W katedrze św. Jana Chrzciciela w Turynie przechowywana jest lniana tkanina o długości 437 cm i szerokości ok. 113 cm. Na płótnie utrwalił się negatywowy wizerunek nagiego mężczyzny z długimi włosami, brodą i śladami ran po ukrzyżowaniu. Z pozoru mógłby to być każdy, kto w średniowieczu został potraktowany brutalnie, ale od ponad sześciuset lat wielu chrześcijan odczytuje ten obraz jako fizyczny ślad męki Jezusa. To, co porusza, to nie tyle detale anatomiczne, ile sam fakt, że z tkaniny spogląda na nas czyjeś oblicze. Jak zauważa brazylijski ekspert 3D Cicero Moraes, od 2025 r. prowadzono symulacje komputerowe z użyciem sztucznej inteligencji. Owinął wirtualne płótno wokół modelu ciała i płaskorzeźby; okazało się, że wizerunek z Turynu bardziej przypomina odbitkę płaskorzeźby niż odcisk ludzkiego ciała. Deformacje, jakie powstałyby przy owinięciu tkaniny wokół postaci, nie występują na całunie, co skłoniło go do wniosku, że artysta mógł przycisnąć materiał do płaskiego reliefu, używając temperatury, kwasów lub barwników. Te wyniki wpisują się w długą historię sceptycyzmu: rok wcześniej mediewista Nicolas Sarzeaud opublikował odnaleziony manuskrypt Mikołaja z Oresme, XIV‑wiecznego uczonego, który oskarżał duchownych w Szampanii o fałszowanie relikwii, by przyciągać ofiary.
Zwolennicy autentyczności mają swoje argumenty. Niektóre badania wykazały, że obraz powstał dzięki powierzchniowemu utlenieniu włókien lnu do głębokości zaledwie kilkudziesięciu mikrometrów i nie ma śladów farby czy barwnika. Włoski fizyk Bruno Fabbiani, uczeń noblisty Dennisa Gabora, przyznał po latach analiz, że zetknął się w życiu tylko z dwoma obiektami, których nie potrafił wytłumaczyć naukowo: z Całunem Turyńskim i wizerunkiem z Guadalupe; jego zdaniem nie powstały one ludzką ręką. A kiedy w 2022 r. zbadano próbki całunu metodą WAXS, porównując włókna lnu z tkaninami z różnych epok, niektórzy naukowcy uznali, że mogą pochodzić z I wieku.
W sporze między wiarą a sceptycyzmem warto zauważyć coś jeszcze: Całun nie musi być naukowym dowodem na zmartwychwstanie, by mieć znaczenie. Jego wizerunek, podobnie jak słynne ikony, jest w pewnym sensie „negatywem”, który odsyła do czegoś bardziej intymnego. W Koszalinie, gdzie co roku Dom Miłosierdzia Bożego organizuje Wielkanoc dla setek samotnych osób, ten „całus turyński” można odczytać jako przypomnienie, że ludzie potrzebują dotyku, bliskości, gestów czułości. Wspólne świętowanie jest dla uczestników większą pociechą niż miska żurku.
Przez wieki wielu z nas chciało mieć materialny dowód na to, że życie ma sens. Stąd legenda o Chustach Weroniki, ikonach nie ręką ludzką uczynionych, całunie – „piątej Ewangelii”. W dobie sztucznej inteligencji i symulacji 3D może nas kusić, by sprowadzić wszystko do plików i pikseli. Tymczasem najpiękniejszy „całus turyński” to nie ten utrwalony na płótnie, lecz ten, który dajemy drugiemu człowiekowi, gdy nie pozwalamy mu spędzić świąt w samotności. Kombatanci logiki mogą wciąż podważać autentyczność całunu, ale nie podważą tego, że w świecie pełnym dystansu każdy znak bliskości ma wartość relikwii.