Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Wystawy w Koszalinie:

9 Maj 2015 godz. 9:51
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Fotografia młodych w Centrali

Piątkowy wieczór w Centrali Artystycznej upłynął pod znakiem uczelnianych prac. Studenci drugiego roku Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej z kierunku Architektura Wnętrz zaprezentowali swoje fotografie. Wernisaż nie przyciągnął tłumów. To grono samych artystów i dziennikarzy stanowiło najliczniejszą grupę, która  uczestniczyła w otwarciu ekspozycji. Po przywitaniu gości, kurator wystawy - Katarzyna Szoka – opowiedziała o atmosferze, jaka panuje na uczelni i o tym jak wymagania  kadry sprawiają, że student za pomocą pracy twórczej poznaje  wszelkie zagadnienia związane z zadanym tematem.Rzeczywiście „podziwiając” fotografie i jeden cykl rysunków  młodych żaków, można odnieść wrażenie, że widz ma do czynienia z urywkiem większej pracy. To jakby oglądać  materiał ćwiczeniowy, bo o doznaniach artystycznych mówić tu jeszcze nie można. Paradoksalnie tytuł ekspozycji „W ukryciu” w zderzeniu z zaprezentowanymi dziełami, staje się hasłem na wskroś ironicznym. Twórczość, jaką można obejrzeć w Centrali przez najbliższe tygodnie, powinna pozostać ukryta, gdyż nie prezentuje odbiorcy nic poza dumą żaków z tego, że udało im się zaliczyć semestr. Jednak  sama inicjatywa w klubokawiarni przy ul. Modrzejewskiej, jest nie do przecenienia. Dzięki  gościnności właścicielki lokalu Violetty Świdroń, młodzi mieli okazję po raz pierwszy  pokazać efekty swojej pracy twórczej publicznie. Studenci mogli jednak  lepiej przygotować swoją ekspozycję, dokonując rygorystycznej selekcji prac. Za podsumowanie wernisażu niech posłużą słowa jednego z pracowników koszalińskiej instytucji kultury, które przeszły już do kanonu słownego opisu nijakiej rzeczywistości: „ (...) było, jak było.”.   Zachęcamy do obejrzenia galerii dokumentującej wydarzenie.
7 Marca 2015 godz. 9:16
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Piękno według Osiki

Wystawa fotografii Macieja Osiki to poruszająca opowieść o poszukiwaniu piękna i tożsamości cielesnej. Ekspozycja została zorganizowana w ramach działalności Galerii Scena, która obecnie nie posiada własnej przestrzeni wystawienniczej. Maciej Osika to  uznany wrocławski artysta, którego pasją jest fotografia. Brał udział w wielu prestiżowych wystawach i galeriach w kraju wzbudzając zachwyt krytyków i widzów. Jego twórczość dotyka wiele wątków, które  nie są wcale oczywiste. Pierwszy cykl „Piękno, które trwa wiecznie” z 2012 roku to wystudiowane  kadry  i autoportrety upiększone  do granic androgynicznej wizji samego siebie. Nie ma tu epatowania wulgarnością. To eksploracja ideału piękna, które  w obecnych czasach nie tylko staje się manipulacją odczuciami odbiorcy, ale także  sferą nierzeczywistą. Artysta odważnie  przedstawia siebie jako  boski posąg odwołując się zarówno do antycznych ideałów, jak i barkowego przepychu. Bez nachalnego krytycyzmu wypowiada się na wskroś precyzyjnie o współczesnej popkulturze  i archetypach piękna  wynaturzonych przez nią.Inna część wystawy to fotografie zebrane w  cykl „Człowiek – dzieło sztuki”. Tu głównymi bohaterami prac są  osoby niepełnosprawne. Osika zestawił zdjęcia prezentujące ułomności ciał z wyidealizowaną interpretacją ich sylwetek, znów w niemal boskiej odsłonie. Zaskakujące jest to, że prawdziwe piękno uderza z ujęć nieretuszowanych. Modele sfotografowani w studiu w pełnej krasie i portrecie tętnią naturalnym człowieczeństwem. Natomiast przyglądając się idealnej wizji można odczuć dreszcz  obcowania ze sferą  tabu. Artysta celnie  pogrywa na delikatnych strunach podświadomości widza. Ważnym jest też to, że wśród osób niepełnosprawnych autor umieszcza także siebie. Manifestując, że  on także jest niedoskonały. Podczas wernisażu Ryszard Ziarkiewicz prowadzący Galerię Scenę odwołał się także do okresu sztuki krytycznej  uwypuklając spójne elementy dzieł Osiki i choćby  Katarzyny Kozyry. Zaproszony gość z kolei nie krył wzruszenia. Załamującym się głosem podziękował uczestnikom za  przybycie. - Pomimo wielu wystaw  i uznania, każdy kolejny wernisaż jest dla mnie ogromnym przeżyciem – mówi Osika. – To bardzo poruszające, że wciąż są osoby, które  chcą  zapoznać się z moją twórczością. Bardzo wam dziękuję.Wystawę można oglądać do 23 marca w gościnnych progach Galerii Bałtyckiej Centrum Kultury 105.
10 Lutego 2015 godz. 17:53
Robert Kuliński/ fot. gł. Artur Rutkowski
 

O Biennale raz jeszcze

Zeszłotygodniowy wernisaż otwierający wystawę prac Mirko Dematté w Galerii Antresola odbył się w atmosferze skandalu. Organizatorzy zarzucili naszej redakcji oczernianie artysty i podważanie dobrego imienia Muzeum. Wszystko wynikło z nieścisłości w artystycznym CV włoskiego twórcy, który na swojej stronie internetowej umieścił informacje o udziale w weneckim Biennale. Wydało się to dziwne, że tak  uznany artysta zaszczyci swoją obecnością Koszalin. Zweryfikowaliśmy fakty kontaktując się z Departamentem Sztuk Wizualnych oraz Historycznym Archiwum Sztuki Współczesnej fundacji Biennale di Venezia. Obydwa biura  odpowiedziały jednoznacznie, że  Dematté nie brał udziału w prestiżowej imprezie. Pokazał za to swoje prace w Mediolanie, podczas specjalnej wystawy uświetniającej 150 rocznicę zjednoczenia Włoch. Zbigniew Janasik podczas piątkowego wernisażu zapewniał, że Dematté brał udział w Biennale. Zapowiedział też, że  oficjalny list od kuratora wystawy z Mediolanu, który mieliśmy otrzymać wczoraj, to potwierdzi. Nie otrzymaliśmy żadnego pisma ani jakichkolwiek wyjaśnień ze strony Muzeum.Zwróciliśmy się z prośbą o ocenę  zaistniałej sytuacji do Agaty Zbylut, artystki, doktora sztuk użytkowych oraz  prezes Stowarzyszenia Zachęty Sztuki Współczesnej w Szczecinie. Poniżej prezentujemy odpowiedź jaką otrzymaliśmy. Agata Zbylut, fot. kwartalnik.exit.art.pl „Biennale w Wenecji to najbardziej prestiżowe wydarzenie świata artystycznego, które ściąga uwagę krytyków, kuratorów i kolekcjonerów z całego świata. To również jedno z tych wydarzeń, które gromadzi olbrzymią międzynarodową rzeszę odbiorców sztuki współczesnej. Udział w Biennale oznacza prestiż i podnosi rangę artysty, oznacza, że jego twórczość została zweryfikowana i doceniona przez krytykę. Udział w Biennale może mieć różny charakter. Może to być udział w wystawie głównej, organizowanej przez wybranych przez organizatorów kuratorów, może być wystawą w pawilonie narodowym, czyli reprezentacją państwa, z którego artysta pochodzi – gdzie wyboru artysty i koncepcji prezentacji dokonuje się w każdym kraju niezależnie, może też być udziałem w jednej z licznych wystaw towarzyszących, które oficjalnie znajdują się w programie Biennale.Organizacja Biennale, zwabienie do Wenecji tłumów ludzi związanych ze sztuką, powoduje, że w tym samym czasie odbywa się wiele imprez, które nie są związane z samym Biennale. Czasem są to działania niezależne, podejmujące dialog ze światem sztuki, jak chociażby akcja, którą przeprowadził Marc-Antoine Léval wypuszczając ponad kanałem na balonach olbrzymi baner z napisem "Please,François Pinault, buy my work". Tą akcją artysta zwrócił na siebie uwagę uczestników Biennale i zapewne samego François Pinault, kolekcjonera, który otworzył właśnie własną galerię Punta della Dogana. Gest Léval’a trafia w sedno i zapisał się w historii sztuki wyraźniej niż niejedna oficjalna prezentacja pokazywana w licznych pawilonach w tym samym czasie. Organizacja przedsięwzięć podczas trwania Biennale, które mają nieporównywalnie niższy ciężar artystyczny i które próbują zabłysnąć światłem odbitym, nie należy do rzadkości. W świecie sztuki, gdzie jak wierzę, wciąż pozostał pewien zawodowy etos, takie gesty przyjmowane są jako gesty rozpaczy. Najczęściej pomijamy je milczeniem, ale przynoszą one efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego. Nieuzasadnione korzystanie z marki Biennale, którą tworzy międzynarodowy świat sztuki, koncentrujący swoje wysiłki i swoją uwagę na tym wydarzeniu, jest nadużyciem, tak jak nadużyciem jest korzystanie z innych marek bez wiedzy i zgody ich właścicieli. Odpowiedź udzielona przez Departament Sztuk Wizualnych weneckiego Biennale oraz Historycznego Archiwum Sztuki Współczesnej fundacji Biennale di Venezia informująca, że artysta nie brał udziału w Biennale jest dla mnie wiążąca. W świecie, w którym sztuka współczesna stała się jedną z dziedzin wiedzy, wymagającej od widza aktywności i samokształcenia, nazwiska kuratorów, krytyków czy ranga instytucji, pozostają dla odbiorcy drogowskazem, dlatego też wykorzystywanie uznanych marek do własnych partykularnych interesów przestaje być niewinnym kłamstewkiem.”OD AUTORASwoją dociekliwością  przysporzyłem sobie wielu wrogów. Jednak pamiętajmy, że od dziennikarza oczekuje się  opisu rzeczywistości i przedstawiania faktów.  Chęć sprawdzenia  faktycznego stanu rzeczy nie wynikała z żadnych pobudek osobistych, czy złośliwości. Nie chodziło też  o zakłócenie wernisażu. Jednak, kiedy Zbigniew Janasik postanowił na forum, podczas otwarcia wystawy domagać się przeprosin, nie mogłem  zignorować rzuconej rękawicy. Jeśli ktoś z widzów poczuł się urażony zamieszaniem, to szczerze przepraszam. Podsumowując wydarzenia ostatniego tygodnia, chciałbym podkreślić, że  nie miałbym nic przeciw, gdyby w naszym mieście  swoje prace pokazywali artyści  najwyższej rangi. Każdy miłośnik sztuki życzyłby sobie tego, żeby Muzeum w Koszalinie  było jednym z przystanków  dla uczestników m.in. Biennale w Wenecji. Niestety, Koszalin nie jest  żadną metropolią, czy miastem posiadającym jakiś szczególny prestiż. To mieścina jakich w Polsce wiele. Udawanie, że  przyjeżdżają  do nas gwiazdy światowego formatu uwydatnia tylko  zakompleksienie i małomiasteczkowość. Budżet muzeum zwyczajnie nie byłby w stanie pokryć kosztów  wizyty artysty z prawdziwego, weneckiego Biennale. Może warto spojrzeć prawdzie w oczy i zweryfikować, rzeczywiste zasługi także naszych  koszalińskich gwiazd. Może  wystawy za granicami Europy wcale  nie zasługują na taki splendor z jakim próbuje się je sprzedać. Może przywoływane nazwiska  recenzentów  nie koniecznie oznaczają  uznanych  krytyków sztuki, a znajomych danego twórcy. Może  lepiej przestać się oszukiwać i powiedzieć wprost: „mieszkamy w Koszalinie i mimo to też jest fajnie”. 
3 Lutego 2015 godz. 6:00
Robert Kuliński/ fot. Strona wydarzenia "Mirko w Koszalinie" facebook
 

Sztuka z kłamstwem w tle

Za kilka dni Muzeum w Koszalinie zaprasza na wystawę prac włoskiego artysty Mirko Demattè. W zapowiedzi artysta jawi się jako postać nietuzinkowa, jednak najbardziej zaskoczył nas fakt, że jako uczestnik Biennale w Wenecji w ogóle odwiedza Koszalin. Oczywiście nie jest to nic złego, gdyż podniosłoby to rangę samej Galerii Antresola koszalińskiego Muzeum. Wspomniane Biennale jest najbardziej prestiżową imprezą sztuki nowoczesnej, światowej renomy. Szkoda, że  rzekomy udział artysty w owym wydarzeniu jest, najoględniej mówiąc, niezgodny z rzeczywistością Zaproszenie jakiegokolwiek artysty, który miał możliwość zaprezentowania swojej twórczości w Wenecji wiąże się z ogromnymi kosztami, których budżet Muzeum w Koszalinie zapewne by nie wytrzymał. Powodowani wątpliwościami postanowiliśmy sprawdzić, czy aby nie doszło do przeinaczenia faktów. Skontaktowaliśmy się z Departamentem Sztuk Wizualnych  Biennale w Wenecji  oraz Historycznym Archiwum Sztuki Współczesnej Fundacji La Biennale di Venezia. Okazało się, że zaproszony do Koszalina gość Mirko Demattè nigdy nie brał udziału w tej prestiżowej imprezie. Jest to niewątpliwy skandal, że kurator wystawy powiela nieprawdziwe informacje. Tego typu chwytów marketingowych pracownicy instytucji publicznej - czyli dotowanej z pieniędzy obywateli, mającej także w swojej misji edukację - powinni się wstydzić.Według informacji jakie otrzymaliśmy z Wenecji wynika, że w 2011 roku Demattè M.Demattè "Velocità", 2007 fot. mirkodematte.it brał udział w wystawie  z okazji 150 rocznicy zjednoczenia Włoch w Mediolanie. Była  to zamiejscowa, specjalna edycja Włoskiego Pawilonu objęta patronatem Ministerstwa Kultury. Sama struktura weneckiego Biennale składa się właśnie z takowych pawilonów, gdzie  reprezentowana jest sztuka z różnych części świata. Nie umniejsza to zapewne talentu włoskiego twórcy, ale kłamstwo w dossier jest przykładem co najmniej niewłaściwego traktowania odbiorców. Dziwi  fakt, że nawet w rzekomo prestiżowej galerii w Warszawie – stolica zawsze brzmi dumnie – o dźwięcznej nazwie Quantum, mieszczącej się przy Domu Plastyka, także  nikt nie wysilił się, aby sprawdzić dlaczego tak wyróżniony w swoim kraju twórca  nie pokazuje prac np. w Centrum Sztuki Współczesnej. Wernisaż wystawy dzieł Mikro Demattè w Galerii Antresola  Koszalińskiego Muzeum odbędzie się 6 lutego o godzinie 17:00.  Artysta  tworzy na wielu płaszczyznach: maluje, rzeźbi oraz konstruuje instalacje. Jak można wyczytać w zaproszeniu na stronie Muzeum: "Sztuka kolażu mocno akcentowana przez twórców ostatniego stulecia w pracach Mirko Demattè  nabiera nowych cech i pokazuje różne możliwości artystycznej ekspresji. Stosowane przez niego techniki, wybór materiałów, z których komponuje swoje prace, kontrasty wyrażone czarnym i czerwonym, czy czarnym i niebieskim kolorem, a ożywione jasnym białym tłem wyrażają bardzo zrównoważony proces twórczy.". Na potwierdzenie  przedstawionych powyżej faktów  prezentujemy fragment maila z Departamentu Sztuk Wizualnych Biennale w Wenecji w oryginale : „...after a brief research in our databases Mr Demattè name doesn't appear as exhibitor/participant in Biennale in Venice former editions.”   Pełna treść obu listów jest dostępna w załącznikach: ASAC (Archivio Storico delle Arti Contemporanee) - Fondazione La Biennale di Venezia La Biennale di Venezia - Visual Arts Department  
22 Listopada 2014 godz. 7:27
Robert Kuliński
 

Na dziewiątej „Fali”

Po raz dziewiąty w Bałtyckiej Galerii Sztuki Centrum Kultury 105 można podziwiać wystawę interdyscyplinarną „Fala”. Przedsięwzięcie mające na celu demonstrację nowych trendów w sztuce współczesnej, tradycyjnie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Zadziwiającym jest fakt, że doroczna wystawa, która stała się niejako sztandarowym wydarzeniem Bałtyckiej Galerii Sztuki, rok w rok prezentuje w sumie ten sam poziom. Obok zaledwie kilku dzieł interesujących,  góruje nicość. Zdawać by się mogło, że nazwa ekspozycji zobowiązuje. „Fala” to przecież żywioł, który z biegiem czasu narasta i zyskuje na sile. W końcu rozbija się  z impetem o brzeg, niekiedy siejąc spustoszenie. Niestety, koszalińska „Fala” przybiera kształt zmarszczki na tafli jeziora, która absolutnie nie jest spektakularna. Najmocniejszą stroną wystawy zdecydowanie jest okładka katalogu i oprawa graficzna materiałów promocyjnych. Tu widać choć cień pazura, który oddaje dynamikę samego hasła. Grzegorz Otulakowski w bardzo finezyjny sposób wykorzystał możliwości grafiki komputerowej nakreślając ideowy wydźwięk kolejnej edycji wystawy. Graficzne, warsztatowe „brudy” sprawiają,  że chce się do albumu zajrzeć. Sama wystawa jest jednak festiwalem „koszalińskiej nijakości”, choć owa „koszalińska nijakość” zdaje się mieszkać nawet w innych rejonach kraju. Ekspozycję wypełniają prace artystów, którzy ukończyli swoją edukację w takich  miejscach jak Gdańsk, Wrocław, Toruń, czy Poznań. Nic to jednak nie zmienia. Są to dzieła bezpieczne, typowe i nie wnoszące zbyt wiele. Poza niewątpliwym dopracowaniem warsztatowym, nie prezentują zupełnie nic. Czy jedynie kunszt formalny dzieła ma odróżniać artystę od pospolitego twórcy? Sztuka współczesna opiera się chyba na czymś więcej. Na wystawie można także dopatrzeć się jakże prowincjonalnych zabiegów,  nie tyle towarzyskich, co kurtuazyjnych. Odwołując się do założeń ekspozycji, „Fala” ma na celu prezentację bieżących i nowych trendów w sztuce. Jak więc inaczej, niż  kurtuazją wyjaśnić to, że Edward Grzegorz Funke i Andrzej Słowik zasilają grono artystów prezentujących swoje dzieła. Czy nadawanie pretensjonalnych tytułów typu „Róż fiolet” przez Danutę Tworke, nadają nowego wydźwięku mdłej twórczości ? A może to fotograficzna dokumentacja wycieczki górskiej, zamknięta w kadrach Marty Adamczak pokazuje świeże spojrzenie na fotografię?Pytań tego rodzaju można by mnożyć. Docenić jednak należy to, że przynajmniej zostały podjęte próby maskujące owo „kółko wzajemnej adoracji”. W zbiorze prac można zobaczyć dwa dzieła Cukina, przedstawiciela młodego pokolenia, który świetnie radzi sobie jako rzemieślnik komercyjny oraz artysta wyrosły na street arcie. Niezrozumiałym jest jednak to, że zaprezentował się na wystawie jako jeden z wielu. Na co dzień tworzy prace poruszające jednocześnie rozmachem i uliczną prostotą. Na „Fali” jego grafika ni jak nie oddaje cukinowksiego pazura, a raczej wpasowuje się w pustkę całej wystawy. Spośród 35 artystów wyróżnić należy  Iwonę Ostrowską, której obraz „Ty wiesz” uderza  mocą  depresyjnego ciężaru oraz Hannę  Karsińską – Eberhardt i jej  dość ostrą w wymowie pracę fotograficzną. Jednak i tak trudno dopatrzeć się u tych artystek czegoś świeżego. Wystawę można określić mianem powtórki artystycznego „chocholego tańca”. Kto lubi powtórki powinien niezwłocznie udać się do Galerii Bałtyckiej. Wystawa Interdyscyplinarna „Fala” potrwa do 5 stycznia przyszłego roku.  
15 Listopada 2014 godz. 10:49
Robert Kuliński
 

Portret ulicy według Krawczykiewicz

Do 12 grudnia w Galerii Fotografii koszalińskiego Pałacu Młodzieży, można oglądać niezwykłą wystawę prac Filipiny Krawczykiewicz. Młoda artystka zaprezentowała zdjęcia o zaskakująco dojrzałym przekazie. Fotografia uliczna obecnie nieczęsto staje się przedmiotem wystaw, a jeszcze rzadziej  spotyka się artystów, którzy poświęcili się głównie tego rodzaju sztuce. Tytuł wystawy „Odczucia, uczucia, przeczucia” doskonale obrazuje to co można zobaczyć. W centrum zainteresowania Krawczykiewicz jest człowiek. Ulica to idealny plan zdjęciowy, gdzie co krok napotkać można ujęcia i postacie warte sfotografowania. Artystka obdarzona jest  fantastycznym wyczuciem chwili, wrażliwością i doskonałym warsztatem. Ta kombinacja  sprawia, że  zdjęcia  „tańczą”  w żywiołowym rytmie. To jest właśnie sedno ujęć, jakie artystka zaprezentowała na  wystawie. Choć są to fotografie, czyli zatrzymana chwila - jedna klatka, to wydaje się jakby dana sytuacja odgrywała się przed oczyma widza tu i teraz. Portrety zachwycają naturalnością. Nie są to pozowane ujęcia, ale obraz konkretnych, choć bezimiennych ludzi. Nie ma tu silenia się na zaprezentowanie egzotyki, czy „wymalowania” studyjnej precyzji na twarzach bohaterów. To żywe  postacie, mówiące do widza.  Prowadzą niemy dyskurs jedną emocją, chwilą, którą zatrzymała w kadrze Krawczykiewicz. Wystawa obowiązkowa dla wszystkich miłośników sztuki w ogóle, nie tylko fotografii. Wernisaż swoją obecnością zaszczycili  Ryszard Tarnowski oraz Edward Grzegorz Funke. Można by się spodziewać, że przemówienia E.G. Funke wręczył Krawczykiewicz album ze swoimi zdjęciami. nie będą miały końca, ze względu na obecną atmosferę w mieście, jednak było inaczej. Niedługo trzeba było czekać na  hasło: „Wystawę uważam za otwartą.”. Młoda artystka nie została co prawda odznaczona  orderem Piłsudczyków, ale za to Funke - jako nestor koszalińskiej fotografii, odznaczony  orderem Gloria Artis -  wręczył Krawczykiewicz album ze swoimi zdjęciami „Moja podróż – przez sześć kontynentów do Świsłoczy”, wydany z okazji 70 - tych urodzin twórcy.  Artystka bardzo skromnie i z klasą  zaprosiła do obejrzenia wystawy.
4 Listopada 2014 godz. 19:15
Robert Kuliński
 

Spektrum młodych

Wystawa w Galerii Ratusz zatytułowana „Spektrum 4” prezentuje prace czwórki młodych i niebagatelnie uzdolnionych artystów. Dzieła wykonane różnymi technikami pełne są lekkości i świeżości. Artyści zrzeszeni w Zespole Pracy Twórczej Plastyki przygotowali prace  dość spójne tematycznie, ale o różnym wymiarze emocjonalnym. Obrazy Katarzyny Serafin to wyrafinowane studium kobiecości o  wysmakowanym erotyzmie. Odrealnione kompozycje  zderzają się z atrybutami  rzeczywistości oraz  nieco nonszalanckimi zabiegami dynamicznymi. Zdaje się jakby płótna  zagarniały otoczenie, samoistnie skupiając uwagę widza na detalach  i niedopowiedzeniach. W dwóch pracach można odnaleźć szczyptę łempickiej dysproporcji. Inne przywołują  skojarzenia z kontrkulturową sztuką  psychodelików. Dariusz Rokicki zaprezentował przekrój swojej twórczości w pigułce. Komputerowe grafiki pokazują artystę wszechstronnego i nie bojącego się  eksperymentów. Jest świetnym kopistą,  jak i twórcą interpretującym dzieła mistrzów. Jednak najciekawsze zdają się być abstrakcyjne „Nowo – twory rastrowe” powstałe w 2007 roku.Patryk Wojciechowicz przygotował kilka delikatnych impresji, które odwołują się do stylistyki ilustracji  i komiksu. Zdecydowane i czytelne grafiki komputerowe, jak i akwarele prezentują głównie detale  pozbawione  sytuacyjnego, czy kompozycyjnego klucza. Subtelna kolorystyka i graficzna dosadność tworzy wysmakowany duet, który niespiesznie snuje swoją opowieść. Portrety Ilony Andrzejczak prezentują twórczość chyba najbardziej delikatną  z wszystkich prac wystawy. Oszczędna forma zachwyca wyczuciem granic pomiędzy niedopowiedzeniem, a konkretem. Senne, eteryczne wizerunki kobiet budzą skojarzenia z bohaterkami baśni, które nigdy nie zostały opowiedziane. Czytelnie także odznacza się forma szkiców  na potrzeby przemysłu mody. Połączenie  dwóch, jakże innych form graficznych i malarskich dało bardzo ciekawy efekt.Wernisaż przebiegł nad wyraz sprawnie i szybko. Prezes ZPTP Jacek Rudecki przedstawił pokrótce sylwetki artystów, którzy są najmłodszym „narybkiem” Stowarzyszenia. Następnie głos zabrał Dariusz Rokicki, który  lakonicznie  podziękował wszystkim zgromadzonym, jak i przedstawicielom ratusza za możliwość pokazania prac na wystawie.  Wystawę będzie można oglądać przez około miesiąc, na I  piętrze ratusza.
25 Października 2014 godz. 12:48
Robert Kuliński
 

Urok fotografii analogowej

Do 10 listopada w Pałacu Młodzieży można podziwiać niezwykłe prace Emilii Treszczyńskiej podopiecznej Słupskiego Ośrodka Kultury. Fotografie artystki cechuje prostota i doskonałe wyczucie kompozycji. Wystawa pt. „Z północy na południe”  znajduje się w Galerii Fotografii na pierwszym piętrze Pałacu Młodzieży. Zdjęcia  o średnim formacie zachwycają. Nie tylko kompozycja, stylizacja i temat uderzają bardzo dojrzałym podejściem do fotografii, ale także sama technika wykonania. Treszczyńska posługuje się  aparatami analogowymi, co zaznacza się w kadrach niebywałą głębią. Obecnie, kiedy to cyfrowa technika  zdominowała  rzeczywistość, taka postawa jawi się jako swoista manifestacja artystycznej przekory. Cyfryzacja przyśpiesza działanie produkując, jednak więcej „odpadów”, gdyż rola  człowieka sprowadza się jedynie do dokonania wyboru i prezentacji najlepszych efektów pracy. Fotografowanie sprzętem analogowym wymaga dokładnego  przemyślenia  kompozycji i cierpliwości.  Następnie czasochłonna praca w ciemni  i dopiero po dość żmudnym procesie  powstaje gotowe odbitka. Zdjęcia Treszczyńskiej to jakby  cofnięcie się w czasie,  gdzie obrazy nie starają się szokować widza. Nie  przedstawiają  tematów skomplikowanych, gdyż w większości to  efekt spotkania z modelką. Jest jednak w tych fotografiach puls, smak  i krwistość. Naturalność i stylizacja tworzą  wyważoną parę. Prostota zaklęta w kadrach pochłania widza bez reszty, stopniowo - nieśpiesznie odkrywając zawartą w nich tajemnicę. Wernisaż przyciągnął głównie młodych pasjonatów  fotografii. Nauczycielka z PM, Monika Kalkowska przybliżyła sylwetkę młodej artystki. Treszczyńska skromnie opowiedziała o swoich dziełach, przywołując kilka anegdot związanych z pracą w ciemni Słupskiego Ośrodka Kultury. Przyznała się także do swojej manii kolekcjonowania analogowych aparatów. - Mam to szczęście, że w sprzęcie mogę przebierać.- Mówi Treszczyńska. -  Jeśli któryś z moich znajomych znajdzie, gdzieś u rodziny stary aparat to trafia on do mnie. Wystawa  nie tylko dla miłośników  fotografii. Zdecydowanie warto ją zobaczyć. 
18 Października 2014 godz. 0:07
Robert Kuliński
 

Jubileusz Na Piętrze

W ramach obchodów 80 – tych urodzin śp. Leonarda Kabacińskiego, założyciela Galerii Na Piętrze, odbyły się dwa wernisaże. Pierwsza wystawa prezentuje prace Andrzeja Słowika, druga to ekspozycja zbiorowa pt. „Interpretacja - Układ zamknięty, układ otwarty”. Założeniem  artystycznej „Interpretacji...” jest wypowiedź na zadany temat. Prof. Andrzej Gieraga i prof. Małgorzata Dobrzycka – Kojder, co roku proponują artystom z kraju i zagranicy udział w wystawie, która następnie odwiedza  kolejne miasta w Polsce. Wymogiem formalnym jest stworzenie dwóch prac  o wymiarach 30 x 30 cm. Wśród uczestników tegorocznej edycji pojawiają  się, m.in. Michał Misiak, Mgadalena Gryska, czy Wiesław Łuczaj i oczywiście Andrzej Słowik. Prace prezentują głównie abstrakty o bardzo oszczędnej formie i kolorystyce. Zdarzają się także  bardziej śmiałe wypowiedzi pełne ekspresji lub dowcipu, jak np. wspomnianej powyżej Magdaleny Gryski.  Indywidualna wystawa prac Andrzeja Słowika wzbudziła wielkie poruszenie wśród zebranych gości. Autor swoimi obrazami  uczcił 5 -tą rocznicę ślubu z prowadzącą  galerię Jadwigą Kabacińską – Słowik oraz jaj urodziny i imieniny.Prace artysty zaprezentowane pod tytułem „Kwiatek do kożucha”  mogą  zadziwić tym, że w ogóle są prezentowane  w galerii o rzekomej renomie. Płótna prezentują rozpasaną kolorystykę i wyraziste odwołania do natury. Florystyczne akcenty osadzone w  błahych kompozycjach, przypominają  obrazki z kartek na urodziny babci.  Malarstwo tak nijakie, co wtórne i nie pozostawiające w głowie nic poza odczuciem zmarnowanego czasu. Oto artysta stał się rzemieślnikiem, który z dumą prezentuje swoje dzieła nadające się na jarmarczny stragan. Nie tylko malarstwo Słowika trąci ludowym wyrobnictwem. Na wystawie można także zobaczyć assemblage. Tu z kolei pobrzmiewa skansen. Kompozycja z drewnianych przedmiotów - m.in. łyżki - przyozdobiona ptasimi piórami  spokojnie mogłaby trafić do ekspozycji prezentującej jamneńskie chaty w koszalińskim Muzeum. W wernisażach  uczestniczyło wielu przedstawicieli koszalińskiego środowiska artystycznego  lub mówiąc szerzej - kulturalnego. Po przywitaniu gości i wprowadzeniu w tematykę obydwu wystaw, które wygłosiła  Kabacińska – Słowik, głos zabrał artysta. Z charakterystyczną dla siebie  nonszalancją umniejszył swój trzeci z rzędu udział w wystawie  pod hasłem „Interpretacja....”. -  Przygotowałem swoje prace z zamysłem, że to już chyba jest przesada, abym po raz trzeci brał udział w tym przedsięwzięciu. – Mówi Słowik. - Kiedy powstały byłem pewien, że organizatorzy uznają, iż wcale się nie napracowałem. Natomiast, gdy przygotowywałem tę ekspozycję i zobaczyłem, że jednak  zostały przyjęte, bardzo mnie to zdziwiło. Mile zaskoczyło mnie, że niektórzy artyści przygotowali dzieła bardzo podobne. To fascynujące, że ludzie z innych części kraju potrafią w ten sam sposób pomyśleć na dany team, czyli „Układ zamknięty, układ otwarty”. Nie zabrakło życzeń i drobnych upominków od przybyłych gości. Maria Ulicka wręczyła artyście  butelkę dobrego whiskey, a Kabacińskiej  - Słowik akohol lżejszego gatunku, wykrzykując przy tym , m.in.: „Niech żyje sztuka!”. Jarmarczność imprezy została dopełniona, gdy rozpoczęło się nerwowe przygotowywanie biesiadnego stołu. Jedyna praca z ekspozycji „Interpretacja - Układ zamknięty, układ otwarty”, która była w formie rzeźby, została strącona. Uderzyła o podłogę ze stosowną dla wzniosłych obchodów powagą i  jakże nobliwym hukiem.   
16 Października 2014 godz. 20:57
Robert Kuliński
 

Kaszubskie Pomorze i przestrzeń Koszalina

Inaugurację obchodów 750 – lecia Koszalina oraz konferencji naukowej dotyczącej historii naszego regionu, uświetniło otwarcie dwóch wystaw historycznych w rodzimym Archiwum Państwowym. Obydwie ekspozycje cieszyły się dużym zainteresowaniem. Pierwsza wystawa odwołująca się do tytułu konferencji, czyli „Koszalin w przestrzeni. Przestrzeń w Koszalinie”. To zbiór materiałów historycznych prezentujących pięć etapów rozwoju Koszalina na przestrzeni wieków. Plansze z wyczerpującym komentarzem można oglądać  w galerii na tyłach głównego budynku Archiwum. Podczas otwarcia  dyrektor placówki  Joanna Chojecka poinformowała liczne grono widzów, że  w przyszłym roku owa ekspozycja trafi na mury otaczające  instytucję, stając się uzupełnieniem  prezentacji dziejów ziemi koszalińskiej i będzie miała charakter stały.Szczególną  uwagę widzów  zwrócił plan rozbudowy śródmieścia z lat 50 - tych ubiegłego wieku. Można zobaczyć ówczesne plany na kształt ratusza oraz jego usytuowanie. W 1952 roku ta wizja została, jednak zaniechana. W ramach odwołania  do współczesności można podziwiać  „Plan na spacer po Koszalinie” autorstwa Grety Grabowskiej, rodzimej artystki, która  zajmuje się także architekturą wnętrz.Druga ekspozycja „Z Kaszubsko – słowiańskich dziejów Pomorza zachodniego” potrwa do końca listopada. Można ją oglądać w głównym budynku Archiwum Państwowego w Koszalinie. Autorem  wystawy jest dr Ryszard Stolmann, prezes Oddziału Zrzeszenia Kaszubsko – Pomorskiego w Szczecinie. Plansze przedstawiają wszelkie wzmianki o ludności kaszubskiej, poczynając od zdjęcia bulli z 19 marca 1238 roku, wydanej przez papieża Grzegorza IX. Wyjaśnione jest skąd w herbach  pomorza tak często pojawia się wizerunek gryfa, a także zilustrowane są wędrówki  pierwszych  kaszubskich osadników. W świetle najnowszych badań okazuje się że Kaszubi przybili na Pomorze z Polesia.Ekspozycje to niewątpliwa gratka dla wszystkich zainteresowanych dawnymi, jak i najnowszymi dziejami naszego regionu.
12 Września 2014 godz. 10:39
Ekoszalin na podst. inf. Muzeum w Koszalinie / fot. główna Artur Rutkowski
 

Muzeum inspiruje

5 Września 2014 godz. 21:18
Robert Kuliński
 

Jubileusz i czas w grafice

Jubileuszowa wystawa prac Ewy Miśkiewicz – Żebrowskiej, którą można oglądać w Galerii Bałtyckiej Centrum Kultury 105 to świetna okazja do obserwacji rozwoju warsztatowego artystki. Zbiór około 50 prac to interesująca podróż przez 35 lat działalności artystycznej. Twórczość jubilatki to gównie dzieła graficzne, wykonane szlachetną techniką akwaforty i akwatinty. Motywem przewodnim  jest przyroda, a właściwie jej organiczna struktura. Wyczuwalny puls kreślonych linii podkreśla kolorystyka, która w kolejnych okresach staje się coraz odważniejsza. Charakterystyczną cechą jest także swoista kontra  porządku, jaką artystka stawia w abstrakcyjnych wizjach, wplatając w nie konkret geometrii. Podążając od sennych, mglistych impresji w kolejnych latach można zauważyć coraz śmielsze  zabiegi organizujące całą kompozycję. Stopniowo z biegiem czasu, prace  tracą swój baśniowy nastrój ewoluując w dzieła skomplikowane w sensie  formalnym, ale jednocześnie rozwijające język pod względem komunikatywności. Na wystawie można także zobaczyć prace malarskie. Akrylowe portrety i akt niestety nie prezentują mocnej strony artystki. „ Śniadanie w dworku” z 1998 roku przypomina typowy  obraz akademicki, a nawet szkolny. Natomiast abstrakcyjne akryle kontynuujące tematykę z grafik to świetny przykład na  to, jak wiele można uzyskać paletą barw. Puls płócien cieszy oko euforycznym nastrojem.Jak na wernisaż wystawy jubileuszowej przystało nie mogło zabraknąć wyjątkowych gości. Stawili się przedstawiciele władz nie tylko z naszego miasta, ale także z całego województwa. Wójt gminy Świeszyno Ryszard Osiowy w podzięce za wieloletnią działalność artystyczną w Chałupach, przyznał artystce statuetkę Platana Świeszyńskiego. Ewa Miśkiewicz  - Żebrowska jako prezes Związku Polskich Artystów Plastyków wręczyła dziękczynny podarunek prezydentowi Koszalina, Piotrowi Jedlińskiemu za wspieranie organizacji. Była to sygnowana przez autorkę kopia grafiki z cyklu, habilitacyjnego „Między naturą a geometrią” - „Wiersze o miedzianej trawie- słuchając ciszy”.  Ekspozycja jest na pewno warta uwagi ze względu na ciekawą retrospektywę twórczości Ewy Miśkiewicz – Żebrowskiej.  Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.
4 Września 2014 godz. 20:37
Robert Kuliński
 

W chmurach Jankowskiej

Prace Krystyny Jankowskiej zaprezentowane na wystawie to bezdyskusyjna manifestacja artystycznej precyzji i konsekwencji. Brak jedynie głębi i wartości ponadestetycznych. „W chmurach” - tytuł sygnalizujący, że sztuka koszalińskiej artystki oddala się od prób przedstawienia rzeczywistości, można także odebrać jako drogowskaz kierujący ku nastawieniu się na szczególny rodzaj wrażliwości. Jankowska  prezentuje  twórczość o tyle różnorodną co bardzo nierówną. Kolaże  z cyklu „Kamienne drzewa” to niebywale kruche  kompozycje o subtelnych kontrastach i dopracowanej formie, które  pochłaniają widza. Z kolei wielkoformatowe  obrazy na jedwabiu jak np. „Wiosenny deszcz” , czy cykl  „Światło jesieni” prezentują się jako karkołomne próby  stworzenia nowego języka. W rezultacie płachty przypominają co najwyżej olbrzymie, nakrapiane apaszki.  Na szczęście tych prac jest niewiele i można podziwiać inne, obrazujące ogromną dbałość Jankowskiej o walory estetyczne. Obcując z eteryczną sztuką artystki nie można oprzeć się wrażeniu, że są to prace przemyślane w każdym calu. Na próżno szukać wybujałej ekspresji. Dominuje statyka i konkretny rytm kolorystyczny. Barwa to główny element wypowiedzi Jankowskiej. Dbałość o zestawienie  konkretnych kolorów  zdaje się być wręcz obsesyjna. Abstrakcyjne dzieła odwołują się do przyrody i są misternie poukładanymi rebusami, które nie operują prostymi symbolami, tylko wręcz oniryczną metaforą. Brakuje jedynie uczucia i głębi. Wszystkie elementy, o których wspomniałem wcześniej to tylko forma, warsztat i kunszt. Odnaleźć, choć ułamek jakiejś ludzkiej emocji  w dziełach artystki zadaje się być niemożliwe. Wystawa „W Chmurach” to prezentacja sztuki, gdzie precyzja wyparła człowieka. Wernisaż, odbył się w Galerii Antresola przyciągając znane postaci koszalińskiej sztuki, m.in. Ewę Miśkiewicz - Żebrowską. Wiele osób gratulowało artystce świetnej wystawy. Do Jankowskiej  ustawił się dość spory „ogonek”, co jest rzadkim widokiem nawet na wernisażach jubileuszowych. Ekspozycja potrwa do 25 września.