i odpowiedzieć z lodowatym spokojem. To wszystko brzmi bardzo rozsądnie, zwłaszcza z pozycji widza. Znacznie trudniej zachować tę elegancję komuś, kto codziennie siedzi w środku lokalnej wojny podjazdowej i jeszcze odpowiada za to, żeby miasto mimo wszystko jechało do przodu. Dlatego zamiast po raz setny analizować mimikę, ton i poziom oburzenia, może warto zadać pytanie banalne, ale najwyraźniej niemodne: kto tu naprawdę pracuje dla Białogardu, a kto tylko gra Białogardem w kolejnym odcinku politycznego TikToka? Bo jeśli istotnie „łączy nas Białogard”, jak mówi burmistrz, to dobrze byłoby, żeby zaczął łączyć choć odrobinę bardziej niż możliwość wrzucenia przeciwnika na rolkę z podpisem „proszę bardzo, oceńcie sami”. W przeciwnym razie zostanie nam już tylko polityka kadru. A w niej, jak wiadomo, zawsze wygrywa nie ten, kto ma rację, lecz ten, kto lepiej wygląda na zatrzymanym screenie.

Emilia Bury obala bzdury, czyli polityka w czasach rolki

Film eWok, film: FB/Marek Subocz, Emilia Bury - 2 Kwietnia 2026 godz. 9:10
W lokalnej polityce od dawna wiadomo jedno: można nie zbudować drogi, nie przepchnąć uchwały, nie doprowadzić do zgody, ale za to koniecznie trzeba zdążyć z klipem do internetu. Dziś bowiem racja coraz częściej nie leży po żadnej stronie sporu. Racja leży tam, gdzie lepiej się klika. I tak oto Białogard doczekał się kolejnego odcinka serialu pod roboczym tytułem: „emocje na sesji, oburzenie w sieci, komentarze bez czytania, udostępnienia bez myślenia”. Poseł PiS, Marek Subocz z właściwą sobie pewnością diagnozuje rzeczywistość krótko i dosadnie: „brak kultury, arogancja, buta”. Zestaw klasyczny, wręcz dyżurny. Taki polityczny gotowiec, który można wyjąć z szuflady przy każdej okazji, gdy przeciwnik podniesie głos, przewróci oczami albo po prostu przestanie mówić tonem szkolnej akademii.   Tymczasem sama burmistrz Emilia Bury odpowiada, że owszem, temperatura była wysoka. I trudno się specjalnie dziwić. Samorząd nie jest już dziś miejscem statecznej wymiany zdań nad losem miasta przy aromacie kawy i szelescie dokumentów. Coraz częściej przypomina ring, na którym mniej chodzi o meritum, a bardziej o to, kto komu skuteczniej podstawi nogę, najlepiej w obecności kamery. Bo kamera, jak wiadomo, kocha konflikt. Zwłaszcza lokalny. Jest tani, dostępny i daje natychmiastowe emocje.   Najciekawsze w tej historii nie jest jednak samo nagranie. Nagrania są dziś wszędzie. Najciekawsze jest to, jak błyskawicznie współczesna debata publiczna redukuje wszystko do jednego kadru. Kilkanaście sekund. Jeden grymas. Podniesiony ton. I już, wyrok wydany. Charakter oceniony. Kompetencje podważone. Psychologia, etyka i diagnoza osobowości w gratisie, najlepiej w komentarzu pisanym jedną ręką podczas obiadu. A przecież prawdziwy problem wcale nie polega na tym, że burmistrz zareagowała emocjonalnie. Problem polega na tym, że wszystkich bardziej interesuje moment reakcji niż to, co tę reakcję wywołało. Znów wygrała forma. Treść, jak zwykle, może sobie spokojnie poczekać pod ścianą. Emilia Bury mówi wprost: od miesięcy obserwuje celowe próby blokowania rozwoju miasta, polityczne gierki, zaczepki, zamienianie rozmowy o pieniądzach, sporcie i inwestycjach w personalne widowisko. Brzmi znajomo? Oczywiście. To przecież samorządowa codzienność w wielu miejscach w Polsce. Tyle że zwykle opowiada się o niej półgębkiem, językiem grzecznych oświadczeń i urzędowych okrągłości. Tu mamy wersję mniej wygładzoną. I właśnie to tak bardzo oburza. Bo w Polsce od kobiet w polityce wciąż oczekuje się rzeczy niemal nadprzyrodzonych. Mają być skuteczne, ale nie za twarde. Stanowcze, ale nie za ostre. Zdecydowane, ale broń Boże nie emocjonalne. Najlepiej, żeby jednocześnie walczyły o swoje, nikogo nie uraziły, nikomu nie weszły w słowo i jeszcze na końcu przeprosiły, że w ogóle zabrały głos bardziej zdecydowanie, niż przewiduje to lokalny kodeks dobrych manier. Mężczyzna w polityce, gdy mówi ostro, bywa „charakterny”, „konkretny”, „bezkompromisowy”. Kobieta w polityce bardzo szybko staje się „arogancka”, „pyskata” albo „histeryczna”. Stary repertuar, tylko kanały dystrybucji nowocześniejsze. Oczywiście, można powiedzieć: emocje w samorządzie nie pomagają. I to prawda. Najlepiej byłoby, gdyby każda sesja przypominała seminarium oksfordzkie z udziałem ludzi, którzy naprawdę chcą rozwiązywać problemy. Ale skoro już wszyscy udajemy dorosłych, to udawajmy do końca. Nie opowiadajmy, że problemem jest sam ton wypowiedzi, jeśli wcześniej miesiącami toleruje się prowokacje, polityczne szpilki i festiwal złośliwości w garniturach. W całej tej historii najbardziej wzrusza mnie to nieustanne udawanie, że polityka lokalna to wyłącznie troska o dobro wspólne. Owszem, czasem jest. Ale równie często to mały teatr wielkich ambicji, urazów, porachunków i prób pokazania przeciwnika w jak najgorszym świetle. Jedni robią to bardziej elegancko, inni mniej. Jedni przez uchwały, inni przez komentarze. Jeszcze inni przez starannie dobrane fragmenty nagrań, które mają żyć własnym życiem w mediach społecznościowych. I właśnie dlatego słowa Emilii Bury o „show przed kamerami” brzmią tak celnie. Bo być może najuczciwszą diagnozą współczesnej polityki nie jest dziś żaden raport, żadna analiza i żaden sondaż. Jest nią krótka obserwacja, że dla wielu osób kamera stała się ważniejsza niż miasto. Ujęcie ważniejsze niż ustalenie. Viral ważniejszy niż wynik. Można oczywiście nie lubić stylu pani burmistrz. Można uważać, że powinna była ugryźć się w język, policzyć do dziesięciu, napić się wody i odpowiedzieć z lodowatym spokojem. To wszystko brzmi bardzo rozsądnie, zwłaszcza z pozycji widza. Znacznie trudniej zachować tę elegancję komuś, kto codziennie siedzi w środku lokalnej wojny podjazdowej i jeszcze odpowiada za to, żeby miasto mimo wszystko jechało do przodu. Dlatego zamiast po raz setny analizować mimikę, ton i poziom oburzenia, może warto zadać pytanie banalne, ale najwyraźniej niemodne: kto tu naprawdę pracuje dla Białogardu, a kto tylko gra Białogardem w kolejnym odcinku politycznego TikToka? Bo jeśli istotnie „łączy nas Białogard”, jak mówi burmistrz, to dobrze byłoby, żeby zaczął łączyć choć odrobinę bardziej niż możliwość wrzucenia przeciwnika na rolkę z podpisem „proszę bardzo, oceńcie sami”. W przeciwnym razie zostanie nam już tylko polityka kadru. A w niej, jak wiadomo, zawsze wygrywa nie ten, kto ma rację, lecz ten, kto lepiej wygląda na zatrzymanym screenie.