Wiadomości z otwarcia przetargu przyniosły dwie wieści: dobrą i złą. Dobra jest taka, że aż pięć firm złożyło oferty – to więcej niż spodziewali się nawet urzędnicy. Zła wieść? Nawet najtańsza propozycja (301,3 mln zł) przekracza dostępne środki; kolejne rosną do 412 mln zł.

Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej dysponuje dziś 242 mln zł (ponad 70 mln zł to unijna dotacja, 130 mln zł preferencyjnej pożyczki z NFOŚiGW, ok. 40 mln pochodzi z budżetu miasta). Ceny przekraczają szacunki oraz dostępne fundusze PGK, dlatego każdą z ofert będzie trzeba zweryfikować pod kątem zgodności ze specyfikacją i realnej opłacalności. Pod względem finansowym gra toczy się więc o kilkadziesiąt milionów złotych.
Droga przez mękę
Przypomnijmy, to trzecie już postępowanie w tej sprawie. Dwa poprzednie przetargi zakończyły się bez rozstrzygnięcia, bo proponowane kwoty znacznie przekraczały możliwości miasta. W jednym przypadku cena była ponad dwukrotnie wyższa od szacunków. W trakcie ostatniego postępowania wykonawca Eneris Re‑Energia złożył odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej, zarzucając PGK, że specyfikacja jest tak skonstruowana, iż eliminuje potencjalnych oferentów. Gdy skarga została wycofana, ogłoszono kolejny termin otwarcia ofert, i właśnie ten, piąty z kolei, udało się dotrzymać. Od lutego przesuwano go z 26 lutego na 6, 20 i 27 marca, aż wreszcie na 14 kwietnia – cztery korekty w ciągu dwóch miesięcy.

Do tego dochodzi długie tło historyczne. Plan budowy spalarni pojawił się ponad 15 lat temu, lecz zablokowały go protesty mieszkańców. Dziś świadomość ekologiczna jest większa i sprzeciw słabnie, ale inwestycja wciąż rozbija się o finansowe skały i nieprzychylne prawo.
Dlaczego to takie ważne?
Koszalińska spalarnia nie jest fanaberią władz. Od 2030 r. Polska musi znacząco ograniczyć składowanie odpadów, a brak regionalnej instalacji do ich termicznego przekształcania utrudni spełnienie unijnych wymogów. Według założeń zakład przy ul. Cegielskiego przerobi 30 tys. ton śmieci rocznie. Niewielu wie, że to, co trafia do pieca, jest tzw. frakcją energetyczną, czyli resztkami które nie nadają się do recyklingu ani kompostowania. Spalarnia ma też wytwarzać ponad 170 tys. GJ ciepła i 11 tys. MWh energii elektrycznej. To sprawia, że odpad staje się paliwem, a miasto uniezależnia się częściowo od zewnętrznych dostawców energii. W czasach rosnących cen to argument wart każdych pieniędzy.
Zwolennicy spalarni podkreślają, że urządzenie jest potrzebne całemu regionowi: ma obsłużyć nie tylko Koszalin, ale też Białogard, Kołobrzeg czy Darłowo. Ratusz zapewnia, że nie złoży broni nawet jeśli obecne postępowanie nie przyniesie wyboru wykonawcy. Możliwe są więc różne scenariusze: unieważnienie i kolejny przetarg, wybór jednej z ofert po znalezieniu brakujących funduszy, a nawet zaciągnięcie dodatkowej pożyczki.
Między zdrowym rozsądkiem a strachem przed zmianą
To wszystko przypomina mi opowieść o chłopie, który chciał zbudować most nad rzeką. Materiały były, miejsce było, potrzeba paląca, ale co rusz ktoś wymyślał, że most powinien być szerszy, węższy, drewniany, stalowy. W końcu rzeka co roku zabierała mu płody z pola. Dziś Koszalin stoi nad podobną rzeką, rzeką rosnących gór śmieci. Wystarczy iskra w postaci przenikliwej decyzji, żeby zacząć je przetwarzać i odzyskiwać z nich energię. Tylko czy znajdzie się odważny wykonawca, który postawi nogę na tym moście?
Decyzja o spalarni wymaga odwagi finansowej i politycznej. Nikt nie chce powtórzyć błędu z lat 2000., kiedy projekt zarzucono pod presją protestów. Teraz opóźnienia wynikają głównie z wysokich cen robót i rygorystycznych procedur. To, że w trzecim przetargu wreszcie ktoś się zgłosił, pokazuje jednak, że rynek zaczyna postrzegać inwestycję jako realną. Tylko czy samorząd będzie w stanie dosypać brakujące miliony, aby nie przepadła dotacja i tania pożyczka?
Jako mieszkaniec regionu mam nadzieję, że mityczne „później” w końcu zamieni się w konkret „dzisiaj”. Odkładanie budowy może skończyć się tym, że za kilka lat unijne terminy zaskoczą nas w środku śmietniska. Koszalin zasługuje na nowoczesną instalację, która będzie elementem gospodarki obiegu zamkniętego, a nie kulą u nogi. Pytanie tylko, czy znajdzie się wola, by dołożyć brakujące pieniądze i podjąć odważną decyzję. Bo spalarnia jest potrzebna – pozostaje tylko znaleźć sposób, by ją zbudować.