Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Piłka nożna w Koszalinie:

wczoraj, 07:30
Art za Gwardia Koszalin/Bałtyk Koszalin
 

Sparingowa wygrana gwardzistów

Trzecioligowi piłkarze Gwardii i Bałtyku rozegrali kolejny mecz kontrolny. W pierwszym padł remis 4:4, a w drugim górą byli gwardziści, którzy wygrali 1:0(0:0). Choć to początek okresu przygotowawczego, to spotkanie było rozgrywane w dość szybkim tempie. W  zespole Gwardii w dogodnych sytuacjach do strzelenia gola znaleźli się m.in. Adam Gross i Dawid Rybacki. Po jednym ze strzałów pierwszego z wymienionych futbolówka odbiła się od poprzeczki. Ponadto groźnie z dystansu strzelali Cezary Bać i Daniel Chyła. Po drugiej stronie boiska kilkoma znakomitymi interwencjami popisał się Dawid Skoczyk. W drugiej połowie bliski wpisania się na listę strzelców był Cezary Zalewski, jednak piłka po strzale głową młodego napastnika gwardzistów odbiła się od słupka. Groźnie z dalszej odległości strzelał Marcel Ziemann. W odpowiedzi znakomite okazje do zdobycia bramki stworzył sobie Bałtyk, jednak między słupkami doskonale interweniował Dawid Skoczyk. W końcówce spotkania po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, z bliskiej odległości piłkę do siatki posłał Marcin Dubielewicz. Po chwili futbolówkę do bramki skierował również Cezary Zalewski, lecz w tej sytuacji arbiter wskazał pozycję spaloną. Skład Gwardii: Skoczyk - Maciąg, Czyżewski, Silski, Walaszczyk, Szygenda, Bać, Chyła, Rybacki, Sulima, Gross. Grali również: Dubielewicz, Pytlewski, Bachleda, Wróblewski, Balicki, Zalewski, Chać, Hendryk, Ziemann. Bałtyku: I połowa: DeClerk, Waleński, Jasitczak, Forczmański, Czenko, Jachno, Rak, Kąkol, Gregorek, Król, Ginter. II połowa: Pogorzelec (Szymański) Ponurko, Ryfa, Czenko, Górka, Waleński (Szulc), Kramarz, Putno, Janasik, Pietrykowski, Duszkiewicz.
27 Grudnia 2020 godz. 7:50
Art za Arskom Group
 

Futbol pod choinką. Dlaczego Anglicy grają w Boże Narodzenie?

Kiedy polscy piłkarze i kibice dokładają sobie kolejną porcję świątecznego sernika, ich koledzy grający w Anglii zakładają korki i wybiegają na boisko. I tak od setek lat, bo tradycja meczów rozgrywanych w Boxing Day, czyli drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, ma korzenie sięgające średniowiecza! Dla niektórych piłkarzy to męczący obowiązek, ale fani kochają ten zwyczaj i nic nie wskazuje na to, żeby miano z niego zrezygnować. Nawet, jeżeli tym razem na trybunach zabraknie nie tylko Świętego Mikołaja, ale w ogóle kibiców. Futbol jest ucieczką. Ucieka się od problemów codzienności, od obowiązków, od szarości dnia codziennego. Czarno-biały świat piłki nożnej, pełen emocji, bohaterów i szwarccharakterów jest wymarzonym azylem. W Boxing Day, czyli drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, kiedy na Wyspach Brytyjskich tradycyjnie dostaje się prezenty, ta ucieczka staje się dosłowna – od lat znaczna część mężczyzn wstawała od suto zastawionego stołu i kierowała swe kroki na stadion, żeby dopingować swój ukochany klub w jednej z najbardziej prestiżowych kolejek Premier League. Ci, którzy nie mieli biletu (a dostać go nie było łatwo, ze względu na wielką popularność kibicowania w Boxing Day), spotykali się w pubach, albo na dwie godziny izolowali od świątecznego harmideru przy telewizorze lub radioodbiorniku. W tym roku, ze względu na pandemię, na stadionach – jeśli w ogóle – pojawi się zaledwie garstka widzów. Ale miłość do piłkarskich zmagań w drugi dzień Świąt jest silniejsza od wirusa. Skoro tradycja była w stanie wstrzymać działania wojenne, to przecież nie padnie przez złowieszczego mikroba.   Wstrzymać ogień, wyciągać piłki Rok 1914. Początek największego konfliktu zbrojnego znanego ówczesnemu światu, Pierwszej Wojny Światowej. Na froncie zachodnim w drugiej połowie grudnia jest mokro i zimno, a żołnierze w okopach nie widzą perspektyw na szybkie zakończenie konfliktu. Wedle doniesień historyków, to Niemcy jako pierwsi zaczęli śpiewać kolędy i nieuzbrojeni podeszli do alianckich okopów. Tak rozpoczął się „świąteczny rozejm”, w ramach którego Anglicy i Niemcy, poza wspólnym kolędowaniem czy wymianą papierosów, rozegrali szereg okołoświątecznych meczów piłkarskich między okopami, na ziemi niczyjej. Wyspiarze opowiadają o tych, które wygrali, a Niemcy opiewają swoje zwycięstwa. Przede wszystkim w zgodnej opinii ekspertów, był to jednak tryumf człowieczeństwa. – To było coś wspaniałego, a jednocześnie przedziwnego. Angielscy żołnierze tak samo to postrzegali. Boże Narodzenie, święto miłości, potrafiło połączyć śmiertelnych wrogów i na kilka dni zrobić z nich przyjaciół – wspominał niemiecki żołnierz Kurt Zehmisch.  O ile jednak dla Niemców granie w piłkę w Święta było czymś nowym i rewolucyjnym, o tyle dla Anglików było pradawnym zwyczajem. Pierwsze mecze w „średniowieczny futbol”, w którym po obu stronach stawał tłum graczy a przepisy były co najmniej „płynne”, datowane są na 1170 rok. Bardzo często były ustawiane na Wielkanoc lub Boże Narodzenie – jako rozrywka dla tłumów. Ten zwyczaj utrzymał się przez stulecia, aż do początków nowożytnej piłki nożnej. W 1860 roku dwa najstarsze kluby piłkarskie na świecie, Sheffield FC i Hallam FC zmierzyły się w pierwszym, historycznym meczu międzyklubowym. Wcześniej, przez trzy samotne lata, kiedy Sheffield było jedynym piłkarskim pionierem, jego zawodnicy mierzyli się wyłącznie między sobą. Dla urozmaicenia czasem naprzeciwko siebie stawali zamężni i kawalerowie, innym razem ci z nazwiskami zaczynającymi się na litery od A do M mierzyli się z tymi od N do Z, a w jeszcze innych przypadkach zatrudnieni na państwowych posadach grali z „prywaciarzami”. 160 lat temu na Sandygate Road ta wsobna rywalizacja dobiegła końca, a kluby po raz pierwszy zagrały przeciwko sobie.    Święto dla robotników W polskiej kulturze ciężko wyobrazić sobie spędzanie świąt poza domem czy odrywanie piłkarzy od karpia, żeby biegali ku uciesze gawiedzi. Kibiców ciężko byłoby odciągnąć od rodzinnego stołu, a nawet w telewizji przyzwyczajeni jesteśmy raczej do „Kevina samego w domu” niż zmagań ekstraklasy. Angielska tradycja meczów w Boxing Day ma jednak logiczne uzasadnienie. W erze wiktoriańskiej mecze rozgrywane w święta były często dla robotników jedynymi, które mieli okazję zobaczyć na własne oczy – w inne dni praktycznie zawsze pracowali, a przecież nikt nie słyszał o sztucznym oświetleniu umożliwiającym grę wieczorami. – Dla klasy robotniczej, która często mieszkała w przeludnionych i niewygodnych mieszkaniach, rzadki dzień wolny był raczej okazją do wyjścia z domu na ulice, niż relaksowania się w domowym zaciszu – tłumaczy profesor historii Martin Johnes i dodaje: – W erze wiktoriańskiej grało się nierzadko zarówno w pierwszy, jak i drugi dzień Bożego Narodzenia, co zmuszało kluby do gry dzień po dniu. Według słów historyka swoje znaczenie dla usankcjonowania tradycji sportu w Boxing Day miało też prawne uznanie w 1871 roku tego dnia za przeznaczony na rozrywkę, w przeciwieństwie do pierwszego dnia Świąt, czy też Wielkiego Piątku, których przeznaczeniem miał być odpoczynek i modlitwa. Dla klubów piłkarskich organizowanie meczów w dni ustawowo wolne od pracy było zresztą po prostu dobrym biznesem – frekwencja w czasie takich spotkań zawsze była znacząco wyższa od średniej. I chociaż w tym roku przez pandemię koronawirusa ten aspekt stracił na znaczeniu, na angielskich boiskach, jak od 160 lat, nie zabraknie emocji. – Zawsze dziwnie mi się grało w Boxing Day. Przeważnie świeciło słońce i było mroźno, coś niezwykłego wisiało w powietrzu. Najbardziej lubiłem, kiedy graliśmy tego dnia derby Londynu, bo to są mecze, na które zawsze jesteś w pełni zmobilizowany – zdradziła legenda Arsenalu Londyn i reprezentacji Anglii, Ian Wright. Może żałować, że już nie gra w piłkę, bo w tym sezonie jego pragnienia dotyczące terminarza byłyby spełnione.   Ostatni dzwonek dla Kanonierów Jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań Premier League, zaplanowanych na tegoroczny Boxing Day, bez wątpienia jest spotkanie derbowe pomiędzy Arsenalem a Chelsea. Dla Kanonierów, którzy w pięciu ostatnich meczach zdobyli zaledwie punkt, co stawia ich na równi z najsłabszym w tym okresie Sheffield Utd, spotkanie z Chelsea to ostatni dzwonek, żeby się obudzić i zacząć wspinaczkę w górę tabeli. Obecnie są na wstydliwym, piętnastym miejscu, z zaledwie czterema ligowymi wygranymi od początku sezonu! Nic dziwnego, że biorąc pod uwagę aktualną formę, dla bukmacherów nie są oni faworytami. Analizując kursy legalnego bukmachera, firmy Totolotek, widać, że to The Blues mają znacznie większe szanse na wygraną. Za złotówkę postawioną na wygraną gości w Totolotku można zgarnąć 1,92 zł (minus podatek). Kurs na Arsenal to aż 3.81, więc Ci, którzy wierzą w świąteczną odbudowę Kanonierów, mogą podreperować świąteczny budżet. – Piłkarze zdają sobie sprawę z tego, że 2-3 wygrane w okresie świąteczno-noworocznym potrafią sprawić, że twój zespół wystrzeli w górę tabeli. To duża szansa na serię cennych zdobyczy punktowych – podkreśla Ian Wright. Drugim meczem, który ze względu na sytuację w tabeli zapowiada się pasjonująco, będzie starcie drugiego w tabeli Leicester z trzecim Manchesterem United. W lepszej dyspozycji są ostatnio Czerwone Diabły, które w przypadku wygranej mogą zbliżyć się do liderującego Liverpoolu. Według Totolotka będą minimalnym faworytem: przy ich wygranej za złotówkę można zgarnąć 2,40 (minus podatek), a kurs na Lisy wynosi 2.81. Przy napiętej sytuacji w tabeli, piłkarzom Premier League na pewno świętowanie nie będzie w głowie. – Oczywiście to dziwne, kiedy w pierwszy dzień świąt jedziesz na trening, przygotowując się do jutrzejszej walki o ligowe punkty, a na ulicach jest pusto. Ale wszyscy są zawsze mili, machają do ciebie, kiedy ich mijasz. Mnie pozdrawiali nawet fani Tottenhamu! Co do piłkarskiego Bożego Narodzenia, to my mogliśmy jeść wszystko, na co mieliśmy ochotę. Chociaż po przyjściu Arsene’a Wengera, byliśmy zmuszeni zagryzać świątecznego indyka całymi wiadrami brokułów – śmieje się Wright. Analizując historię i tradycje związaną z graniem na Wyspach w piłkę nożną w Boxing Day, da się znaleźć wiele wytłumaczeń, dlaczego akurat tam święta spędza się na sportowo, kiedy w pozostałej części Europy piłkarze mają wolne. Można badać uwarunkowania socjoekonomiczne, można tłumaczyć to dłuższą tradycją piłkarstwa i zakorzenieniem jeszcze w wiktoriańskej tradycji. Ale wcale niewykluczone, że najlepiej te różnice tłumaczy stary dowcip, w którym Anglik jadący po francuskiej drodze słyszy w radio komunikat „bądźcie ostrożni na drogach, bo jeden pojazd porusza się w złym kierunku” i zaczyna mruczeć pod nosem „Jaki jeden pojazd? Przecież są ich tysiące!”. Anglicy lubią jeździć pod prąd, niezależnie czy chodzi o członkostwo w Unii Europejskiej, terminarz rozgrywek piłkarskich czy reguły dotyczące ruchu drogowego. A my możemy być im za to wdzięczni, bo przynajmniej w przypadku futbolu, daje nam to fantastyczną sposobność do włączenia kibicowskich emocji, także w Boże Narodzenie.  
11 Grudnia 2020 godz. 5:39
Art za newseria.pl
 

Co piąty uraz u piłkarzy jest spowodowany uderzeniami piłki głową. Nowe badania pokazują, że ryzyko kontuzji można zmniejszyć nawet o 20 proc.

Nawet co piąty uraz u piłkarzy może być spowodowany przez uderzenie piłki głową. – Jeśli piłka ma zbyt wysokie ciśnienie, jest zbyt mokra lub jedno i drugie, w rzeczywistości zamienia się w broń. Główkowanie taką piłką to jak uderzanie w mur – przekonuje Eric Nauman z Uniwersytetu Purdue. Badanie przeprowadzone przez naukowców wykazało, że nadmuchiwanie piłek do ciśnień na dolnym końcu zakresów może zmniejszyć siły związane z potencjalnym urazem głowy o 20 proc. W ciągu ostatnich kilku lat wiele uwagi poświęcono znaczeniu i konsekwencjom urazów głowy w sporcie. Naukowcy z Purdue University twierdzą, że nawet 22 proc. kontuzji lub wstrząsów mózgu podczas gry w piłkę nożną jest wynikiem używania przez graczy głowy do zagrywania piłką. Im bardziej nasiąknięta wodą i cięższa, tym większe jest ryzyko kontuzji. Badania pokazują, że zawodowi piłkarze zagrywają piłkę głową około 12 razy podczas jednego meczu i ok. 800 razy w ciągu całego sezonu. Choć prędkość piłki ma największy wpływ na siłę jej uderzenia, łatwiej kontrolować jej ciśnienie powietrza i poziom wchłaniania wody. – Nie można kontrolować tego, jak mocno piłkarz kopie piłkę. Są jednak inne sposoby, aby zmniejszyć te siły i nadal móc grać swobodnie w piłkę – przekonuje Eric Nauman, profesor inżynierii mechanicznej i podstawowych nauk medycznych na Uniwersytecie Purdue w Indianie. FIFA czy NCAA już regulują ciśnienie piłki, jej rozmiar, masę i wchłanianie wody na początku meczu, ale laboratorium Naumana jako pierwsze przeprowadziło badanie, które ocenia wpływ każdego z tych czynników na potencjalne zmiany neurofizjologiczne. Z eksperymentu jednoznacznie wynika, że nadmuchiwanie piłek do ciśnień na dolnym końcu zakresów może zmniejszyć siły związane z potencjalnym urazem głowy o blisko 20 proc. – Przeprowadziliśmy bardzo prosty eksperyment. Do tej pory nie było zbyt wielu danych dotyczących tych zagadnień, a ich brak to ogromny problem – wskazuje Eric Nauman. W tym badaniu w jego laboratorium przetestowano trzy rozmiary piłek poprzez kopnięcie ich w płytkę siłową. Obejmowało ono 50 prób dla każdego rozmiaru piłki przy czterech różnych ciśnieniach, w zakresie 4–16 psi. Zakres ten obejmuje ciśnienia poniżej standardowych specyfikacji produkcyjnych i bliskie limitowi przepisów FIFA. Aby przetestować wchłanianie wody, naukowcy zanurzali piłkę w każdym rozmiarze na 90 minut, czyli regulaminowy czas meczu. Ważyli i obracali każdą kulkę co 15 minut. Badanie wykazało, że zmniejszenie ciśnienia i ograniczenie wchłaniania wody miało największe znaczenie dla wszystkich trzech rozmiarów piłek. – Nasze badanie rzuca nowe światło na kwestię tego, jak może zmieniać się waga i siła uderzenia piłki w różnych warunkach. Organy zarządzające sportem i producenci mogą wykorzystać te badania, aby jeszcze bardziej zmniejszyć ryzyko trwałego uszkodzenia funkcjonalnego lub strukturalnego mózgu w wyniku uderzeń głowy podczas gry w piłkę nożną – wskazuje Francis Shen, profesor prawa na Uniwersytecie Minnesoty. Część organizacji sportowych już zmieniła zasady gry lub uznała za niedopuszczalne niektóre zagrania. Wszystko po to, by zwiększyć bezpieczeństwo. Przykładem może być liga NFL, gdzie wprowadzono zmiany zasad wykopu piłki. W 2018 roku ograniczenia te spowodowały 35-proc. spadek kontuzji podczas rozgrywek rozpoczynających grę w porównaniu z sezonem 2017. – Istnieje wiele przykładów w sporcie, gdzie organizacje zmieniły zasady, aby gra była bezpieczniejsza. To nowe badanie wskazuje potrzebę wprowadzenia dalszych zmian na rzecz bezpieczniejszego sprzętu i rozgrywki – twierdzi Francis Shen.  
19 Listopada 2020 godz. 5:54
Art za Arskom Group
 

Wieczna młodość i kij w mrowisku. Zlatan szokuje nie tylko na boisku

Kiedy debiutował w seniorskim futbolu, Leo Messi był dzieckiem cierpiącym na niedobór hormonu wzrostu, a 14-letni Cristiano Ronaldo przekonywał mamę, żeby odpuścić szkołę na rzecz futbolu, słusznie wierząc, że czeka go świetlana przyszłość. Dzisiaj, mając 39 lat na karku, Zlatan Ibrahimović wciąż jest czołowym napastnikiem świata, liderem klasyfikacji strzelców Serie A, który ma w tym sezonie na koncie tyle goli, co CR7 i Messi razem wzięci. Gra na tyle dobrze, że zasugerował nawet możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji. Jaki jest sekret jego długowieczności? Pomimo szalejącej w całej Europie pandemii koronawirusa, prace nad filmem biograficznym o Zlatanie Ibrahimoviciu, opartym na jego głośnej książce „Ja, Zlatan”, idą pełną parą. Twórcy produkcji, która ma trafić do kin jesienią przyszłego roku, zacierają ręce patrząc na obecną formę gwiazdora AC Milan, który łamie wszelkie prawidła dotyczące najlepszego wieku dla piłkarza, będąc znów jednym z czołowych napastników świata. Dzięki jego grze Rossoneri po raz pierwszy od lat poważnie liczą się w walce o mistrzostwo Serie A, a sam Szwed puścił oko do swoich rodaków, sugerując na Instagramie możliwość powrotu do reprezentacji Szwecji, z którą Polska zmierzy się nadchodzących mistrzostwach Europy. Filmowa opowieść będzie skoncentrowana na drodze młodego syna imigrantów z Bałkanów do międzynarodowej kariery, ale historia jego sukcesu wciąż pisze się na naszych oczach. – Zlatan to nie tylko fantastyczny piłkarz, ale też historia nieporównywalna z innymi. Jego podróż z przedmieść Malmö na światowe areny to klasyczna opowieść z gatunku „od pucybuta do milionera”. Chcieliśmy uchwycić całą złożoność jego drogi i podkreślić kluczowe punkty zwrotne, a także kryzysowe momenty – podkreśla współscenarzysta filmu i autor biografii Zlatana, David Lagercrantz. Producenci mają szczęście, że scenariusz prowadzi nas przez życie piłkarza tylko do 23 roku życia, bo w przeciwnym razie musieliby przygotować nie film, tylko wieloodcinkowy serial. I pewnie nie skończyłoby się na jednym sezonie. Rozstania i powroty Sam romans Zlatana z drużyną narodową to materiał na wielogodzinną hollywoodzką opowieść. Odcinek pierwszy: w poszukiwaniu tożsamości. Ibrahimović miał do wyboru aż trzy reprezentacje. Urodził się w Szwecji, jego tata jest Bośniakiem, a mama Chorwatką. Ostatecznie postawił na zespół Trzech Koron, odwdzięczając się w ten sposób krajowi, który go wychował.  Odcinek drugi: zespół jednej gwiazdy. Na przestrzeni piętnastu lat rozegrał w żółto-niebieskich barwach 116 spotkań, zdobył 62 bramki i… niczego szczególnego nie osiągnął. Szwedzi ze Zlatanem w składzie przeważnie albo nie kwalifikowali się do wielkich turniejów, albo odpadali w fazie grupowej. Największy sukces ostatnich lat – ćwierćfinał Mistrzostw Świata 2018 – osiągnęli, kiedy Ibry w kadrze zabrakło. – Mundial beze mnie nie ma sensu, nie ma po co tego oglądać. Ale Szwecji będzie łatwiej, przynajmniej zagra bez presji. Ze mną musiałaby walczyć o zwycięstwo, taki mam charakter – mówił przed turniejem, który śledził z loży VIP, jako przedstawiciel jednego ze sponsorów. Okazało się, że faktycznie Szwedom poszło najlepiej od lat, a z turniejem pożegnali się dopiero po porażce w ¼ finału z późniejszymi wicemistrzami, Anglią. Odcinek trzeci: rozstania i powroty. O tym, że Zlatan nie ma łatwego charakteru, nie trzeba nikogo przekonywać. Najlepiej zdają sobie z tego sprawę kolejni selekcjonerzy kadry. Jako pierwszy skonfliktował się z nim Lars Lagerbäck. W 2006 roku przed meczem eliminacji do Euro Ibra wybrał się do klubu nocnego wspólnie z Olofem Mellbergiem i Christianem Wilhelmssonem. Selekcjoner odesłał całe trio do domów za złamanie zasad obowiązujących na zgrupowaniu. I o ile dwaj koledzy posypali głowy popiołem i na kolejnym zgrupowaniu wrócili do łask, o tyle Zlatan uznał, że kara była niesłuszna i rozpoczął kilkumiesięczny bojkot drużyny narodowej. Powrót nie trwał długo. Dwa lata później, po tym jak zespół narodowy nie zakwalifikował się na mundial w RPA, Ibrahimoviciowi odechciało się grać w kadrze. Po kilku miesiącach dał się przekonać do powrotu nowemu selekcjonerowi, Erikowi Hamrenowi, który powierzył mu opaskę kapitańską.  Odcinek czwarty: kij w mrowisku. Ostatecznie (?) Zlatan rozstał się z drużyną narodową po Euro 2016, na którym Szwedzi, jako jedna z nielicznych drużyn w nowej formule, nie wyszli nawet z grupy. Od tego czasu Trzy Korony grają lepiej, przestały być uzależnione od jednego zawodnika. Nawet kibicom jego ewentualny powrót nie jest w smak – dziennik Aftonbladet przed mundialem 2018 zrobił ankietę, w której 63% badanych stwierdziło, że jest przeciwne ewentualnemu powrotowi napastnika do kadry. Nie przeszkadza to Zlatanowi w regularnym wkładaniu kija w mrowisko. Po raz ostatni zrobił to niedawno, wrzucając na Instagrama swoje zdjęcie w żółto-niebieskiej koszulce, z podpisem „dawno się nie widzieliśmy”. Medialna burza znowu odżyła, dopiero słowa selekcjonera Janne Anderssona, który przypomniał, że Ibra 4,5 roku temu ogłosił koniec gry w kadrze i nic w tej sprawie się nie zmieniło, uspokoiły sytuację. Na razie, bo Zlatan w takiej formie byłby łakomym kąskiem dla każdej drużyny na świecie. Co ciekawe, w ciągu kilku tygodni, kiedy jego comeback wydawał się realny, kursy u bukmacherów na to, że Szwecja zdobędzie mistrzostwo Szwecji spadły. Obecnie na przykład w firmie Totolotek, u legalnego bukmachera, za jedną złotówkę postawioną na to zdarzenie można zarobić aż sto złotych (minus podatek). To dokładnie taka sama stawka, jak za historyczny triumf biało-czerwonych, którzy zmierzą się ze Szwedami w fazie grupowej. W oczach ekspertów z branży bukmacherskiej, powrót snajpera Milanu byłby tym czynnikiem, który sprawiłby, że Szwedzi byliby nieznacznie lepsi od Polaków. Dogania własną reputację W ostatnich latach eksperci i kibice z całego świata często podnosili głosy, że klasa sportowa Ibrahimovicia nie nadąża za jego wybujałym ego i rozbuchanym gwiazdorskim wizerunkiem. Teksty piłkarza w stylu „To nie Zlatan ma koronawirusa, tylko koronawirus Zlatana” przestały bawić, a zaczęły żenować przez swoje natężenie. Tak jak dawniej żarty o Chucku Norrisie. O ile jednak odtwórca roli „Strażnika Teksasu”, wbrew pogłoskom, pewnie jednak nie byłby w stanie trzasnąć drzwiami obrotowymi czy kozłować piłką lekarską na plaży, o tyle Ibrahimović swoją dyspozycją w wieku 39 lat udowadnia, że jednak ma w sobie coś nadludzkiego. Przede wszystkim jest to nadludzka pasja do pracy. – Cierpię, kiedy trenuję, ale kocham to cierpienie. Od najmłodszych lat musiałem robić więcej niż inni. Bez tego nie byłbym Zlatanem – podkreśla „Ibrakadabra”. Wszystkim wydawało się, że kiedy w wieku blisko 37 lat wyjeżdżał za ocean, żeby grać w MLS, rozpoczął właśnie epilog pięknej piłkarskiej historii. Kiedy jednak kibice powoli dojadali popcorn i szykowali się na napisy końcowe, okazało się, że bohater dopiero się rozkręca. Oby ostatnie fragmenty tej epickiej historii nie koncentrowały się na ucieraniu nosa Polakom. Jednego, Krzysztofa Piątka, już pozbawił nadziei na zrobienie kariery na San Siro. Oby Jens Andersson dalej uparcie trwał w postanowieniu o nieprzywracaniu Ibrahimovicia do drużyny narodowej, bo „skrzywdzeni” na Euro mogą zostać nasi kolejni rodacy.