Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Koncerty w Koszalinie:

6 Czerwca 2015 godz. 9:24
Robert Kuliński
 

Buntownik bez polotu

Piątkowy, ciepły wieczór w Centrali Artystycznej wypełniła liryczna nuta w wykonaniu Mateusza Nocka. Wierszo – piosenki młodego, ambitnego twórcy z Beskidu Niskiego nie wybrzmiały dla tłumów Wypadałoby przemilczeć  minione  spotkanie z wierszokletą, gdyby nie fakt, że warto ostrzec tych, którzy być może będą mieli okazję skorzystać z wątpliwej atrakcji, jaką jest autorski recital Mateusza Nocka. Poezja śpiewana to niebywale trudna sztuka. Gość z południa Polski może być książkowym przykładem twórcy, który wpadł we wszelkie możliwe pułapki tegoż gatunku.  Przerost ambicji  i próby nadania słowu „trzeciego dna” - choć drugie w zupełności by wystarczyło - finalnie stały się kiczowatą paraliryką natchnionego wrażliwca. Nadinterpretacja i banalna oprawa muzyczna nie pomogły. Brakowało jedynie ogniska i bieszczadzkich pejzaży. Łatwo można było wyobrazić sobie scenerię zmierzchu i tańczącego blasku płomienia oraz wpatrzone, zamglone   oczęta piętnastolatek zauroczonych strofami barda. Widownię, przed rozpoczęciem występu, wypełniło aż pięcioro słuchaczy. W trakcie drugiego utworu zostało ich już tylko troje, natomiast finalnie jedna słuchaczka, której twórczość młodzieńca przypadła do gustu. Porażająca szczerość odbiorców nie zniechęciła Nocka do brnięcia w coraz to bardziej rozbuchaną autoprezentację. Pomiędzy utworami wylewnie opowiadał o sobie, swoich sukcesach i statusie gwiazdy, jaki osiągnął w Rzeszowie. Można było także usłyszeć o tym, że stworzył około pięciuset piosenek. Całość wzbogacały perypetie młodego wierszoklety na przeglądach piosenki literackiej. Oznajmił także, że jego mistrzem jest Edward Stachura,  co w bardzo wyraźny sposób dało się odnaleźć w prezentowanych utworach -  niestety. Narcystyczne  wywody skryte były pod płaszczykiem naiwnej poczciwości. Męczące, przydługie i zatracające sens już przy trzeciej zwrotce, liryczne wypociny były prawdziwą męczarnią dla ucha i intelektu.  Rzekomo w Rzeszowie „środowisko literackie” określa młodego Nocka mianem „buntownika”. Wydaje się jakby bard przyjął tę etykietkę nie wyczuwając ironii, czy żartobliwego pobłażania innych twórców poezji. Dlatego z takim uporem trwa na obranej przez siebie drodze, z której nikt nie nie m śmiałości go zawrócić. Można odnieść wrażenie, że przekonanie o niebanalnym  artyzmie, nie pozwala Nockowi przyjąć, a może nawet zrozumieć jakiejkolwiek krytyki, bo sam zdaje się być bezkrytycznym wobec siebie. Mimo tego można powiedzieć, że osiągnął sukces w Koszalinie. Jedna ze słuchaczek postanowiła zakupić debiutancki tomik poezji Nocka.
31 Maj 2015 godz. 10:19
Robert Kuliński
 

W muzycznej podróży

Dawno w Koszalinie nie wybrzmiały dźwięki muzyki rockowej, które nie byłyby odgrzewaniem przeterminowanego kanonu. Szczeciński kwartet Dolinainy zaprezentował w Centrali Artystycznej, bardzo zgrabny, autorski materiał, bez sztampy i nagminnego w naszym kraju, sztywnego powielactwa. Publiczność ciepło, choć sennie, przyjęła  grupę, ale  trzeba zauważyć, że nie był to koncert nadający się do szalonego party. Bowiem muzyka zespołu Dolinainy, to propozycja dla słuchacza doświadczonego, oczekującego czegoś więcej niż tylko przesteru i skocznych rytmów. Przestrzenne i świetnie dopracowane piosenki, były przyjemną muzyczną podróżą przez historię  niezależnego rocka. W twórczości grupy można znaleźć wiele odwołań do różnych epok, ale muzycy z ogromną  finezją  połączyli wszystkie elementy. Nie chodzi przecież o rewolucję, ale o to -  żeby zespół brzmiał po swojemu,  nawet jeśli czerpie z dokonań innych. To się nazywa inspiracja, coś co przez koszalińskich muzyków jest rozumiane błędnie - jako upodobnienie. Cały wieczór w tle pobrzmiewały impresje zimno falowe. Lejąca się, nasycona delayem gitara automatycznie przywołała duchy depresyjnej stylistyki lat 80. To jednak tylko szczypta całej palety muzycznych odwołań Dolinyiny. Basowy groove nadawał  utworom pulsu rodem z krainy „nawciąganych amfetaminą  jaszczurek”. Nawet balladowe  kompozycje,  dzięki sekcji rytmicznej, parły do przodu. Ważnym elementem brzmienia zespołu jest saksofon. Podczas minionego wieczoru w lokalu przy ul. Modrzejewskiej, można było usłyszeć i zobaczyć na własne oczy, czym jest  muzyczna erudycja. Saksofon pojawiał się w utworach tylko tam, gdzie był niezbędny. Nie było jazzowej nachalności solowej, a raczej garażowa zwięzłość i prostota. Podróż za saksofonem po zakamarkach historii, mogła doprowadzić słuchaczy do epoki, kiedy pojawiły się pierwociny polskiego punk rocka. Ówcześni saksofoniści  w składach niektórych kapel, po prostu dorzucali do utworów oszczędne wstawki. Tak było i w Centrali, gdzie ozdobność  instrumentu  dętego, jawiła się jako  „kropka nad i” , czy przyprawa podkreślająca smak  całego dania. Koncert dopełniała klasycznie rockowa motoryka i manieryczny, rozmemłany wokal. W zależności od  intensywności kompozycji głos frontmana Pepe przypominał: Iana Astbury, Paula Banksa, Iana Curtisa, czy nawet Jima Morrisona. Przeciągane frazy i szczypta patosu, wyjątkowo  dobrze  wpasowały w nieoczywiste brzmienie grupy.  Słychać było, że muzycy są doświadczeni i osłuchani. Spoglądając na rodzimy - naddzierżęciński grajdołek, bardzo rzadko idzie to w parze. Dojrzała twórczość Dolinainy sprawiła, że wieczór był okazją do wysłuchania kompozycji bogatych, zaskakujących i jednocześnie urzekających  mnogością  źródeł. Tak powinien brzmieć współczesny zespół rockowy. Jednak  tego typu orkiestr jest niesłychanie mało. Czyżby dlatego, że niewielu twórców  ma odwagę wykroczyć poza  schemat?  Niestety zespół nie zagrał bisu, gdyż skurcz, który przytrafił perkusiście,  uniemożliwił  spełnienie oczekiwań słuchaczy. Wstęp na koncert był darmowy. Dopiero po występie można było zasilić muzyków dobrowolnym datkiem.
24 Maj 2015 godz. 9:58
Robert Kuliński
 

Dyzmatronik retrofuturo

Koncert poznańskiej formacji Dyzmatronik, odbył się w bardzo kameralnym gronie. Nie ma się czemu dziwić skoro sobotni wieczór pełen był koncertowych „atrakcji”. Do Kawałka Podłogi trafili nieliczni słuchacze, którzy woleli konfrontację z poruszającą twórczością, niż remizowe pląsy przy ciężkich gitarach, czy radiowych, popowych „piosenusiach”. Trudno spodziewać się, aby publiczność mając do wyboru widowiska z muzyką „spod pługa” udała się tłumnie na występ grupy, która wymaga od słuchacza uwagi  i nie przesadzając -  inteligencji. Wszystko za sprawą  tekstów, które poruszają tematy nieoczywiste. Mimo tego, że historie i podmiot liryczny są  odbiorcom znane doskonale, bo z codziennego życia, to autorowi udało się uniknąć banału. Reporterska dbałość o szczegóły Macieja „Maciory” Balcewicza, buduje modelowy obraz pokolenia doświadczonego zmianami ustrojowymi w Polsce. Na tle standardów zachodniego "yuppiszona", nadwiślański "szczur wyścigowy" prezentuje się wyjątkowo żałośnie. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że zastosowana ironia  liryczna czerpie garściami z punkowego sarkazmu i hip - hopowej publicystyki. Według Dyzmatronik, pionierzy kapitalistycznej rzeczywistości zetknęli się z „systemem”, który nie różni się zbytnio od upadłego, socjalistycznego „Babilonu”. Jedynie luksus wolności i dostatniości  nakreśla inny wymiar. Fabryki zostały wyparte przez korporacje. Model podobny tylko, że to jednostka sama nakłada na siebie jarzmo.Bardzo ciekawie zabrzmiały zastosowane rozwiązania narracyjne w tekstach, gdzie bohater  nie krzyczy wprost o tym, co boli i uwiera, ale zapętla się w mechanizmach obronnych, aby w końcu półgębkiem przyznać się do wewnętrznego smutku. Całości niestandardowego przekazu dopełniła szalenie oryginalna muzyka. Suche i ostre elektroniczne bity przywodziły skojarzenia z pierwocinami niemieckiego techno przełomu lat 80. i 90. Wszystko wzbogacone eterycznym ambientem, który niemal niezauważalnie - gdzieś w tle - emitował grozę. Dodatki gitary elektrycznej podrasowały specyficzne, retrofuturystyczne brzmienie trup – hopu.Koncert zachwycił słuchaczy, którzy po występie grupy nie byli w stanie rozmawiać o czymkoleiek innym, jak o wstrząsie emocjonalno – estetycznym, który  wywołał zespół. Kto wolał machać piórami przy „Wejderze”, czy podziwiać kwiecisty dresik Margaret,  zapewne  bawił się świetnie, ale to zespół Dyzmatronik w minioną sobotę oferował prawdziwie poruszający koncert. Wydarzenie jakich brakuje w naszym mieście, standardowo zostało pominięte przez rzekomych fanów muzyki znad Dzierżęcinki.
18 Maj 2015 godz. 10:26
Robert Kuliński/ fot. K. Zborowska
 

Na beczce jazzu

Na zakończenie koncertowego sezonu jesień – wiosna, właściciele pubu Z Innej Beczki przygotowali fascynujący koncert jazzowy z udziałem kwartetu Entrails United. Polsko – duński zespół wypełnił zaciszne wnętrze lokalu absolutnie magiczną muzyką. Pub zdobył już uznanie miłośników jazzu, co skutkuje  stałym  i wiernym gronem odbiorców dźwiękowych atrakcji. Tym razem także publiczność dopisała, o ile przyjmie się koszalińskie kryteria frekwencyjne koncertu jazzowego. Entrails United to nowa odsłona zespołu z jakim saksofonista Tomasz Licak występował już w „Beczce” we wrześniu ubiegłego roku, podczas inauguracji koncertowego sezonu. Wtedy również w składzie międzynarodowym, lider zaprezentował głównie swoje kompozycje i kilka standardów, które zachwyciły potężną dawką energii. Miniony, niedzielny wieczór miał już nieco inny klimat. W znacznej większości można było usłyszeć kompozycje autorstwa pianisty Carla Winthera. Wyważone i bardzo dojrzałe tematy były świetną bazą dla towarzyszy, aby  snuć niebanalne improwizacje. W brzmieniu grupy można było odnaleźć  całe spektrum wyzwolonego jazzu, ale artyści  nie zatracali się w frywolnych poszukiwaniach. Osią całego występu była tradycja z drugiej połowy ubiegłego wieku. Stonowane, lecz nie pozbawione pieprzu popisy  poszczególnych muzyków, zachwycały nie tyle  drapieżnością, co perfekcyjnym wyczuciem. Licak  zaprezentował absolutne mistrzostwo. Klarowne brzmienie oraz  doskonale dopasowane, oszczędne partie solowe  sprawiły, że improwizacja nie dominowała nad szalenie misterną konstrukcją kompozycji. Jedynie dopełniała jej charakter. Słuchacze mogli także usłyszeć nieco ostrzejszą motorykę w utworze autorstwa perkusisty Radka Wośko. Jednak największy aplauz wywołała poetycka kompozycja Licaka pt. „Hobbit”.  Oczywiście  słuchacze po zakończeniu koncertu domagali się bisu. Muzycy ochoczo podjęli się realizacji oczekiwań publiczności, wykonując jeszcze jedną kompozycje pod przewodnictwem Winthera. Miniony koncert był doskonałą propozycją na niedzielny wieczór. Fantastyczny, muzyczny relaks na zwieńczenie weekednu. Kolejne koncerty w pubie Z Innej Beczki ruszą od jesieni.
11 Maj 2015 godz. 11:05
Robert Kuliński
 

Jeden Świat Piotrowskiego

Grzech Piotrowski, który po raz kolejny odwiedził Pub Z Innej Beczki, zaprezentował licznie zgromadzonej publiczności, swój nowy materiał z płyty „One world”. Słuchacze w nabożnym skupieniu wyruszyli z muzykiem we flegmatyczną, dźwiękową podróż. Trudno minione, niedzielne wydarzenie określić mianem koncertu w potocznym rozumieniu tego słowa. Co prawda muzyka wybrzmiała na żywo, jednak większą część wieczoru wypełniła autoprezentacja i pęczniejący - z minuty na minutę - narcyzm artysty. Piotrowski wystąpił w towarzystwie dwóch muzyków: kontrabasisty Sebastiana Wypycha oraz wokalisty ukrywającego swoje nazwisko pod   pseudonimem Ghostman. Jednak odgrywali oni jednie rolę sidemanów, gdyż to Grzech był mistrzem ceremonii. Forma spotkania ze słuchaczami przypominała zarówno audycję umuzykalniającą, jak i muzykoterapeutyczną.Lider miniaturowej formacji jawił się jako człowiek totalnie osadzony w swojej Nibylandii. Sugestywnie  wpływał na odbiorców, czarując grzecznym słownictwem, ciepłym głosem i sympatyczną aparycją. Wyważony, delikatny dowcip i pogoda ducha,  zamieniła wnętrze lokalu w swoiste przedszkole, gdzie Piotruś Pan hipnotyzował audytorium infantylną retoryką.  Mogłyby być to potężne zarzuty, gdyby nie to, że taki sposób koncertowania doskonale sprawdził się w „Beczce”. Publiczność była więcej niż zafascynowana. Pub emanuje prawdziwe domową atmosferą, co sprawia, że nawet uznani muzycy w odczuciu słuchacza  stają się znajomymi. Rozpromienione lico lidera było w stanie stępić nawet najostrzejszą krytykę, bo przecież niesmacznym i nietaktownym byłoby zruganie tak zadowolonego z siebie twórcy. To tak, jakby zabrać dziecku lizaka.Miłośnicy żywiołowego jazzu, czy frywolnych improwizacji musieli obejść się smakiem. Materiał, jaki wybrzmiał w  przytulnej scenerii pubu Z Innej Beczki,  był wyjątkowo zachowawczy. Utwory inspirowane  najróżniejszymi kulturami nie grzeszyły różnorodnością. Jedynym wyróżnikiem były charakterystyczne stylizacje, jednak zdawało się jakby przez cały wieczór muzycy wykonywali jedną kompozycję. Na samym wstępie  Grzech  zaznaczył, że jego wizja muzyki polega na relaksowaniu słuchaczy. Wspomniana wcześniej muzykoterapia przypadła zgromadzonej publiczności do gustu. Wiele osób zamknąwszy powieki oddawało się czemuś na kształt medytacji. Spijali, słodki do granic mdłości lukier, którym ociekała każda minuta wieczoru. Mało wymagające, przestrzenne i do bólu klarowne dźwięki, idealnie nadawałby się jako tło do sauny. Improwizacje pozbawione były jakiejkolwiek ludzkiej ekspresji. Podporządkowanie harmonii oraz maniakalna dbałość o perfekcyjne  brzmienie,  zupełnie odhumanizowały eteryczną, muzyczną papkę. Według prawideł sztuki terapeutycznej, na zakończenie potrzebny był akcent rozweselający. Po rozedrganych, kontemplacyjnych utworach z koła podbiegunowego, zabrzmiała kompozycja „Ghost in Santa Maria” inspirowana afrykańską  muzyką korzeni. Taneczny rytm i „pośpieszalskie” wygibasy wokalne  Ghostmana momentalnie ożywiły atmosferę. Sam Piotrowski  nakłaniał uczestników koncertu do tańca. Kilka par rozpoczęło zorganizowaną  "pląsaninę". W pewnym momencie za sprawą kontrabasu zabrzmiały nawet  akcenty góralskie, co udowodniło, że cała muzyka świata wywodzi się jednego źródła. Podstawą jest groove i beat. Miniony wieczór był propozycją dla  tych, którzy kochają Piotrusia Pana. Marzą o wejściu do Nibylandii. Chcą  czuć się głaskani i dopieszczani przez artystów na każdym polu. Estetyka smooth jazzowo -  chilloutowego etno została przyjęta entuzjastycznie i rozczuleniem. Materiał „One world” to idealna stylistyka dla miłośników audycji Marcina Kydryńskiego.
10 Maj 2015 godz. 11:04
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Zespół Que Pasa ¿¡ uratował wieczór

Punkowy koncert w Kawałku Podłogi, nie był udaną imprezą. Pomimo tanich biletów, publiczność nie przybyła licznie. Zabrakło też żywiołowości. Choć muzycy szczecińskich zespołów AntyKwariat oraz 747 wykrzesali z siebie maksimum energii, słuchacze nie przyjęli gości entuzjastycznie. Dopiero rodzima formacja  Que Pasa ¿¡ zachwyciła publikę. Kwartet zabrzmiał doskonale i autentycznie, czego nie można powiedzieć o formacjach poprzedzających jego występ.Lineup został przygotowany nietypowo. Gwiazda wieczoru, czyli zespół 747, który w ubiegłym miesiącu wydał nakładem Jimmy Jazz Records swój debiutancki album pt. „Jeden za wszystkich”, wystąpił jako drugi. Sceniczne poczynania szczecińskich hardcore punków poprzedził występ grupy AntyKwariat, a finisz AntykWariat należał do Que Pasy ¿¡Publiczność, najoględniej mówiąc, była niemrawa. AntyKWartiat dodatkowo został osłabiony przez niedyspozycję jednego z dwóch gitarzystów. Wypity alkohol, najwyraźniej w ilościach znacznych, uniemożliwił muzykowi należyte odegranie materiału. Dało się słyszeć problemy z nadążeniem i akordy  wyślizgiwały się z ram rytmicznych. Nawet banalny utwór Billy'ego Idola „Rebel yell” sprawił gitarzyście duży kłopot. Można było odnieść wrażenie, że muzyk uznał, iż jego image - dopracowany w każdym detalu – wystarczy, aby zachwycić publiczność. Niestety, nie wystarczył. Wielka szkoda, bo pozostali członkowie zespołu dwoili się i troili, żeby zagrać przynajmniej dobrze. Publiczność nie reagowała właściwie wcale. Ani jedna osoba nie poderwała się do pogo. Natomiast po każdym utworze w sali panowała grobowa cisza. Muzycy grupy AntykWariat zeszli  ze sceny po kilku kawałkach. 747 Sytuacja wyglądała podobnie, kiedy na scenie pojawił się skład 747. Zespół już kilkakrotnie koncertował w Koszalinie, jako support The Analogs oraz Farben Lehre  i  jakoś nigdy nie zachwycił koszalińskich fanów punk rocka. Podczas minionego wieczoru wokalista grupy Paweł Pawlicki  po  trzecim  lub czwartym utworze wyraził swoje niezadowolenie z biernej reakcji słuchaczy. W absolutnej ciszy wywrzeszczał ze sceny:  „Koszalin, żyjecie?! To ma być koncert punk rockowy? Ale wiocha...”. W obronie honoru naszego grodu stanęli chłopaki z Que Pasy ¿¡, którzy ochoczo  wskoczyli w pogo. To poderwało jeszcze kilka osób i w ten sposób zespół 747, miał pod sceną nieliczne kłębowisko załogantów. Muzycznie grupa  zaprezentowała  szalenie agresywny hardcore punk, z bardzo melodyjną oprawą wokalną. Pomimo tego, że nie można grupie zarzucić jakichkolwiek mankamentów 747 + załoganci ze Szczecina technicznych, to trudno powiedzieć, aby grupa prezentowała muzykę wartą uwagi. Zbyt podkręcone brzmienie gitar, skutecznie zagłuszało wokalistę, a kostkowanie basu  wyłaniało się dopiero w momentach wyciszenia. Solówki pomimo wspomagania „kaczką” niknęły w natłoku zbędnego hałasu.   Atmosfera koncertu nieco się ożywiła dopiero przy tytułowym utworze z płyty  „Jeden za wszystkich” . Na scenie obok muzyków pojawili się członkowie ekipy przybyłej ze Szczecina razem z zespołem. W tak rozbudowanym składzie piosenka zabrzmiała niczym hymn bojowy. Mimo to, do samego końca występu, publiczność dość zimno traktowała gwiazdę wieczoru.  Nikt by się nie spodziewał, że to właśnie reprezentacja naszej sceny  pokaże klasę wykonawczą. Zespół Que Pasa ¿¡ wielokrotnie pojawiał się na łamach naszego portalu i za każdym razem akapity były pochlebne, jednak to miniony, sobotni koncert grupy pokazał ogromny potencjał młodych muzyków. Uwodzicielsko banalny punk rock zachwycił słuchaczy. Na korzyść grupy wpłynęło brzmienie, jakie udało się uzyskać Que Pasa ¿¡ dzięki wzmacniaczom udostępnionym  przez szczecińską ekipę. Jednak nie w brzmieniu  i nawet nie w fantastycznie przygotowanych utworach tkwi poruszająca  magia  młodocianych punkowców. Chodzi o wspomniany wcześniej autentyzm. Muzyka w wykonaniu  kwartetu  uderzyła prawdziwą pasją. Filip Guściora bez mrugnięcia okiem wykrzykiwał swoim charyzmatycznym i zadziornym wokalem, szalenie proste wersy. Pod sceną zakotłowało się bez nagabywania. Z kolei ta część publiczności, która wolała spędzić koncert  na siedząco, rewanżowała się muzykom  dosadnym aplauzem przeplecionym okrzykami. Que Pasa ¿¡ Muzycy Que Pasy ¿¡ oddają hołd najbardziej klasycznej stylistyce, nadając jej autorski charakter. Pracowitość i upór koszalińsko – darłowskiej czwórki wybija podczas koncertów, a miniony, sobotni wieczór absolutnie należał do nich.   Premierowe utwory: „Ładuj karabin” i cover z repertuaru Apatii „Młodzi faszyści” zademonstrował, że ci młodzieńcy doskonale czują się na obranej przez siebie drodze. Bez udawania i udowadniania czegokolwiek, w naturalny sposób  Que Pasa ¿¡ rozwija się. To cieszy, bo polska scena punkowa potrzebuje świeżej krwi, choćby w tradycyjnym wydaniu.
29 Kwietnia 2015 godz. 14:55
Robert Kuliński
 

Muzyczne Juwenalia w Koszalinie

Znamy już artystów, którzy wystąpią podczas nadchodzącego Tygodnia Kultury Studenckiej w dniach 19 – 21 maja. Tradycyjnie każdy dzień będzie miał swój odrębny klimat. Rockowy wtorek uświetni Coma, taneczną środę Mig, a w hip - hopowy czwartek wystąpi jeden z pionierów polskiego rapu – Liroy.   Oprócz wymienionych powyżej gwiazd, mieszkańcy Koszalina będą mieli okazję usłyszeć także innych artystów, którzy rozgrzeją publiczność. Poniżej prezentujemy listę wykonawców.Pomimo tego, że wtorek, 19 maja zapowiada się typowo rockowo, to miłośnicy niestandardowej mutacji rocka z jazzem i funkiem znajdą coś dla siebie. Na scenie pojawi się grupa Nat Osborn Band z Nowego Jorku, która już dwukrotnie występowała w Koszalinie, wzbudzając zachwyt słuchaczy niemal w każdym fot. arch. Artur Rutkowski wieku. Formacja została zawiązana w 2011 roku i szturmem wdarła się na nowojorską scenę muzyczną. Debiutancki album „The King and The Clown" znalazł się na liście wielu niezależnych krytyków muzycznych, jako jedna z najlepszych płyt ubiegłego roku.         Nat Osborn Band w utworze „Fire in the wind”.   fot. Last.fm.pl   Kolejnym zespołem, który  na pewno nie pozwoli słuchaczom odetchnąć będzie formacja Lej Mi Pół. Grupa z Bielska-Białej gra powierzchowny punk oraz metal w cienkim cieście. Muzyka jak i teksty nie należą do zbyt skomplikowanych oraz górnolotnych o czym świadczyć mogą tytuły utworów np. „Nakurwiaj Salto”, „Czcigodny Sedesie”, czy też „Prętem po jajach”.   Lej Mi Pół w utworze „Polibuda”.   Na zakończenie  rockowego wtorku wystąpi Coma, jeden z najpopularniejszych składów rodzimej sceny gitarowej. Formacja powstała w 1998 roku w Łodzi. Bardzo szybko, dzięki charyzmie wokalisty i poety Piotra Roguckiego zdobyła rzesze fanów. Wielokrotnie zespół Coma jest określany jako najważniejsza formacja polskiego rocka tuż obok Kultu, czy T.Love. Charakterystyczne, garściami czerpiące ze stylistyki progresywnej brzmienie oraz koncepcyjne podejście do materii albumu zachwyciło także wielu krytyków. Zespół ma na koncie 6 albumów długogrających. Coma w utworze „Los cebula i krokodyle łzy”.     Środa, 20 maja  będzie okazją do tanecznej zabawy w rytmach disco polo i dance. Choć ta stylistyka wciąż wywołuje wiele kontrowersji, to brać studencka  nie jednokrotnie pokazała, że można przy takiej muzyce bawić się wyśmienicie.  fot. arch. zespołu, (fb) Będzie można usłyszeć sochaczewską grupę Soleo, która powstała na przełomie 2009 i 2010 roku.  Zespół zwrócili na siebie uwagę ogromnej rzeszy słuchaczy utworem „Słodko Słodka". Soleo wziął udział w programie „Disco Star” w Polo TV. Muzycy koncertują w niezliczonej ilości Klubów, dalej nagrywają autorskie piosenki na planowaną w przyszłości płytę.       Soleo w utworze „Spryciula”.     fot. arch. zespołu. (fb) Następnie zabrzmią rytmu z Białegostoku za sprawą zespołu Extazy. Lider grupy - Kamil Chludziński, niegdyś członek formacji Stars, występował z ową grupą przez dobrych kilka lat koncertując w całej Polsce. Nasępnie razem z Damianem Staniszewskim założył grupę pod nazwą Matrix. W tym okresie powstała znakomita piosenka pt. "Tak jak pierwszy raz", która osiągnęła ogromne uznanie słuchaczy. Matrix z przyczyn osobistych zakończył swoją działalność pod koniec roku 2008, a Kamil Chludziński stworzył nowy zespół o nazwie Extazy.Dzień z disco polo zakończy występ grupy Mig. Zespół pochodzi z miejscowości Pruszkowo k. Płońska. fot. arch. zespołu (fb) Formację tworzy czwórka rodzeństwa : Dorota, Marek, Krzysiek i Sławek Gwiazdowscy. Za oficjalną datę powstania zakłada się rok 2000, kiedy to zespół rozpoczął pracę nad materiałem wydawniczym. Ich pierwszy utwór „Co ty mi dasz” osiągnął ogromną popularność i jednocześnie stał się jednym z największych hitów disco polo i Dance.     Mig w utworze „Wymarzona”.   fot. last.fm.pl Dzień hip – hopowy został zaplanowany na czwartek, 21 maja. Fani dobrego polskiego rapu  nie mają powodów do narzekania. Jednym z wykonawców będzie Zeus, który absolutnie uwiódł wielu słuchaczy wyjątkowym stylem i niebanalną liryką. Jego ostatni album „Zeus. Nie żyje” z 2012 roku osiągnął status złotej płyty, co wcale nie jest łatwe, jeśli chodzi o rodzimy rap.     Zeus w utworze „Hipotermia”.     fot. last.fm.pl   Miłośnicy poznańskiego rapu będą mieli okazję  posłuchać Palucha, czyli Łukasza Paluszaka. Były członek zespołu Aifam. Współtworzy kolektyw DIIL Gang oraz trio Syntetyczna Mafia. Od 2004 roku prowadzi solową działalność artystyczną. Paluch współpracował ponadto m.in. z takimi wykonawcami jak: Borixon, BosskiRoman, Buczer, Firma, HempGru, Kaczor, Kajman, Kali, Kobra, Lukasyno, Miuosh, Mrokas, Onar, O.S.T.R., PTP, Shellerini, SlumsAttack, Sobotaoraz WSRH. Poza działalnością artystyczną prowadzi wytwórnię płytową B.O.R. Records.Paluch w utworze „Bez strachu”.   Hip - hopowy dzień zwieńczy występ jednego z najważniejszych raperów w Polsce. Na koszalińskich fot. last.fm.pl juwenaliach wystąpi nie kto inny, jak „Scyzoryk”  z Kielc  - Loroy. Za sprawą wydanej w 1995 roku płyty „Alboom”, sprzedanej w nakładzie przekraczającym 500 tys. egzemplarzy, osiągnął największy sukces komercyjny w historii polskiego hip-hopu.   W 2004 roku założył fundację Liroy Bank przy Kieleckim Centrum Kultury. Od 2006 roku prowadzi firmę DEF Entertainment Sp. z o.o. W ramach jej działalności wydał dwa albumy solowe. Wielokrotny laureat nagrody polskiego przemysłu fonograficznego Fryderyka. Liroy współpracował ponadto z takimi wykonawcami jak: Ice T, Wzgórze Ya-Pa 3, Mieczysław Szcześniak, Art of Beatbox, Borixon, Lionel Richie, Katarzyna Skrzynecka, Kayah czy Michał Urbaniak.Liroy feat. Onil, George i Yaro w utworze „Impreza”.   Więcej informacji o nadchodzącym Tygodniu Kultury Studenckiej już wkrótce.
26 Kwietnia 2015 godz. 11:35
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Niech żyje free

Hasło „norweski jazz” okazało się być bardzo atrakcyjne dla koszalińskiej publiczności. Słuchacze stawili się w miniony wieczór w Centrali Artystycznej bardzo licznie. Wszystkie stoliki oraz spontaniczne przygotowane „dostawki” zostały zajęte. Sprawcami całego zamieszania byli muzycy z północy Europy, którzy przywieźli ze sobą wspaniałą muzykę. Grupa Pocket Corner już po raz drugi odwiedziła Koszalin. Zespół dowodzony przez trębacza Didrika Ingvaldsena wystąpił dwa lata temu w nieistniejącym już lokalu BeWuA przy ul. Piastowskiej. Tym razem to Centrala stała się  miejscem prezentacji absolutnego, muzycznego mistrzostwa. Kwartet wystąpił w dość nietypowym składzie, gdyż zabrakło kontrabasisty. Nie znaczy to jednak, że brzmienie grupy  pozbawione było głębi i pulsu. Rolę rytmicznego sidemana doskonale odgrywał młody gitarzysta Aleksander Grønstad. Oprócz nakreślenia energetycznej motoryki, niekiedy zahaczającej o iście czarny groove, wyczarowywał przestrzeń, po której ślizgały się  improwizacje dwóch instrumentów dętych. Już od pierwszych minut występu słuchacze musieli przełączyć swoje myślenie o muzyce na nieco inne tory. Bardzo oszczędne w melodykę tematy, były szybko rozkładane na części pierwsze w szaleńczych popisach free jazzowego kunsztu. Dekonstrukcja  paradoksalnie spajała muzyków, którym muzyczna wolność widocznie i słyszalnie dodawała skrzydeł. Z utworu na utwór solowe oraz zespołowe improwizacje stawały się coraz bardziej śmiałe i nieprzewidywalne, co wcale nie jest oczywiste, gdyż formuła free sięga przecież lat 50. ubiegłego wieku. Zespół Pocket Corner pokazał jednak, że wrażliwość i muzyczna inteligencja pozwalają muzykom „wycisnąć” nawet z najbardziej zastygłej stylistyki świeżość. To  niestety wciąż koszalińskim muzykom sprawia ogromne problemy. Duet lidera grupy i saksofonisty Glenna Brun Henriksena perfekcyjnie rozpędzał całą machinę  dźwiękowych poszukiwań. Niekiedy  muzycy przerzucali sobie motywy, przekomarzali się, a nawet uskuteczniali prawdziwą muzyczną  kłótnię. Zabawy formą przybierał na sile,  co skumulowało się w utworze „Female insect”, gdzie koleżeński spór o dominację przybrał formę wzajemnego, prześmiewczego naśladowania swoich solowych partii.       Nie sposób pominąć doskonałej gry perkusisty Ståle Birkelanda. Na pierwszy „rzut ucha” zachwycał arcymisrzowską techniką. Jednak nawet najbardziej szarlatańskie zbiegi bębniarza byłyby niczym, gdyby nie genialne wyczucie kompozycji, nastroju i  kierunku improwizacji kolegów z zespołu. To właśnie Brikeland otrzymał najpotężniejsze owacje, kiedy to na zakończenie koncertu lider przedstawiał muzyków.Choć wieczór wypełniła muzyka wymagająca, to zespół został bardzo ciepło przyjęty, nawet przez tych, którym free jazz nie do końca pasuje. 
13 Kwietnia 2015 godz. 10:51
Robert Kuliński
 

Amerykańscy najeźdźcy w Inferno

Muzyka jaka dobywała się z wnętrza najbardziej piekielnego lokalu w mieście, czyli Inferno Cafe zatrzęsła zapewne całym Rokosowem. Pięć death metalowych kapel z USA zaprezentowało soją twórczość publiczności nielicznej, ale doskonale wiedzącej po co przyszła. Swoista inwazja muzycznego ekstremum zachwyciła różnorodnością i bardzo wysokim poziomem wykonawczym. Całości dopełniło pieczołowicie przygotowane nagłośnienie. Riffy i szaleńcze  kanonady perkusji, czy automatów perkusyjnych dosłownie wykręcały trzewia słuchaczy.  Publiczność zebrana pod Morose Vitality sceną rewanżowała się artystom wielkim uznaniem i zróżnicowaną formą ekspresji entuzjazmu.Już pierwszy zespół jaki pojawił się na scenie, czyli Morose Vitality pokazał klasę  i doskonały kunszt sceniczny. Death metal w nowoczesnej odsłonie emanował  czystą agresją. Soczyste riffy i asceza pod względem solówek  w przeciągu kilku minut poderwały słuchaczy do szalonej zabawy pod sceną. Gardłowe okrzyki uwielbienia  kilkunastu osób wypełniały ciszę pomiędzy kawałkami. Rzadko się zdarza, aby publika  tak pokochała support, czy po prostu pierwszy skład Grooms of the Stool z dość długiej listy kapel przygotowanej na dany wieczór. Muzycy  Grooms of the Stool w swojej twórczości odwołują się do tradycyjnych gatunków jak thrash, czy speed metal w śladowych ilościach. Nie zabrakło imponujących solówek. Świetni instrumentaliści  zaprezentowali bardzo wymagającą i szlachetną formę  utworów. Wiele kombinacji rytmicznych i ciekawych aranży także nie pozwoliło słuchaczom usiedzieć  w miejscu. Szał znów ogarnął publikę. Najbardziej ekstremalną odsłonę death metalu pokazała formacja Soul Remnants. Mocno zbrutalizowana forma i czytelne odwołania do grind core'a, zupełnie Soul Remnants uwiodły uczestników koncertu, którzy  już po dwóch wcześniejszych występach  ociekali potem. Zespół fantastycznie łączył ekstremalną „młóckę” z monumentalnymi akordami, które uderzały  w słuchaczy ogromnym ciężarem. Najsłabiej wypadła formacja poprzedzająca gwiazdę wieczoru. Zespół Psychiatric Regurgitation zaprezentował  nieco patetyczną formę deathu okraszoną melancholią black metalu. Automat perkusyjny i sample  z wplecionymi  dźwiękami  pianina zabrzmiały dość sztucznie, ale  słuchacze także przyjęli grupę  entuzjastycznie. Psychiatric Regurgitation Na zakończenie wystąpił Bloodsoaked. Na scenie tylko jedna osoba - Peter Hasselbrack. Gitarzysta i wokalista odgrywał bardzo klasycznie brzmiące kompozycje  przy dźwięku automatycznej perkusji. Utwory zabrzmiały prymitywnie i z klasą. Hasselbrack udowodnił, że klasyka gatunku nie musi oznaczać „odgrzewania starych  kotletów”. Potęga riffów i charyzma  artysty ujęły  jednak tylko część publiczności. Ortodoksi narzekali, że  jest to przesada, aby gwiazdą wieczoru był jednoosobowy zespół bez perkusisty. Bloodsoaked Wieczór był wspaniałą podróżą  po obrzeżach death metalu. Podczas jednej imprezy zabrzmiała ogromna różnorodność, a umiejętności i przygotowanie muzyków było absolutnie doskonałe. Szkoda, że tak niewielu  zdecydowało się na spędzenie niedzielnego wieczoru w Inferno z amerykańskimi  najeźdźcami.
12 Kwietnia 2015 godz. 14:11
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Młoda scena w Kawałku

Sobotni wieczór w Kawałku Podłogi upłynął pod znakiem muzyki młodych zespołów. Trzy orkiestry zaprezentowały swoją twórczość przed liczną publicznością i jury, które ma wyłonić składy jakie wystąpią w tegorocznej edycji Seven Festiwal w Węgorzewie. Wieczór rozpoczął się punkową energią w wykonaniu zespołu Que Pasa? Grupa po raz kolejny zaserwowała ironiczne i zadziorne teksty  opatrzone  siermiężnym, garażowym brudem ostrych gitar. Moc prostych piosenek kwartetu tradycyjnie ujęła słuchaczy. Nawet przez chwilę pod sceną  zakotłowało się minipogo. Drapieżny wokal Filipa Guściory i rzetelny łomot perkusisty Dariusza Toszka zasługuje na ogromne uznanie, bo tak zgrabnego punk rocka w Koszalinie nie słyszy się często.Po krótkiej przerwie technicznej publiczność usłyszała spektakularny debiut nowej formacji rodzimego grajdołka. Zespół Whoiswho to typowy przykład supergrupy. Czwórka muzyków znana jest publiczności z wcześniejszych z występów w zespołach Udercity, Pokaz Sztucznych Ogni, Romantycy Lekkich Obyczajów, czy Świadomość. Ogranie i solidne przygotowanie trzech kawałków wprawiło publiczność w absolutny zachwyt. Piski, okrzyki i huk owacji dudniły pod sklepieniem Kawałka Podłogi z ogromna siłą. Grupa odważnie  penetruje takie obszary muzyczne, jakie rzadko słyszy się na amatorskich scenach. Pulsujący pop miesza się psychodelią , jaką serwowała lata temu Ścianka. Rozbudowane partie wokalne pobrzmiewały dużą dawką muzycznego dowcipu. Głosy aż dwóch wokalistów przypominały swoją barwą charakterystyczną manierę śpiewaków ze sceny disco polo. Natomiast warstwa muzyczna  była  dopracowana pod każdym względem. Słuchacze otrzymali właściwie gotowe, dynamiczne przeboje, które  mogłyby spokojnie  „śmigać” na antenie radiowej zarówno w prime timeie, jak i audycjach prezentujących nowe rockowe brzmienia. Trzeba przyznać, że Whoiswho doskonale balansuje na granicy  muzyki rozrywkowej i rocka alternatywnego. Świadczy to o sprecyzowanej wizji, konsekwencji i ogromnym polocie. Wieczór zakończył monumentalny pomruk death metalu w wykonaniu słupskiej grupy Medarth. Trudno  rozpisywać nad występem zespołu, którego jedynym silnym atutem były umiejętności techniczne muzyków. Absurdalnie podkręcone tempo i totalnie szablonowe kompozycje nie poderwały publiczności. Większość wykorzystała  koncert słupszczan  na zakup napojów chłodzących, czy zapalenie papierosa na zewnątrz klubu. Jedynie ortodoksyjni fani „martwego metalu”  nagrodzili Medarth oklaskami. Metal ze Słupska zabrzmiał w istocie martwo i sztampowo, ale przynajmniej wieczór był muzycznie różnorodny zarówno, jeśli chodzi o style, jak i poziom.
11 Kwietnia 2015 godz. 14:56
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Orientalna Centrala

Wieczorny koncert El Dúo Lute Palestinominiony w Centrali Artystycznej był kameralną podróżą muzyczną do świata orientu. Ciepłe brzmienie lutni ujęło publiczność, która niestety nie była zbyt liczna. Zespół tworzy dwóch muzyków z Palestyny, którzy wraz ze swymi narodowymi instrumentami przywieźli przekaz pokoju. Na początku jeden z artystów  wyjaśnił: „Nasz kraj jest teraz w bardzo trudnej sytuacji. Jest ogarnięty wojną, ale my gramy spokojnie. Gramy dla pokoju.” Na początku w prostych folklorystycznych kompozycjach można było usłyszeć nostalgię i zadumę. Powagi całemu występowi dodawały flagi państwowe Palestyny, które zawisły za plecami muzyków. Z czasem jednak  nieskrępowana radość ze wspólnego muzykowania wzięła górę. Improwizowane utwory z minuty na minutę nabierały impetu, a publiczność coraz bardziej szczodrze obdarowywała muzyków  oklaskami. Koncert mający zwrócić uwagę na Palestynę, stał się fantastyczną prezentacją kulturowego dorobku toczonego wojną kraju. Muzycy frywolnie odgrywali kolejne takty korzennych kompozycji, dowcipnie  przerzucając się motywami i solówkami. Pod koniec występu, chcąc zademonstrować istotę gry na lutni, czyli improwizację muzycy zagrali polską pieśń „Sto lat”. Zadziwiające jak poważnie zabrzmiała banalna, ludowa melodia znad Wisły. Ozdobniki charakterystycznych dla orientu pochodów bazujących na półtonach sprawiły, że z przyjemnością słuchało się  muzycznego ukłonu w stronę zgromadzonych słuchaczy. Muzycy El Dúo Lute Palestino wyczarowali bardzo przyjemny klimat, aż szkoda, że koncert trwał tylko niepełną  godzinę. Miło widzieć jak Centrala wybudza się z marazmu. Choć w lokalu zawsze coś się działo, to z reguły były to drobnostki skierowane do stałych bywalców. Od kilku miesięcy widać jednak nową energię a taki koncert jak miniony występ duetu, pokazuje że Centrala wraca do gry. Skromy występ Palestyńczyków,  był w istocie  bardzo ciekawym wydarzeniem.