– Ten mecz był bardzo wyrównany, ale dziś zdecydowanie zawiodła nasza skuteczność. Ona musi zostać poprawiona – stwierdziła tuż po spotkaniu skrzydłowa zespołu z Gniezna Żaneta Lipok.
Stawka: czwarte miejsce i reset po bolesnych porażkach
Przed pierwszym gwizdkiem obie drużyny miały po 27 punktów. Mecz był więc bezpośrednią walką o kolejne trzy „oczka”, umocnienie się na 4. miejscu w tabeli i o odbudowę po ostatnich nieudanych występach. Koszalinianki przegrały u siebie z PGE MKS EI-Volt Lublin aż 19:33, a gnieźnianki uległy KGHM MKS Zagłębiu Lubin 13:24. Oba zespoły przyjechały więc do Koszalina z jasnym celem: pokazać, że tamte mecze były wypadkiem przy pracy.
Dodatkową motywacją dla „Pszczółek” był fakt, że w tym sezonie jeszcze nie zdołały „użądlić” koszalinianek – wcześniej przegrywały 27:32 i 26:31. Trzecia porażka w sezonie z tym samym rywalem? Tego w Gnieźnie nikt nie chciał.
Pierwsza połowa: remis gonił remis, aż do „szczęśliwej trzynastki”
Od pierwszych minut widać było, że nikt nie zamierza odpuszczać. Gniezno budowało nieźle skonstruowane akcje, a Koszalin odpowiadał solidną obroną. Skuteczność była jednak problemem. Wynik kręcił się wokół remisu, a każda bramka smakowała jak małe zwycięstwo.
Po kwadransie gospodynie miały moment, by odskoczyć na 2–3 trafienia, ale niefortunne podania pogrzebały plan budowania przewagi. I tak przez całą pierwszą połowę zespoły szły „łeb w łeb”. Nikt ani razu nie prowadził wyżej niż jedną bramką… aż do 30. minuty, gdy „13” okazała się szczęśliwa dla przyjezdnych. W samej końcówce to Gniezno wyszło na 11:13, a do przerwy utrzymało minimalną przewagę: 12:13.
Druga połowa: Koszalin przyspiesza, Gniezno gubi skuteczność
Po wyjściu z szatni obraz gry długo się nie zmieniał. Wciąż była walka o każdy metr parkietu, wciąż drobne błędy i niepewność, czy którakolwiek z drużyn zdoła wreszcie „pęknąć” rywalkę.
Przełom przyszedł około 45. minuty. Wtedy Koszalin – konsekwentny, mocny w obronie i cierpliwy w ataku – zbudował przewagę, której w tym meczu nikt wcześniej nie widział: 21:17. I to była ta chwila, w której niewykorzystane sytuacje zaczęły mścić się na gnieźniankach.
Szczególnie bolesny okazał się fragment, w którym sędziowie podyktowali dla gości trzy rzuty karne z rzędu. To mógł być moment zwrotny. Tymczasem dwie z trzech prób nie znalazły drogi do siatki, a w bramce Koszalina znakomicie spisała się Mai Gomaa, ponownie pokazując, że w decydujących sekundach jest rywalką wyjątkowo trudną do pokonania.
Nerwowa końcówka i bramka na wagę wygranej
Gniezno do końca wierzyło, że jeszcze da się doprowadzić przynajmniej do serii rzutów karnych. Koszalin miał jednak przewagę, której nie oddał nawet jeśli końcówka była nerwowa i pełna napięcia. Ostatecznie gospodynie dowiozły wynik i wygrały 27:26, pokonując „Pszczółki” po raz trzeci w tym sezonie.
– To było bardzo wyrównane spotkanie. Wiadomo, że lepiej, gdy przewagę ma się wcześniej, ale dla kibiców takie mecze są najfajniejsze i najbardziej emocjonujące. Cieszymy się, że po czterdziestej minucie zaczęłyśmy prowadzić i długo trzymałyśmy przewagę mimo nieco nerwowej końcówki. Najważniejsza jest wygrana i to mnie cieszy – mówiła po meczu Adrianna Nowicka, rozgrywająca PR Koszalin.
Wygrana, która smakuje podwójnie
W takim spotkaniu nie ma miejsca na łatwe wnioski. To nie był mecz, w którym jedna drużyna „zjadła” drugą. To było starcie dwóch równorzędnych zespołów, w którym o wyniku zdecydowały detale: skuteczność w kluczowych momentach, obronione karne, spokój w końcówce. Koszalin udźwignął presję lepiej – i właśnie dlatego trzy punkty zostały w hali.
A kibice? Dostali dokładnie to, co w sporcie bywa najlepsze: mecz na styku, w którym serce na boisku zostawiają obie strony, ale zwycięstwo może być tylko jedno.