Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Koncerty w Koszalinie:

10 Października 2015 godz. 9:39
Robert Kuliński
 

Parkera teoria tria

Hasło „amerykański kontrabasista”, powinno zadziałać jak magnes na koszalińskich miłośników jazzu. Niestety, nawet skądinąd znane i wywołujące pozytywne skojarzenia nazwisko Parker, nie sprawiło, że Kawałek Podłogi pękał w szwach. Niejednokrotnie  klubowe występy formacji stricte jazzowych w naszym mieście udowodniły, że są to przedsięwzięcia z gruntu niszowe. Być może dlatego, że nie są tak oblegane przez media, jak  wielki festiwal Hanza. Dlatego nawet najbardziej  rozpoznawalny meloman i fan jazzu, nie przychodzi na koncerty klubowe, bo najprawdopodobniej i tak nikt nie zwróciłby uwagi na jego charakterystyczną łysinę. Na Hanzie można się pokazać w blasku fleszy i w otoczeniu znanych snobów. Jednak nie o tym, choć takie rozważania są ważne, aby nakreślić jak bardzo prowincjonalnie prezentuje się mieścina nad Dzierżęcinką. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki kameralnej atmosferze, muzyka zabrzmiała  urzekająco.Publiczność w skupieniu i podziwem wysłuchiwała, co ma do zaproponowania Mike Parker's Trio Theory. Doszło do małej roszady w składzie grupy i zamiast Franka Parkera, na perkusji zagrał Grzegorz Pałka, który po raz pierwszy wystąpił w składzie amerykańskiego lidera. Natomiast na saksofonie zagrał Sławek Pezda. Świetne kompozycje tętniły na wskroś zaoceanicznym groovem. Można śmiało powiedzieć, że Parkerowi udało się połączyć niezwykłą, niekiedy wręcz hard funkową bezkompromisowość z europejskim zacięciem do harmonii. Zespół zabrzmiał potężnie, pomimo szalenie tradycyjnego instrumentarium. Bardzo nowoczesne rozwiązania kompozycyjne, wyczucie w dekonstrukcji i szaleńcze sola każdego z muzyków, zachwycały słuchaczy co rusz zaskakującym zwrotem akcji. Występ składający się z dwóch setów  pokazał dwa oblicza grupy. Pierwsze to liryczne  ballady, które z czasem nabierają impetu. Można było wyczuć wielki szacunek do klasyków, ale pojawiły się także własne   - nowoczesne dodatki. Drugie oblicze tria to już rozszalałe improwizacje. Ciężkie - transowe pochody kontrabasu i skwiercząca od  szaleństw „pałkarza” perkusja, napotykały na rozwrzeszczany saksofon, tnący bez litości każdą nutę. Jednak warto wspomnieć, że Pezda świetnie operował także kolorytem w momentach lirycznego wyciszenia. Jego sax zdecydowanie brzmiał czarno. Słuchacze z wypiekami na twarzach nagrodzili muzyków solidną owacją. Natomiast już dziś w Kawałku  coś dla fanów hard 'n' heavy.  Swoje XXV – lecie świętować będzie legendarny Hetman.
4 Października 2015 godz. 12:52
Robert Kuliński
 

Chorzy zdrowo rockowali

Szczeciński zespół Chorzy, który w minioną sobotę zaprezentował się koszalińskiej publiczności w Kawałku Podłogi, ujawnił smutną prawdę o muzyce rockowej. Rzeczona stylistyka broni się jedynie w formie pastiszu. Grupa bardzo płynnie i fachowo poruszała się po rozmaitych obszarach dźwiękowej stylizacji i  trzeba przyznać, że muzycy dali z siebie wszystko. Obok hard rockowych zagrywek, wybrzmiewały także parodie psychodelii, disco, fusion, punka, a nawet heavy metalu. Humorystyczny koktajl muzyczny nie miałby jednak żadnego sensu, gdyby nie  świetne teksty, pełne ironii i groteski. Czym byłby jednak występ zespołu na wskroś rockowego, bez koncertowego żywiołu?  Olek Różanek - faktycznie chory, na dyskopatię i infekcję gardła frontman - zapewnił publice prawdziwe show. Wokalista, to  Postać o wielu twarzach, ogromnym dystansie do siebie i nietuzinkowych zdolnościach kabaretowo – aktorskich. Frontamn stał się umiejętnie przerysowanym liderem rock'n' rollowej formacji. Niestety  nieliczne grono koszalinian miało okazję doświadczyć dowcipnej podróży muzycznej z Chorymi. Pomimo braku płatnych biletów, Kawałek nie pękał w szwach. Jednak Róznaek, który już po pierwszym utworze ociekał potem, często rozgrzewał humory słuchaczy, traktując cały klub jako scenę. Nie zabrakło fajerwerków i stage divingu, czyli wszystkiego co na prawdziwym koncercie rockowym być powinno. Grupę można śmiało uplasować w kręgu takich zespołów jak np. Dr Misio, czy Formacji Chłopięcej Legitymacje. To nie tylko dobra rozrywka, ale także ciekawa gimnastyka dla mózgowia, bo teksty zmuszają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Wszak zrozumienie ironii wymaga jakiegoś poziomu.
3 Października 2015 godz. 12:40
Robert Kuliński/ fot. Artur Rutkowski
 

Rockowy piątek Kreski

Piątkowa propozycja muzyczna w Studenckim Klubie Kreślarnia, okazała się być druzgocącym niewypałem. Publiczność nie stawiła się tłumnie, a używając języka chemicznego, były to ilości śladowe. W najbardziej tłumnym momencie wieczoru, parkiet przed sceną wypełniło około dziesięć osób. Nie ma się czemu dziwić. Występy zupełnych no name' ów, czyli szczecińskich formacji ETA i Curcuma, nie były żadną konkurencją dla lokalnych zespołów grających w Kawałku Podłogi, czy koncertu punkowych wyjadaczy z Farben Lehre w pubie Graal. Piątek był bogaty w atrakcje koncertowe. Postanowiliśmy zajrzeć do Kreski, aby sprawdzić jak atrakcyjne są koncerty rockowe pod szyldem Leszka Chmielewskiego. Słowo ŻENADA, jest jedynym, nadającym się do publikacji wyrazem opisującym poziom artystyczny obydwu formacji prezentujących się na scenie klubu studenckiego. Jako pierwszy zaprezentował się zespół ETA. Jedyną nadzieją tej grupy jest bardzo młody wiek muzyków. Być może kiedyś uda się formacji zabrzmieć autorsko i rasowo. Póki co można było usłyszeć jak bardzo niezdecydowany jest repertuar szczecinian. Kompozycje opierały się na do bólu wtórnych zagrywkach hard rockowych, serwowanych z dramaturgią pop rockową. Melodyka i walory liryki nie grzeszyły polotem. Jedynie zgranie zespołu i całkiem soczyste gitary sprawiały, że odcinając  aktywność poznawczą, słuchacze mogli potupać nóżką. To nie nastąpiło, bo praktycznie nie było komu tupać.Niestety koncert Curcumy nie zmienił specjalnie wydźwięku artystycznego wieczoru. O ile po młodych z ETy można jeszcze czegoś oczekiwać, to  dojrzały wiek facetów z  grupy występującej pod szyldem przyprawy, nie zwiastuje nic dobrego. Niejednokrotnie na łamach naszego portalu, pojawiały się konkretne zarzuty względem kapel odgrywających zwietrzałe inspiracje z lat 90. ubiegłego wieku i początku XXI wieku. Curcuma idealnie wpasowuje się w model kolejnego rockowego klonu, bez krztyny oryginalności. Muzycy zaprezentowali set listę bogatą w ciężkie brzmienia czerpiące garściami z telewizyjnego nu metalu, grung' owe mielizny liryczne i hard rockową sztampę. W istocie to idealna formacja na antenę jedynej, niepokornej rozgłośni rockowej w Polsce, która lubuje się w utrwalaniu badziewia wedle schematu: „przejmujący” wokalista, klarowne przesterki i  jednostajne tempo. Garstka słuchaczy poderwała się z krzeseł dopiero, kiedy zabrzmiały covery, a te nie grzeszyły innowacyjnością. Nie raz już pisaliśmy o tym jaką żenadą jest przerabianie utworów popowych na ostre gitary. To żadna innowacyjność i każdy taki coverek brzmi identycznie. Słuchacze mogli podziwiać „Left outsiede allone” z repertuaru wokalistki występującej pod pseudonimem Anastacia.Muzycy Curcumy odważyli się także wziąć na warsztat „Iron Mana”  Black Sabbath, jednak w wersji rodem z MTV Rocks. Wes Borland, czy  Sully Erna byliby dumni z poczynań szczecinian. Już dziś w Kreślarni impreza z polskim disco. Oczywiście to tylko dywagacje, ale całkiem możliwe, że parkiet będzie pełny. 
4 Września 2015 godz. 12:36
Robert Kuliński/ fot. Artur Rutkowski
 

Cóż to był za koncert... hej!

Kolejny, piąty już sezon cyklu akustycznych koncertów Radia Koszalin, rozpoczął wyśmienity występ Kapeli Hanki Wójciak. Publiczność, jak zwykle tłumnie zgromadzona w Studiu Koncertowo- Nagraniowym im. Czesława Niemena, była oczarowana nie tylko muzyką, ale i wdziękiem liderki grupy. Pomysłodawcą cyklu „Unplugged” jest Adrian Adamowicz, wieloletni redaktor muzyczny koszalińskiej rozgłośni, który niestrudzenie walczy o coraz to ciekawszych artystów. Skromne początki z udziałem regionalnych wykonawców  pozwoliły na solidne przetarcie szlaku dla muzyków i wokalistów cieszących się niemałą renomą. Wiemy, że kolejne koncerty bez prądu uświetnią występy Elektrycznych Gitar, Piotra Wróbla (Akurat) oraz Skubasa. Koncert inaugurujący kolejny sezon Unplugged, był wspaniałą podróżą przez gęstwinę rozmaitych odcieni muzyki świata. Folk zaproponowany przez Kapelę Hanki Wójciak, daleki był od infantylizmu, jakim para się znakomita większość tego typu formacji. Twórczość kapeli to świadoma, dojrzała odpowiedź na zachodnią modę, czerpania z muzyki korzennej. Od ponad dekady gwałtowny zwrot młodych muzyków w kierunku americany, czy eksperymentowania na polu freak – folku, cieszą uszy słuchaczy na całym świecie. Również w Polsce wielu młodych sięga po stare, zapomniane melodie, tradycyjne instrumenty, często jednak nie mając na siebie żadnego pomysłu. Jednak Hanka Wójciak doskonale wie czego chce. Jest liderką grupy. Sama pisze teksty i komponuje, a do tego ma niesamowite umiejętności wokalne. Polska, a dokładnie podhalańska  odpowiedź na  folkowe trendy z zachodu, musiała wybrzmieć nutą góralską. Efekt, tego typu  poszukiwań, przynajmniej na koncercie, sprawdził się idealnie.Nie można też pominąć  scenicznej osobowości liderki. Otwartość, dowcip, ciepło i charyzma skupiły się w jednej osobie o nietuzinkowym wzroście. Hanka w mgnieniu oka zauroczyła publiczność. Właściwie  to słuchacze stali się równoprawnymi członkami zespołu. Wielokrotnie chór złączonych gardeł, pod dyrygenturą liderki wspomagał poczynania kapeli. Co jest ciekawe w ogóle nie przypominało to przaśnej zabawy znanej z imprez biesiadnych. Artystka sama wyśmienicie się bawiła, a pozytywna aura jaka ją otacza, udzieliła zgromadzonym. To były po prostu muzyczne figielki, które sprawiły, że atmosfera w sali koncertowej, stała się niemalże domowa.Bez krztyny zadęcia i artystowskiego lansu, Hanka Wójciak  wykonała bardzo zróżnicowany repertuar. Koncert miał charakter typowo rozrywkowy. Kapeli daleko do eksperymentalnych poszukiwań, ale muzycy nie stronili od improwizacji. Piosenki często odwoływały się do wspomnianej wcześniej góralskiej nuty, która dominowała  nad całością. Także teksty oscylowały wokół podhalańskiej filozofii życia, co było najbardziej czytelne w  rubasznych utworach o miłości.Nie zabrakło rówież lirycznych, poważniejszych pieśni. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że kapela  prawdziwych wirtuozów zaserwowała podróż po folklorze świata. Kompozycje były bogate choćby w cygańskie przyprawy, odrobinę bałkańskiej motoryki, zdobień orientalnych i klezmerskiej zadziorności. Zespół pokazał się z najlepszej strony. To grupa stworzona z artystów, którzy doskonale wiedzą co chcą osiągnąć miksując najróżniejsze stylistyki folkowe.  Na koniec Hanka Wójciak i koledzy z kapeli otrzymali owacje na stojąco. Nie ma się czemu dziwić, bo było wiele zabawy, wzruszeń i muzyki z najwyższej półki. Oby tak świetna inauguracja piątego sezonu Unplugged, była zwiastunem kolejnych, wspaniałych koncertów. 
30 Sierpnia 2015 godz. 9:51
Robert Kuliński
 

Akordeonowy wieczór

W minioną sobotę, w koszalińskim amfiteatrze można było usłyszeć poczynania akordeonistów oraz dość zróżnicowany repertuar. Tradycyjnie na scenie pojawili się podopieczni sekcji amatorskiego ruchu artystycznego Centrum Kultury 105, związani z Orkiestrą Akordeonową Akord. Miniony koncert był jednak uboższy niż spotkanie z muzykami w ubiegłym roku. Publiczność usłyszała jedynie trzy zespoły: Tetrico Akord, Orkiestrę Akordeonową Akord oraz Street Quartet. W dodatku wśród wykonawców zabrakło przedstawicielek płci pięknej. Walczyki i tanga  były okazją dla słuchaczy do czynnego udziału w koncercie. Prawie 400 osób, głównie w wieku nobliwym, entuzjastycznie wspierało wykonawców rytmicznymi oklaskami. Niektóre grupki  uskuteczniały najsłynniejszy układ choreograficzny znany z imprez biesiadnych, czyli bujanie się w pozycji siedzącej.Najbardziej zachwycającym utworem jaki wykonał tetryków było „Salto Mortale” Roberta Mullera w opracowaniu kierownika zespołu Akord - Artura Zajkowskiego. Z kolei Orkiestra Akordeonowa ujęła słuchaczy świetnie wykonanymi utworami „Time to say goodbye”, który spopularyzował Andrea Boccelli oraz wiązanką tematów z musicalu „Skrzypek na dachu” Jerry'ego Bocka.Najciekawszym występem wieczoru był jednak popis młodych muzyków skupionych pod szyldem Street Quartet. Artyści zaprezentowali całą gamę dźwięków, które rzadko słyszy się podczas tego typu koncertów. Największym zaskoczeniem dla słuchaczy było ostre, przesterowane brzmienie akordeonu elektrycznego. Zespół oprócz tradycyjnych utworów, wykonał na wskroś  rockowe kompozycje, jedną własnego autorstwa, a w ramach bisu „The eye of the tiger”  z repertuaru grupy Survivor. Kolejne spotkanie z muzykami Akordu już pod koniec września, kiedy to rozpocznie się jubileuszowy, piętnasty Międzynarodowy Festiwal Zespołowej Muzyki Akordeonowej.
29 Sierpnia 2015 godz. 10:04
Robert Kuliński/ fot Artur Rutkowski
 

Dwa bieguny rocka

Piątkowy koncert Elephant's Escape i Whoiswho był okazją do usłyszenia bardzo znaczącego kontrastu. Pierwsza formacja zaprezentowała typowe rock'n'rollowe podejście do muzyki gitarowej, natomiast rodzimy kwartet, po raz pierwszy wystąpił w pełnowymiarowym „programie”, który zachwycił słuchaczy. Poznańską orkiestrę tworzy pięcioro muzyków, których zafascynowały brzmienia bardzo sztampowe. Energia i zaangażowanie wykonawców niestety nie przełożyła się na odbiór publiczności. Funkujący rock odwołujący się miejscami do klasyki rythm'n'bluesa,  jedynie lekko rozbujał zgromadzonych w Kawałku Podłogi. Trudno jednak mówić o szaleństwie, bo repertuar grupy nie był zbytnio porywający. Można wręcz rzec, że wtórny i nudnawy. Elephant's Escape można śmiało określić mianem standardowej kapeli knajpianej. Wszelkie zabiegi wodzirejskie wokalistki Kamili, bezbłędne solówki gitarzystów i dopracowane lekkie  brzmienie, niczym nie wyróżnia grupy spośród tysiąca takich samych formacji. Natomiast ratowanie się coverami popularnych, radiowych „przeboików”,  jedynie utrwala wizerunek Elephant's Escape jako zespołu, który trzyma się kanonu i nigdy nie zaoferuje nic więcej, niż „piosenki do piwa i pod nóżkę”.Wieczór, który zdawał się być zwykłym pubowym spotkaniem z muzyką rockową, zmienił swój wydźwięk, gdy na scenie pojawili się czterej młodzi mężczyźni z Koszalina, występujący pod szyldem Whoiswho. Zespół gościł już na łamach naszego portalu i zawsze zgarniał pochlebne wersy. Były to jednak niepełne opisy, gdyż grupa jeszcze nigdy nie zaprezentowała swojej twórczości w pełnej krasie. Zawsze były to najwyżej trzy utwory.Tym razem muzycy przygotowali pełen set, który urzekł słuchaczy świetnym brzmieniem, doskonale skomponowanymi piosenkami, ale przede wszystkim świeżością. Whoiswho nie stroni od przebojowych chwytów, ale nie ma w tym ni krztyny łaszenia się do publisi. Początek występu koszalinian wypełniły nowofalowe, chłodne barwy z klawisza oraz gitarowe przestrzenie i senny puls sekcji rytmicznej. Intro nieśpiesznie przeszło w pierwszy utwór „Wieżowce”. Tekst o samotności podmiotu lirycznego, zaskoczył bardzo fajnym zagospodarowaniem słowa. Żadnego banału, czy wymyślnych metafor.Tak właściwie można by określić całą twórczość zespołu. Utwory pomimo rytmów  wręcz tanecznych, czerpiących z disco i indie rocka – nie są typowymi radiowymi zapychaczami. Jest przebojowość i wysmakowanie w zdobnictwie muzycznym, ale nie ma tu efekciarstwa. Dominuje  groove rodem z drugiej połowy lat 80- tych. Punkowa motoryka, chłodna otoczka, elementy disco, popu, szczypta post - rocka i częste zwroty w stronę pierwocin gitarowej psychodelii, tworzą klarowną mieszankę. Słuchacz nie ma do czynienia z chaotycznym zlepkiem rozmaitych inspiracji. To raczej wyważony i zmiksowany z chemiczną precyzją koktajl, w którym mogą rozsmakować się zarówno fani przebojów  radiowej Trójki, jak i miłośnicy alternatywy. Po każdym utworze muzycy otrzymywali gromkie oklaski, a nawet dzikie okrzyki zachwytu. Nie doszło do pląsaniny pod sceną, ale trudno bawić się przy tekstach emanujących depresyjnym opisem świata. Na koniec część publiczności obdarowała muzyków owacją na stojąco. Chłopaki z Whoiswho w podzięce zagrali bis i to jaki! Granie coverów to raczej marna sztuka, która z reguły dotyczy muzyków pozbawionych jakiejkolwiek kreatywności. Zdarzają się jednak takie przeróbki, które weszły do kanonu. Przypomnieć należy choćby Joe Cockera i jego wersję „With a little help from my friends”, czy „All along the Watchtower” Hendrixa. Oczywiście przywoływanie takich nazwisk w kontekście koszalińskiego koncertu wydaje się być wręcz śmieszne, ale Whiswho ujęli garstkę starszej publiczności i fanów dawnych brzmień z Jarocina, doskonałym coverem. Muzycy w pełni oddali klimat oryginału i utrzymali własny charakter brzmienia, nie udając wyprawy w czasie. Słowa: „Nie mówię nic, nie powiem więcej nic” zabrzmiały w ustach Jakuba Staniaka (klawiszowca , autora tekstów i wokalisty Whoiswho) przejmująco. „Komisariat”  z repertuaru 1984 zyskał na sile i został wzbogacony przez „naszych chłopaków” o lekko psychodeliczne  tony. Był to piękny ukłon w stronę jednego z najciekawszych okresów polskiej muzyki niezależnej.Na jesieni mają pojawić się studyjne nagrania Whoiswho. Czekamy z niecierpliwością. 
23 Sierpnia 2015 godz. 23:07
Robert Kuliński
 

Chylińska niczym tornado

Miniony koncert Agnieszki Chylińskiej był prawdziwą eksplozją energii. Publiczność tłumnie zebrana w koszalińskim amfiteatrze dosłownie oszalała. Nie jest łatwo  utrzymać się na polskiej estradzie, tym bardziej jeśli ma się za sobą udaną karierę z zespołem, który przestał istnieć. Z reguły fani  odwracają się od artystów rozpoczynających solową karierę. Chylińska to jednak przykład charyzmatycznej postaci, która doskonale poradziła sobie z przejęciem fanów O.N.A. Nie można tego powiedzieć o Skawińskim i Tkaczyku – obecnie w Kombii. Wokalistka  zaserwowała  koszalińskim słuchaczom i widzom zwariowane show, które dalekie było od teatralności. Żadnego gwiazdorzenia, żadnych wspomagaczy w postaci wizualizacji, czy rozbudowanej gry świateł. Na scenie była tylko Chylińska i jej skromny zespół. To wizualny ukłon w stronę rockowej estetyki, w której  artystka czuje się najlepiej.  Wielu ortodoksów miało za złe Chylińskiej, zwrot w stronę muzyki klubowej. Piosenki „Nie mogę cię zapomnieć”, czy „Wybaczam ci”, stały się powodem drwin nawet wśród polskich kabareciarzy. Jednak na koncercie okazało się , że repertuar nie ma wielkiego znaczenia. Publiczność reagowała tak samo  entuzjastycznie na „stare” utwory jeszcze z czasów O.N.A., jak i dyskotekowe  „songi”. Stało się tak dlatego, że wokalistka  na scenie zaprezentowała się niczym rozpędzone tornado, które zawładnęło tłumem w mgnieniu oka.To Chylińska była atrakcją, to ona rozdawała karty i to dzięki jej nieokiełznanemu temperamentowi koncert był prawdziwym widowiskiem. Należy dodać, że artystka bardzo szczerze i otwarcie  mówiła o sowich odczuciach - jednak nie stosując już wulgaryzmów.  Wokalistka z widocznym, nieudawanym wzruszeniem patrzyła na oszalały tłum skandujący jej nazwisko, wyśpiewujący fragmenty tekstów i machający kończynami górnymi w rytm kolejnych piosenek. Inną wartą pochwały stroną koncertu było to, że artystka śpiewała w stu procentach. Nie chodzi tylko o to, że dała z siebie wszystko, ale też o fakt, że nie zastosowała ani sekundy pół - playbacku. Autentyczność i moc - tak będą wspominać niedzielny wysęp Chylińskiej koszalinianie.
22 Sierpnia 2015 godz. 19:47
Robert Kuliński
 

Folkowa zgaga pod ratuszem

Koszalińskie popołudnie na Rynku Staromiejskim upłynęło przy dźwiękach folkowych w wykonaniu formacji Zgagafari. Zespół z Darłówka odwiedził nasze miasto po raz drugi w swojej koncertowej historii i przyciągnął publiczność dość stateczną.   Mimo braku zamaszystych oznak afirmacji repertuaru grupy, dało się zauważyć, że słuchacze  z namaszczeniem oddawali się muzycznej kontemplacji. Nie ma się czemu dziwić, gdyż widownię wypełniły osoby w wieku nobliwym. Nie zmienia to faktu, że inicjatywa muzycznych spotkań przed ratuszem sprawdza się świetnie. Siedmioosobowa kapela prowadzona przez dwójkę wokalistów zaserwowała folk w wydaniu  bardzo  trywialnym. Choć nie brakowało  pieśni w innych językach słowiańskich niż polski, to charakter  repertuaru pozostawał właściwie taki sam. Przeważały  kompozycje skoczne i łatwo wpadające w ucho, co oczywiście jest wpisane w estetykę folklorystyczną, ale nie jest to jej głównym wykładnikiem. Można  zarzucić samym muzykom bardzo stereotypowe podejście do folku, ale  na pewno nie można odmówić profesjonalizmu. Instrumentarium niemal w pełni akustyczne zabrzmiało świetnie. Didgeridoo, skrzypce, gitara, mandolina i flet, wyczarowały rasową atmosferę muzyki korzennej, oczywiście jeśli przyjmie się za wzorzec miliony innych kapel propagujących folkpop.   Lekkostrawna twórczość zespołu z Darłówka  umiliła  popołudnie  koszalinianom i o to przecież chodziło. Oby  aktywność kulturalna włodarzy miasta szła dalej w tym kierunku, bo jest na to zapotrzebowanie. Tak jak spotkania z muzyką kameralną, tak i koncerty Zgagafari i Nad Porami Roku cieszyły się dużym zainteresowaniem.
2 Sierpnia 2015 godz. 19:51
Robert Kuliński
 

Koncert znów przyciągnął tłumy

Melomani, tradycyjnie przybyli tłumnie na niedzielny koncert kameralistów z Filharmonii Koszalińskiej na letniej scenie City Boxu. Popołudnie na Rynku Staromiejskim upłynęło przy dźwiękach muzyki filmowej i rozrywkowej w wykonaniu kwartetu Viva La Musica. Tym razem pogoda dopisała i dźwięki muzyki niosły się po całym centrum miasta, przyciągając z minuty na minutę coraz więcej zaciekawionych mieszkańców. Muzycy czyli: Justyna Wieczorek (wiolonczela), Małgorzata Niemiec (altówka), Marcin Orłowski (II skrzypce) i Adam Vogelsinger (I skrzypce), zaprezentowali repertuar wyjątkowo lekkostrawny. Klasyczny wstęp, gdzie zabrzmiały utwory Brahmsa i Dvoraka, był tylko przygrywką. Główną część koncertu wypełniły utwory dobrze znane każdemu miłośnikowi muzyki, kina, czy musicalu.Publiczność usłyszała piosenkę „Memories” ze spektaklu „Koty, „Moon river”  ze słynnego „Śniadania u Tiffaniego”,  „All You need is love” autorstwa The Beatles, czy kompozycje zespołu Coldplay. Piosenki wykonywane instrumentalnie przez kwartet smyczkowy zaskakiwały wielką pomysłowością aranżacyjną.   Autorem nietypowych wersji popularnych kompozycji jest  Vogelsinger. Jego wizja tematu z filmu „Shrek” ujęła słuchaczy fantastyczną płynnością i delikatnością.Natomiast kameralna interpretacja „Who wants to live forever” z repertuaru Queen zabrzmiała doskonale. Zupełnie jakby piosenka została napisana właśnie dla koszalińskiego zespołu. Na zakończenie  muzycy wykonali „Czardasza” Vittorio Montiego, ale publiczność nie pozwoliła artystom zejść ze sceny bez bisu. W podzięce za burzę oklasków, grupa Viva La Muscia wykonała słynne tango Carlosa Gardela „Por una cabeza”.
26 Lipca 2015 godz. 20:18
Robert Kuliński
 

Tłumne Kamerynki

Kolejna odsłona cyklu koncertów kameralnych z udziałem muzyków Filharmonii Koszalińskiej, przyciągęła prawdziwe tłumy słuchaczy. Publiczność urzekł Zespół Quartetto Giovane, czyli w wolnym tłumaczeniu Kwartet Młodych. Pomimo klasycznego wstępu, program koncertu pełen był muzyki popularnej. Na początek zabrzmiał najsłynniejszy utwór Wolfganga Amadeusza Mozarta „Eine kleine Nachtmusic”, kolejne kompozycje odbiegały od repertuaru dla zagorzałych melomanów. Być może, to tytuł koncertu „Pół żartem, pół serio” sprawił, że galeria City Boxu pękała w szwach. Stale przybywający słuchacze, zajmowali każdy dostępny skrawek wolnej przestrzeni, aby przycupnąć i wysłuchać propozycji muzycznej kwartetu. Obsługa lokalu zareagowała dość flegmatycznie i zbyt późno „zorganizowała” tzw. „dostawki”. Część słuchaczy samodzielnie zajęła się rozstawianiem dodatkowych krzeseł, inni okupowali parapety, a pozostali  zdecydowali się uczestniczyć w koncercie na stojąco.Grupa w składzie: Justyna Wieczorek (wiolonczela), Małgorzata Niemiec (altówka), Marcin Orłowski (II skrzypce) i Piotr Jakubowski (I skrzypce), zaprezentowała prawdziwy miszmasz muzyczny. Zabrzmiały utwory filmowe, standardy jazzowe i rag time, nie mogło zabraknąć też tanga. Największe owacje  wzbudziły jednak smyczkowe wersje utworów sławetnej Czwórki z Liverpoolu, czyli The Beatles. Dobór kompozycji nie był zaskoczeniem. Musiały zabrzmieć ballady spod ręki Paula McCartneya, czyli „Michelle” i „Yesterday” . Dużym zaskoczeniem było także opracowanie jednej z największych rockowych suit autorstwa Jimmiego Page'a „Stairway to heaven”. Publiczność była urzeczona, choć nie zawsze muzykom udało się zagrać w pełni swobodnie. Być może zespół musi się jeszcze „dotrzeć”.  Jazzowy standard Gershwina „Summertime” zamiast leniwie, zabrzmiał pogrzebowo, natomiast „My way” z repertuaru Franka Sinatry - mdło. Jednak nie można pominąć fantastycznej energii i pięknych barw przy interpretacji kompozycji z filmu „Pan i Władca na krańcu świata”.  Świetnie  zabrzmiał też utwór Jacoba Thune Hansena Gade znany jako „Tango zawiść, zazdrość”, gdzie muzykom udało się wydobyć  ujmującą głębię. Bardzo liczna publiczność domagała się bisu. Muzycy z lekką nieśmiałością wykonali na pożegnanie neapolitańską pieśń „'O sole mio”. Kolejne popołudnie z muzyką karalną doskonale wpisało się w atmosferę  leniwej niedzieli.
20 Lipca 2015 godz. 10:49
Robert Kuliński
 

Kamerynki na wesoło

Kolejny koncert wakacyjnego cyklu spotkań z kameralistami Filharmonii Koszalińskiej, odbył się nie na Ryku Staromiejskim, ale w Galerii City Boxu. Niesprzyjająca aura zmusiła zespół La Donna e Mobile do schronienia się przed deszczem. Koncert został przygotowany w formie niezwykle rozrywkowej. W roli konferansjera wystąpił znany z zamiłowania do scenicznych „szaleństw” Wojciech Bałdys. Urozmaicał występ zespołu dowcipnym słowem oraz wizualną oprawą, wcielając się rozmaite postacie. Kiedy artystki z La Donna e Mobile wykonywały polkę Jana Starussa „Na polowanie”, przywdział strój myśliwego i polował, jak się w finale okazało, na pluszowego leoparda. Gdy zabrzmiały dźwięki „Marsza egipskiego”, przed publicznością pojawił się mieszkaniec afrykańskiego kraju w chuście, okularach przeciwsłonecznych, galabii  i na boso. Gość znad nilu w wykonaniu Bałdysa, wyśpiewał główny temat utworu. Natomiast podczas „Polki kowalskiej” publiczność zabawił nieco nieporadny przedstawiciel ginącego fachu, który podczas wygrywania rytmu na kowadle, uderzył się młotkiem w palec. Publiczność bardzo ciepło przyjęła tego typu formę  koncertu. Gromkie oklaski i śmiech, co chwila wypełniały galerię  City Boxu. Jednak to muzyka była najważniejszym elementem popołudnia. Koncert zatytułowany „Wiedeński bal” oczywiście był pełen walców i polek, jednak  artystki postarały się o urozmaicenie programu. Publiczność miała okazję wysłuchać m.in. tanga Astora Piazzolli, czy słynny temat „Por una cabeza” z repertuaru Carlosa Gardela. Po bardzo udanym koncercie, publiczność domagała się bisu  i to dwukrotnie, co było także powodem do żartów konferansjera. Po raz kolejny popołudnie z muzykami rodzimej filharmonii pokazało, że koszalinianie chętnie uczestniczą w tego typu koncertach. W najbliższą niedzielę, 26 lipca występ kameralistów z Zespołu Quartetto Giovane upłynie pod hasłem „Pół żartem , pół serio”. Zabrzmią aranżacje inspirowane polską i zagraniczna muzyką filmową, m.in. „Summertime”, „If I were a rich man”, „Czterdziestolatek”, „Noce i dnie” oraz wiele innych.  Start tradycyjnie o 17:00.
18 Lipca 2015 godz. 11:13
Robert Kuliński
 

Tani rock z Krakowa

Formacja Cheap Tobacco, która wystąpiła w klubie Kawałek Podłogi, zaserwowała słuchaczom wielowymiarową podróż w czasie. Kompozycje z lekkim bluesowym charakterem, odwoływały się do lat świetności i popularności rocka. Scena krakowska właściwie nie istnieje w mediach. Nie ma się czemu dziwić, skoro nie ma nic szczególnego do zaoferowania. Kolejna grupa z południa, która odwiedziła Koszalin, pokazała jak bardzo tradycyjnie i sztampowo w grodzie Kraka podchodzi się do materii rocka. W listopadzie ubiegłego roku,  także na kawałkowej scenie, prezentowała się formacja Cinemon, której oryginalność pozostawia wiele do życzenia. Dokładnie tak samo zabrzmiał występ Cheap Tobacco – w ciągłym oczekiwaniu na cokolwiek interesującego. Pierwszy set  upłynął na kopiarstwie, ale przynajmniej z charakterem. Można było odnaleźć  czytelne inspiracje latami 60. Pobrzmiewał klimat gitarowego popu, podkreślony charakterystycznym pogłosem. Niekiedy grupa wydobywała  w głośników nastrój Lata Miłości, a czasem sprytnym witrażem powracała do lat 90., kiedy to fala klasycznego rocka w Polsce, miała się całkiem nieźle. Niestety zespół Cheap Tobacco dzięki tekstom przepełnionym bluesową retoryką, bardzo szybko rozpoczął pikowanie w dół. Ileż to piosenek,  właśnie z kręgu rythm'n'bluesa, opowiada o życiu jako wędrówce lub zaczyna się słowami „I woke up in the morning (...)”? Niestety im dalej w las tym gorzej. Drugi set zakipiał absolutną beznadzieją radiowej papki. Można było usłyszeć pop rockowe pioseneczki oraz wzruszające do torsji balladki. Muzycy zaczerpnęli wszelkie patenty właśnie  z anteny radiowej. Można było wyłowić dramaturgię znaną z szalenie treściwych piosenek Urszuli, czy motorykę wczesnych płyt Bartosiewicz. Koncert został całkowicie  ukierunkowany na tory niewyszukanej rozrywki, kiedy wokalistka Natalia Kwiatkowska, wyśpiewała następujące słowa: „(...)ja zapłaczę deszczem(...)”. Natomiast  pieśń zapowiedziana jako możliwy przebój lata, nie pozostawiał, żadnych złudzeń -  muzycy uwielbiają „łasić się do publisi” i spełniać jej zachcianki stylistyczne. Koncert był prezentacją kolejnej entej kapeli, skrojonej na miarę rockowego standardu radiowego. Artystów, którzy marnują swój niekwestionowany talent na rzecz sprostania oczekiwaniom odbiorcy, niejaki Staszewski już bardzo dawno temu określił dosadnym rzeczownikiem. Cheap Tobacco to bardzo uzdolnieni muzycy, ale niestety postanowili obrać drogę „czasoumilacza”, co drażni, bo potencjał kwartetu jest ogromny. Wieczór zapachniał taniością niczym z chińskiego supermarketu.   Publiczność przyjęła grupę entuzjastycznie. Ochoczo wspierała zespół rytmicznym poklaskiwaniem, a po koncercie domagała się bisu. Zespół osiągnął  swój cel - zabawił słuchaczy.
12 Lipca 2015 godz. 20:19
Robert Kuliński
 

Muzyczny kalejdoskop Triady

Kolejny koncert z cyklu Kamerynki, przygotowanego przez muzyków Filharmonii Koszalińskiej, przyciągnął prawdziwe tłumy pod scenę City Boxu. Za sprawą zespołu kameralnego Triada, mieszkańcy miasta mieli okazję usłyszeć najpiękniejsze melodie autorstwa polskich i zagranicznych kompozytorów. Lato na Rynku Staromiejskim upływa  pod znakiem muzyki już od początku miesiąca. Program wypełniają występy zespołów kameralnych, coverbandów i wykonawców piosenki poetyckiej. Różnorodny repertuar daje  koszalinianom szansę na miłe spędzenie czasu w centrum miasta. W zestawieniu z letnią aurą scena City Boxu kusi, nie tylko zagorzałych fanów muzyki, ale także tych, którzy po prostu zaciekawieni tym, co dzieje się pod ratuszem, chętnie przystają na chwilę, aby niepostrzeżenie wysłuchać całego koncertu.Zespołu Triada, tworzą wyśmienite instrumentalistki: Iwona Przybysławska (obój), Anna Kabacińska (gitara) oraz  Joanna Antolak – Bielak (flet). Koncert był prawdziwą ucztą dla ucha spragnionego niedzielnego wypoczynku. Dzięki nietuzinkowej biegłości artystek, standardy i piosenki filmowe w bardzo klasycznych aranżacjach, doskonale wpasowały się w nastrój końcówki weekendu. Publiczność stawiła się bardzo licznie. Większość słuchaczy składała się z osób starszych, ale także młodzież z zainteresowaniem wsłuchiwała się w kolejne utwory. Ucichły rozmowy. Jedynie dobiegające spod fontanny okrzyki najmłodszych bywalców  rynku, mąciły kameralny nastrój.  - Nie jest to moje pierwsze spotkanie z muzykami Filharmonii Koszalińskiej – mówi Koralia, farmaceutka. – Nieczęsto bywam w Koszalinie, ale kiedy tylko mogę to uczestniczę w tego typu koncertach. Uważam, że jest to bardzo doby pomysł, aby cyklicznie w samym centrum miasta można było posłuchać muzyki na naprawdę wysokim poziome.Miniony koncert był świetnym przykładem na to, że nawet tak banalna forma muzyczna, jak piosenka, może zabrzmieć intrygująco i czarująco. Artystki tak dobrały repertuar, że dzięki oszczędnemu instrumentarium królowała melodia.   Niestety jest to ten element piosenki, który obecnie zanika. Współcześni twórcy bazują na rytmie dyktującym uproszczoną melodykę, która ogranicza się tylko  do roli wypełniacza, a nie myśli przewodniej utworu. Wystarczyło wsłuchać się w arcydzieło Henry'ego Manciniego „Moon river” z filmu „Śniadanie u Tiffaniego”, aby zauważyć, że temat nie jest wypadkową przypadkowo dobranych akordów, a w istocie epicentrum kompozycji. Dzisiejsze piosenki z kręgu muzyki popularnej, niestety zdają się być pustkowiem Zespół Triada. melodii. Pomimo drobin deszczu, który nieśmiało zraszał przybyłych, słuchacze  w zadumie wysłuchiwali kolejnych propozycji Triady.  Bardzo fajny pomysł – zachwala koncert Janusz, spedytor międzynarodowy. - Wreszcie coś się w tym Koszalinie dzieje. Nie jestem wielkim fanem takiego repertuaru, ale uwielbiam muzykę w ogóle i uważam, że na pewno jest to dużo lepsza propozycja, niż byle jakie występy amatorów. Mamy świetnych muzyków Koszalinie, więc powinni mieć okazję do pokazania się gdzieś indziej, niż tylko w filharmonii. Nie każdemu jednak odpowiadały warunki na rynku. – Wydaje mi się, że organizatorzy powinni przemyśleć kwestię fontanny – mówi Krystyna, artysta plastyk. - Szum i rozbiegane dzieciaki wydzierając się co chwila, to nie są dobre warunki do słuchania tak pięknych utworów. Sugerowałabym żeby fontannę na czas koncertów wyłączać. Uważam jednak, że jest to bardzo ciekawa próba ożywienia centrum. Właśnie takie koncerty powinny odbywać się pod szyldem ratusza, a nie jakieś biesiadne przyśpiewki, co niestety w Koszalinie jest najczęstszym wydarzeniem muzycznym.  Występ Triady był prawdziwym kalejdoskopem wrażeń. Obok polskich piosenek, jak "Zacznij od Bacha" , czy "Czterdziestolatka" zabrzmiały także fragmenty widowiska "Lord of the dance" z muzyką irlandzką. Nie zabrakło tez bossanovy, tanga czy walca. Kolejne koncerty kameralne już w najbliższy weekend.  
27 Czerwca 2015 godz. 9:52
Robert Kuliński
 

Finałowe party w klubie MiF

Ostatni koncert z cyklu muzycznych spotkań klubu festiwalowego „Młodzi i Film”, poderwał publiczność do szalonej zabawy. Grupa Jamaram w minibrowarze Kowal zaprezentowała energetyczny miks reggae, ska, rytmów latynoskich i calypso, oprawionych nowoczesnymi brzmieniami electro, a nawet dubstepu. Moc z jaką ośmioosobowy skład rozpoczął swój występ, nikogo nie pozostawiła obojętnym. Potężne brzmienie sekcji dętej oraz  proste, nadające się zarówno do zamaszystego tańca, jak i swobodnego podrygiwania rytmy „rozbujały” publiczność, już przy drugim utworze. Dodatkowym elementem, który dolał przysłowiowej oliwy do imprezowego ognia, była charyzma frontmana i zgranie zespołu. Muzyka miała tylko jeden cel, który niemieckim muzykom udało się osiągnąć, czyli najprawdziwsze, zwariowane party ze słuchaczami. Radość biła z obu stron sceny. Oprócz wielkich umiejętności poszczególnych muzyków, nie sposób pominąć przemyślanego show scenicznego. Słuchacze  całkowicie poddali się  wodzy wokalisty Thomasa Lugo, który dyrygował tłumem, według najwyższych standardów sztuki wodzirejskiej.Morze ludzkich  ciał falowało, wirowało i pulsowało w rytm bardzo spójnego repertuaru, w którego głównym składnikiem była muzyka rodem z jamajki. Reggae i okoliczne  stylistyki sprawiły, że pomimo intensywnego imprezowania publiczność nie miała dość, nawet po bitych dwóch godzinach z zespołem. Muzycy oczywiście  z trudem opuszczali słuchaczy, gdyż sami doskonale bawili się na festiwalowej scenie.Pierwsza prośba o bis została wyklaskana kwadrans po 24:00. Zespół wykonał bonusowe kawałki, jednak publiczność nadal domagała się, aby muzycy zagrali coś jeszcze. Tak naprawdę wcale nie chodziło już o muzykę, ale o wspólną zabawę. Jednym z bisów było wykonanie samby według prawideł tegoż gatunku w tłumie otaczającym muzyków, którzy uzbrojeni w perkusjonalia i saksofon zeszli ze sceny. publiczność ochoczo wtórowała  muzykom odgłosami gardłowo - paszczowymi. Jednak finał koncertu upłyną przy utworze zagranym przez gitarzystę Samuela „Samy'ego Dangera" Hopfa i okrojony skład zespołu. W tym momencie główny wokalista formacji,  Thomas  nie zniknął w garderobie, a  bawił się pod sceną z uczestnikami imprezy.  Wieczór zwieńczyła owacja o rzadko spotykanej w Koszalinie sile. Koncert zakończył się, gdy zostało już zaledwie dwadzieścia minut do pierwszej.