Koszalin, Poland
wydarzenia

Kiedy szkoła przestaje być bezpieczna. O bójce w SP nr 3 w Koszalinie i o tym, co robimy „po fakcie”

Autor Ala, fot. koszalin.pl godzinę temu
W piątek, 16 stycznia, w Szkole Podstawowej nr 3 im. ks. Jana Twardowskiego w Koszalinie podczas zajęć doszło do bójki: trzech starszych uczniów zaatakowało 11-latka, a na teren placówki wezwano policję i zespół ratownictwa medycznego. Chłopiec trafił do szpitala na badania, a dokumentacja została przekazana do sądu rodzinnego.

To nie jest „kolejna szkolna sprzeczka”. To jest moment, w którym powinniśmy przestać mówić o „wybryku”, a zacząć mówić o systemie: o tym, jak reagujemy, co tolerujemy, czego nie widzimy i dlaczego – mimo deklaracji – wciąż bywa tak, że dziecko musi zapłacić własnym zdrowiem, żeby dorośli uznali sprawę za pilną.

„To tylko dzieci” – najbardziej niebezpieczne zdanie dorosłych

Dorosłym często wydaje się, że szkolna przemoc działa w skali „mniejszej niż prawdziwe życie”. Że popychanie, szarpanie, „ustawianie” kogoś w korytarzu to tylko etap. Tyle że dla 11-latka to nie etap, tylko świat: klasa, przerwa, szatnia, toaleta: całe jego uniwersum. I kiedy w tym uniwersum trzech starszych kolegów urządza mu polowanie, to nie jest „konflikt rówieśniczy”, tylko przewaga siły i pokaz bezkarności. Policja informowała, że chodziło o dwóch 13-latków i jednego 14-latka.

A my? My lubimy myśleć, że problem zaczyna się dopiero, gdy na miejscu pojawia się karetka. A przecież on zwykle zaczyna się dużo wcześniej: od drobnych upokorzeń, od żartu, który „trochę bolał”, od milczącej zgody otoczenia.

SP3 jako punkt zapalny czy punkt kontrolny?

Ten incydent nie pojawia się w próżni. W kwietniu 2025 roku głośno było o sprawie uczennicy tej samej szkoły, która przez długi czas doświadczała hejtu i przemocy, a temat przemocy rówieśniczej stał się przedmiotem publicznej debaty i konferencji przed budynkiem szkoły. Tu pojawia się niewygodne pytanie: jeśli raz już „wszyscy” o tym rozmawiali, to dlaczego znów czytamy o karetce i interwencji policji?

Odpowiedź bywa brutalna: bo sama rozmowa, nawet ta najgłośniejsza bywa tylko rytuałem. A przemoc rówieśnicza nie znika od deklaracji. Ona znika od konsekwentnych działań, które są nudne, powtarzalne i wymagają odwagi: reagowania natychmiast, dokumentowania, pracy z ofiarą i sprawcą, budowania postawy świadków, a nie tylko „gaszenia pożaru”.

Jeśli po takim zdarzeniu ograniczymy się do apelu „bądźmy dla siebie mili”, to zrobimy to, co zawsze: damy przemocowym zachowaniom alibi. Skuteczna reakcja ma kilka elementów – i każdy z nich jest obowiązkowy:

1) Bezpieczeństwo i jasny sygnał: „to się nie wydarza bez konsekwencji”

Szybka interwencja, odseparowanie sprawców, zabezpieczenie dowodów, notatka służbowa, powiadomienie rodziców i, gdy trzeba – sądu rodzinnego. To nie „donos”, tylko ochrona dziecka i standard postępowania.

2) Pomoc dla ofiary, nie tylko „sprawdzenie obrażeń”

Szpital i badania są ważne, ale trauma nie zawsze zostawia siniaki. Dziecko potrzebuje wsparcia psychologicznego i poczucia, że szkoła nie jest miejscem, w którym trzeba przetrwać do dzwonka.

3) Praca ze sprawcami (tak, praca – nie tylko kara)

Sąd rodzinny może zadecydować o dalszych krokach, ale szkoła i rodzice nie mogą czekać na „rozstrzygnięcie”, jakby to była sprawa wyłącznie formalna. Jeśli nastolatkowie biją młodszego, to sygnał, że w ich świecie przemoc już stała się narzędziem i to trzeba rozbrajać, nie zamiatać.

4) Najważniejszy „sprawca”, o którym zapominamy: milczący świadek

Przemoc rośnie, gdy publiczność jest bierna. Świadkowie muszą wiedzieć, co robić: do kogo iść, jak zgłosić, że zgłoszenie nie czyni z nich „kapusia”, tylko kogoś odważnego. Tu szkoła ma robotę do wykonania nie od święta, tylko systemowo.

Najtrudniejsza prawda: dzieci nie „przynoszą” przemocy do szkoły same

Przemoc szkolna to nie jest wyłącznie kwestia „złych dzieci”. To też kwestia dorosłych: przeciążonych nauczycieli, niedostatecznego wsparcia psychologicznego, braku spójnych procedur, a czasem, po prostu  zmęczenia, które sprawia, że łatwiej coś zbagatelizować.

Dlatego jeśli ten incydent ma być przyczynkiem do czegokolwiek, to do tego, by przestać udawać, że wystarczy kolejna pogadanka. Potrzebny jest twardy zestaw pytań: czy uczniowie i rodzice znają jasną ścieżkę zgłoszeń i reakcji, czy szkoła ma realne narzędzia do pracy z agresją, czy jest szybki dostęp do psychologa/pedagoga oraz czy po każdym zdarzeniu jest ewaluacja: „co zawiodło, co zmieniamy od jutra”.

Najgorsze, co może się wydarzyć po takich historiach, to to, że przejdą przez internet jak burza: głośno, emocjonalnie, a potem cisza. Bo przemoc nie robi przerw. Ona pracuje codziennie, w korytarzu, na boisku, w grupach na komunikatorach. Jeśli szkoła ma być miejscem nauki, a nie poligonem, to musimy traktować przemoc rówieśniczą jak realne zagrożenie zdrowia i życia dzieci, nie jako „wychowawczy problem do omówienia na radzie”.

I dopóki nie będziemy tego traktować poważnie, dopóty 11-latek będzie musiał trafiać do szpitala, żeby dorośli przypomnieli sobie, że bezpieczeństwo w szkole to nie slogan. To obowiązek.