Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Piłka nożna w Koszalinie:

17 Grudnia 2021 godz. 13:52
Art z mat. inf.
 

Polskie trio z Borussi Dortmund – Robert, Kuba i Łukasz

Niesamowite jest to ile osób interesuje się przeróżnymi dyscyplinami sportowymi na świecie. Nie każdy jednak jest w stanie zapamiętać, o której konkretne wydarzenie się rozpoczyna, a w przypadku meczu, którzy zawodnicy zostaną wystawieni. STS Oferta na tydzień zawsze jest przygotowana na to, aby odszukać w niej najnowsze informację o poszczególnych sportowcach oraz ich występach.             To, że mamy w naszej w historii wielu wspaniałych piłkarzy, nie jest żadną tajemnicą. Potrafili prowadzić naszą reprezentację, ale również kluby, w których grali do najważniejszych zwycięstw. W jednym z nich, a dokładnie w Borussi Dortmund udało się sprowadzić trójkę graczy, którzy odmienili jej losy. Stali się wręcz zawodnikami legendami, bez których kibice nie wyobrażali sobie podstawowej jedenastki.             Jednym z nim był Robert Lewandowski, który gra od kilku lat w Bayernie Monachium, jednak to właśnie Borussia, pod okiem trenera Jurgena Kloppa, który potrafił dostrzec jego niesamowity talent. Jak potoczyły się jego losy, które wszyscy śledzimy, doskonale znamy. Nie można oczywiście zapomnieć o jego kolegach, czyli Kubie Błaszczykowskim oraz Łukaszu Piszczku. Wspaniałe i nietuzinkowe osobistości, którzy są znani nie tylko z boiska, ale również z szerokiej działalności poza nim.             Kuba nie miał łatwego dzieciństwa. Jego ojciec zamordował matkę, kiedy miał 11 lat. Wychowywała go babcia oraz wujek Jerzy Brzęczek, znany piłkarz i trener. Od małego garnęło go do piłki. Już w wieku siedmiu lat rozpoczął treningi w Rakowie Częstochowa. Klub opuścił dopiero w wieku 15 lat. Przeszedł do Górnika Zabrze. Dał się poznać jednak szybko klubom w Ekstraklasie, a dokładnie Wiśle Kraków. Swój debiut zaliczył w 2005 roku. To był świetny czas dla Kuby. Mistrzostwo Kraju, najlepszy piłkarz Małopolski musiało skończyć się transferem do silniejszego klubu. Tak też było. Rok później podpisał kontrakt z niemieckim klubem. Już pierwszy mecz w nowych barwach to gol i asysta oraz nagroda dla najlepszego piłkarza meczu. Kolejna lata to pasmo sukcesów i dobrych występów. Jego rajdy prawą stroną są znane i kochane przez fanów. Skończył występy z bilansem 253 meczów, 32 goli oraz 52 asyst. Następne przystanki w jego karierze to włoska Fiorentina. Jednak na długo tam nie zabawił. 20 meczów, 2 bramki oraz 4 asysty. Powrót do Niemiec, a dokładnie do Wolfsburga uhonorował swoim 200 występem w Bundeslidze. Spore problemy z bólem pleców uniemożliwiły mu regularną grę. Ostatecznie osiadł w Wiśle Kraków, którą wspomógł finansowo. Gdyby nie to, ostatecznie Wisła mogłaby stracić prawa na występy w Ekstraklasie. Mało tego, nie pobierał pensji za występy, a symboliczne 500 złotych, które miał otrzymywać, przekazywał na bilety na mecze dla dzieci z domów dziecka. Oczywiście tak znakomitego piłkarza, nie mogło zabraknąć w reprezentacji Polski. Debiut zaliczył w 2006 roku. Początkowo omijały go wielkie imprezy takie, jak Mistrzostwa Świata 2006 oraz Euro 2008 z powodu kontuzji lub wspomnianych nieszczęsnych pleców. W 2010 roku został kapitanem kadry. Zagrał w 108 meczów oraz strzelił 11 bramek. Wiele razy zdobywając te decydujące o zwycięstwie.             Kuba jest jednym z bardziej lubianych polskich piłkarzy. Mimo trudnego startu w życiu, poradził sobie i dokonał czegoś wielkiego. Jest zdecydowanie wzorem do naśladowania dla młodych ludzi.             
21 Października 2021 godz. 7:02
Art za Arskom
 

Błękitne tornado, kibice na drzewach i cuda jak w „Ogniem i Mieczem”. Czy pamiętasz te sensacje w Pucharze Polski?

Piłkarskie rozgrywki pucharowe w każdym kraju są kopalnią niezwykłych historii, opowiadających o ambicji, krętej drodze do sukcesu i marzeniach kopciuszków o wiekopomnym sukcesie, które regularnie się tu spełniają. W tegorocznej edycji Fortuna Pucharu Polski do 1/16 finału awansowała IV-ligowa Wieczysta Kraków oraz aż pięciu przedstawicieli III lig. O awans nie będzie łatwo, ale dawne historie Czarnych Żagań, Błękitnych Stargard czy trzecioligowej Lechii Gdańsk na pewno dodadzą im skrzydeł. Bo chociaż wyeliminowanie faworyta wydaje się karkołomną misją, w rozgrywkach pucharowych granica pomiędzy snem a jawą często się zaciera. Ziemia lubuska w polskim futbolu wciąż pozostaje na mapie białą plamą, terra incognita. Żaden zespół z tego regionu nie dostąpił zaszczytu gry w ekstraklasie, a miejscowi kibice mocniej przeżywają żużlowe zmagania niż mecze piłki nożnej. Miejscowy futbol może jednak pochwalić się jedną z najbardziej niezwykłych historii w dziejach rozgrywek o Puchar Polski. Historią, która jest gotowym scenariuszem na film. Opowieścią o ambicji, umiejętnościach, furze szczęścia i komunistycznych władzach, które sprawiły, że happy end odwołano. Ale po kolei. Połowa lat 60. ubiegłego wieku, jak na realia życia w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, była niezwykle spokojna. W rządzonym przez towarzysza „Wiesława” Gomułkę kraju nie było jeszcze mowy o antysemickiej zawierusze, która wstrząsnęła Polską trzy lata później, powoli zapominano też o wojennym koszmarze i stalinowskich represjach. Mała stabilizacja. W futbolowej pucharowej rzeczywistości do „normalności” było jednak niezwykle daleko.   Cuda jak u Sienkiewicza „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia” – zaczynał „Ogniem i Mieczem” Henryk Sienkiewicz. Parafrazując, to samo można napisać o piłkarskim roku 1965. Co prawda, w przeciwieństwie do słynnej powieści, tym razem na polskich ziemiach nie pojawiły się szarańcza, kometa czy zaćmienie słońca, ale na nudę i tak narzekać się nie dało. Kibice na drzewach, trzy zwycięskie rzuty monetą i marsz trzecioligowych Czarnych Żagań do finału, w którym zmierzyli się z naszpikowanym gwiazdami Górnikiem Zabrze, to do dziś jedna z najbardziej niezwykłych opowieści, którymi może pochwalić się krajowy futbol. – Gra Czarnych w Pucharze Polski była pierwszym powodem do dumy w powojennym Żaganiu – mówiła w rozmowie z portalem sport.tvn24.pl Wanda Winczaruk, która wówczas była młodą fanką zespołu z lubuskiego. Trzecioligowy zespół pod wodzą trenera Jana Dixy w pierwszej rundzie rozgrywek rozbił Karolinę Jaworzyna Śląska 6:0, ale nikt nie spodziewał się, że to początek przygody życia. W kolejnych meczach outsiderzy z Żagania zgarniali skalpy kolejnych rywali: Startu Łódź, Polonii Bytom, Pogoni Szczecin, Wisły Kraków i ŁKS-u Łódź. Co ciekawe, w aż trzech z tych spotkań regulaminowy czas gry i dogrywka to było za mało, żeby wyłonić zwycięzcę. Jako że wówczas nie znano jeszcze serii rzutów karnych, wszystkie te starcia kończyły się losowaniami. – Pierwszy miał wybrać łodzianin, jako że my byliśmy gospodarzami. Jednak nie mógł się zdecydować. Sędzia poganiał, więc ja złapałem prawą kartkę. Był to jakiś odruch. Potem w ułamku sekundy zdecydowałem się na wzięcie tej, która leżała po lewej stronie – opowiadał o półfinałowym starciu z ŁKS-em kapitan Czarnych Edward Kuczko. Miał dobre przeczucie. Po raz trzeci ręka lidera zespołu z Żagania okazała się szczęśliwa. Stadion, wokół którego fani gromadzili się nawet na drzewach, wybuchł z radości. Na drodze do pucharu stał już tylko Górnik Zabrze. Piłkarze byli traktowani w Żaganiu jakby zdobyli mistrzostwo świata. Kibice zbierali wycinki z gazet, zakłady usługowe w mieście obsługiwały zawodników za darmo. Piękna przygoda dobiegła końca w starciu z mistrzem Polski. Górnik na stadionie w Zielonej Górze łatwo rozbił trzecioligowca 4:0. Klasyczny hattrick legendarnego Ernesta Pohla wystarczył, żeby położyć rywala na łopatki, a po przerwie dzieła zniszczenia dopełnił Musiałek.  Zaczęło się od trzęsienia ziemi Początek lat 80. to dla futbolu w Gdańsku czas pełen paradoksów. Z jednej strony spadek w sezonie 81/82 na trzeci poziom rozgrywkowy, z drugiej w kolejnym roku historyczny triumf w Pucharze Polski, co udało się Lechii jako pierwszemu zespołowi występującemu na tak niskim poziomie ligowym. Architektami sukcesu było dwóch trenerskich żółtodziobów: 31-letni Jerzy Jastrzębowski oraz rok młodszy Józef Gładysz. Obaj byli wystarczająco starzy, żeby pamiętać historię Czarnych Żagań i wystarczająco młodzi, żeby wierzyć, że da się ją nie tylko powtórzyć, ale wręcz pójść o krok dalej, zgarniając trofeum. Pucharowa przygoda zaczęła się wedle scenariusza rekomendowanego przez Alfreda Hitchcocka. Najpierw było trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło. Tym początkowym wstrząsem była wyjazdowa potyczka z występującym w okręgówce Startem Radziejów Kujawski. To jedyny we wspomnianej edycji rozgrywek mecz, w którym Lechia była faworytem i jeden z tych, w których była najbliżej odpadnięcia. Ostatecznie, po dogrywce, biało-zieloni wygrali 3:2, po dwóch golach Błaszczyka i jednym Marchela. W kolejnej rundzie, już na własnym obiekcie przy ul. Traugutta, Lechia mierzyła się z wyżej notowaną Olimpią Elbląg. Garstka widzów na trybunach nie mogła się spodziewać, że obserwowana przez nich wygrana 2:1 będzie przyczynkiem do tego, żeby za rok na tym samym obiekcie pojawiło się rekordowe 40 tysięcy fanów, którzy będą oglądać Zbigniewa Bońka i Michela Platiniego. Trzecioligowiec rozkręcał się z każdym kolejnym spotkaniem, eliminując po serii rzutów karnych Widzew Łódź i wygrywając po dogrywce ze Śląskiem Wrocław. Na wiosnę trwał marsz zespołu z Gdańska po trofeum. Najpierw, w ćwierćfinale, po niezwykle trudnym meczu w Sosnowcu, strzał Marka Kowalczyka dał im wygraną 1:0 i awans do półfinału. Tam kolejna sensacja – drugoligowy Piast Gliwice wygrał z Kolejorzem i to on czekał w finale na zwycięzcę rywalizacji pomiędzy Lechią a Ruchem Chorzów. W zaciętym spotkaniu przez 120 minut nie padła ani jedna bramka i znów lepszy zespół miały wyłonić „jedenastki”. Tam bohaterem okazał się golkiper biało-zielonych, Tadeusz Fajfer, broniąc dwa strzały. 30 tysięcy fanów na trybunach wpadło w ekstazę. Wiedzieli, że najtrudniejsze mają za sobą, bo rywal w finale będzie mniej wymagający. Mieli rację. Wystarczyło 38 minut, żeby gdańszczanie po bramkach Górskiego i Kowalczyka prowadzili 2:0. Tego zwycięstwa, pomimo bramki kontaktowej zdobytej przez Kałużyńskiego, nie dali sobie już wydrzeć. Sny się spełniły, trzecioligowiec sięgnął po puchar i mógł się szykować do rywalizacji w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jak się miało okazać, była to przygoda krótka, ale godna zapamiętania. Boniek ucisza trybuny Już w pierwszej rundzie PZP świeżo upieczony beniaminek drugiej ligi wylosował najgorzej jak mógł, trafiając na słynny Juventus z Michelem Platinim i Zbigniewem Bońkiem w składzie. W składzie Starej Damy występowało też pięciu włoskich mistrzów świata: Paolo Rossi, Antonio Cabrini, Claudio Gentile, Gaetano Scirea i Marco Tardelli. Cuda, które stały się udziałem Lechii na krajowej arenie, okazały się mieć swój kres. W pierwszym spotkaniu, rozegranym w Turynie, gospodarze rozbili outsidera 7:0, rozstrzygając losy awansu. To jednak nie zniechęciło rekordowego tłumu gdańszczan do śledzenia na żywo rewanżu. Na trybunach pojawiło się około 40 tysięcy osób, którym ich ulubieńcy sprawili mnóstwo radości, pomimo tego, że w końcówce Zbigniew Boniek dał gościom zwycięstwo.  „Nikła przegrana i to dopiero w ostatnim kwadransie meczu. Do 77. min. lechiści prowadzili 2:1, przez ponad 20 minut drugiej połowy dając próbkę swych prawdziwych możliwości. Stadion zupełnie oszalał, gdy raz po raz bramkarz włoski zmuszony był do pokazania pełni swego kunsztu, a trzeba przyznać, że fach swój zna doskonale. Po szybkich akcjach strzelali wielokrotnie Kowalczyk, Kamiński, Kruszczyński, zawsze na przeszkodzie stawał jednak Tacconi. Piłkarze Juventusu w tym okresie też przeprowadzali ataki, ale rzadziej i zupełnie nieskutecznie. Dopiero widmo porażki zmusiło Włochów do przeprowadzenia generalnej ofensywy, co wiązało się z wejściem na boisko Platiniego. Słynny Francuz nie grał bowiem od początku, co może wynikało ze zlekceważenia rywala. Przekonał się trener Trapattoni, że drużyna z Gdańska ma swoją wartość. Ostatecznie biało-zieloni zeszli z murawy pokonani. Przegrali jednak z arcymistrzami futbolu, którym – co tu ukrywać – sprzyjało trochę szczęście, choć o wszystkim w pierwszej kolejności decydowały umiejętności. W sumie przegrany pojedynek, ale publiczność opuszczała stadion w pełni chyba usatysfakcjonowana” – tak to spotkanie relacjonował „Głos Wybrzeża”.  Podwójny ROW i hartowanie Stali Marsz Lechii po Puchar Polski i późniejszy mecz z Juventusem był ogromną sensacją, ale nie pierwszą i nie ostatnią w historii rozgrywek. W 1975 roku po krajowe trofeum sięgnęła drugoligowa Stal Rzeszów, o czym wielu kibiców nie pamięta. Przedziwnym zbiegiem okoliczności na swej drodze do wygranej dwukrotnie spotykali ROW Rybnik, w 1/8 finału wygrywając 2:1 z jego pierwszą drużyną, a w finale po serii rzutów karnych pokonując… rezerwy ROW-u! Tak naprawdę w finale Stal zmierzyła się jeszcze raz z tym samym rywalem, bo w barwach rezerw ROW-u zagrali piłkarze pierwszego składu. Mimo wielkiej wiary w sukces wśród zawodników z Rzeszowa, regulaminowy czas gry i dogrywka nie przyniosły rozstrzygnięcia i trzeba było szykować się na serię rzutów karnych. W niej piłkarze z obu drużyn byli bardzo nieskuteczni. Po sześciu strzałach wciąż było tylko 1:0. Ostatecznie piłkarze Stali utrzymali przewagę, wygrywając po rzutach karnych 3:2. Błękitne Tornado Żeby docenić „Puchar Tysiąca Drużyn” i jego zdolność do kreowania niezwykłych historii, nie trzeba wcale sięgać daleko w przeszłość. Nawet młodsi kibice pamiętają wspaniałą przygodę występujących na trzecim poziomie rozgrywkowym Błękitnych Stargard z krajowym pucharem w sezonie 2014/15. Po każdej kolejnej sensacji sprawianej przez drużynę prowadzoną przez Krzysztofa Kapuścińskiego, kibice wieszczyli, że to już koniec i Błękitni zaraz odpadną z rozgrywek. I bardzo długo byli w błędzie. Na zwycięskim szlaku zespół ze Stargardu zostawił w pokonanym polu wyżej notowane: Chojniczankę, Gryfa Wejherowo i GKS Tychy, trafiając w ćwierćfinale na ekstraklasową Cracovię. To był sensacyjny pokaz skuteczności i dobrego futbolu, który nie pozostawił najmniejszych wątpliwości, kto jest lepszy. Błękitni zarówno w Krakowie, jak i na własnym stadionie wygrali po 2:0, awansując do półfinału, gdzie czekał na nich Lech Poznań. „Starcie Dawida z Goliatem” – tak media zapowiadały ten dwumecz. Na początku Goliat boleśnie uderzył, już w 9. minucie wychodząc na prowadzenie w wyjazdowym spotkaniu. Dwumecz dopiero się jednak miał rozkręcić. Za sprawą dwóch trafień Tomasza Pustelnika i jednego Łukasza Kosakiewicza gospodarze odrobili stratę, wygrywając 3:1 i zapewniając sobie niezłą sytuację wyjściową przed rewanżem przy ul. Bułgarskiej. W Poznaniu lechici długo bili głową w mur, tracąc jako pierwsi bramkę. Sensacja wisiała w powietrzu, a wszyscy neutralni kibice w kraju ściskali kciuki za outsiderów. Wszystko zmieniła czerwona kartka dla jednego z bohaterów pierwszego spotkania, Kosakiewicza. Grający w „10” goście szybko stracili dwa gole, heroicznie walcząc w drugiej połowie o utrzymanie tego, korzystnego w kontekście całej rywalizacji, wyniku. Ostatecznie jednak Dawid Kownacki doprowadził do dogrywki, w której wycieńczeni grą w osłabieniu Błękitni otrzymali dwa śmiertelne ciosy. Ich piękna przygoda dobiegła końca, ale w sercach fanów zapewnili sobie nieśmiertelność. Sensacje budują polski futbol Taki właśnie jest „Puchar Tysiąca Drużyn”. Nieprzewidywalny, romantyczny, pozwalający nieznanym piłkarzom zbudować sobie „pomniki trwalsze niż ze spiżu”. Na przestrzeni lat wiele się w tych rozgrywkach zmieniało: modyfikowany był ich terminarz czy liczba rozgrywanych spotkań. Ale w gruncie rzeczy cały czas chodzi w nich dokładnie o to samo. O to, żeby piłkarze z niższych lig mieli prawo śnić o wiekopomnych, epickich triumfach. I żeby od czasu do czasu ich sny okazywały się rzeczywistością.  To właśnie dlatego w sezonie 2021/22 sponsor tytularny Fortuna Pucharu Polski – Fortuna Zakłady Bukmacherskie – płaci za każdego gola strzelonego przez teoretycznie słabszy zespół 1 000 złotych do budżetu akcji „Puchar 1000 Goli”. Na koniec rozgrywek o pełną pulę (po 1/32 finału jest w niej już 33 000 złotych!) powalczą kluby z niższych lig, które będą mogły wnioskować o dofinansowanie w trzech kategoriach: projekt kibicowski, projekt infrastrukturalny i projekt społeczno-kulturalny. Zwycięzcy każdej z nich podzielą się środkami zebranymi przez cały sezon przez „underdogów”, jak nazywa się zespoły, którym bukmacherzy dają przed meczem mniejsze szanse na zwycięstwo.
16 Sierpnia 2021 godz. 13:19
Art za PZPN, fot. FB/Kacper Kozłowski
 

Kozłowski w kadrze Sousy na wrześniowe mecze!

Selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa powołał kadrę na wrześniowe zgrupowanie drużyny narodowej oraz mecze eliminacji mistrzostw świata 2022 z Albanią (2 września 2021, godz. 20:45, PGE Narodowy w Warszawie), San Marino (5 września 2021, godz. 20:45, Serravalle) i Anglią (8 września 2021 o godz. 20:45, PGE Narodowy w Warszawie). W kadrze po raz kolejny znalazł się wychowanek Bałtyku Koszalin, a obecny gracz Pogoni Szczecin, Kacper Kozłowski. Zdecydowanie największym zaskoczeniem jest powołanie dla Nicoli Zalewskiego - piłkarza AS Romy, który ma za sobą bardzo udany okres przygotowawczy w rzymskim klubie i selekcjoner postanowił dać mu szansę. O nominacji dla 19-latka mówiło się od dłuższego czasu, a teraz selekcjoner uznał, że chce mu się przyjrzeć z bliska.   Wbrew wcześniejszym doniesieniom, w składzie biało-czerwonych znalazło się miejsce dla Bartłomieja Drągowskiego, który wskoczył w miejsce kończącego karierę reprezentacyjną Łukasza Fabiańskiego. Wśród golkiperów znaleźli się także Łukasz Skorupski oraz Wojciech Szczęsny. Na liście rezerwowej wylądował Radosław Majecki.   Zestawienie obrońców jest bardzo podobne do tego, które Portugalczyk ogłosił na Euro 2020. W porównaniu z turniejem finałowym, wśród powołanych brakuje jedynie Kamila Piątkowskiego. Nominacje natomiast dostali: Jan Bednarek, Bartosz Bereszyński, Paweł Dawidowicz, Kamil Glik, Michał Helik, Tomasz Kędziora, Tymoteusz Puchacz i Maciej Rybus.   Do reprezentacji Polski po czerwcowej nieobecności wraca Sebastian Szymański. Pomocnik Dynama Moskwa zapracował w pełni na powołanie i Sousa postanowił dać mu szansę. Oprócz niego powołania dostali: Przemysław Frankowski, Kamil Jóźwiak, Mateusz Klich, Kacper Kozłowski, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Jakub Moder, Piotr Zieliński i wspomniany wcześniej Zalewski. Znowu brakuje Kamila Grosickiego, który cały czas jest bez klubu. Największym nieobecnym wydaje się jednak Jakub Kamiński, który zanotował bardzo udany start sezonu w PKO Bank Polski Ekstraklasie, ale Sousa jednak nie chciał z bliska się przyjrzeć umiejętnościom 19-latka.   Wśród napastników cały czas brakuje kontuzjowanego Arkadiusza Milika. Ponadto selekcjoner przywrócił do drużyny narodowej Adama Buksę. Pozostali napastnicy są prawie tacy sami, jacy byli na Euro 2020: Dawid Kownacki, Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek i Karol Świderski. Na ME był Jakub Świerczok, którego teraz w kadrze zabrakło.
9 Lipca 2021 godz. 12:26
Art a Arskom
 

Pięć największych skandali sędziowskich w historii futbolu! Zwykłe pomyłki czy celowe oszustwa?

Półfinałowe zwycięstwo Anglii z Danią w mistrzostwach Europy, zamiast pozytywnych emocji związanych z tym, że „futbol wraca do domu”, wzbudziło niesmak u kibiców na całym świecie. Wszystko przez decyzję holenderskiego arbitra Danny’ego Makkelie, który w dogrywce podyktował wątpliwą jedenastkę dla Synów Albionu, decydującą o ich awansie. To niestety nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy zamiast piłkarzy, to sędzia jest na ustach fanów. Pamiętacie te sytuacje? Ekwadorski przemytnik narkotyków Mistrzostwa Świata w 2002 roku były najgorszymi w historii pod względem sędziowania. Sposób, w jaki gospodarze z Korei Południowej awansowali do półfinału turnieju budzi niesmak nawet blisko 20 lat po tych wydarzeniach. I o ile Polacy, których błyskotliwa taktyka „laga na Kałużnego” spaliła na panewce, zasłużenie przegrali z Azjatami w fazie grupowej, o tyle historie Włochów i Hiszpanów są diametralnie różne. Najpierw oszukani zostali ci pierwsi. W 1/8 finału w oparach skandalu zostali wyeliminowani z turnieju. Lista błędów ekwadorskiego arbitra Byrona Moreno jest długa: podyktował dla Koreańczyków rzut karny z kapelusza, nie uznał w dogrywce złotego gola strzelonego przez Damiano Tomassiego, a na dodatek wyrzucił z boiska Francesco Tottiego za symulkę, kiedy nie miał prawa nawet dobrze widzieć sytuacji, tak daleko był od pola karnego. Czy jednak na pewno mowa tu o błędach, a nie celowym działaniu? W późniejszych latach Moreno daleko było do wzorowego obywatela. Ekwadorska federacja zawiesiła go na 20 spotkań po koszmarnych pomyłkach w meczu krajowej ligi. Ostatecznie skompromitował się jednak kilka lat później. Kiedy na nowojorskim lotnisku JFK celnicy dostrzegli nerwowo zachowującego się mężczyznę, od razu zdecydowali się go przeszukać. W 10 workach przyklejonych do jego brzucha, ud i pleców znaleźli 6 kilogramów heroiny. Byron Moreno trafił do więzienia, a Włoscy piłkarze bynajmniej go nie żałowali, pamiętając mu mecz sprzed ośmiu lat. – Sześć kilogramów narkotyków? Myślę, że tę heroinę to miał już na mundialu w 2002 roku, tylko nie w gaciach, tylko w krwiobiegu – śmiał się Gianluigi Buffon. Bezpośrednio po meczu jemu i jego kolegom zupełnie nie było jednak do śmiechu. – To bandyta, poza tym spójrzcie na niego, jak sędzia może być tak gruby? Mogliśmy zejść z boiska po godzinie, wiedzieliśmy że FIFA wyznaczyła go do sędziowania, żeby przepchnął Koreę – gotował się Christian Panucci. Cały świat kipiał z wściekłości razem z Włochami, ale okazało się, że to nie koniec skandali. Egipska kradzież w biały dzień Zaledwie cztery dni później w ćwierćfinale mundialu zmierzyła się Hiszpania z Koreą. W zasadzie to był mecz bez historii. Drużyna prowadzona przez Jose Camacho strzeliła trzy gole, a gospodarze nie mogli sobie z nią poradzić. Dlaczego zatem w półfinale mistrzostw świata zagrali Koreańczycy? Jak można się domyślić, zasługa w tym egzotycznego składu sędziowskiego – główny z Egiptu Ghamal Ghandour oraz jego asystenci z Trynidadu i Ugandy zrobili co w ich mocy, żeby przepchnąć dalej gospodarzy. Wymagało to sporo wysiłku – wypatrzenia „spalonych-widomo”, nieistniejących fauli czy uznania, że piłka będąca w boisku opuściła linię końcową, ale koniec końców im się to udało. Nie uznali żadnej prawidłowo zdobytej bramki przez Hiszpanów, a w serii rzutów karnych lepsza okazała się Korea. – To był jeden z moich najlepszych meczów. Oczywiście, w niektórych sytuacjach mogłem niepotrzebnie posłuchać asystentów, ale obserwator dał mi notę 8,7! Mam bardzo czyste sumienie – mówił Ghandour po siedemnastu latach hiszpańskim mediom. Skoro to spotkanie było najlepszym w wieloletniej karierze tego sędziego, to całe szczęście, że nie musieliśmy oglądać jego popisów w egipskich rozgrywkach! Najsłynniejszy gol-widmo Mecz EURO 2020 z Danią to nie pierwszy raz, kiedy Anglicy przed własną publicznością w ważnym momencie korzystają na kontrowersyjnej decyzji sędziowskiej. Ich hasło „Football is coming home” odnosi się do mundialu z 1966 roku, ostatniego wielkiego sukcesu Synów Albionu. Gdyby nie azerski sędzia asystent Tofik Bahramow, futbol chyba nie miałby dokąd wracać. Remis, dogrywka, bicie głową w mur i pomoc ze strony arbitra? Brzmi znajomo? To samo wydarzyło się w finale mundialu przed 55 laty, w którym gospodarze mierzyli się z RFN. Geoff Hurst w 11. minucie dogrywki, przy stanie 2:2, strzelił tak, że piłka odbiła się od poprzeczki, linii bramkowej i wyszła w pole. Arbiter główny, Szwajcar Gottfried Dienst, był skonfundowany, ale wtedy dostrzegł energiczni sygnalizującego coś w jego kierunku asystenta, Tofika Bahramova. Pod wpływem przedstawiciela ZSRR uznał najsłynniejszego gola-widmo w historii i gospodarze sięgnęli po mistrzostwo świata. Czy historia się powtórzy i kontrowersyjna decyzja Danny’ego Makkelie w konsekwencji pozwoli drużynie Garetha Southgate’a sięgnąć po upragniony tytuł? Eksperci z branży bukmacherskiej uważają gospodarzy za faworytów. Na przykład w firmie Totolotek, kurs na końcowy triumf Anglii to 1.7, a w przypadku wygranej Włochów za jedną postawioną złotówkę można zarobić 2,07 zł (minus podatek).  Swoją drogą ciekawe, mówiąc z przymrużeniem oka, dlaczego właściwie to narodowy stadion w Azerbejdżanie jest nazwany imieniem Tofika Bahramowa. Za zasługi na rzecz angielskiego piłkarstwa, powinien dostać swój obiekt przynajmniej w Leeds, Newcastle czy Birmingham. No bo przecież, w przypadku triumfu Anglików w EURO 2020, patronat nad Wembley trzeba zachować dla Danny’ego Makkelie i jego asystentów z VAR, którzy uznali, że za „padolino” Raheema Sterlinga gospodarzom należy się rzut karny. Lincz w wykonaniu Mourinho Anglikom, co oczywiście w pełni zrozumiałe, nie przeszkadzały okoliczności, w jakich awansowali do finału mistrzostw Europy. Co jednak w sytuacji, kiedy jednak arbiter podejmie decyzję nie po ich myśli? Wówczas potrafią być naprawdę nieprzyjemni. Boleśnie przekonał się o tym jeden z najlepszych arbitrów przełomu wieków,  Szwed Anders Frisk. W 2005 roku w 1/8 finału Ligi Mistrzów prowadzona przez Jose Mourinho Chelsea trafiła na Barcelonę Franka Rijkaarda. Na Camp Nou to goście prowadzili 1:0, kiedy arbiter ze Szwecji w kontrowersyjnych okolicznościach wyrzucił z boiska najlepszego napastnika The Blues, Didiera Drogbę. To całkowicie zmieniło obraz spotkania, które ostatecznie padło łupem Blaugrany. Po końcowym gwizdku Friska, który przypieczętował wygraną Barcy 2:1, Jose Mourinho kompletnie stracił kontrolę nad swoim zachowaniem. – W przerwie widziałem jak Rijkaard wchodził do pokoju sędziowskiego. Czy to przypadek, że na samym początku drugiej połowy Drogba wyleciał z boiska? – prowokował Mourinho, chociaż, jak się później okazało, jego słowa nie miały nic wspólnego z prawdą. Szkoleniowiec faktycznie usiłował porozmawiać z arbitrem, ale ten odesłał go z kwitkiem. Tej machiny już się nie dało zatrzymać. Frisk otrzymywał groźby śmierci od kibiców Chelsea, które dotyczyły także jego najbliższych. W obawie o bezpieczeństwo swoje i rodziny zdecydował się zakończyć karierę sędziowską, niewiele po tym, jak udanie posędziował chociażby finał mistrzostw Europy.  – Chciałbym przeprosić pana Friska, jeżeli w jakikolwiek sposób wpłynąłem na jego decyzję o zakończeniu kariery. Naprawdę mam nadzieję, że zmieni zdanie. Każdy popełnia błędy – przepraszał arbitra Drogba. Mourinho, nazwany później przez emerytowanego już arbitra „największym piłkarskim szkodnikiem”, nie zdobył się na taki gest, mimo, że ostatecznie Chelsea po wygranej w rewanżu wyeliminowała Katalończyków. Wróg publiczny numer 1 Coś o hejcie mógłby powiedzieć też Howard Webb. Angielski sędzia, po tym jak w ostatniej minucie naszego meczu na EURO 2008 podyktował rzut karny dla Austrii, stał się wrogiem publicznym numer jeden w Polsce. Na jego temat wypowiadali się także, z dużą niechęcią politycy, w tym Donald Tusk. Patrząc z perspektywy czasu i znając wytyczne sędziowskie, które weszły w życie tuz przed turniejem, cała nagonka na policjanta z Sheffield była niesłuszna. Nie ma mowy o skandalu, jeśli już o lekkiej nadgorliwości. Polacy dali mu argument do wskazania na „wapno”. To jednak bynajmniej nie znaczy, że Anglicy nie umieszczają do dziś Webba na liście najgorszych sędziów w historii, jednak nie za sprawą meczu Polski z Austrią (który nikogo na Wyspach nie obchodził), tylko lokalnych popisów. Najgłośniejsza historia dotyczy meczu z 2009 roku pomiędzy Manchesterem United a Tottenhamem. Spurs sensacyjnie prowadzili na Old Trafford 2:0, kiedy Webb podjął absurdalną decyzję, dyktując rzut karny dla Czerwonych Diabłów za domniemany faul bramkarza Heurelho Gomesa na Michaelu Carricku. – Spodziewałem się tradycyjnych protestów i zarzekania się, że nie było faulu ze strony piłkarzy Tottenhamu. Jednak kiedy zobaczyłem na twarzy Gomesa mieszankę szoku, niedowierzania i absolutnego niezrozumienia, wiedziałem, że się pomyliłem, że coś więcej musiało być na rzeczy – przyznał po latach. To był moment, który odwrócił mecz o 180 stopni, a Manchester ostatecznie wygrał 5:2. To zdecydowało o mistrzostwie Anglii dla zespołu Sir Alexa Fergusona. I cóż z tego, że Gomes wybił piłkę spod nóg rywala w najczystszy z możliwych sposobów? – Sędzia po prostu to czuje, to był moment, który zmienił wszystko – przyznał sędzia. Ta decyzja była jednym z przyczynków dyskusji o wprowadzeniu systemu VAR, który w ostatnich latach znacznie zmniejszył liczbę błędów wypaczających wyniki spotkania. Niestety wciąż jednak nie wyeliminował ich całkowicie.    
6 Lipca 2021 godz. 3:58
Art z mat.inf.
 

Bukmacher: Kulesza z poparciem Zachodniego Pomorza nowym prezesem PZPN

Według analityków BETFAN, legalnego polskiego bukmachera, w najbliższych wyborach Polskiego Związku Piłki Nożnej zwycięży Cezary Kulesza. Były szef Jagiellonii Białystok wygra, podbierając Markowi Koźmińskiemu głosy wojewódzkich Związków Piłki Nożnej. Zdaniem bukmachera Kuleszę, oprócz macierzystego Podlasia, poprą związkowi baronowie z zachodniopomorskiego, łódzkiego, śląskiego, podkarpackiego, lubelskiego, mazowieckiego oraz lubuskiego. Według analityków BETFAN wraz z Cezarym Kuleszą w centrali PZPN pojawią Adam Kaźmierczak z Łódzkiego ZPN jako wiceprezes ds. piłkarstwa amatorskiego i Tomasz Zahorski z zarządu Legii Warszawa jako sekretarz generalny. Wyścig o fotel prezesa PZPN w tym roku przypadł na czas po klęsce Biało-Czerwonych na Euro 2020. Jednym z głównych zadań nowego sternika polskiego futbolu będzie zatrzymanie pasma porażek reprezentacji, która zamiast dumy kibiców wywołuje lawinę memów. Z tym wyzwaniem 18 sierpnia chcą się zmierzyć Cezary Kulesza i wiceprezes PZPN, Marek Koźmiński - to jak dotąd jedyni oficjalni kandydaci w wyborach do władz piłkarskiej federacji. Nawet jeśli ziszczą się spekulacje na temat innych kandydatur, to i tak tylko ci dwaj będą się liczyli w wyścigu. Szanse innych, obojętne, czy byłby to biznesmen Janusz Wojciechowski, szef Wielkopolskiego ZPN Paweł Wojtala czy jeszcze ktoś kolejny, bukmacher szacuje na 6%. Ten status odzwierciedlają też kursy w BETFAN: 1,30 na Kuleszę, 4 na Koźmińskiego i 10 na innego kandydata. To oznacza, że przy 100-złotowym zakładzie wygrane wyniosłyby odpowiednio: 130 zł, 400 zł lub 1000 zł.   Przyczyną tego układu sił są wyślizgujące się stopniowo z rąk Marka Koźmińskiego głosy związkowych delegatów. Według BETFAN wiceprezes PZPN może liczyć na poparcie już tylko sześciu regionów: pomorskiego, dolnośląskiego, małopolskiego, kujawsko-pomorskiego, wielkopolskiego i świętokrzyskiego. Polskimi „swing-states”, czyli związkami, w których obaj kandydaci mają wyrównane szanse, są Opolski i Warmińsko-Mazurski ZPN. Niewiele wskazuje jednak na to, że głosy ich delegatów rozstrzygną pojedynek. Obecnemu wiceprezesowi PZPN brakuje bowiem atutu, którym dysponuje jego przeciwnik – klubowego zaplecza. Według analityków BETFAN białostocki biznesmen, członek rady nadzorczej Ekstraklasy i wiceprezes PZPN ds. piłkarstwa profesjonalnego, może liczyć na 85% głosów delegatów klubów. Zgodnie z szacunkami bukmachera na Kuleszę zagłosuje też delegat sędziów.   Duża część kart w wyborczej grze zostanie odkryta już 6 lipca, kiedy PZPN-owscy działacze będą wybierać kandydata na stanowisko wiceprezesa ds. piłkarstwa amatorskiego. Zdaniem analityków BETFAN ten stołek, m.in. dzięki poparciu Zachodniopomorskiego ZPN, wywalczy dla siebie stronnik Kuleszy - Adam Kaźmierczak z Łódzkiego ZPN. Tym samym Kaźmierczak pokona Radosława Michalskiego z Pomorskiego ZPN - kandydata łączonego z Markiem Koźmińskim. Wynik tych „prawyborów” będzie miał duże znaczenie dla walki o główne trofeum, wskaże bowiem, jak duże koalicje zbudowali oponenci.   Jeśli były prezes Jagi zwycięży w wyborach, wedle analiz BETFAN do biura PZPN wprowadzi się, oprócz Adama Kaźmierskiego, także Tomasz Zahorski, członek zarządu Legii Warszawa, który zajmie stanowisko sekretarza generalnego. Gdyby jednak losy tych wyborów potoczyły się inaczej i prezesem został Marek Koźmiński, w PZPN, oprócz Radosława Michalskiego, ponownie znalazłby się także Maciej Sawicki, który zostałby sekretarzem na kolejną kadencję.   - Wybory nowego prezesa PZPN już dawno nie wywoływały tylu emocji. Po dwóch stronach barykady stanęli równorzędni kandydaci. Często w takich przypadkach kluczowa okazuje się przedwyborcza noc, kiedy następuje finalne zbieranie głosów i "przeciąganie" działaczy na swoją stronę. Przekonał się o tym choćby Zbigniew Boniek w 2008 roku, przegrywając z kretesem wyścig z Grzegorzem Latą. Wyciągnął jednak wnioski cztery lata później, pokonując wszystkich kontrkandydatów - mówi Mariusz Świętochowski, dyrektor działu analiz bukmacherskich w BETFAN.   O tym, kto stanie na czele polskiego futbolu, kibice przekonają się 18 sierpnia, kiedy to odbędzie się wyborcze walne zgromadzenie PZPN. Do tego czasu może nastąpić jeszcze wiele przetasowań. Kolejne kandydatury do prezesowskiego stołka można bowiem zgłaszać do 18 lipca.   - Nasi analitycy na bieżąco śledzą wewnętrzne rozgrywki i zachowania działaczy, co ma odzwierciedlenie w kursach. W BETFAN mamy procedury korporacyjne uniemożliwiające grę na wybory prezesa PZPN wszystkim osobom uczestniczącym imiennie w walnych zgromadzeniu – dodaje Mariusz Świętochowski
4 Lipca 2021 godz. 13:41
Art za FB/KKPN Bałtyk Koszalin
 

Z Bałtyku do kadry

Kolejnych dwóch wychowanków Bałtyku Koszalin - Mikołaj Tudruj (rocznik 2006) i Adrian Przyborek (rocznik 2007) - zostało powołanych do piłkarskiej reprezentacji Polski U-16. Trener Bartlomiej Zalewski, koordynator projektu Talent Pro, w oparciu o konsultację z trenerami kadr Polski U-15, U-16 i U-17 powołał najzdolniejszych polskich, młodych piłkarzy na zgrupowanie, które odbędzie sie w dniach 17-24 lipca w Opalenicy. Wśród powołanych jest dwóch wychowanków Bałtyku Koszalin, Mikołaj Tudruj – rocznik 2006 i Adrian Przyborek – rocznik 2007. Mikolaj Tudruj, rok temu przeszedł do Lecha Poznań a Adrian Przyborek, wciąż jest zawodnikiem Bałtyku, latem tego roku przejdzie do Pogoni Szczecin. To świetna seria, wychowanków koszalińskiego klubu. Kacper Kozłowski, w wieku niespełna 18 lat zagrał na Euro 2020, Adrian Bukowski – rocznik 2003 grał w młodziezowych reprezentacjach Polski a obecnie jest w kadrze ekstraklasowego Śląska Wrocław. Mikolaj Tudruj, jest kapitanem reprezentacji Polski U-16 i teraz powołanie dla Adriana Przyborka. W bliskiej perspektywie, można się spodziewac powołania dla Sammego Dudka, z rocznika 2008, który tego lata przechodzi do Lecha Poznań. "Zapraszamy wszystkich młodych chłopców do naszego klubu. Potrafimy zadbać i rozwinąć talenty, które zgłoszą się do Bałtyku Koszalin. Jesteś rodzicem, daj szansę swojemu dziecku, zapisz je do Akademi Piłkarskiej Bałtyku Koszalin. Mamy system szkolenia, który od wielu lat się sprawdza i mimo odpływu najzdolniejszych piłkarzy do najlepszych w Polsce, Akademi Piłkarskich, wciaż gramy w różnych kategoriach, Centralnej Ligi Juniorów. Akademia Piłkarska Bałtyku Koszalin zaprasza do siebie, treningi, nauka w klasach sportowych, od 4 klasy szkoły podstawowej aż do matury, to świetna perspektywa, dla utalentowanych piłkarzy" - napisano na klubowym Facebooku.
4 Lipca 2021 godz. 6:46
Art za Gwardia Koszalin, fot. Gwardia Koszalin
 

PP: Gwardia w ćwierćfinale

Piłkarze Gwardii Koszalin wywalczyli awans do ćwierćfinału rozgrywek o Puchar Polski ZZPN. W meczu VII rundy gwardziści w emocjonujących okolicznościach wygrała z Leśnikiem Manowo. W pierwszej połowie gra przebiegała pod dyktando koszalinian. Bliscy wpisania się na listę strzelców byli m.in. Cezary Zalewski i Maksymilian Boczek. Po dwóch kwadransach gry gola dającego gwardzistom prowadzenie strzelił Gabriel Szygenda. Na początku drugiej połowy więcej z gry mieli gospodarze, czego efektem był wyrównujący gol Jacka Łosowskiego. Kilka chwil później w dogodnej sytuacji znalazł się Mateusz Myśliński, lecz udanie interweniował Dawid Skoczyk. W 75. minucie futbolówkę przejął Cezary Zalewski i po przebiegnięciu z nią kilku metrów, precyzyjnym strzałem zza pola karnego ponownie wyprowadził drużynę z Koszalina na prowadzenie. Chwilę później doszło do bardzo groźnej sytuacji. Głowami zderzyli się Mateusz Bachleda i Bartłomiej Maciukajć. Gra została na kilka minut przerwana, a gwardyjski defensor karetką został przewieziony do szpitala. Na szczęście badania nie wskazały nic poważnego, a na jego głowę założonych zostało kilkanaście szwów. W doliczonym czasie do remisu doprowadził Piotr Jakubowski i do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były rzuty karne. Jeszcze zanim arbiter zakończył regulaminowy czas gry, na boisku zobaczyliśmy Adriana Hartleba, który tym razem pojawił się na murawie w roli... napastnika. Rzuty karne dostarczyły kolejnych ogromnych emocji. Kibice zgromadzeni na trybunach stadionu w Manowie zobaczyli aż trzynaście serii jedenastek, a w tych lepsi okazali się gracze naszej drużyny, wygrywając 12:11. W poniedziałek w meczu ćwierćfinałowym rywalem gwardzistów będzie CRS Pogoń Barlinek. Pary 1/4 finału Puchar Polski ZZPN  1. CRS Pogoń Barlinek - KS Gwardia Koszalin Klub Piłkarski 2. Mechanik Bobolice - Hutnik Szczecin 3. Świt Skolwin - Szczecin - Morski Klub Sportowy Flota Świnoujście 4. MKP Kotwica Kołobrzeg wygrała 1:0 z Darłovia Darłowo i awansowała do półfinału gdzie zmierzy się ze zwycięzcą meczu nr 3.