Koszalin, Poland

Kraj rad

2026-05-05 04:14:00 eWok, film: Prezydent.pl
Karol Nawrocki, prezydent RP lansuje modę. Modę na rady. Rady większe i mniejsze, eksperckie, społeczne, gospodarcze, medialne, samorządowe, konstytucyjne. Rady od wszystkiego i dla wszystkich. A właściwie dla tych, których Pałac Prezydencki uzna za godnych zasiadania w prezydenckiej „strefie odsłuchu”.

Prezydent Karol Nawrocki ogłosił 3 maja, podczas obchodów 235. rocznicy Ustawy Rządowej z 1791 roku, powołanie Rady Nowej Konstytucji. Sceneria była godna wielkiego państwowego aktu: Zamek Królewski, hymny, historia, parlamentarzyści, mieszkańcy stolicy i słowa o „konstytucji nowej generacji roku 2030”. Wszystko miało ciężar symbolu. Data nieprzypadkowa, miejsce nieprzypadkowe, ton podniosły. Tyle że w polityce, jak w teatrze, sama scenografia nie wystarczy. Liczy się jeszcze obsada i intencja reżysera.

Rada rady, czyli kto napisze przyszłość

Do Rady Nowej Konstytucji powołano osoby znane z życia publicznego: Julię Przyłębską, Ryszarda Piotrowskiego, Annę Łabno, Barbarę Piwnik, Marka Jurka, Ryszarda Legutkę, Józefa Zycha, Piotra Andrzejewskiego, Zdzisława Krasnodębskiego i Jacka Majchrowskiego.

To nazwiska rozpoznawalne. Część z nich ma doświadczenie prawnicze, część polityczne, część akademickie. Ale trudno nie zauważyć, że jest to skład raczej z gabinetu wspomnień III RP niż z laboratorium przyszłości. Średnia wieku członków rady wynosi około 73 lata. Można oczywiście powiedzieć, że konstytucję pisze się doświadczeniem, a nie metryką. I będzie w tym sporo racji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy projekt „nowej generacji” zaczynają firmować głównie przedstawiciele generacji bardzo dobrze pamiętającej polityczne wojny sprzed dwóch, trzech dekad.

Dla kontrastu warto przypomnieć Thomasa Jeffersona. Główny autor Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych z 1776 roku miał wówczas zaledwie 33 lata

Ten przykład nie służy kultowi młodości. Służy przypomnieniu, że wielkie akty państwowe wymagają nie tylko doświadczenia, lecz także odwagi, świeżego języka i wyobraźni przyszłości. Konstytucja nie jest bowiem albumem pamiątkowym. Nie pisze się jej po to, by uhonorować zasłużonych. Pisze się ją po to, by porządkowała państwo na dekady.

Prezydent zapowiada, że do rady dołączą kolejni eksperci, prawnicy, konstytucjonaliści i przedstawiciele klubów parlamentarnych. Pałac Prezydencki ma stać się miejscem debaty. Piękna deklaracja. Tyle że w Polsce słowo „debata” od dawna bywa używane podobnie jak słowo „konsultacje”, najczęściej wtedy, gdy decyzja już została podjęta, a publiczności zostawia się prawo do oklasków.

Czternasta, piętnasta, pięćset dziewiętnasta

Sama Rada Nowej Konstytucji nie byłaby może wydarzeniem aż tak osobliwym, gdyby nie szerszy kontekst. Karol Nawrocki powołał już tyle rad, że obywatel może zacząć się gubić, czy mówimy jeszcze o doradztwie, czy już o alternatywnym systemie administracji państwowej.

Według analizy od objęcia urzędu 6 sierpnia 2025 roku prezydent powołał 15 rad. Łącznie zasiada w nich co najmniej 519 osób. Dla porównania: przy prezydencie Andrzeju Dudzie przez dwie kadencje działało 12 rad, skupiających około 220 członków.

Nawrocki najwyraźniej uznał, że skoro rada ma radzić, to im więcej rad, tym więcej mądrości, bo przecież "co dwie głowy, to..."  Prezydent określa rady jako „strefę odsłuchu”. Brzmi nowocześnie. Trochę jak centrum analityczne, trochę jak studio nagrań, trochę jak służby specjalne w wersji miękkiej. Ale skoro w tej strefie odsłuchu zasiada już ponad pół tysiąca osób, to pytanie brzmi: kto kogo słucha? Prezydent doradców? Doradcy prezydenta? A może wszyscy słuchają przede wszystkim tego, czy Pałac nadal pamięta o ich obecności?

Klub seniora czy kuźnia konstytucji?

Rada Nowej Konstytucji natychmiast wywołała falę komentarzy. Jedni widzą w niej próbę poważnej debaty ustrojowej. Inni polityczny teatr. Jeszcze iklub zasłużonych, którym powierzono temat zbyt ważny, by potraktować go jako kolejną okazję do politycznego ustawienia dekoracji.

Pojawiły się opinie, że skład rady reprezentuje wąski światopoglądowo wycinek społeczeństwa. Pojawiły się też złośliwości dotyczące wieku jej członków. Nie wszystkie są eleganckie, ale trudno udawać, że problemu nie ma.

Jeśli mówimy o konstytucji roku 2030, to dobrze byłoby zapytać, kto będzie w tym roku z tą konstytucją żył najdłużej. Dzisiejsi dwudziesto-, trzydziesto- i czterdziestolatkowie? Czy głównie polityczni emeryci, którzy od lat uczestniczą w tych samych sporach, tylko przy innych stołach?

Do napisania ustawy zasadniczej potrzebne są nie tylko doświadczenie i profesorskie tytuły, ale także wyobraźnia społeczna, kontakt z rzeczywistością młodszych pokoleń, zrozumienie nowych technologii, demografii, bezpieczeństwa, klimatu, samorządności i praw obywatelskich. Inaczej „konstytucja nowej generacji” może się okazać konstytucją starej daty.

Koszaliński i zachodniopomorski ślad w prezydenckich gremiach

W tej historii jest także lokalny akcent. Wśród setek osób zasiadających w prezydenckich radach pojawiają się nazwiska znane na Pomorzu Zachodnim. W Radzie Gospodarczej znalazł się m.in. Jakub Pyżanowski, były prezes Zarządu Obiektów Sportowych w Koszalinie. A w Radzie Samorządu Terytorialnego pojawił się również Maciej Berlicki, burmistrz Sianowa. 

Można to odczytać pozytywnie: oto prezydent próbuje wyjść poza centralny salon i słuchać Polski lokalnej. Ale można też postawić pytanie mniej wygodne: czy nie powstaje w ten sposób równoległa sieć politycznych kontaktów, lojalności i zobowiązań? Sieć, która z czasem może stać się czymś więcej niż forum doradczym. Bo rada w polskiej polityce rzadko bywa tylko radą. Czasem jest poczekalnią. Czasem nagrodą. Czasem wizytówką. Czasem zalążkiem zaplecza.

Kraj rad

I tu dochodzimy do tytułowego paradoksu. Polska, która przez dekady z nieufnością patrzyła na „Kraj Rad”, jak w PRL propagandowo określano Związek Radziecki dziś może obserwować własną, prezydencką wersję rad.

Oczywiście bez sierpa, młota i obowiązkowych peanów na cześć przodowników pracy. Ale z podobną wiarą w to, że jeśli powoła się odpowiednio dużo gremiów, nada im odpowiednio poważne nazwy i posadzi przy stołach odpowiednio wiele osób, to powstanie wrażenie wielkiego państwowego namysłu.

W PRL tygodnik „Kraj Rad” opowiadał o ZSRR jako krainie sukcesu, postępu, nauki, kultury i gospodarczej potęgi. Wszystko było tam jasne, słuszne i historycznie konieczne. Dzisiejszy prezydencki kraj rad nie jest oczywiście kopią tamtej propagandy, ale mechanizm symboliczny jest znajomy: dużo formy, dużo powagi, dużo nazwisk, dużo instytucjonalnej oprawy. I ciągle niepewność, ile w tym realnej sprawczości, a ile politycznej scenografii. Bo państwo nie staje się silniejsze od liczby rad. Staje się silniejsze od jakości decyzji. Od przejrzystości instytucji. Od zaufania obywateli. Od tego, czy władza potrafi słuchać także tych, których nie zaprosiła do pałacu.

Konstytucja czy zaplecze?

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie: kto zasiadł w Radzie Nowej Konstytucji? Pytanie brzmi: po co ta rada naprawdę powstała? Czy chodzi o poważną rozmowę o ustroju państwa, konflikcie kompetencyjnym między prezydentem a rządem, bezpieczeństwie, prawach obywatelskich i przyszłości samorządów? Czy raczej o budowę własnego obozu politycznego, niezależnego od partii prawicowych, ale korzystającego z ich kadr, emocji i symboli?

Karol Nawrocki może oczywiście przekonywać, że chce słuchać. Tyle że pół tysiąca doradców to nie tylko ucho władzy. To także jej zaplecze, mapa wpływów i polityczny rezerwuar. W razie sporu z partiami, rządem czy parlamentem można powiedzieć: za mną stoją eksperci, samorządowcy, prawnicy, społecznicy, profesorowie. Za mną stoi kraj rad.

A obywatel? Obywatel patrzy i zastanawia się, czy z tej liczby rad wyniknie choć jedna dobra rada dla państwa. Bo jeśli Rada Nowej Konstytucji ma być tylko kolejnym piętrem w pałacowej konstrukcji wpływów, to konstytucji z tego nie będzie. Będzie natomiast jeszcze jedna fotografia z powołania, jeszcze jedna lista nazwisk, jeszcze jeden komunikat i jeszcze jedna uroczystość w podniosłej scenerii.

Państwo nie potrzebuje dziś kolejnego chóru doradców. Potrzebuje odpowiedzi na proste pytanie: kto bierze odpowiedzialność?

Na razie odpowiedź brzmi: powołajmy kolejna w kraju radę.

Czytaj też

PiS po „dwóch wigiliach”: nie chaos, tylko walka o bycie właścicielem emocji buntu

Wojciech Kukliński - 24 Grudnia 2025 godz. 4:43
Dwie partyjne wigilie – najpierw w siedzibie PiS z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, a potem osobne spotkanie organizowane przez Mateusza Morawieckiego – zostały odczytane jako sygnał rozkładu i utraty sterowności. Morawiecki równocześnie publicznie zapewniał, że nie zamierza tworzyć własnej partii. Uważam, że ten obraz jest zbyt prosty. To nie musi być „czarny sen prezesa”. To może być jego świadomie uruchomiony mechanizm... Jeśli uznać, że Kaczyński od lat zarządza PiS nie jak monolitem, tylko jak systemem wewnętrznych konkurujących „frakcji", wtedy obecne spięcia przestają wyglądać jak awaria, a zaczynają jak narzędzie. W tej logice frakcje nie tyle się „żrą”, co zostały wypuszczone na ring – każda po to, by przyciągnąć inny segment wyborców prawicy, bez oddawania całości pola rywalom.   Dlaczego to wygląda na plan, a nie na utratę kontroli? Kluczem są dwa równoległe komunikaty, które Kaczyński potrafi wypowiadać bez mrugnięcia okiem: z jednej strony dystans wobec radykalnych figur i języka, z drugiej – chłodna kalkulacja, że część ich wyborców trzeba odzyskać. To dobrze widać w jego podejściu do Grzegorza Brauna: padają słowa ostre, wykluczające współpracę, a równolegle pojawia się wprost deklarowana chęć „przejęcia” części tego elektoratu.   Dla jednych to sprzeczność. Dla mnie: klasyczne rozdzielenie ról. Prezes mówi do centrum prawicy: „spokojnie, trzymamy standard”. A jednocześnie wysyła sygnał do dołu emocji: „wiemy, gdzie jest energia i zamierzamy ją zagospodarować”.   Oś „dół kontra góra” wróciła i jest dziś walutą prawicy Najbardziej niedoceniany w analizach elektoratów jest punkt: oś „dół kontra góra” w Polsce działa jak dopalacz mobilizacji. I działa wtedy, gdy zostanie ucieleśniona kandydatem, językiem i konfliktem – nie samą publicystyką. Słuszność tej tezy potwierdził w kampanii prezydenckiej Karol Nawrocki: chłopak z blokowiska przeciwstawił się inteligentowi z warszawskiego salonu - Rafałowi Trzaskowskiemu.  W kampanii prezydenckiej PiS potrafiło na moment odwrócić własny wizerunek „instytucji” i „władzy” w stronę buntu i awansu: my jesteśmy od zwykłych ludzi przeciwko elitom. Dziś problem PiS polega na tym, że po wyborach wraca do tonu hierarchii, powagi i urzędowego „my wiemy lepiej”, a emocja buntu płynie tam, gdzie nikt jej nie temperuje – do radykalnej prawicy.   I tu dochodzimy do sedna: Kaczyński może dziś testować, kto w PiS umie mówić „językiem dołu” tak, żeby nie oddać tego pola Braunowi, ale też nie stać się jego zakładnikiem. Stąd dopuszczanie tarć, gesty separacji (jak dwie wigilie) i komunikaty „mieszane” – pozornie niespójne, w praktyce ustawiające partię w kilku kanałach naraz.   To już było: przed kampanią – „wybielenie”, po kampanii – twarda gra Jeżeli ktoś szuka dowodów, że Kaczyński tak działa cyklicznie, to one są w historii PiS dość czytelne. 2010: w kampanii prezydenckiej pojawia się miększa, „pojednawcza” twarz – w tym głośne przesłanie/„apel do Rosjan” po katastrofie smoleńskiej, budujące ton umiarkowania i wyjścia poza własny elektorat.  2015: strategia „poszerzania” i zdejmowania polaryzacji – Kaczyński chowa się na dalszym planie, a twarzą kampanii zostaje Beata Szydło jako bardziej „akceptowalna”  dla wyborcy środka.  2018 (rekonstrukcja rządu): odsunięcie Antoniego Macierewicza z MON – decyzja politycznie czytelna jako redukowanie kosztów wizerunkowych i wygaszanie „kontrowersyjnej twarzy” przed kolejnymi kampaniami.  W tej perspektywie dzisiejsze przesunięcia i „konkurencja frakcji” nie muszą oznaczać, że prezes traci kontrolę. Mogą oznaczać, że uruchamia selekcję: kto jest w stanie odzyskać emocję buntu bez przepchnięcia partii w otchłań radykalizmu. A co z koalicją „nawet z…”? Tu wraca argument, który jest politycznie brutalny, ale historycznie ważny: gotowość Kaczyńskiego do koalicji „nie do pomyślenia” już raz była faktem. W 2006 roku PiS zawarł układ rządowy z Samoobroną i LPR – sojusz, który wcześniej uchodził za toksyczny, a jednak stał się narzędziem utrzymania większości.  To nie jest automatyczna zapowiedź, że dziś musi być identycznie. Ale to jest precedens pokazujący, że w sytuacji „albo władza, albo opozycja” PiS potrafi przekroczyć granice, które wcześniej sam wyznaczał. I dlatego pytanie o potencjalną współpracę z Konfederacją (w różnych konfiguracjach) nie jest publicystyczną fantazją – to jest realny scenariusz, który Kaczyński będzie trzymał na stole jako opcję, nawet jeśli publicznie go ogranicza.  Ryzyko strategii: żeby odzyskać „dół”, PiS może się do niego upodobnić Największe zagrożenie tej gry polega na tym, że „język dołu” na prawicy robi się coraz bardziej radykalny, bardziej konfliktowy i mniej skrępowany normami. Jeśli PiS uzna, że musi odzyskać elektorat, który odpłynął do radykałów, to może przesuwać się w ich stronę nie poprzez formalną koalicję, tylko przez normalizację ich tonu, tematów i wrogów. Wtedy nawet bez podpisywania paktu PiS ryzykuje, że przestanie odróżniać się od skrajniejszego konkurenta – a to jest droga, na której traci się wiarygodność w centrum, a wcale nie odzyskuje całego „dołu” (bo „oryginał” często wygrywa z „kopią”). Zarządzanie kryzysem Wersja „PiS się sypie, Kaczyński nie panuje” jest medialnie atrakcyjna, ale może być niepełna. Równie prawdopodobne jest to, że prezes uruchomił kontrolowaną rywalizację frakcji o prawicowe segmenty: jedni mają grać twardą tożsamość, inni miękką antyelitarność, jeszcze inni kompetencję i „sprawczość”. A on – jak zawsze – ma zostać arbitrem, który na końcu zsumuje zyski, przytnie straty i wybierze twarz na dany etap. Tylko że w tej grze stawka jest większa niż wewnętrzne ambicje. Stawką jest to, kto na prawicy będzie dziś właścicielem emocji buntu. Jeśli PiS jej nie odzyska, zostanie „poważną” partią bez paliwa. Jeśli spróbuje ją odzyskać za wszelką cenę, może obudzić się w świecie, w którym to paliwo prowadzi już nie do zwycięstwa, tylko do trwałego przesunięcia partii w stronę radykalizmu – nawet bez formalnych koalicji.