Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Piłka nożna w Koszalinie:

22 Czerwca 2021 godz. 14:37
Art za Arskom, fot. Mikolaj Barbanell
 

Kozłowski i Świderski – poznaj największych wygranych rządów Paulo Sousy

Gdyby Zbigniew Boniek nie zdecydował się w ostatniej chwili zmienić selekcjonera i zastąpić Jerzego Brzęczka Paulo Sousą, jeden z nich w środę meldowałby się na zgrupowaniu Pogoni Szczecin w Opalenicy, a drugi zastanawiałby się, jak w nowym sezonie utrzymać niedawno wywalczone miejsce w wyjściowym składzie PAOK-u Saloniki. Tymczasem portugalski szkoleniowiec postawił odważnie na Kacpra Kozłowskiego i Karola Świderskiego, a ci robią co w ich mocy, żeby odpłacić mu się wprowadzeniem biało-czerwonych do 1/8 finału mistrzostw Europy. Nazwisko Kacpra Kozłowskiego po sobotnim spotkaniu Polski z Hiszpanią przewinęło się przez łamy mediów z całego świata. I to nie tylko ze względu na dobrą grę i odwagę w grze przeciwko zespołowi z Półwyspu Iberyjskiego. Przede wszystkim pomocnik Pogoni Szczecin został najmłodszym graczem, który kiedykolwiek zagrał w finałach Euro, bijąc mający zaledwie sześć dni rekord Jude’a Bellinghama z meczu Anglii z Chorwacją. Tym, na co zwracają uwagę komentatorzy jest fakt, że „Koziołek” został rekordzistą niejako przy okazji – zagrał nie dlatego, żeby zostać najmłodszym, tylko ze względu na swoje umiejętności i możliwość wsparcia zespołu w trudnym momencie. Mający w dniu spotkania z „La Furia Roja” 17 lat i 246 dni zawodnik odciążył naszą obronę, bez kompleksów wchodząc w pojedynki z dużo bardziej doświadczonymi i utytułowanymi rywalami.  Wypadek, który pomógł mu dojrzeć Patrząc na boiskowe poczynania Kozłowskiego i dojrzałość przed kamerami trudno uwierzyć, że ten chłopak nie ma nawet 18 lat. Na boiskach ekstraklasy zadebiutował jeszcze przed szesnastymi urodzinami, stając się najmłodszym piłkarzem na tym poziomie od przeszło 40 lat. Kiedy dziś przeczyta się komentarze kibiców pod informacją o jego debiucie w barwach Pogoni, można złapać się za głowę. „Hoyo-Kowalski [Daniel, obrońca Wisły Kraków, który niewiele wcześniej też zadebiutował w ekstraklasie przed 16. urodzinami – przyp.red] grał 4 mecze w pełnym wymiarze czasowym i dał radę, to jednak coś innego jak wbiec na boisko przeżegnać się i za chwilę zejść do szatni. Takie tam ciekawostki.” – pisał jeden z internautów. „Wpuszczony tylko po to, by pobić rekord. Beee” – dodawał drugi. „Ten 15-latek nie da rady w ekstraklasie, jest za młody, takie starzyki mu nogi połamią” – wróżył inny. Na szczęście te przepowiednie się nie sprawdziły, a Kozłowski nie stał się tylko statystyczną ciekawostką ze Szczecina. Choć niewiele brakowało, żeby los w niezwykle bolesny sposób przerwał tę obiecująco zapowiadającą się karierę. Połowa stycznia 2020 roku. Młodzi piłkarze Pogoni jadą na trening samochodem. Nagle z bocznej uliczki wyjeżdża samochód, kierowca nie zdążył zareagować. Zgrzyt blachy, uderzenie, krew. Kacper Kozłowski ucierpiał najmocniej, bo miejsce obok kierowcy przyjęło największy impet. Na miejscu pojawiła się karetka pogotowia. Młody piłkarz spędził 5 dni w szpitalu. Diagnoza nie była optymistyczna – złamanie trzech kręgów lędźwiowych kręgosłupa. Licznik występów w ekstraklasie zatrzymał się na czterech i taka sytuacja trwała przez ponad pół roku, kiedy „Koziołek” mozolnie dochodził do zdrowia. Zapowiadał, że wróci na boisko wygłodniały, ale chyba nikt się nie spodziewał, że ten apetyt zaprowadzi go aż na mistrzostwa Europy. Gdyby nie pandemia COVID-19, przez którą turniej przesunięto o rok, Kozłowski zamiast ścigać się z Koke czy Alvaro Moratą, ściskałby kciuki za biało-czerwonych w gabinetach fizjoterapeutów. Czy, gdyby nie wypadek, Kacper Kozłowski zadebiutowałby w kadrze jeszcze wcześniej? Czy może przyspieszona lekcja dojrzałości pomogła mu w przygotowaniu się mentalnym do gry na najwyższym poziomie? Sam zawodnik jest przekonany, że w życiu nie ma przypadków i patrząc na jego błyskawiczny rozwój nie wypada się z nim nie zgodzić. Zgadzają się z tym również szefowie największych klubów Europy, którzy z coraz większym zainteresowaniem śledzą poczynania kreatywnego pomocnika, pierwszego eksportowego produktu Akademii Pogoni Szczecin, z której, jak zapowiadają znawcy tematu, w najbliższym czasie na podbój Europy zawodnicy będą ruszać co najmniej tak często, jak z Lecha Poznań. O chęci kupienia „Koziołka” mówi się już w kontekście takich marek, jak Manchester United, Juventus, Borussia Dortmund czy FC Barcelona, choć dla samego zawodnika lepiej byłoby małymi krokami budować karierę, żeby nie pójść w ślady Bartosza Kapustki. Trzeba zachować spokój, w końcu bycie młodą gwiazdą niesie za sobą przynajmniej tyle samo ryzyk, co korzyści. Wie o tym inne odkrycie Paulo Sousy, Karol Świderski. Kibice szukali go w nocnych klubach „Świder” w ekstraklasie zadebiutował w barwach Jagiellonii Białystok będąc niewiele starszym od Kozłowskiego, bo miał wówczas 17 lat. Był filarem kolejnych kadr młodzieżowych, w których strzelał gole jak na zawołanie. W „Football Managerze” był jednym z największych polskich talentów, który błyskawicznie wyjeżdżał do zachodnich klubów. W świecie rzeczywistym już nie było aż tak różowo. Karol Świderski grał w Jagiellonii przez kolejne 4,5 sezonu, ani razu nie przekraczając granicy 5 goli na sezon w ekstraklasie. Często był zmiennikiem, wchodzącym na końcówki spotkań żeby odciążyć innych napastników. Z wielkiego talentu stał się niezłym ligowcem, a kibice Jagiellonii po słabszych występach zespołu doszukiwali się przyczyn w domniemanym imprezowym trybie życia Świderskiego. Jak wielu zawodników, którzy młodo trafiają do klubu, był na cenzurowanym u fanów, którzy wyjątkowo dokładnie śledzili jego poczynania. Od osób dobrze zorientowanych w temacie możemy jednak usłyszeć, że tak naprawdę Karol nigdy nie był na bakier z profesjonalizmem, a fani w ten sposób po prostu tłumaczyli sobie boiskowe niepowodzenia. Może zresztą zbyt długo zasiedział się w Białymstoku? Po wyjeździe do Grecji błyskawicznie wskoczył na wyższy poziom, co uparcie ignorował Jerzy Brzęczek. Paulo Sousa na szczęście dostrzegł umiejętności Świderskiego, który z marszu stał się jego wiernym żołnierzem, jak Krzysztof Mączyński w kadrze Adama Nawałki. Według bukmacherów z firmy Totolotek, są całkiem spore szanse, że Świderski nie tylko zagra w meczu Polski ze Szwecją, ale też, że da nam upragnionego gola, przybliżającego do wyjścia z grupy. Kursy na jego bramkę w Totolotku wynoszą 3.6, niższe są tylko na trafienia Roberta Lewandowskiego oraz Alexandra Isaka. – Na pewno zabrakło troszeczkę szczęścia, kilku centymetrów, żeby ona się jakoś inaczej odbiła od tego słupka i wpadła. Czasami taka jest piłka. Mam nadzieję, że to szczęście przyjdzie w następnym meczu – mówił po meczu z Hiszpanią na antenie TVP. Nawet jednak, jeśli Świderski zakończy z zerem na koncie, może być ogromnie pożytecznym zawodnikiem. Jego ambicja i umiejętność skutecznej gry pressingiem sprawia, że Robert Lewandowski ma znacznie więcej miejsca, a obrona rywali dużo trudniejsze zadanie. W meczu, który musimy wygrać, żeby wyjść z grupy, trudno sobie wyobrazić, żeby Sousa nie zdecydował się na grę dwoma napastnikami. A Świderski jest idealnym uzupełnieniem linii ataku pod nieobecność kontuzjowanych Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka. Czy nasza kadra w kolejnym meczu o wszystko da radę niebywale solidnym Szwedom i wywalczy wymarzone trzy punkty? Tego nie wiedzą nawet bukmacherzy. Kursy na każde z rozstrzygnięć są bardzo zbliżone, choć w Totolotku minimalnym faworytem są Polacy. 
13 Czerwca 2021 godz. 6:49
Art za Gwardia Koszalin, fot. Gwardia Koszalin
 

Gwardia: Wysoka porażka z Sokołem

Trzecioligowi piłkarze Gwardii Koszalin uległ w meczu rozegranym u siebie Sokołowi Kleczew 2:6 (0:4). Już w trzeciej minucie, po dośrodkowaniu z rzutu wolnego, pechowo piłkę do własnej bramki posłał Daniel Wojciechowski. Odpowiedź naszego zespołu mogła być błyskawiczna. Kapitan naszego zespołu precyzyjnie uderzył z rzutu wolnego, a gości od straty gola uratował słupek. W 25. minucie Dominik Chromiński wykorzystał błąd bramkarza naszej drużyny i umieścił futbolówkę w pustej bramce. Przyjezdni bezlitośnie wykorzystywali błędy popełniane przez zawodników naszego zespołu. W 33. minucie mocnym strzałem piłkę do siatki posłał Michał Ciarkowski, a siedem minut później do odbitej futbolówki dopadł Wiktor Kacprzak i z bliskiej odległości wpakował ją do bramki. W 48. minucie goście strzelili kolejną bramkę. Po podaniu z prawej strony boiska, na listę strzelców wpisał się Łukasz Zagdański. Kilkadziesiąt sekund później z rzutu rożnego dośrodkował Daniel Wojciechowski, a futbolówkę do własnej bramki skierował Wiktor Kacprzak. Nasz zespół szukał kolejnych szans do strzelenia gola, a bliscy wpisania się na listę strzelców byli Jakub Czyżewski i Bartosz Maciąg. W 79. minucie po kolejnej akcji prawą stroną boiska, z bliska szóstego gola dla gości zdobył Mateusz Cegiełka. W 90. minucie silnym strzałem zza pola karnego piłkę w siatce umieścił Adam Gross. Skład Gwardii: Skoczyk - Walaszczyk, Wojciechowski, Czyżewski, Maciąg, Boczek (46. Pytlewski), Chyła, Silski (46. Szygenda), Hendryk (70. Zalewski), Grela (60. Bać), Gross.
11 Czerwca 2021 godz. 5:34
Art za talkSport, UEFA
 

Super komputer wykonał symulację Euro 2020

Serwis talkSport za pomocą "super komputera" przeprowadził symulację całego turnieju mistrzostw Europy 2020. Jak według sztucznej inteligencji poradziła sobie reprezentacja Polski? Znany, angielski portal piłkarski talkSport, przy użyciu "super komputera", wykonał symulację całego turnieju Euro 2020. Za całość odpowiedzialny był specjalny algorytm, który zawierał najważniejsze informacje o wszystkich drużynach, które uczestniczą w mistrzostwach Europy. Według symulacji, Polacy wyjdą z Grupy E tuż za plecami Hiszpanii - na drugim miejscu. talkSport nie podał szczegółowych wyników meczów w fazie grupowej, tylko same rozstrzygnięcia we wszystkich grupach. Na trzecim miejscu uplasowała się Szwecja, na ostatnim Słowacy.   W meczu 1/8 finału polska drużyna trafia na wicemistrzów świata - Chorwację. W decydującym meczu o awansie do ćwierćfinału, górą okazują się jednak nasi rywale, którzy pokonali Polaków 2:1 po dogrywce. "Chorwacja pokonuje Polskę, co może pokrzyżować nadzieje Lewandowskiego na Złotą Piłkę" - kwitują redaktorzy talkSport.   Według algorytmu, w wielkim finale spotkają się reprezentacje Niemiec oraz Francji, które w półfinałach pokonają odpowiednio Anglię (2:2 - awans po rzutach karnych) i Belgię (2:1). W ostatnim meczu górą okazali się "Trójkolorowi", którzy pokonali Niemców po dogrywce 3:2. W sumie 51 meczów odbędzie się w 11 krajach, a półfinały i finał odbędą się na Wembley. Plan gier znajdziesz klikając  tu.
11 Czerwca 2021 godz. 5:29
Art za VISTULA
 

Piłka w stylu VISTULA

VISTULA od lat łączy tradycyjne krawiectwo oraz światowe trendy, inspirując mężczyzn poszukujących nowoczesnego, indywidualnego i niebanalnego stylu. Jako Oficjalny Krawiec Polskiego Związku Piłki Nożnej VISTULA po raz kolejny przygotowała strój formalny dla biało-czerwonych. Strój na tegoroczne Mistrzostwa Europy to połączenie klasyki i nowoczesności. Specjalnie dla kibiców oraz klientów marki, powstał również zestaw inspirowany formalnym strojem reprezentacji, który dostępny jest w sprzedaży stacjonarnej i online od 1 czerwca. Współpraca PZPN i VISTULA trwa od 2016 roku, w tym czasie marka przygotowała m.in. formalną kolekcję na Mistrzostwa Europy we Francji w 2016 i Mistrzostwa Świata w Rosji w 2018.  - Jesteśmy zaszczyceni tym, że kolejny rok z rzędu, marka Vistula jest partnerem PZPN. Od lat przygotowujemy stroje formalne dla naszej reprezentacji i za każdym razem jest to dla nas okazja do zaprezentowania najsilniejszych stron marki: umiejętnego łączenia eleganckich, najwyższej jakości materiałów z nowoczesnym, niebanalnym designem. Nasi klienci doskonale wiedzą, że Vistula wyznacza trendy oferując jednocześnie modę dopasowaną do potrzeb i sylwetki. Wierzę, że pasja i entuzjazm jaki wkładamy w nasze wszystkie kolekcje pozytywnie wpłynie na piłkarzy – mówi Radosław Jakociuk, wiceprezes zarządu VRG S.A.  - Na boisku liczy się współpraca, a także umiejętność tzw. wymienności funkcji i pozycji. Czasami napastnik musi zagrać w obronie, a defensor winien (w zależności od sytuacji) pomóc kolegom w ataku. Bardzo ważnym czynnikiem jest też nastawienie psychiczne zespołu. Jestem przekonany, że zaangażowanie marki Vistula w stworzenie wizerunku naszej kadry narodowej, pomoże zadbać o dobre samopoczucie naszej ekipy - mówi Janusz Basałaj, Dyrektor ds. Mediów PZPN.   Drużyna skrojona na miarę  Modny design, najwyższej jakości materiały oraz indywidualne dopasowanie – to główne cechy zestawu przygotowanego dla zawodników. Garnitury uszyto na miarę, z dbałością o każdy szczegół, tak aby cała reprezentacja wyglądała perfekcyjnie. Stroje przygotowane na czas Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej są mniej formalne niż w poprzednich latach, ale wciąż bardzo eleganckie. Zostały wykonane z wysokiej jakości włoskiej wełny antybakteryjnej z wykończeniem hydrofobowym, która blokuje wchłanianie wody oraz innych płynów. Klasyczna marynarka w gładkim granatowym kolorze z lekkim strukturalnym splotem z klapami prostym w zestawieniu z białą, gładką koszulą z kołnierzykiem włoskim oraz klasycznym modelem spodni w konstrukcji garniturowej w kolorze beżowym, stanowią spójną i nowoczesną całość. Dopełnieniem stylizacji są: jedwabna, biała poszetka, skórzane brązowe buty i pasek w tym samym odcieniu. W zestawie nie mogło zabraknąć motywu nawiązującego do naszych barw narodowych. Krawaty są nieodłącznym elementem formalnego stylu piłkarzy – wzór w biało-czerwone flagi układające się po skosie na granatowym tle, został zaprojektowany specjalnie na EURO 2020.  - Strój formalny pokazuje powagę i elegancję reprezentacji, szacunek dla swoich kibiców, rywali i organizatorów wielkiej, piłkarskiej imprezy. Zestaw przygotowany przez markę VISTULA podkreśla szczególny moment oraz rangę imprezy w jakiej startuje piłkarska reprezentacja Polski – dodaje Janusz Basałaj, Dyrektor ds. Mediów PZPN.   Dołącz do drużyny VISTULA W wybranych salonach Vistula istnieje możliwość uszycia na miarę stroju reprezentacji. Dodatkowo, Vistula przygotowała zestaw inspirowany formalnym strojem na EURO 2020. Będzie on dostępny w sprzedaży w salonach stacjonarnych oraz w sklepie online vistula.pl. Poszczególne elementy zestawu można kupić osobno i stworzyć nowe połączenia np. z t-shirtami lub polo.
2 Czerwca 2021 godz. 6:45
Art za PZPN
 

Biało-czerwoni: Remis z Rosjanami

Reprezentacja Polski w pierwszym meczu kontrolnym przed mistrzostwami Europy zremisowała 1:1 z Rosją. Bramkę dla biało-czerwonych już w czwartej minucie zdobył Jakub Świerczok. Dla napastnika Piasta Gliwice było to premierowe trafienie w narodowych barwach. Jeszcze w pierwszej połowie wynik wyrównał Wiaczesław Karawajew. Spotkanie we Wrocławiu obejrzało z trybun ponad 19 tysięcy kibiców. – Ten mecz, podobnie jak ten z Islandią, ma nam pokazać, czy to, nad czym pracowaliśmy dotąd w Opalenicy, idzie we właściwym kierunku. Chcemy przekonać się, czy… będzie mieszanka zawodników z marca i tych, którzy jeszcze nie zagrali w moim zespole. Co do Roberta Lewandowskiego, ze względu na jego niedawną kontuzję i prośbę samego zawodnika, raczej nie zobaczymy go na murawie w podstawowej jedenastce. Zdradzę też, że od pierwszej minuty zagra Łukasz Fabiański. Oczekuję od zespołu tego, że przełoży na warunki meczowe wszystkie założenia, które trenowaliśmy podczas zajęć – powiedział na oficjalnej konferencji prasowej przed spotkaniem z Rosją Paulo Sousa. Biało-czerwoni chcieli posiadać piłkę na połowie rywala, odbierać ją jak najszybciej, by stwarzać sobie sytuacje bramkowe. Nie zapominając przy tym o przeciwniku – jak zachowywać się w obronie, jak grać odpowiedzialnie, by potrafić się obronić. Podopieczni Sousy prezentowali się obiecująco od samego początku. Już w czwartej minucie Mateusz Klich zagrał fantastyczną prostopadłą piłkę z głębi pola w pole karne do Przemysława Frankowskiego, ten dobrze opanował futbolówkę i obracając się zdołał dograć do Jakuba Świerczoka, który pewnie sfinalizował akcję. Dla napastnika Piasta Gliwice było to premierowe trafienie w czwartym występie w narodowych barwach. Po bramce Świerczok prezentował się jeszcze lepiej, był bardzo aktywny, często wychodził do piłki, zastawiał się i szukał kolejnych szans. Obiecująco współpracował również z Karolem Świderskim, który tego dnia był jego partnerem w ataku. Z trybun poczynaniom młodszych kolegów przyglądał się Robert Lewandowski. Z powodu kontuzji w spotkaniu nie mógł również wystąpić Arkadiusz Milik. Świerczok i Świderski chcieli to wykorzystać i pokazać, że zasłużyli na miejsca w kadrze na mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni cały czas starali się podchodzić do rywala pressingiem, aby wymusić jego błąd. Dobry przechwyt i kolejną szybką akcję udało się przeprowadzić w ósmej minucie, lecz tym razem Frankowskiemu zabrakło precyzji przy podaniu do Świerczoka. Bardzo dobrze w środku pola wyglądał Mateusz Klich, który – pod nieobecność Piotra Zielińskiego – wcielił się w rolę reżysera gry Polaków. Tak jakby chciał odpłacić Paulo Sousie za ostatnie komplementy pod jego adresem w trakcie pierwszej audycji w „Radio Polska Europa” na kanale Łączy nas Piłka. Selekcjoner, poproszony o podpisanie się na plakacie drużyny, od razu zaznaczył, że zrobi to z przyjemnością, ale chciałby złożyć autograf przy zdjęciu Mateusza Klicha, bowiem uwielbia go oglądać. – Mamy wielu takich zawodników, ale „Clichy” ma energię, dynamikę i wszystko robi z uśmiechem na twarzy. Sprawia mu to radość – podkreślił Sousa. I w meczu z Rosją gra ewidentnie sprawiała Klichowi radość. Pierwszy kwadrans w wykonaniu biało-czerwonych był bardzo solidny, ale później niepotrzebnie się cofnęli. Błyskawicznie wykorzystali to Rosjanie, którzy w 21. minucie doprowadzili do remisu. Aleksandr Gołowin posłał wysoką prostopadłą piłkę w pole karne Polaków, a Wiaczesław Karawajew zgubił debiutującego w kadrze Tymoteusza Puchacza i wpakował piłkę do siatki między nogami Łukasza Fabiańskiego. Polacy próbowali odpowiedzieć pięć minut później. Lewym skrzydłem ruszył Dawid Kownacki i dośrodkował w pole karne, lecz piłkę za szesnastkę wybili obrońcy. Do futbolówki dopadł jednak błyskawicznie Klich i mocnym strzałem z dystansu próbował zaskoczyć Antona Szunina. Uderzenie powędrowało jednak nad bramką. Bliżej celu, i swojego drugiego trafienia w meczu, był z kolei po chwili Świerczok. 28-letni napastnik chciał co prawda dośrodkować w pole karne, ale wyszedł z tego strzał, który wylądował na poprzeczce. Później inicjatywę przejęli Rosjanie. W ich grze brakowało jednak konkretów, długo nie potrafili zagrozić polskiej bramce. Biało-czerwoni skupili się zaś na kontratakach i  jeden z nich mógł przynieść prowadzenie. Z lewej strony dośrodkował bardzo aktywny Klich, a głową strzelał Świderski, lecz w środek bramki, co nie sprawiło kłopotów Szuninowi. Druga połowa spotkania nie dostarczyła już tak wielu emocji. Częściej przy piłce znowu utrzymywali się Rosjanie, a Polacy szukali swoich szans w akcjach zaczepnych. Widać było, że zarówno Paulo Sousa, jak i Stanisław Czerczesow traktują ten mecz testowo, jako sprawdzian, bowiem obaj po przerwie dokonali po sześć zmian w swoich zespołach. Sporo ożywienia do gry biało-czerwonych wniósł Kamil Jóźwiak, który zastąpił Dawida Kownackiego. Pomocnik Derby County ma za sobą bardzo dobry sezon w Championship, był również jednym ze zwycięzców marcowego zgrupowania reprezentacji Polski, pierwszego za rządów Sousy. „Józiu” w meczu z Węgrami strzelił gola i miał duży udział przy trafieniu Krzysztofa Piątka na 2:2. W spotkaniu z Andorą zaliczył zaś asystę przy drugiej bramce Roberta Lewandowskiego. Teraz znów wniósł wiele dobrego do gry, ale wynik nie uległ już zmianie i Polacy zremisowali we Wrocławiu z Rosją 1:1. Przed biało-czerwonymi druga, mocniejsza część przygotowań do mistrzostw Europy w Opalenicy. Za tydzień kadra zmierzy się zaś w Poznaniu z Islandią w ostatniej grze przed UEFA EURO 2020.   1 czerwca 2021, Wrocław Polska – Rosja 1:1 (1:1) Bramki: Jakub Świerczok 4 – Wiaczesław Karawajew 21 Polska: 22. Łukasz Fabiański – 4. Tomasz Kędziora (56, 18. Bartosz Bereszyński), 25. Michał Helik, 2. Kamil Piątkowski (57, 5. Jan Bednarek), 26. Tymoteusz Puchacz – 19. Przemysław Frankowski (80, 8. Karol Linetty), 10. Grzegorz Krychowiak, 14. Mateusz Klich (70, 6. Kacper Kozłowski), 11. Karol Świderski (67, 16. Jakub Moder), 23. Dawid Kownacki (56, 21. Kamil Jóźwiak) – 24. Jakub Świerczok. Rosja: 1. Anton Szunin (63, 39. Matwiej Safonow) – 4. Wiaczesław Karawajew, 5. Andriej Siemionow (46, 3. Igor Diwiejew), 14. Gieorgij Dżykija, 13. Fiodor Kudriaszow, 23. Daler Kuziajew (67, 18. Jurij Żyrkow) – 15. Aleksiej Miranczuk (63, 19. Rifat Żemaletdinow), 11. Roman Zobnin, 7. Magomied Ozdojew (57, 29. Maksim Muchin), 17. Aleksandr Gołowin – 22. Artiom Dziuba (67, 10. Anton Zabołotnyj). Żółte kartki: Siemionow, Kudriaszow. Sędziował: Marco Guida (Włochy).
1 Czerwca 2021 godz. 5:49
Art za PZPN
 

Paulo Sousa: Nie będziemy zmieniać czegoś, co dobrze działa

Dziś o godz. 20.45 we Wrocławiu piłkarska reprezentacja Polski rozegra towarzyskie spotkanie z Rosją. Wczoraj odbyła się konferencja prasowa z udziałem trenera kadry Paulo Sousy. – Chcemy posiadać piłkę na połowie rywala, odbierać ją jak najszybciej, by stwarzać sobie sytuacje bramkowe. Nie zapominamy przy tym o przeciwniku – jak zachowywać się w obronie, jak grać odpowiedzialnie, by potrafić się obronić. Musimy unikać rzeczy dezorganizujących grę zespołu – powiedział portugalski szkoleniowiec. Paulo Sousa o kontuzji Arkadiusza Milika: Straciliśmy już Krzyśka Piątka, więc musiałem przeanalizować innych piłkarzy, którzy mogliby dołączyć do kadry i pomóc nam w osiąganiu dobrych wyników. Przed nami długi turniej i na pewno potrzebujemy zawodników, którzy mają instynkt killera. Po informacji, że Arek Milik doznał urazu, bezzwłocznie podjęliśmy wszelkie możliwe działania, by doprowadzić go do pełni zdrowia. Dlatego też zasięgnęliśmy opinii medycznej z zewnątrz, by mieć pełen obraz sytuacji. Jeśli Arek nie będzie mógł jednak zagrać, co musimy brać pod uwagę, na pewno nie zabraknie nam pomysłu. Mamy swoje przemyślenia, jesteśmy przygotowani, ale cały czas działamy, by doprowadzić Arka do pełnego zdrowia. Mamy od tego odpowiednich fachowców. …o wahadłowych w kadrze: Zawodnicy, którzy mogą zagrać jako wahadłowi, są nieco bardziej ofensywni, niż defensywni. Na pewno jednak chcemy mieć piłkarzy o odpowiednich możliwościach, a więc na przykład na lewej stronie gracza lewonożnego. Nie szukam na razie diametralnie zaskakujących rozwiązań. Nie rozważałem więc choćby przestawienia Bartka Bereszyńskiego na lewą flankę, bo on doskonale funkcjonuje na swojej nominalnej pozycji. Nie ma sensu zmieniać czegoś, co działa bardzo dobrze. …o organizacji gry zespołu: Zawsze postrzegam słabości jako możliwość, pole do rozwoju. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu, dlatego skupiam się głównie na odpowiednim modelu zespołu. Zwracamy uwagę na taktykę, przenoszenie piłki pomiędzy formacjami. Na boisku musimy być bardzo aktywni, współpraca pomiędzy liniami musi stać na najwyższym poziomie. Współczesny futbol to nie tylko obrona i kontratak. Próbujemy wyrobić w zawodnikach umiejętność współdziałania na jak najwyższym poziomie. Chcemy posiadać piłkę na połowie rywala, odbierać ją jak najszybciej, by stwarzać sobie sytuacje bramkowe. Nie zapominamy przy tym o przeciwniku – jak zachowywać się w obronie, jak grać odpowiedzialnie, by potrafić się obronić. Musimy unikać rzeczy dezorganizujących grę zespołu. …o zawodnikach z listy rezerwowej: Jesteśmy cały czas w kontakcie z zawodnikami z listy rezerwowej. Przekazujemy im wskazówki odnośnie przygotowań, ale oni sami również mają doświadczenie i wiedzą, co robić, by znajdować się w dobrej formie. Jestem pewien, że każdy z nich może w dowolnym momencie dołączyć do zespołu i nie zawiedzie. W razie potrzeby mogą zadzwonić do nas o każdej porze dnia i nocy. …o meczu z Rosją: W spotkaniu z Rosją od pierwszej minuty zagra Łukasz Fabiański. Ten mecz, podobnie jak ten z Islandią, ma nam pokazać, czy to, nad czym pracowaliśmy dotąd w Opalenicy, idzie we właściwym kierunku. Chcemy przekonać się, czy… będzie mieszanka zawodników z marca i tych, którzy jeszcze nie zagrali w moim zespole. Co do Roberta Lewandowskiego, ze względu na jego niedawną kontuzję i prośbę samego zawodnika, raczej nie zobaczymy go na murawie w podstawowej jedenastce. Oczekuję od zespołu tego, że przełożą na warunki meczowe wszystkie założenia, które trenowaliśmy podczas zajęć.
29 Maj 2021 godz. 14:40
Art za Arskom
 

Liga Mistrzów ulicy. Płonące samochody, amatorskie mecze i Mini z silnikiem Bentleya

Dwaj muzułmańscy przyjaciele, których rodzice niedługo przed ich narodzinami przeprowadzili się z Afryki do Paryża w poszukiwaniu lepszego życia. Kumple, którzy byli motorami napędowymi sensacyjnego Leicester City, najbardziej niespodziewanego mistrza Anglii w historii Premier League. Gwiazdy światowego futbolu, które w wieku 18 lat zamiast uczyć się piłki nożnej w renomowanych akademiach, grały amatorsko w dzielnicowych rozgrywkach na siódmym i ósmym poziomie rozgrywkowym, a pierwsze mecze w najwyższej klasie rozegrały dopiero w wieku 23 lat. Po sobotnim finale Ligi Mistrzów puchar do góry wzniesie jeden z nich – czy będzie to N’Golo Kante z Chelsea, czy też Riyad Mahrez z Manchesteru City? Podobieństwa w piłkarskich i życiowych drogach Kante i Mahreza można mnożyć niemal bez końca. Obaj wychowywali się bez ojców, którzy przedwcześnie zmarli – Kante senior kiedy N’Golo miał 11 lat, a Ahmed Mahrez gdy Riyad był cztery lata starszy. Dorastali w biednych, imigranckich dzielnicach Paryża, w których przemoc, narkotyki i policyjne naloty były na porządku dziennym. Ich przedwcześnie owdowiałe matki sprzątając utrzymywały całe rodziny, dbając żeby dzieci zawsze miały co jeść i schludnie wyglądały – choćby miało je to kosztować ostatniego centyma czy, później, eurocenta. Nic dziwnego, że kiedy spotkali się w Leicester City, stali się dobrymi kumplami.   Bentley i Mini Cooper Kręte piłkarskie ścieżki przeprowadziły ich przez brudne ulice, amatorskie kopaniny i drugoligowe derby Normandii aż na Wyspy Brytyjskie, gdzie dokonali niemożliwego, prowadząc Leicester City Claudio Ranieriego do mistrzostwa Anglii. Mahrez jako magik na skrzydle, który związywał nogi obrońcom rywali, Kante jako rygiel defensywy o którym szybko zaczęto żartować, że „70 procent powierzchni ziemi kryje woda, a resztę N’Golo.” Gdyby jednak w sercu ośrodka przemysłowego w East Midlands cichy, skromny i wstydliwy syn imigrantów z Mali nie spotkał bardziej przebojowego kolegi z podparyskiego Sarcelles, nie wiadomo jak potoczyłaby się jego angielska przygoda. – Kojarzyłem go przychodząc do Leicester, bo kilka lat wcześniej rywalizowaliśmy w meczach Le Havre z Caen, na drugim poziomie rozgrywkowym we Francji. To ważne spotkanie pomiędzy rywalizującymi zespołami. Kilka razy się mierzyliśmy, ale nie znaliśmy się osobiście, był dla mnie tylko jednym z rywali. W Leicester jednak błyskawicznie się zakumplowaliśmy, francuskojęzyczna grupa z Riyadem, Gökhanem Inlerem i Yohanem Benalouanem bardzo mi pomogła. Mahrez oprowadzał mnie po mieście, pokazał centrum. Świetnie się rozumiemy, dobrze dogadujemy i to przekłada się na boisko, gramy lepiej bo jesteśmy przyjaciółmi – opowiadał N’Golo Kante kiedy obaj byli piłkarzami Leicester City.  Jak na dwóch kumpli, którzy przeszli takie samo niełatwe dzieciństwo i którzy musieli swoje szanse w poważnym futbolu wyszarpywać centymetr po centymetrze, występuje między nimi też wiele poważnych różnic. Ich symbolem niech będą wybory motoryzacyjne: Riyad kiedy tylko zaczął zarabiać wielkie pieniądze, sprawił sobie efektownego Bentleya, którym chętnie rozbijał się po drogich knajpach. W tym samym czasie Kante jeździł maleńkim Mini Cooperem, odmówił Chelsea na propozycję przepuszczania swojego wynagrodzenia przez raje podatkowe, która zaoszczędziłaby mu 5 milinów złotych rocznie na podatku dochodowym i wstydził się rozmawiać z dziennikarzami. Chociaż wychowywali się 17 kilometrów od siebie, reprezentują dwa różne kraje: Mahrez Algierię, ojczyznę swoich rodziców w której często spędzał wakacje, a Kante Francję, choć Malijczycy wielokrotnie zgłaszali się do niego z propozycjami reprezentowania kraju przodków. Na boisku też są jak ogień i woda, albo jak pedał gazu i hamulec: Riyad napędzający akcje i N’Golo uniemożliwiający rywalom ich konstruowanie. Patrząc z perspektywy czasu zespół z dwoma takimi graczami musiał walczyć o najwyższe cele. Leicester City Ranieriego było jak Mini Cooper z silnikiem od Bentleya: niepozorny, ale szalenie potężny. Uprzykrzają życie Guardioli Teoretycznie w finale Ligi Mistrzów, do którego swoje drużyny niemalże na plecach wciągnęli Kante i Mahrez, faworytem powinien być Manchester City. Mistrz Anglii pod wodzą Pepa Guardioli imponuje nie tylko skutecznością, ale też znakomitą postawą w defensywie, zwycięstwo w lidze zapewnił sobie na długo przed końcem rozgrywek, a Katalończyk jest bezapelacyjnie najbardziej utytułowanym szkoleniowcem XXI wieku. Jest jednak pewien szkopuł – w tym roku zespół z niebieskiej części Manchesteru już trzykrotnie mierzył się z The Blues i dwa razy w kluczowych momentach okazywał się słabszy: przegrał 0:1 w finale Pucharu Anglii i 1:2 w niedawnym meczu ligowym, który – w przypadku wygranej – mógł już zapewnić tytuł The Citizens. Co łączy te dwie porażki? Za każdym razem na boisku nie było Mahreza, a gwiazdy City miały wielki problem ze zdominowaniem środka pola, w którym rządził Kante. We wszystkich przypadkach bukmacherzy przewidywali zwycięstwo zespołu Guardioli, tak też jest przed finałem Ligi Mistrzów. Eksperci z firmy Totolotek wyznaczyli kurs w wysokości aż 4.51 za zwycięstwo Chelsea. Gracze, którzy postawią w Totolotku na drużynę z Manchesteru mogą zarobić 1,85 złotego za jedną zagraną złotówkę (minus podatek). Te kursy pewnie byłyby jeszcze bardziej nierówne, gdyby potwierdziły się obawy o zdrowie N’Golo Kante, który opuścił ostatni mecz ligowego sezonu przez uraz przywodziciela. Tu jednak Thomas Tuchel nie pozostawia wątpliwości. – Przestańcie mnie pytać o problemy. Najpierw zamierzam przywrócić go do treningu, a w sobotę poślę na boisko. Może przestanę przy okazji rozmawiać z lekarzami i fizjoterapeutami, żeby przestać słuchać obaw i marudzenia – jasno wyjaśnił szkoleniowiec The Blues. Beur i maluch na szczycie świata O takich jak Mahrez – urodzonych we Francji dzieciach imigrantów z Maghrebu – mówi się beur i w ustach rdzennych Francuzów bywa to określeniem pejoratywnym. Zawsze miał pod górkę. W Sarcelles, podparyskim blokowisku w którym się wychował, łatwiej było zobaczyć płonący samochód niż człowieka sukcesu. Zamieszki, handel narkotykami, walki z policją – to wszystko było codziennością mieszkańców. Okolica była tak niebezpieczna, że rodzice zostawiając synów w mieszkaniu kiedy szli do pracy, zamykali drzwi na klucz, żeby dzieci nie stały się ofiarami wszechogarniającej przemocy. Na ulicach toczyła się regularna wojna podrostków z ciężko uzbrojonymi oddziałami szturmowymi policji. Mahrez miał jednak na osiedlu inny wzór, niż chuliganów palących auta. Z tego samego Sarcelles do wielkiego futbolu ruszał inny algierski Francuz – Zinedine Zidane. To jego przykład, wzmocniony dodatkową motywacją po śmierci taty, który sam był bramkarzem i kochał futbol, napędziły Mahreza do spełnienia sportowego marzenia. Na drodze stała mu jednak nie tylko bieda, ale też własne ciało. – Trenerzy młodzieżowi mówili, że jestem za chudy do gry w piłkę. Że nie dam rady w pojedynkach. To samo słyszałem jadąc do Anglii, że to najgorsza możliwa liga dla mnie, że będę się odbijał od rywali. Tak, nie jestem atletą. Dlatego wolę rywali mijać, niż się z nimi zderzać. I to mi się udaje – śmiał się skrzydłowy Manchesteru City. Ten styl gry pozostał mu z dawnych czasów. – Niesamowite w nim jest to, że w ogóle się nie zmienił. Gra cały czas w ten sam sposób, jak w drugiej lidze francuskiej. Drybluje, strzela piękne gole, imponuje wspaniałą techniką. Gra tak samo jak dawniej, tylko robi to przeciwko lepszym przeciwnikom – komplementuje Mahreza Kante, który sam nigdy nie imponował warunkami fizycznymi. Jako dzieciak zawsze był najmniejszy na boisku, wychodził na murawę, nie dawał się przejść żadnemu rywalowi, a potem zawstydzony z boku patrzył jak wyżsi o półtorej głowy koledzy z drużyny świętują zdobywanie kolejnych trofeów. Miedzy treningami Przede wszystkim jednak był najwierniejszym żołnierzem każdego trenera. – Był tym, który słuchał i wypełniał każde, ale to absolutnie każde polecenie. Przed wakacjami zażartowałem, że musi przez te dwa miesiące nauczyć się podbijać piłkę 50 razy prawą nogą, 50 lewą i tyle samo głową. Wrócił i to zrobił! Byłem w szoku i już więcej nie dawałem mu żadnych zadań specjalnych – wspominał Piotr Wojtyna, który trenował Kante w podparyskim JS Suresnes. Trudno się dziwić Thomasowi Tuchelowi, że nie wyobraża sobie straty takiego zawodnika. Najtrudniejszym zadaniem dla neutralnych kibiców będzie podjęcie decyzji, kogo dopingować w finale Ligi Mistrzów. Mahrez i Kante są wzorami tego, co w futbolu najpiękniejsze: wytrwałości, walki z przeciwnościami losu, pogoni za marzeniami. Szkoda, że w sobotę jeden z nich będzie musiał odłożyć swoje marzenia o wygraniu LM na później.
19 Maj 2021 godz. 5:42
Art za Arskom, fot. Tomasz Bridmann
 

Biało-czerwoni w pigułce: 5 rzeczy, których nie wiesz o wybrańcach Paulo Sousy!

Jedni oburzają się brakiem powołań dla Kamila Grosickiego i Sebastiana Szymańskiego, drugim brakuje w reprezentacji Polski Bartłomieja Drągowskiego, a trzeci cieszą się z szansy danej Jakubowi Świerczokowi. Na poniedziałkowej konferencji prasowej, na której Paulo Sousa ogłosił listę graczy, którzy otrzymają zaproszenie na Euro, nie brakowało kontrowersji. Nie było tak szokujących decyzji, jak te Pawła Janasa, który na mistrzostwa świata 2006 nie zabrał m.in. Jerzego Dudka, ale tematów do dyskusji nie zabraknie co najmniej do startu imprezy. O rekordach Roberta Lewandowskiego, podaniach Piotra Zielińskiego czy twardym charakterze Kamila Glika można przeczytać niemal codziennie. Kadra Paulo Sousy kryje jednak wiele ciekawostek, o których mało kto ma pojęcie. Dla Portugalczyka przy wyborze składu nie było świętości, nie bał się pójść pod prąd. Oto pięć najciekawszych faktów dotyczących jego wybrańców!     Legia jak sprzed wojny! Brak powołania nie tylko do kadry na Euro, ale nawet na listę rezerwowych jakiegokolwiek zawodnika Legii Warszawa to sytuacja niespotykana od bardzo dawna. W naszych dotychczasowych występach na mistrzostwach Europy w kadrze zawsze byli zawodnicy wojskowych: Michał Pazdan, Jakub Wawrzyniak, Roger Guerreiro czy Tomasz Jodłowiec. Na mistrzostwach świata sytuacja, w której selekcjoner nie zdecydowałby się na powołanie jakiegokolwiek zawodnika Legii ostatni raz miała miejsce jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Wówczas selekcjoner Józef Kałuża nie zdecydował się na powołanie do reprezentacji Polski ani jednego legionisty, przedstawicielami stolicy było dwóch zawodników Polonii Warszawa (Władysław Szczepaniak i Erwin Nyc) oraz jeden Warszawianki – Stanisław Baran. W każdym z naszych pozostałych występów na mundialach w kadrze było od jednego (Łukasz Fabiański w 2006 roku) do nawet pięciu zawodników tego klubu –taka sytuacja miała miejsce dwukrotnie: na MŚ w 1982 i 1986 roku, a przedstawicielami wojskowych byli tacy gracze jak Paweł Janas, Marek Kusto, Stefan Majewski, Andrzej Buncol, Jacek Kazimierski, Jan Karaś, Dariusz Kubicki czy Dariusz Dziekanowski. Również na igrzyskach olimpijskich w reprezentacji Polski prawie zawsze byli zawodnicy klubu z ulicy Łazienkowskiej. Jedyna sytuacja, kiedy kadra olimpijska była całkowicie nielegijna, miała miejsce prawie 100 lat temu! Na IO w Paryżu w 1924 biało-czerwoni wystąpili bez przedstawicieli stołecznego klubu, a swój udział w turnieju zakończyli na pierwszej rundzie, przegrywając aż 0:5 z Węgrami. Biorąc pod uwagę fakt, że na MŚ 1938 Polacy też już po pierwszym spotkaniu, przegranym 5:6 z Brazylią, musieli pakować manatki, to statystyka wygląda dla Paulo Sousy nieubłaganie. Z przymrużeniem oka: reprezentacja Polski na dużych turniejach bez legionistów przegrała 100 procent rozegranych spotkań, tracąc średnio 5,5 gola na mecz. Czy można mówić o klątwie? Eksperci z branży bukmacherskiej w to nie wierzą. W firmie Totolotek kurs na to, że Polacy wyjdą z grupy na Euro 2020 to 1.25 i jest niższy niż kursy na awans Szwedów czy Słowaków. Analizując kursy Totolotka łatwo dojdziemy do wniosku, że Hiszpanie są murowanym faworytem do wygrania grupy, a my z reprezentacją Trzech Koron powalczymy o drugie miejsce w grupie. I oby faktycznie tak było.   Już tylko dwóch niezastąpionych Gdyby Kamil Grosicki otrzymał powołanie do reprezentacji Polski na Euro, byłby jednym z trzech piłkarzy, obok Wojciecha Szczęsnego i Roberta Lewandowskiego, którzy od 2012 roku nie ominęli żadnego dużego turnieju i będą częścią drużyny biało-czerwonych na czterech imprezach rangi mistrzowskiej. Szansę na to miałby również Kuba Błaszczykowski, o którego powołaniu na nadchodzący turniej nie było jednak na poważnie mowy, ze względu na jego słabą formę w Wiśle Kraków.  Wpisanie „Grosika” tylko na listę rezerwową, przy jednoczesnym powołaniu również rezerwowego w swoim klubie Przemysława Płachety, było jednym z większych zaskoczeń dla części komentatorów. Trudno jednak zaprzeczyć, że skoro głównym argumentem obrońców skrzydłowego jest to, że „robiłby dobrą atmosferę w szatni”, to tak naprawdę brakuje racjonalnych przesłanek, żeby go powołać. – Chcemy przyjrzeć się innej ścieżce rozwoju, która będzie najlepsza dla drużyny. To była trudna decyzja, ale emocje odkładam na bok – tłumaczył brak powołania dla Grosickiego Paulo Sousa. Między słowami można wyczytać z tej decyzji i słów dwie rzeczy: że Portugalczyk zamierza się trzymać swojego wyboru ustawienia z trójką stoperów i wahadłowymi, do którego słaby w defensywie i nieprzygotowany motorycznie Grosicki nie pasuje, a także tego, że biorąc dynamicznego skrzydłowego, który będzie wchodził na końcówki spotkań, lepiej, żeby miał on 23 lata, jak Przemysław Płacheta, niż 33 jak „Grosik”.   Płacheta jak Pendolino Pierwszy artykuł w mediach poświęcony skrzydłowemu miał tytuł „Wygrywają dzięki Pendolino” i był opisem trzecioligowego spotkania pomiędzy Lechią Tomaszów Mazowiecki i Polonią Warszawa, której barwy reprezentował Przemysław Płacheta. Mecz, który był debiutem skrzydłowego w seniorskiej piłce, przypadł kilka dni po jego 17. urodzinach. Pojawił się na boisku w 72. minucie z ławki rezerwowych i potrzebował zaledwie ośmiu minut, żeby zdobyć premierowego gola. – Grajcie na Przemka, przecież oni nawet na rowerze go nie dogonią! – krzyczał z ławki rezerwowych do swoich zawodników szkoleniowiec Czarnych Koszul Marek Końko, pokazując na nieco ociężałe sylwetki obrońców z Tomaszowa i – nie da się ukryć – trafił z tą zmianą w dziesiątkę. Rajdy Płachety po skrzydle raz po raz rozrywały obronę rywali, którzy rozpaczliwie szukając wyrównania zostawiali mnóstwo miejsca dynamicznemu zawodnikowi. Jedna z takich akcji zakończyła się bramką, a nieliczni dziennikarze obecni na spotkaniu ochrzcili Płachetę mianem „Pendolino”. – Jeszcze do niedawna trenowałem lekkoatletykę, biegałem sprinty, więc nie da się ukryć, że szybkość jest jednym z moich największych atutów – zdradził po tym spotkaniu zawodnik, który właśnie sprintem przeszedł przez trzecią ligę. Po zaledwie 12 spotkaniach w seniorskim zespole Polonii, wystąpił w barwach juniorskiego zespołu Czarnych Koszul w półfinale CLJ. Polonia po rzutach karnych odpadła z Lechem Poznań, ale dynamiczny skrzydłowy na tyle wpadł w oko skautom RB Lipsk, że ci postanowili wziąć go do siebie. Płacheta miał na stole wiele ofert, w tym z Legii, ale zdecydował się na wyjazd za granicę. Żeby jednak skutecznie ruszyć na podbój Europy, po dwóch latach pobytu w juniorach i rezerwach niemieckiego klubu musiał wrócić do Polski i znów od niższych lig zacząć wędrówkę po klubach. Ta na szczęście okazała się tak skuteczna, że droga przez Siedlce, Bielsko-Białą, Wrocław i Norwich zaprowadziła go aż na mistrzostwa Europy.   Najlepszy raper wśród piłkarzy Uraz Arkadiusza Recy, który wyeliminował go z kadry na turniej, sprawił, że poziom talentu w reprezentacji Polski na pewno wzrośnie. Mamy tutaj na myśli talent… muzyczny! Lewy obrońca Lecha Poznań Tymoteusz Puchacz, który został powołany właśnie w miejsce byłego gracza Wisły Płock, jest wielkim fanem rapu, którego utwór „Kante” – poświęcony defensywnemu pomocnikowi londyńskiej Chelsea – ma na YouTube przeszło 2 miliony wyświetleń! – Ma do tego warsztat, ma podstawy bardzo dobre. Wszedł do studia jak profesjonalista i zrobił swoje – mówił o piłkarzu na kanale YouTube Foot Truck „Nocny”, producent utworu, który w wytwórni SBM odpowiada za produkcję muzyczną. – Ja się na boisku nigdy niczym nie stresuję. A wchodząc do studia było inaczej, spory stres – przyznawał Foot Truckowi „Puszka”, bo takim rapowym pseudonimem posługuje się reprezentant Polski. „Nic nie wiesz, nie rozumiesz, że ja zawsze krok przed tobą. Manewruję, robię ruchy, jestem w twoim oku solą. Ja i ziomki, żadne pionki, wysyłamy cię na OIOM. Zawsze moje świry – jak nie trafię trafi Olo, trafi Skrzypa, trafi Józiu, a na pewno trafi Modziu” – ten fragment kawałka „Kante” nie tylko dobrze brzmi, ale przede wszystkim w sporej części okazał się proroczy. „Modziu”, czyli Jakub Moder, strzelił przecież gola na Wembley, „Józiu”, czyli Kamil Jóźwiak, ma w seniorskiej reprezentacji dwa gole: przeciwko Holandii i niedawno w meczu z Węgrami. „Puszka” jeszcze czeka na debiut w dorosłej drużynie narodowej, ale może on nastąpić w wyjątkowych okolicznościach, w trakcie jednego z najważniejszych turniejów ostatnich lat. Jeśli, zgodnie ze swoimi rapowymi zapowiedziami, będzie „zapi… tak jak Kante”, to kadra może mieć z niego wiele pożytku.   Kozłowski zgarnia rekordy Kacper Kozłowski z Pogoni Szczecin, wchodząc na boisko w marcowym meczu z Andorą, w wieku 17 lat i 163 dni stał się drugim najmłodszym debiutantem w historii reprezentacji Polski. Wcześniej w narodowym zespole zagrał tylko Włodzimierz Lubański, który w 1963 roku w meczu z Norwegią zagrał mając zaledwie 16 lat i 188 dni. Jeśli młody pomocnik przez choć minutę pojawi się na boisku w trakcie mistrzostw Europy, stanie się najmłodszym graczem w historii naszej kadry, który wystąpił na imprezie mistrzowskiej. – On jest fantastyczny. To dobrze grający chłopak i dlatego został powołany. Myślimy o nim jako o przyszłości zespołu – mówił o Kozłowskim w marcu Paulo Sousa. I faktycznie, piłkarz przekonał do siebie Portugalczyka na tyle, że po rozegraniu zaledwie 24 meczów i strzeleniu jednego gola w ekstraklasie wywalczył sobie powołanie na jedną z najważniejszych piłkarskich imprez. Jeżeli środkowy pomocnik zachowa zimną głowę i będzie ciężko pracował, przyszłość będzie należeć do niego. Ale o spokój niełatwo, szczególnie kiedy zagraniczni dziennikarze nazywają go „polskim Pogbą” i sugerują, że jego usługami są zainteresowane Czerwone Diabły. Sousa ceni w piłkarzu wszechstronność i to, że łączy on walory ofensywne z umiejętnością walki w defensywie. W trakcie Euro 2016 na ustach całego świata był Bartosz Kapustka – czy tym razem głośno będzie o jeszcze młodszym Kozłowskim?  
29 Kwietnia 2021 godz. 2:39
Art, fot. Twitter/Man.City
 

Liga Mistrzów: 13 minut wstrząsnęło Paryżem!

Szczęście sprzyja odważnym. Te słowa Wergiliusza musieli wziąć sobie do serc wychodzący na drugą połowę gracze Manchester City. Dzięki swojej odważnej grze najpierw - zdobyli szczęśliwie bramkę - doprowadzili do remisu, a chwilę później zdobyli zwycięskiego gola. Pierwsze trzy kwadranse półfinałowego starcia LM pomiędzy Paris Saint-Germain, a Manchesterem City należał do paryżan. Gdy w 15. min  Marquinhos górując nad obroną The Citizens głową zdobył prowadzenie wydawało się, że kolejne gole dla gospodarzy to już tylko kwestia czasu. Podopieczni Pepa Guardioli przetrwali jednak pierwszą połowę nie tracą więcej bramek. Po przerwie na murawie Parc des Princes wszystko się zmieniło. Dotąd bojaźliwie grający Anglicy odważnie ruszyli do ataku. City zdominowało posiadanie piłki, a ich ciągła presja przyniosła efekty. W 64. min piłka po dośrodkowaniu Kevina De Bruyne'a wpadła szczęśliwie dla niego i kolegów z drużyny do siatki. Tak pechowo stracona bramka podcięła skrzydła gwiazdom PSG. Gdy w 71. min Riyada Mahreza uderzając z wolnego znalazł dziurę w murze wyprowadził City na prowadzenie. Chwilę później, 13 minut od momenty gdy padła wyrównująca bramka wszelkie nadzieje na zmianę rezultatu odebrał Francuzom Idriss Gueye, który brutalnym wślizgiem powalił Ilkaya Gündogana. Senegalczyk wyleciał z boiska z czerwoną kartką.  Półfinałowy dwumecz tych dwóch klubów budowanych za miliony naftowych szejków, a nazywany dość powszechnie „El Gashico”  lub „Oil Firm Derby” na pewno jeszcze nie jest rozstrzygnięty, ale znaczną przewagę wywalczyli sobie odważnie grający w drugiej połowie Anglicy.  PSG: Navas; Florenzi, Marquinhos, Kimpembe, Bakker; Gueye, Paredes (Herrera 83); Di María (Danilo 80), Verratti, Neymar; Mbappé Man.City: Ederson; Walker, Stones, Rúben Dias, João Cancelo (Zinchenko 61); Rodri, Gündoğan; Mahrez, De Bruyne, Foden; Bernardo Silva Co dalej? W weekend Paris Saint-Germain zagra u siebie z Lens w Ligue 1, podczas gdy City odwiedzi Crystal Palace. Losy półfinału LM rozstrzygnąy się we wtorek 4 maja w Manchesterze, a zwycięzca zmierzy się z Chelsea lub Realem Madryt w finale, który zaplanowano w Stambule na 29 maja.  
29 Kwietnia 2021 godz. 2:00
Art za gwardia Koszalin, ZZPN, fot. Gwardia Koszalin
 

Gwardia dalej gra w PP

Piłkarze Gwardii Koszalin awansowali do dalszej fazy rozgrywek o Puchar Polski ZZPN. W meczu V rundy zmagań, Gwardia wygrała na wyjeździe z Wiekowianką Wiekowo 2:1. W 15. minucie strzałem zza pola karnego rezultat otworzył Cezary Bać. Dwadzieścia minut później w polu karnym faulowany był Dominik Pooch i arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy. Jedenastkę na gola zamienił Marcin Lipski. Na początku drugiej połowy strzelec gola dla Wiekowianki ujrzał dwie żółte, a w konsekwencji czerwoną kartkę i gospodarze kończyli pojedynek w osłabieniu. Mimo straty jednego zawodnika, kilka chwil później w dogodnej sytuacji znalazł się Dominik Pooch, lecz futbolówka powędrowała nad poprzeczką. Po drugiej stronie boiska nasz zespół stworzył sobie kilka okazji do strzelenia gola, a swoich szans szukali m.in. Dawid Rybacki, Bartosz Stankiewicz, Piotr Sulima, Daniel Chyła czy Jakub Kucab. Za każdym razem piłka mijała światło bramki, bądź między słupkami udanie interweniował golkiper Wiekowianki. W 73. minucie mocnym strzałem popisał się Bartosz Maciąg i zespół z Koszalina ponownie objął prowadzenie. Do końca spotkania obie drużyny stworzyły sobie kolejne okazje do zdobycia bramki, lecz rezultat nie uległ już zmianie. W ostatnich minutach czerwoną kartką ukarany został Daniel Chyła. Warto dodać, że w meczu przeciwko Wiekowiance szansę gry otrzymało kilku zawodników zespołu juniorów starszych, takich jak Jakub Kucab, Radosław Bazgier, Mateusz Wróblewski, Bartosz Stankiewicz czy występujący w ostatnim czasie w pierwszej drużynie - Cezary Zalewski.   Skład Gwardii: Rzepecki - Wojciechowski (46. Wróblewski), Kucab, Czyżewski, Maciąg, Grela (46. Rybacki), Chyła, Bać (46. Szukiełowicz), Bazgier, Sulima, Zalewski (46. Stankiewicz). Wyniki innych spotkań: Iskra Białogard - Rasel Dygowo 1:1 k. 4:2
27 Kwietnia 2021 godz. 15:24
Ala za Arskom
 

Paris Saint-Germain: Królowie moralności czy szejkowie hipokryzji?

W drugiej z par półfinałowych Ligi Mistrzów kibiców czekają „derby Zatoki Perskiej”. Naprzeciwko siebie staną Paris Saint-Germain i Manchester City, dwa kluby, których właścicielami poprzez fundusze inwestycyjne de facto są państwa: odpowiednio Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie. I chociaż jednych z drugimi łączą petrodolarowe fundamenty i nieskończenie zasobne portfele, w ostatnim czasie The Citizens stali się w oczach opinii publicznej pazernymi grabarzami futbolu, a paryżanie bohaterami chroniącymi uboższych przed chciwością elity. Czy niechęć PSG do wzięcia udziału w Superlidze faktycznie wynikała z chęci stania się piłkarskim Robin Hoodem? Niedoszły projekt utworzenia Superligi miał wynieść pod niebiosa jej twórców, z Realem Madryt na czele, a tymczasem dwoma klubami które najmocniej skorzystały na tym rokoszu są PSG i Bayern Monachium, czyli ci, którzy od razu odmówili separatystom i nie włączyli się do krytykowanego projektu. Kibice z całego świata prześcigali się w chwaleniu tych klubów, posuwając się nawet w swoim entuzjazmie do nazywania ich „Robin Hoodami”, którzy chcą się dzielić z biedniejszymi, a także chwaląc wysiłki paryżan i monachijczyków w „ratowaniu futbolu”. Mówi się, że w futbolu „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz” i gdyby to wyświechtane porzekadło było prawdą, to faktycznie PSG miałoby prawo chwalić się tym, że nie dało się nabrać na ułudę elitarnych rozgrywek dla bogaczy. Czy jednak faktycznie prezesowi mistrza Francji, Nasserowi Al-Khelaifiemu, chodziło w tym wszystkim o dobro futbolu? Czy jednak o portfel swój i swoich mocodawców? Nie strzelać do własnej bramki Jednym z pierwszych głosów krytycznych, który pojawił się chwile po doniesieniach o powstaniu Superligi, był ten piłkarza Paryżan, Andera Herrery. – Zakochałem się w futbolu ludowym. Futbolu należącym do kibiców. W tym marzeniu, że mój ukochany zespół kiedyś zmierzy się z najlepszymi. Jeżeli ta Superliga faktycznie się wydarzy, te marzenia umrą. Skończą się sny kibiców mniejszych zespołów, że na murawie wywalczą sobie prawo gry w kluczowych rozgrywkach. Kocham futbol i nie mogę milczeć. Wierzę w poprawioną Ligę Mistrzów, ale nie w bogaczy kradnących coś, co stworzył lud. Kradnących najpiękniejszy sport na świecie – stwierdził Bask.  Te piękne słowa pewnie miałyby większe znaczenie, gdyby nie wypowiedział ich zawodnik klubu, który miał najwięcej do stracenia w związku z projektem Superligi. Pod względem czysto sportowym: jaki interes ma PSG w podłączaniu do finansowej kroplówki swoich największych, ogromnie zadłużonych rywali, jak Barcelona czy Real Madryt? Przepastne portfele i brak debetu na koncie są jednymi z głównych atutów Paryżan w perspektywie kolejnych lat. Słabsi rywale to mniejsza konkurencja na rynku transferowym, możliwość sprowadzania lepszych piłkarzy za mniejsze kwoty, a co za tym idzie szansa na stanie się hegemonem i osiągnięcia tego, co jeszcze nigdy się PSG nie udało – wygrania Ligi Mistrzów. Rozgrywek, których rozwój, nawet jeśli ostatecznie to nie klub z Francji będzie sięgał po puchar, jest w żywotnym interesie „Robin Hooda” Al-Khelaifiego, właściciela konglomeratu mediowego BeIn Sports, który jest właścicielem praw do transmisji tych rozgrywek na wielu rynkach i regularnie wpompowuje miliardy euro do UEFA. Psucie własnego produktu po prostu nie leży w ich interesie. A biorąc pod uwagę fakt, że na swojej wierności prezes PSG jeszcze wzmocnił swoją pozycję w europejskich strukturach, podbijając serce szefa UEFA Aleksandra Ceferina, na pewno było warto. – Nasser, dziękuję ci całym sercem. Pokazałeś, że respektujesz futbol i jego wartości. Jesteś wielkim człowiekiem – powiedział Al-Khelaifiemu Ceferin, który w tym samym wystąpieniu nazwał secesjonistów „wężami”. Szef PSG zyskał całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że… po prostu nic nie zrobił. A warto zauważyć, że właściwie nie miał innej opcji – jego szefem jest emir Kataru, państwa, które w przyszłym roku organizuje piłkarski mundial i jest tak powiązane siecią interesów z działaczami FIFA i UEFA, że w żadnym wypadku nie mogłoby sobie pozwolić na wystąpienie przeciwko nim. Wygrać nie tylko wizerunkowo Z czterech zespołów pozostających na placu boju w tej edycji Ligi Mistrzów, to Paris Saint-Germain może już się ogłosić zwycięzcą pod względem wizerunku i skutecznego bronienia swoich partykularnych interesów. To jednak dla tego klubu za mało – projekt musi się obronić pod względem sportowym, a tutaj sytuacja nie jest oczywista. Dziesięć lat katarskich rządów na Parc des Princes nie przyniosło ani jednego europejskiego trofeum, a w tym sezonie nawet dominacja na krajowej arenie stoi pod znakiem zapytania – na cztery kolejki przed końcem rozgrywek liderem Ligue 1 jest Lille, a szanse na tytuł zachowują też AS Monaco i Lyon. Paryżanie będą musieli połączyć skuteczną grę w półfinałowym dwumeczu LM z brakiem jakichkolwiek potknięć na krajowej arenie. The Citizens mogą być już spokojni o mistrzostwo Anglii i rzucić całe siły na wymarzony podbój Europy. Według ekspertów, to może przeważyć szalę: kurs w firmie Totolotek na wygraną Manchesteru City w pierwszym spotkaniu to 2.26, a za złotówkę postawioną na gospodarzy można zarobić 2,97 zł (minus podatek). Bukmacherzy Totolotka wierzą też, że to właśnie ta para półfinałowa wyłoni ostatecznego zwycięzcę tegorocznej Ligi Mistrzów: faworytem do zgarnięcia trofeum jest Manchester City (kurs 2.35), ale na drugim miejscu jest PSG, z kursem równym 4. Real Madryt i Chelsea są niżej oceniane. Dlaczego szanse PSG, które w ćwierćfinale wyeliminowało obrońców tytułu z Monachium, są mniejsze niż angielskiego zespołu? Oprócz większego zaangażowania w walkę ligową, trzeba zwrócić uwagę na to, że chociaż Paryżanie mają lepsze indywidualności, są po prostu trochę słabszą drużyną. Jeśli Neymar czy Mbappe będą mieli „dzień konia” – szanse PSG wzrosną. Wciąż jednak w dwumeczu, w którym zadecydują niuanse, kluczowe może się okazać doświadczenie trenerów. A to Pep Guardiola w ostatnich kilkunastu latach pokazał, że skuteczności w zdobywaniu trofeów inni mogą mu pozazdrościć. Na liście najbardziej utytułowanych szkoleniowców przegrywa już tylko z Sir Alexem Fergusonem, Mirceą Lucescu, Jockiem Steinem i Walerym Łobanowskim. Żeby zebrać kolekcję 30 trofeów, potrzebował tylko 13 lat. W tym samym czasie gablota prowadzącego obecnie PSG Mauricio Pochettino wzbogaciła się o jedno, jedyne trofeum – Superpuchar Francji. Argentyńczyk umie jednak skutecznie pokrzyżować szyki bardziej utytułowanemu rywalami, o czym Guardiola boleśnie przekonał się dwa lata temu, kiedy porażka z prowadzonym przez Pochettino Tottenhamem pozbawiła go szans na wygranie Ligi Mistrzów. Czy na boisku mogą być widoczne echa niedawnego zamieszania z Superligą i tego, że oba rządzone przez szejków kluby miały diametralnie różne podejście do sprawy? Guardiola nie zostawia wątpliwości: – Ludzie wypuszczają różne oświadczenia, my dajemy swoje opinie, ale po tym nie możemy zrobić nic więcej. Przedstawienie musi trwać. Jak każą nam grać więcej, będziemy grać więcej. Wymyślą mundial z 56 zespołami, moi piłkarze też będą w nim uczestniczyć. Moją robotą jest jak najlepsza gra, sprawienie, żeby piłkarze grali z poświęceniem i zdobywali jak najwięcej trofeów – mówił trener. Jedno jest pewne: ani do jego gabloty, ani do gabloty Pochettino, ani nawet Florentino Pereza w najbliższym czasie raczej nie dołączy puchar za wygranie Superligi. Za to gdyby UEFA wprowadziła nagrody za hipokryzję, to nazwanie prezesa PSG „Robin Hoodem futbolu” na pewno by na nią zasługiwało.