Pełnia, która będzie trochę… mniejsza
To nie będzie „superpełnia”, która wygląda jak reflektor nad miastem. Wręcz przeciwnie: w tym roku Śnieżny Księżyc wypada jako Mikroksiężyc, czyli pełnia przypadająca wtedy, gdy Księżyc jest w apogeum, najdalej od Ziemi. Efekt? Tarcza może wydawać się odrobinę mniejsza i nieco mniej jasna niż przy pełni blisko perygeum. To taka astronomiczna ciekawostka: „pełnia pełnią”, ale z subtelną różnicą, którą bardziej się czuje w klimacie niż mierzy linijką.
Skąd w ogóle „Śnieżny”?
Nazwa nie jest wzięta z poezji ani z aplikacji pogodowej. „Snow Moon” (Śnieżny Księżyc) wywodzi się z tradycji rdzennych społeczności Ameryki Północnej. W popularnym obiegu często przywołuje się plemiona algonkińskie, dla których luty oznaczał czas intensywnych opadów i trudniejszego dostępu do pożywienia.
To piękne i surowe jednocześnie: nazwa pełni była w praktyce krótką „notatką z natury” o tym, co w danym miesiącu jest najważniejsze do przetrwania.
A jeśli ktoś lubi dodać do tego odrobinę symboliki…
W astrologii (traktowanej jako sfera wierzeń i kultury, nie nauki) ta pełnia wypada w znaku Lwa, czyli w opowieściach o kreatywności, odwadze i chęci pokazania światu „to jestem ja”. Można więc potraktować tę noc jak sympatyczne przypomnienie: nawet w środku tak mroźnej zimy da się znaleźć coś, co rozświetla choćby na chwilę.
Jak „złapać” Śnieżny Księżyc?
Najprościej: spójrz wieczorem w niebo (w okolicach maksimum, czyli przed północą). Jeśli chcesz, dodaj mały rytuał dla poprawy nastroju: ciepła herbata w kubku, krótki spacer, zdjęcie „na pamiątkę”. Mikro czy nie mikro, pełnia ma ten urok, że na moment zwalnia tempo miasta.
Bo czasem najlepsza zimowa atrakcja jest darmowa. I świeci dokładnie wtedy, kiedy wszyscy już myślą o poniedziałku.