A reakcje mieszkańców? Klasyka miasta w pigułce. Z jednej strony entuzjazm: „Koszalin rulezz”. Z drugiej – sceptycyzm: „nie ma z czego się cieszyć”. I jeszcze trzecia, najciekawsza grupa: ci, którzy nie tylko komentują, ale proponują. Jak pomysł Weroniki: odtworzenie nadania praw miejskich, mała średniowieczna wioska, tańce, pokazy walk i rzemiosła. To jest dokładnie to, co w jubileuszach działa najlepiej: nie „my wam damy imprezę”, tylko „zróbmy coś razem”.
Bo jubileusz to tak naprawdę pytanie: kim jesteśmy jako miasto?
Czy Koszalin jest tylko punktem na mapie między morzem a lasem? Czy raczej wspólnotą, w której ludzie chcą się spotykać, budować, działać, nawet jeśli czasem narzekają? Narzekanie też jest formą troski. Czasem nieprzyjemną, ale prawdziwą!
Świętowanie, które ma sens
Kiedy ktoś pyta: „czy Dni Koszalina będą na terenach podożynkowych dla wszystkich, czy znowu koncerty w amfiteatrze?”, to nie jest marudzenie. To jest konkret: jak ma wyglądać jubileusz, żeby nie był tylko dla tych, którzy i tak zawsze przychodzą? 760-lecie to świetny pretekst, żeby zrobić program „warstwowy”:
Historia (dla tych, którzy chcą poczuć XIII wiek pod butem): rekonstrukcje, wioska, rzemiosło, opowieści o Cussalin, spacer historyczny.
Teraźniejszość (dla tych, którzy żyją tu dziś): dzielnicowe mikroświęta, sąsiedzkie pikniki, sport, kultura w plenerze, wydarzenia w bibliotekach i szkołach.
Przyszłość (dla tych, którzy chcą więcej niż wspomnień): debaty o mieście, warsztaty urbanistyczne, projekty młodzieżowe, konkursy na pomysły „Koszalin 2060”.
Najważniejsze, żeby jubileusz nie był „wydarzeniem”, tylko procesem takim, w którym mieszkańcy mają poczucie, że to ich rok, a nie tylko miejskie logo na plakacie.