Aukcje WOŚP na Allegro od lat są osobnym gatunkiem literackim. Gdyby „Pan Tadeusz” miał dopisek „w wersji licytacyjnej”, pewnie zaczynałby się tak: „Litwo, ojczyzno moja, ile cię trzeba cenić… minimum dziewięć tysięcy, jeśli chcesz obejrzeć premierę ‘Lalki’ w dobrym towarzystwie...
Władza w pakiecie, czyli jak wyceniamy „kulisy państwa”
Zacznijmy od klasyki: podglądanie władzy. To zawsze działa, bo każdy ma w sobie coś z reportera, a w styczniu dodatkowo dochodzi poczucie, że „to na dzieci, więc mogę”.
Dzień z Prezydentem Koszalina wyceniono póki co na 1700 zł. Brzmi jak cena za bilet do teatru plus kolację, a dostajesz teatr życia codziennego: spotkania, decyzje, tempo urzędu i świadomość, że w mieście dzieje się więcej niż w grupie „Zauważyłem dziurę w chodniku”. To doświadczenie obywatelskie w wersji premium: bez przemówień, za to z realnym „jak to się robi”.

Jeśli ktoś woli samorząd wojewódzki, jest poziom drugi
Dzień z wicemarszałkiem. Tu już wchodzi do gry gruby portfel: 5000 zł. Różnica w cenie mówi coś ważnego o naszych zbiorowych wyobrażeniach: im wyżej w administracyjnej piramidzie, tym bardziej rośnie wartość „dostępu”. Jak w naturze: im rzadszy gatunek, tym większa ochota, żeby go zobaczyć z bliska. To publicystyka w czystej postaci: w Polsce kontakt z instytucją jest często abstrakcją, ale gdy wrzucimy go do aukcji WOŚP, nagle okazuje się to atrakcyjne jak backstage koncertu.

Polska szkoła absurdu użytkowego: pranie i wędzenie ryb
W tym miejscu wchodzimy w najbardziej polską część całej układanki. Bo o ile dzień z prezydentem da się wytłumaczyć ciekawością obywatelską, o tyle:
wspólne pranie z Dereszowską – 5800 zł – wymaga już uznania, że codzienność może być rozrywką. I że pralka, jeśli stoi obok osoby znanej, nagle przestaje być pralką, a staje się scenografią. To nie jest już „czynność domowa” – to jest „spotkanie z narracją”.
nauka wędzenia ryb czyli rytuał przejścia: z konsumenta w twórcę. za "jedyne" 8000 zł. Wędzenie ma w sobie coś z polskiej duszy: dym, cierpliwość i poczucie, że teraz robimy coś prawdziwego. Za osiem tysięcy człowiek nie tylko wędzi rybę, on wędzi historię do opowiadania.
Te aukcje są dowodem, że w Polsce nawet proza życia potrafi być wydarzeniem. A jeśli jest wydarzeniem, to znaczy, że da się nią pomóc. Twoja historia na schodach Dworca Centralnego – niemal 9000 zł – to aukcja-symbol. W kraju, w którym wszyscy gdzieś pędzą, schody stają się billboardem pamięci. Możesz sprawić, że Twój przekaz będzie dosłownie „wchodził” ludziom w codzienność. To nie jest reklama. To jest publicystyczny komentarz do świata: żeby zostać zauważonym, czasem trzeba zostać… pod stopami.
A obok stoi kultura, która zawsze ma swoją cenę. Premierę „Lalki” z Kamilą Urzędowską wyceniono na minimum 9000 zł. „Lalka” opowiadała m.in. o aspiracjach i klasach społecznych. Aukcja WOŚP robi przewrotną klamrę: tu aspiracje zamieniają się w realne wsparcie dla dzieci. Czyli zamiast salonów – diagnostyka. Zamiast pozorów – sprzęt. Paradoks piękny i potrzebny.
Latanie za 55 tysięcy i złote korki za prawie 50 tysięcy: Polska w wersji „premium”.
Są też licytacje, które nie tyle kuszą, co stawiają pytanie: kto to licytuje i jak ja mogę zostać takim człowiekiem? Dzień z życia pilota w 22. Bazie Lotnictwa w Malborku – 55 000 zł. Tu już nie kupujesz doświadczenia. Kupujesz spełnienie marzenia, którego nie da się opowiedzieć jednym zdaniem bez użycia słowa „wow”. Ta cena mówi: w Polsce pomaganie potrafi przybierać rozmiar lotniczy.
A zaraz obok złote korki od premiera za prawie 50 000 zł. To w ogóle jest osobna kategoria: pamiątka, symbol, anegdota na całe życie. W normalnej rzeczywistości złote korki brzmią jak szczyt piłkarskiej aspiracji W rzeczywistości WOŚP to narzędzie do zbierania pieniędzy na poważne cele.
Dla kontrastu, żeby nikt nie mówił, że dobroczynność jest tylko dla bardzo zamożnych:
Spotkanie z Rafałem Brzóską i deregulacyjnym zespołem już za niecałe 2000 zł. W sam raz dla tych, którzy lubią pomagać i jednocześnie mieć poczucie, że „dowiedziałem się czegoś o państwie” – a nie tylko o wędzeniu.
A teraz moment, w którym Polska mówi: „trzymajcie mi herbatę”
WOŚP ma też dar rozbrajania powagi czymś, co brzmi jak internetowy żart, ale jest kompletnie prawdziwe: kamień z żołądka psa Yogiego – około 2000 zł.
I tu felietonista powinien się zatrzymać, bo nic lepiej nie opisuje polskiej wyobraźni w służbie dobra. To jest aukcja, która nie powinna działać a działa, bo jest szczera, ludzka i… nie do podrobienia. Jeśli ktoś pyta, dlaczego ludzie to licytują, odpowiedź jest prosta: bo WOŚP to miejsce, gdzie nawet kamień może stać się sercem.
Rekordy emocji: ponad 100 tysięcy za Igę, ponad 100 tysięcy za Fiata i 80 tysięcy za nocowankę
Są jednak hity, przy których skala przestaje być „aukcyjna”, a zaczyna być „historyczna” ręcznik i rakieta Igi z Wimbledonu – ponad 100 000 zł, Polski Fiat 127p z 1973 roku – ponad 100 000 zł, czy nocowanka z Julią Wieniawą – 80 000 zł.
Tu już licytacja działa jak sport: adrenalina, rywalizacja, prestiż, a pod tym wszystkim najważniejsze: realna pomoc. To jest moment, w którym popkultura, motoryzacja i sport podają rękę pediatrii. W żadnym innym kraju nie dzieje się to tak konsekwentnie i tak… po naszemu.
Co nam to mówi o Polsce?
Że jesteśmy społeczeństwem, które najlepiej mobilizuje się wtedy, gdy może połączyć sens z emocją. WOŚP i Allegro tworzą miksturę idealną: dają pretekst do rywalizacji, ale cel pozostaje wspólny. Można śmiać się z prania, z kamienia i z wędzenia, ale trudno nie zauważyć, że to śmiech, który pracuje na poważny rezultat.
I może właśnie dlatego WOŚP jest tak skuteczny: bo nie wymaga od nas świętości. Wystarczy, że będziemy sobą – trochę wzruszeni, trochę rozbawieni, trochę impulsywni. A potem klikniemy „Licytuj”.
Bo gdy w grę wchodzą zdrowe brzuszki dzieci, nawet najbardziej absurdalna aukcja przestaje być absurdem. Staje się narzędziem solidarności. I to jest polski fenomen, którego nie trzeba tłumaczyć. Trzeba go po prostu… wesprzeć.