Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Spektakle w Koszalinie:

13 Czerwca 2014 godz. 10:56
Robert Kuliński/ fot. spektaklu Bartek Warzecha
 

Cyrk w teatrze

Podczas drugiego dnia Koszalińskich Konfrontacji Młodych „m- teatr” odbyło się oficjalne otwarcie imprezy. Na Placu Teatralnym wystąpili podopieczni Pałacu Młodzieży, a sztuka „Siła przyzwyczajenia” w reżyserii Magdaleny Miklasz, zainaugurowała konkursową rywalizację spektakli. Krótki występ młodych wykonawców ze Studia Piosenki Aktorskiej „Reflektor”, nie przyciągnął zbyt wielu słuchaczy. Podopieczni Pałacu Młodzieży wykonali znane piosenki  z repertuaru tzw. klasyki, jak i współczesnych przebojów radiowych. Zabrzmiały m.in. „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko, a także „Granada” Moniki Brodki. Po zaledwie 40 minutowym występie, na Dużej Scenie Bałtyckiego Teatru Dramatycznego rozpoczęła się gala inauguracyjna. Festiwal w imieniu Prezydenta Miasta otworzył  Leopold Ostrowski. Następnie rozpoczął się pierwszy pokaz konkursowy. Scena zmieniła się w zaplecze prowincjonalnego cyrku. „Siła przyzwyczajenia” Thomasa Bernharda, to metaforyczna opowieść o trupie cyrkowych artystów pod wodzą, owładniętego obsesją doskonałości,  dyrektora Carobaldiego. Zmusza swoich podwładnych do gry na instrumentach klasycznych, gdyż pragnie idealnego wykonania Kwintetu „Pstrąg”, Franciszka Schuberta . Próby oczywiście nigdy nie przebiegają jak powinny. Obsesja i poczucie władzy miesza się z kompleksami i tyranią dyrektora, co jest źródłem wielu komicznych wydarzeń. „Siła przyzwyczajenia” jest produkcją warszawskiego Teatru Ateneum. Pierwsze  minuty wprowadzają widza w świetnie zaaranżowany przez scenografkę Ewę Woźniak świat brudnego, zatęchłego zaplecza cyrkowego. To jednak jedyny element spektaklu jaki można pochwalić. Historia, choć przez pierwszy akt wciągnęła część publiczności, to po antrakcie okazało się, że reżyserka skupiła się na akcentach komediowych. Zabrakło pazura, puenty, czy choćby niekonwencjonalnych rozwiązań wizualnych. Narracja komediowa przeważyła, a raczej zdawała się być kamuflażem ukrywającym brak pomysłu na poprowadzenie historii. Gra aktorska, również nie zachwyciła niczym szczególnym. Co prawda Krzysztof Gosztyła, odtwórca głównej roli, fachowo i bardzo klasycznie łączył swoje umiejętności muzyczne z dynamiką charakteru swojego bohatera, ale pozostała część obsady wypadła gorzej niż blado. Główny interlokutor dyrektora Caribaldiego, Żongler w  kreacji Dariusza Wnuka, był po prostu sztuczny. Nawet niezmiernie ekspresyjna gra Przemysława Bluszcza w roli Pogromcy, nie uratowała poziomu  wykonawczego. Zdaje się jakby reżyserka użyła prostego zabiegu, że aktor dopiero wtedy gra - kiedy krzyczy. Efekciarskie, bo nie efektowne. Spektakl w całokształcie był przekrzyczaną, krążąca wokół jednego aktora farsą, jednak nie w wydaniu gatunkowym, a artystycznym.Widzowie dali wyraz swojej dezaprobaty. Po antrakcie publiczność zmalała mniej więcej o jedną trzecią. Oklaski po przesadnie klasycznym finale, były raczej skromne.  Dziś kolejny dzień przeglądów konkursowych. Na Małej Scenie  „Disco pigs” z Katowic, a Na Zapleczu wystawiona zostanie produkcja z Jeleniej Góry  „Miedzianka”. O godzinie 17:15 na Placu Teatralnym  wystąpią zespoły rockowe z Pałacu Młodzieży.
13 Maj 2014 godz. 21:30
Robert Kuliński
 

Pat Kultowych Szachistów

Spektakl „Drugi pokój” na motywach dramatu Zbigniewa Herberta w wykonaniu amatorskiej grupy teatralnej Kultowi Szachiści nie był inscenizacją udaną. Jest to nie lada zaskoczeniem, gdyż reżyser Wojciech Węglowski zasłynął świetnymi przedstawieniami jak np. „Pasożyty”, które wystawił z grupą Tchnienie w 2011 roku.Dramat Herberta jest przede wszystkim opowieścią o egoizmie, znieczulicy i zachłanności. To historia niełatwa do przedstawienia na scenie, gdyż autor nie pozostawił, żadnych didaskaliów, a akcja toczy się tylko i wyłącznie w rozmowach. „Drugi Pokój” był pisany z myślą o słuchowisku radiowym, jednak od lat wielu reżyserów podejmuje się scenicznej adaptacji. Z jednej strony brak wskazówek co do formy wizualnej pozostawia wielkie pole do popisu. Węglowski tradycyjnie posłużył się bardzo ascetycznym obrazem. Wypełnieniem były wizualizacje multimedialne w wykonaniu Marcina Medzińskiego. Świetnym zabiegiem była oprawa muzyczna białogardzkiego zespołu Cfiszyn. Bardzo zwięzła i wysmakowana, świetnie oddająca charakter emocjonalny sztuki, niestety z racji pustki aktorskiej to muzyka zdawała się grać główną rolę.Historia młodego małżeństwa, które wynajmuje pokój u starszej, samotnej kobiety staje się pretekstem do zobrazowania cech ludzkich, które drzemią w każdym z nas. O samej staruszce nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Wszystkie informacje przekazują On i Ona. Wiemy, że obecność kobiety przeszkadza małżeństwu, krępuje ich i w końcu doprowadza do oszustwa, w wyniku, którego umiera. Spełnia się, wtedy marzenie młodej pary o tym, aby przejąć pokój i poszerzyć swoją przestrzeń życiową.  Tego typu sztuka wymaga jednak wprawionych aktorów. Przekazanie emocji oraz nakreślenie wszelkich cech osobowości głównych bohaterów kulało i to znacznie. Młodzi aktorzy, niestety nie  stanęli na wysokości zadania. Węglowski rozdzielił poszczególne partie na kilkoro wykonawców. Różne konfiguracje par oraz przeplatanie tekstu przy występie całego zespołu, być może miało za zadanie urozmaicić sztukę wizualnie, jednak z początku wprowadziło duży dyskomfort utrudniając „wejście” w historię.Być może zespół powinien dłużej popracować nad materiałem, który- należy podkreślić- nie jest łatwy. Cieszy jednak fakt, że młodzi mają okazję działania przy formach teatralnych. Konfrontacja z widzem jest bezcenną wartością dla każdego aktora. Kultowi Szachiści mieli ku temu wyśmienitą okazję. Niemal wszystkie miejsca na prowizorycznej widowni zostały zajęte.
30 Marca 2014 godz. 1:15
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Fredro forever

Premierą „Zemsty” Bałtycki Teatr Dramatyczny uświetnił uroczystą galę obchodów 60 lecia działalności. Sztuka podana w sposób klasyczny według wszelkich zaleceń hrabiego Fredry idealnie podkreśliła wagę teatru jako dziedziny artystycznej, która pomimo wiekowej tradycji wciąż zachwyca.   Dobór tak klasycznego dzieła był świetnym pomysłem. Skoro spektakl poprzedzała uroczysta gala, pełna przemówień, listów gratulacyjnych i swego rodzaju urodzinowej atmosfery, lekka komedia dodała kolorytu jubileuszowej fecie. Rozrywkowy spektakl w świetnej reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego, znanego ze swojego uwielbienia do klasycznej formy dzieł Fredy, był rozluźnieniem jakże oczekiwanym po ponad godzinnej uroczystości. Historia znana, jednak wciąż bawi dobrym smakiem i barwnością bohaterów. Choć czas i miejsce akcji „Zemsty” dalekie współczesnym realiom, opowiada o polskich przywarach, które raz po raz do dnia dzisiejszego dają znać o sobie. Kłótnie nie o rację, a o wygranie konfliktu za wszelką cenę. Przy czym wygraną wcale nie jest rozwiązanie sporu, a triumf nad przeciwnikiem. W najbliższym czasie sami będziemy świadkami nie mniej komediowych spektakli w życiu codziennym, gdyż na dobre rozkręci się machina kampanii wyborczej.   Wróćmy jednak do przedstawienia. Postać Papkina wykreowana przez Jacka Zdrojewskiego nadaje sztuce wspaniałej motoryki. Nie jest to łatwy bohater, gdyż nie tylko ma bawić, ale także łączyć wszystkie elementy fabuły. Z ogromną gracją Zdrojewski przeistaczał się z buńczucznego „lwa północy” w tchórzliwego, zubożałego szlachcica. Oczywiście, nie sposób pominąć Wojciecha Rogowskiego w roli Cześnika i Piotra Krótkiego jako Rejenta, obydwaj zagrali brawurowo. Niezwykłym było widzieć jak spektakl domknięty jest na ostatni guzik, w sensie aktorskim. Nawet króciutki epizod Kuchmistrza Perełki w wydaniu Artura Paczesnego wniósł ogrom komizmu.Ponad wyżej wymienione elementy przedstawienia, należy zwrócić uwagę na wspaniałe kostiumy. Fantastycznie oddające styl epoki oraz podkreślające charakter bohaterów. Nie wyglądały jak „przebranie”, naprędce dopasowane dla potrzeb danego aktora i sztuki, co niestety zdarza się czasem w teatrze Premiera „Zemsty” udała się świetnie. Publiczność nagrodziła aktorów oraz reżysera gromkimi brawami.   Obecnie klasyka rzadko  gości na deskach teatralnych. Ten swoisty ukłon koszalińskiego teatru w stronę Fredry upamiętniający go także jako autora pierwszej sztuki wystawionej w BTD, był rzeczywistym oddaniem hołdu sztuce teatralnej jako takiej. Dzisiaj, kiedy scena staje się polem eksperymentu wizualnego, a aktor, jak i fabuła stają się jedynie dodatkiem do "pionierskich" wizji reżysera, klasyczna komedia pozwala złapać oddech. Oczywiście, że eksperymentować nie tylko warto, a nawet trzeba, ale nie można zapomnieć o klasyce. Słowo, aktor, scena i fabuła, to podstawy, dzięki którym niemal 200 lat od powstania, „Zemsta” wciąż zachwyca, a wykreowane postacie bawią.             
12 Lutego 2014 godz. 14:04
Alina Konieczna fot. SP18
 

Cała klasa na scenie

Na scenie dzieci wraz z rodzicami, a na widowni - cała szkoła. Trzecia klasa ze Szkoły Podstawowej nr 18 w Koszalinie wystawiła niezwykłe przedstawienie. I odniosła sukces. Wychowawczyni klasy III b Ewa Gumińska postawiła na integrację dzieci oraz rodziców wokół szkoły. W ramach programu „Edukacja czytelnicza i medialna” powstał pomysł, aby przygotować przedstawienie. - Chodziło nam o coś więcej, niż tylko zrobienie spektaklu z udziałem dzieci – opowiada Ewa Gumińska. – Zależało nam na tym, aby w prace nad przedstawieniem włączyli się także rodzice. I udało się.     Spektakl „W Tuwimowie” został oparty o wiersze Juliana Tuwima. Aktorzy recytowali, publiczność odgadywała tytuły. W spektaklu  znalazły się też informacje o poecie, jego twórczości. Ewa Gumińska tak przygotowała scenariusz, żeby role w tym spektaklu miał każdy z uczniów jej klasy. - Chcieliśmy, aby każde dziecko miało swoją szansę na sukces – podkreśla wychowawczyni. – A ile przy  okazji ujawniło się talentów! Dużymi zdolnościami wykazali się także rodzice. Okazało się, że są mamy, które grają na keyboardzie, śpiewają. Inni rodzice wykonali dekoracje, zaproszenia,  czy plakaty.   Wspólna aktywność i praca twórcza przyniosła autorom i wykonawcom spektaklu prawdziwy sukces. Przedstawienie „ W Tuwimowie” było wystawiane dwa razy. Publiczność bawiła się świetnie nagradzając aktorów gromkimi brawami.   To bardzo ważne, by rodzice aktywnie włączali się w życie szkoły swoich dzieci. Nie tylko przychodząc na wywiadówki, ale także biorąc udział w szkolnych przedstawieniach. Takich, jak choćby to w „osiemnastce”.  Brawo!
12 Stycznia 2014 godz. 6:39
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

W poszukiwaniu pigułki miłości

Prapremierą spektaklu „Love Forever” rozpoczął Bałtycki Teatr Dramatyczny obchody swojego 60-lecia. Teatr z tradycjami zainaugurował jubileusz w bardzo nowoczesnym stylu. „Love Forever” to sztuka napisana przez Michała Siegoczyńskiego, autora i reżysera, o którym w Polsce jest coraz głośniej. „Love Forever” Siegoczyński napisał  z myślą o aktorach BTD, których poznał podczas pracy nad monodramem „…syn”, który wyreżyserował w Koszalinie w roku 2006.   Na miejsce prapremiery „Love Forever” autor wybrał właśnie Koszalin i sam podjął się reżyserii. Co z  tego wynikło? Dwie godziny świetnego przedstawienia, pełnego komediowej opowieści w stylu science fiction,  z przebojami  muzyki pop sprzed lat, z momentami,  zabawnymi,  wzruszającymi, a nawet z akcentami podszytymi seksapilem… No, w końcu chodzi o tytułową miłość na zawsze.   Kameralna Scena na zapleczu, gdzie jest wystawiane „Love Forever”, tym razem wydaje się ogromna. Nie dość, że mnóstwo na niej elementów scenografii, rekwizytów, detali, to jeszcze dzieje się tak wiele, że aż trudno uwierzyć, że wszystko i wszyscy mieszczą się na jednej scenie. To jest możliwe dzięki kamerze, która – obok aktorów – staje się głównym bohaterem przedstawienia.   Operator kamery towarzyszy aktorom na każdym kroku. Podgląda ich gesty, rejestruje słowa, niemal zagląda do ich dusz i serc. Publiczność ogląda aktorów nie tylko na scenie, ale także na dużym ekranie. Z obu stron sceny stoją telewizory, gdzie także widać rejestrowany na żywo przebieg spektaklu. Czasem widz ogląda tylko przekaz z ekranów, innym razem jednocześnie rejestruje obraz na żywo i ten z ekranów.   Na ekranowych zbliżeniach wyraźnie widać emocje na twarzach aktorów, zwykle w teatrze obserwowane z daleka. Cały spektakl wydaje się być swoistym, montowanym na żywo teledyskiem. Widz, zachęcany przez reżysera,  uczestniczy w tym procesie tworzenia opowieści o historii całkiem nie z tej ziemi, przynajmniej nie z naszych czasów. O historii, jakich wiele na co dzień serwuje nam telewizja, pełna telenoweli, teledysków…   Jaką historię opowiada zatem Michał Siegoczyński w swojej sztuce? Oto główny bohater , szalony naukowiec Greg ( w tej roli świetny Wojciech Rogowski) , poszukuje pigułki na utraconą miłość. Na swoje badania dostaje duży grant. W pracy pomaga mu asystentka Kelly (Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska), która jest zadziwiająco podobna do Katii, zmarłej żony Grega.     Do badań zostają zaproszone dwie pary przeżywające kryzys. To Borys (Artur Paczesny) i Naomi (Beata Niedziela) , a także Maria – Magdalena (Dominika Mrozowska, która na scenie i na ekranie błyszczy urodą z nutką seksapilu) i Iwan (Marcin Borchardt). W roli pigułki na miłość gościnnie (w stroju nawiązującym do króliczka z Playboya) występuje młodziutka Kamila Rogowska, prywatnie córka Wojciecha Rogowskiego.   Jak potoczą się losy par, które biorą udział w badaniu? Czy Gregowi udaje się znaleźć słynną pigułkę na miłość?   Nie odpowiem na to pytanie, żeby nie zepsuć przyjemności oglądania spektaklu. Publiczność na sobotniej premierze spektaklu bawiła się znakomicie. No bo jak tu nie polubić przedstawienia, w którym kobieta- robot szczęśliwie rodzi dwójkę srebrnych bliźniaków, a główny bohater odlatuje rakietą w przestworza kosmosu wraz z ukochaną…   Michał Siegoczyński napisał swoją sztukę specjalnie dla aktorów BTD. I nie pomylił się. Dobre aktorstwo to niewątpliwy atut tego spektaklu. W rolach komediowych nasi aktorzy są po prostu świetni. Trzymamy kciuki za Kamilę Rogowską, która myśli o rozpoczęciu studiów aktorskich. Kto wie, może za parę lat wróci do Koszalina, by tu rozpocząć aktorską karierę
9 Stycznia 2014 godz. 16:02
Alina Konieczna
 

Trochę miłości, trochę popkultury

Rozmowa z Michałem Siegoczyńskim, autorem i reżyserem przedstawienia „Love Forever”, którego prapremiera odbędzie się w sobotę 11 stycznia o godz. 19 w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. - Koszalińska publiczność poznała Pana w 2006 roku dzięki monodramowi „…syn” w wykonaniu Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej, nagradzanemu na ogólnopolskich festiwalach. W jakiej odsłonie przedstawi się Pan koszalinianom tym  razem? - To będzie sztuka z udziałem  siedmiorga aktorów. Jej tekst napisałem w trakcie pracy w Koszalinie. Tak to u mnie bywa, że kontakty z ludźmi, wspólna praca z aktorami nad przedstawieniem – to wszystko jest dla mnie inspiracją.   - „Love Forever” - w tytule jest słowo miłość. Czy Koszalin to miasto, które budzi uczucie miłości? - Temat pojawił się wcześniej, ale właśnie w Koszalinie uzyskał kształt i formę. Tytuł ewaluował, po drodze pojawiały się różne wersje, między innymi „Miłość od zaraz”, ostatecznie jest „Love Forever”. Love, czyli miłość…   - Sądząc po tytule, widzów czeka lżejszy kaliber, zapowiedzi spektaklu mówią o dramatycznej komedii science fiction. - Ta sztuka jest nawiązaniem do klasycznej komedii romantycznej, w której nie może zabraknąć miłości, czy popkultury. To moja wizja, gdzie mieszają się różne gatunki, jest dramat, komedia, są wątki sentymentalne…   - W teatrze coraz częściej pojawiają się nowinki techniczne, kamery, telebimy. W Pańskiej sztuce także tego nie zabraknie. Czy nie uważa Pan, że ostatnio w naszym teatrze trochę za dużo jest nowoczesnych, zabawnych komedii, a za mało klasyki? - Często tęsknimy za czymś, co było kiedyś, a wiadomo, że czas idealizuje przeszłość. Na pewno sztuki klasyczne, ambitne, są potrzebne, jednak to widz decyduje, co chce oglądać.   Zawsze też można wybrać koncepcję, dobrym przykładem są sztuki Szekspira dające możliwość wyboru interpretacji.   - Czy teatr powinien widzów bawić, czy raczej ich uczyć? - Teatr jest lustrem życia. Człowiek przeżywa w swoim życiu różne uczucia, czasem jest smutny, czasem radosny. Podobnie jest w teatrze. Czasem się śmiejemy, innym razem wzruszamy, płaczemy.   - Jest Pan autorem, jednocześnie reżyserem. Która z form aktywności artystycznej jest Panu bliższa? - Jeśli coś piszę, to zawsze pod dyktando mojej pierwszej natury -  reżysera. Lubię reżyserować w teatrze swoje rzeczy, ponieważ wtedy tekst i reżyseria łączą się w spójną wizję. Czuję jednak, że jestem gotowy do tego, żeby w swojej pracy reżyserskiej częściej sięgać po utwory innych utworów, z nastawieniem na klasykę.   - Pańska sztuka rozpocznie obchody 60-lecie Bałtyckiego teatru Dramatycznego. Dlaczego zdecydował się Pan wystawić „Love Forever” właśnie w Koszalinie?  - Ponieważ tu są  bardzo dobrzy, świetnie przygotowani aktorzy. Dla reżysera to najważniejsze. - Na co może liczyć publiczność, która wybierze się do teatru na „Love Forever”? - Najtrudniej być sędzią we własnej sprawie. Odpowiem w ten sposób - proszę przyjść do teatru,  aby odpowiedzieć sobie na to pytanie. Przedstawienie trwa około dwóch godzin i będzie wystawianie na Scenie na zapleczu.   - Czy reżyser przeżywa premierę tak, jak aktorzy? - Na pewno, choć z czasem można nauczyć się pewnego dystansu. Dla mnie premiera jest uroczystym momentem zakończenia pracy nad spektaklem.   - Czy dalsze Pana plany zawodowe są związane z teatrem? - Oczywiście, mam plany na kolejne spektakle. Z Koszalina wybieram się do Radomia, następnie do Poznania, gdzie w Teatrze Nowym będę reżyserował „Ślub” Gombrowicza.   - Dziękuję za rozmowę Rozmawiała Alina Konieczna
16 Grudnia 2013 godz. 6:52
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

Taka cudna Noc poety

Jeśli jeszcze nie byliście na spektaklu z wierszami i piosenkami Jonasza Kofty, koniecznie musicie go zobaczyć. W miniony weekend aktorzy BTD znów zaprosili publiczność na to wyjątkowe przedstawienie. „Noc poety, wiersze i piosenki Jonasza Kofty” – spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, który miał swoją premierę 28 września, wciąż cieszy się dużą popularnością. Przygotowany w ramach Sceny Inicjatyw Aktorskich, grany na kameralnej Scenie na zapleczu, wprowadza widzów w magiczny świat utworów niezapomnianego Jonasza Kofty.   Na scenie piątka aktorów:  Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Katarzyna Ulicka-Pyda, Piotr Krótki, Wojciech Rogowski i Jacek Zdrojewski – jako Jonasz Kofta. A w roli głównej – piękne wiersze poety. I piosenki, które tak dobrze znamy i lubimy. O wielu z nich pewnie nie wiedzieliśmy, że są dziełem Kofty.   Publiczność próbuje zajrzeć do duszy Poety. Podgląda go nocną porą, pełną tajemnic i niedopowiedzeń, kiedy autor ubiera swoje myśli w słowa.  Przygląda mu się w kabarecie Pod Egidą, w radiowej Trójce, czy festiwalu w Opolu.   Przedstawienie rozpoczyna fantastyczne wykonanie piosenki „Śpiewać każdy może”, znanej z satyrycznej wersji Jerzego Stuhra. Tym razem ten utwór brzmi zupełnie inaczej. Wszystkie piosenki, jakie znalazły się w spektaklu, po prostu zachwycają.  Niektóre – jak choćby „Do łezki łezka” – wielki przebój dzięki Maryli Rodowicz, zaskakują. Piosenka o autobusach zapłakanych deszczem w świetnym wykonaniu Katarzyny Ulickiej – Pydy, staje się bardziej zabawna, niż nostalgiczna.   Aranżacje piosenek w tym spektaklu są dziełem Jarosława Barowa. Słucha się tych dobrze znanych, nieco odkurzonych przebojów, z wielką przyjemnością. Można nawet pośpiewać z aktorami, choćby słynny song „Pamiętajcie o ogrodach”. Jest „Kwiat jednej nocy”,(pamiętamy go z wersji Alibabek), czy „Radość o poranku” – ta piosenka kończy przedstawienie. Do jej wykonania aktorzy zmieniają kostiumy, czarne ubrania zastępują kolorowymi strojami.   Godzina z wierszami i piosenkami Jonasza Kofty jest naprawdę magiczna.  Bywa, że czas w teatrze się dłuży. Tym razem jest zupełnie inaczej. Wydaje się nawet, że publiczność wychodzi z teatru z uczuciem niedosytu. Gdyby tak jeszcze jedna piosenka, w końcu było ich tak wiele...   Szczerze polecam ten spektakl. Kiedy za oknami jest szaro, ponuro i smutno, godzina z Jonaszem Koftą i aktorami BTD może stać się skutecznym lekiem na zimowy spadek nastroju. Kofta będzie grany podczas Sylwestra. To dobry wybór, Noc poety - na noc kończącą rok…
13 Grudnia 2013 godz. 4:44
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

Guliwer na scenie i na ekranie

Bałtycki Teatr Dramatyczny zaprosił widzów na kolejną premierę Tym razem na widowni zasiedli widzowie całkiem mali i zupełnie dorośli, by wraz a aktorami wyruszyć w drogę śladami Guliwera. Słynna powieść Jonathana Swifta „Podróże Guliwera” została wystawiona na scenie BTD w całkiem nowej odsłonie. Reżyser Zdzisław Derebecki sięgnął po najnowsze zdobycze techniki, proponując widzom multimedialny spektakl, którego akcja toczy się na kilku płaszczyznach.   Jak pokazać na jednej scenie Guliwera w świecie Liliputów, a za chwilę – wśród Gigantów? Reżyser wykorzystał  technikę cyfrową, ukazując bohaterów nie tylko na żywo, na scenie, ale także na dużym ekranie stanowiącym tło. Bohaterowie na ekranie i na scenie prowadzili ze sobą dialogi tak, jakby wszystko odbywało się w tym samym czasie i miejscu. Wypadło  znakomicie.   W pierwszej części to Guliwer przebywający w świecie Liliputów był ukazany na ekranie w monstrualnym rozmiarze. Po przerwie role się odwróciły. Guliwer na scenie był naprawdę malutki w konfrontacji z ogromnymi Gigantami widocznymi na ekranie.   Pierwsza cześć spektaklu wydawała się nieco przydługa (świadczyło o tym lekkie zniecierpliwienie najmłodszych widzów, nieco już zmęczonych opowieściami o perypetiach Guliwera). Druga część okazała się bardziej wartka, zwarta, treściwa. Giganci na ekranie wypadli rewelacyjnie  – byli wyraziści, przekonujący, zabawni. Kiedy pewien kilkulatek  zobaczył ich na ekranie, wyszeptał: wcale się nie boję Bo Giganci, choć wielcy, nie byli groźni.   Przedstawienie (wraz z przerwą) trwa prawie dwie godziny. To w sam raz na spektakl adresowany zarówno do dzieci, jak i do widzów dorosłych ( z myślą o najmłodszych można by nieco skrócić pierwszą część). Całość  dopełniają piękne stroje (dzieło Beaty Jasionek), a przede wszystkim fantastyczna muzyka, której autorem jest Maciej Osada-Sobczyński.   Aktorzy w tym spektaklu śpiewają, tańczą, wciągając publiczność do wspólnej zabawy. To dobrze, bo taki teatr jest ulubieńcem widzów. Kiedy na widowni zasiadają dzieci, na aktorach spoczywa wielka odpowiedzialność. Muszą przekonać najmłodszych do teatru. Czy udało im się to poprzez najnowszy spektakl o podróżach Guliwera? Wierzę, że tak.   Ten spektakl bawi, a jednocześnie uczy. Przypomina, że to, co najpiękniejsze, najlepsze,  wcale nie musi być gdzieś daleko. To piękno jest blisko nas, wystarczy je tylko dostrzec. Warto wybrać się na koszalińską wersję „Podróży Guliwera”, by miło spędzić czas. Jeśli pójdziecie tam z dziećmi, korzyść będzie podwójna. Skorzystacie nie tylko wy, ale także wasze pociechy. Wcześniej opowiedzcie dzieciom o Guliwerze, będzie wam łatwiej wspólnie przeżywać spektakl.     Czwartkowa premiera „Podróży Guliwera” została wzbogacona o dodatkowe atrakcje. W przerwie przedstawienia pojawił się Mikołaj z siwą brodą i ogromnym brzuchem (mamy nadzieję, że wypchanym) Gość w czerwonym płaszczu częstował grzeczne dzieci cukierkami. Ależ  było radości…    
10 Grudnia 2013 godz. 11:47
Alina Konieczna fot. Bartek Sowa
 

To, co najpiękniejsze, jest tuż obok

Rozmowa ze Zdzisławem Derebeckim, dyrektorem Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, reżyserem spektaklu „Podróże Guliwera”, którego premiera odbędzie się w czwartek 12 grudnia o godz. 17. - Mamy okres przedświąteczny. Czy „Podróże Guliwera” to gwiazdkowy upominek,  jaki sprezentuje swoim widzom koszaliński teatr? - Zwykle  przed świętami staramy się przygotować przedstawienie, które  jest adresowane zarówno do widzów dorosłych, jak i do dzieci. Mamy nadzieję, że ten upominek przypadnie widzom do gustu.   - Czy w dzisiejszym świecie my, dorośli lubimy bajki? - W każdym z nas jest dziecko, w każdym drzemią jakieś tęsknoty, marzenia, dążenie do idealnego piękna, takiego, jakie często można znaleźć w bajkach. Pewnie dlatego gdzieś w głębi duszy lubimy bajki. Trzeba tu jednak dodać, że opowieść Jonathana Swifta nie jest typową bajką. To raczej przypowieść o głębokim podtekście filozoficznym. Nasze przedstawienie nie jest więc adresowane do bardzo małych dzieci. - Do kogo zatem kierujecie swój spektakl? - „Podróże Guliwera”, które wystawimy na Dużej Scenie naszego teatru,  jest adresowane do widzów w wieku od 6 do 106 lat.   - O czym opowiecie podczas spektaklu? - Książka Swifta i nasz spektakl to przesłanie skierowane do wszystkich, którzy myślą, że piękniejszy, lepszy świat mogą znaleźć gdzieś daleko. Tymczasem to, co najpiękniejsze, jest blisko nas, tuż obok.   - Szukając  analogii do codzienności trzeba jednak zauważyć, że młodzi ludzie  wyjeżdżają  stąd w poszukiwaniu lepszego życia. - W tym przypadku chodzi o względy ekonomiczne, ci młodzi ludzie jadą za granicę za chlebem, bo tu brakuje dla nich pracy. Wielu z nich wyjedzie, zarobi pieniądze i wróci.   - A jeśli pozostaną w tamtym, bardziej dostatnim świecie? - Mój wujek, który był zmuszony po wojnie do opuszczenia Polski, zawsze mówił, że życie na obczyźnie to jednak z największych tragedii, jaka spotyka człowieka.   - Dlaczego warto wybrać  się do BTD na spotkanie z Guliwerem? - Choćby po to,  żeby przypomnieć sobie, jak ważne jest to, by dostrzegać piękno i wartość naszego świata. Rodzice  są zajęci pracą, obowiązkami, mają coraz mniej czasu dla swoich dzieci.  Dlatego warto wygospodarować dwie godziny i wybrać się do teatru, oczywiście razem z dzieckiem.   - Jakie korzyści  daje  czas spędzony wspólnie z dzieckiem w teatrze? - Współczesne media – telewizja, komputery, niektóre filmy  – ograniczają wyobraźnię. Na szczęście jest teatr, który ma możliwość pobudzania naszej wyobraźni, prezentowania rzeczywistości za pomocą symboli, znaków. Wspólne wyjście do teatru łączy rodziców z dziećmi, zbliża ich do siebie, pozwala razem przeżywać emocje.  Zapraszam do teatru. Rozmawiała Alina Konieczna
25 Listopada 2013 godz. 6:05
Alina Konieczna / fot. Artur Rutkowski
 

Bajki dedykowane chorym dzieciom

Na scenie znani politycy, biznesmeni i naukowcy, na widowni komplet publiczności – to znak, że w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym przyszedł czas na drugą edycję „Bajek Samograjek”. W niedzielę odbyły się dwa spektakle tegorocznej edycji „Bajek Samograjek”. Tym razem zostały wystawione trzy bajki : „Pchła Szachrajka”, „Królewna Śnieżka” oraz „Czartowskie sprawki”. Na widowni zasiedli dorośli i dzieci, a na scenie pojawili się ludzie znani z pierwszych stron gazet.   Pchłę Szachrajkę brawurowo zagrała Grażyna Bielawska –Cieśla, prezes Miejskiej  Energetyki Cieplnej w Koszalinie. Aktorskimi zdolnościami i poczuciem humoru zadziwił publiczność profesor Tadeusz Bohdal, na scenie zabawny hipopotam,  co dzień rektor Politechniki Koszalińskiej.   Gromkimi brawami publiczność nagradzała popisy Sławomira Nowosadki, prezesa Gazozolu. Świetnie wypadły dyrektorki koszalińskich szkół   w roli krasnoludków. Mnóstwo oklasków zebrała Anna Iwanisik, siostra oddziałowa oddziału dziecięcego za rolę Królewny Śnieżki. Tradycyjnie niezawodni w aktorskich rolach okazali się politycy – senator Piotr Zientarski jako Lucyfer, wicemarszałek województwa Andrzej Jakubowski jako burmistrz, czy prezydent Koszalina Piotr Jedliński w roli Pana Twardowskiego   Idea jest prosta – w role aktorów wcielają się  osobistości ze świata polityki, biznesu, nauki, aby zagrać na scenie i dzięki temu zebrać fundusze na remont i wyposażenie oddziału dziecięcego Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie. Rok temu, podczas pierwszej edycji „Bajek Samograjek’,  udało się zebrać 30 tysięcy złotych.   - Koszt remontu oddziału jest szacowany na 400 – 500 tysięcy złotych – powiedział nam Marek Kęsik, prezes Społecznego Komitetu Remontu Oddziału Dziecięcego. – Oczywiście, organizowanie charytatywnych spektakli to tylko kropla w morzu potrzeb, jednak ogromnie ważna, ponieważ zarówno aktorzy, jak i widzowie kupujący cegiełki, mają swój udział w tym szlachetnym przedsięwzięciu.   Do udziału w wyjątkowym przedstawieniu organizatorzy nie musieli nikogo namawiać. Koszalińscy politycy, naukowcy i przedsiębiorcy poświęcili mnóstwo czasu na próby, pokonali tremę i – wypadli znakomicie.   Wszyscy aktorzy „Bajek Samograjek” otrzymali certyfikaty superbohaterów Bajek Samograjek. Jak podkreślała reżyserka przedstawień obu edycji – Magdalena Muszyńska-Płaskowicz, te certyfikaty mają przypominać, że „nigdy nie jest za późno, aby mieć szczęśliwe dzieciństwo”.   „Bajki Samograjki” to propozycja dla dorosłych i dzieci. To widowisko pełne humoru, barwnych postaci, pięknych kostiumów, okraszone występami koszalińskiego Zespołu Tańca Ludowego „Bałtyk”. Jest w tych bajkach coś ludycznego, coś magicznego i coś serdecznego -  chęć  niesienia pomocy najmłodszym, którym przyszło walczyć z chorobą.   Trzeci z zaplanowanych spektakli odbędzie się w poniedziałek, 25 listopada o godz. 17. Bilet – cegiełka na to przedstawienie kosztuje 30 złotych. Po niedzielnym, premierowym przedstawieniu odbyła się licytacja obrazu Andrzeja Słowika „Śpiewające słowiki”. Obraz podarowany przez koszalińskiego artystę na rzecz pomocy oddziałowi dziecięcemu, został sprzedany na tysiąc złotych. Do tej pory w tegorocznej edycji udało się łącznie zebrać 26 tysięcy złotych. Pieniądze zostaną przeznaczone na zakup niezbędnego dla oddziału sprzętu. 
19 Listopada 2013 godz. 13:38
Alina Konieczna fot. Izabela Rogowska
 

Koszaliński spektakl w Wałbrzychu

Spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” został zaproszony do udziału w XI Wałbrzyskich Fanaberiach Teatralnych. Wałbrzyskie FANABERIE Teatralne to jeden z najważniejszych i najbardziej znanych na Dolnym Śląsku festiwali teatralnych. Organizowany od 11 lat zdobył ogólnopolskie uznanie. Tegoroczna impreza odbędzie się w dniach 25 – 29 listopada.  XI Wałbrzyskie FANABERIE Teatralne przebiegać będą pod hasłem „Festiwal Teatru Reportażu”. W ciągu pięciu dni będzie można zobaczyć 10 spektakli z gatunku teatru dokumentalnego, prezentowanych przez artystów z całej Polski.     W głównym nurcie XI Wałbrzyskich FANABERII Teatralnych oprócz naszego spektaklu pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety ” w reżyserii Pawła Palcata będzie można zobaczyć m.in.: „Love and information” , reż MonikaStrzępka, PWST WROCŁAW (POMOST), “Margarete”, reż. Janusz Turkowski, Teatr KANA, Szczecin, „Synek”,, reż. Maciej Podstawny, monodram w wykonaniu Marcina Gawła, „Shylock”, reż. Marcin Ehrlich ,monodram w wykonaniu Piotra Kondrata, „Karin Stanek”, reż. Alina Moś-Kerger, monodram w wykonaniu Agnieszki Wajs (WROSTJA), Młoda Scena Teatru KOREZ, „Jeżyce story”, reż. Marcin Wierzchowski, Teatr Nowy, Poznań, „Kalino malino czerwona jagodo” , reż. Igor Gorzkowski, Studio Teatralne KOŁO, Warszawa , „Niewierni”, reż. Piotr Ratajczak, Teatr Łaźnia Nowa, Kraków  oraz „Do władzy wielkiej i sprawiedliwej” , Teatr Ósmego Dnia w Poznaniu.   Spektakl BTD pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety ”zostanie zaprezentowany na scenie Teatru Dramatycznego im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu w środę, 27 listopada o godz.19.15.
28 Października 2013 godz. 14:21
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

Nagroda dla naszej aktorki

24 Września 2013 godz. 21:14
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

To będzie Kofta, jakiego nie znacie

Rozmowa z Piotrem Krótkim, jednym z reżyserów spektaklu „Noc poety, piosenki i wiersze Jonasza Kofty”. Premiera tej sztuki w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym – już w sobotę, 28 września. - Dlaczego właśnie Kofta? - Jonasz Kofta był jednym z największych poetów współczesnej piosenki. Mieliśmy w naszym teatrze spektakle poświęcone twórczości Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego. Uznaliśmy, że teraz przyszedł czas na Koftę.   - No właśnie, niby znamy Koftę, a faktycznie niewiele o nim wiemy. - To prawda, ten problem pojawił się, gdy rozpoczęliśmy prace nad scenariuszem. Próbowaliśmy dowiedzieć się, jakim był człowiekiem.  Nie udało się nam poznać zbyt wielu szczegółów dotyczących jego życia. Przedstawimy go zatem przez pryzmat jego utworów – piosenek, wierszy.   - Kofta był autorem wielu pięknych piosenek, często nucimy je nie wiedząc, kto napisał słowa. - Rzeczywiście tak jest, dlatego w naszym spektaklu chcemy położyć akcent właśnie na słowa, na treści, które poeta nam przekazywał.   - A co z muzyką w spektaklu, czy będzie mniej ważna? - Absolutnie nie, jak mawia Jarosław Barów, autor oprawy muzycznej i aranżacji, najpierw trzeba dobrze zaśpiewać, a potem można interpretować. Zaśpiewamy najpiękniej, jak potrafimy, wiążąc poszczególne piosenki, czy inne utwory w pewną spójną całość oddającą świat poety. Będzie atmosfera kabaretu Pod Egidą, nie zabraknie radiowej Trójki, czy festiwalu w Opolu, a wszystko zostanie spięte klamrą jednej nocy.      - Tytuł „Noc poety” kojarzy się z czernią, tymczasem na afiszach zapowiadających spektakl aktorzy mają zabawne rekwizyty nawiązujące do stylistyki lat 70. i 80. Jakie to będzie przedstawienie – wesołe, czy smutne? - Ponieważ to noc, rzeczywiście będzie dominować tonacja czerni, jednak nie w wymiarze smutnym. Nastrój spektaklu pozostanie taki, jak twórczość Kofty, określiłbym go jako  zamyślony.   - Scenariusz i reżyseria jest dziełem grupy aktorów BTD. Skąd pomysł  na taką zespołową pracę? - Dzięki życzliwości dyrektora naszego teatru aktorzy od wielu lat mają możliwość realizacji swoich spektakli, kiedy dysponują wolnym czasem, nie występują na scenie. Postanowiliśmy spróbować swoich sił, niektórzy z nas mają już doświadczenia w reżyserowaniu.   - W kuchni mawia się, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. A jak to jest w teatrze? Czy w tak dużej grupie nie było artystycznych sporów? - Te spory są zawsze, bo gdybyśmy się wszyscy zgadzali, byłoby nudno.   - A wasz spektakl z nudą nie będzie miał nic wspólnego? - Mamy taką  nadzieję. Zaproponujemy publiczności największe przeboje kojarzone z Jonaszem Koftą, ale zapewniamy, że niektóre z nich mogą widzów zaskoczyć. W naszym spektaklu chcemy pokazać twórczość Jonasza Kofty i jego świat z zupełnie innej strony.   - Grono reżyserskie tworzą:  Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Katarzyna Ulicka-Pyda, Wojciech Rogowski, pan oraz  tajemniczy ktoś, czyli Alias. Kto to taki? - Rzeczywiście, jest to osoba, która uczestniczyła w pracach naszego zespołu, jednak nie chce się ujawnić. Szanujemy tę decyzję.   - „Noc poety” będzie wystawiana na Scenie na zapleczu. Dlaczego? - Bo ta scena pasuje  do klimatu spektaklu. Publiczność nie powinna być znużona. Czeka ją tytułowa noc z poetą, a  ściślej mówiąc godzinne muzyczne przedstawienie wypełnione najpiękniejszymi piosenkami Jonasza Kofty. Nie chcemy, żeby widz się zmęczył. Wolimy, aby wyszedł z teatru z uczuciem niedosytu i zechciał do nas wrócić.      - Dziękuję za rozmowę Rozmawiała Alina Konieczna    
22 Września 2013 godz. 7:00
Alina Konieczna / fot. Izabela Rogowska
 

Spektakl pełen optymizmu

Jeśli dopadnie was jesienna chandra, koniecznie wybierzecie się do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego na przedstawienie „Motyle są wolne”. Właśnie tym spektaklem BTD zainaugurował w sobotę nowy sezon artystyczny. - To będzie historyczny,  60. sezon artystyczny naszego teatru – podkreślał Zdzisław Derebecki, dyrektor BTD, witając gości przybyłych na premierę sztuki otwierającej jubileuszowy sezon. Inauguracyjna premiera stałą się okazją do uhonorowania Małgorzaty Wiercioch, aktorki BTD świętującej 30-lecie pracy na scenie. Było dużo kwiatów, podziękowań i wzruszeń.   Małgorzata Wiercioch zagrała jedną z ról w spektaklu „Motyle są wolne” Leonarda Gersh’a, zmarłego w 2002 roku amerykańskiego scenarzysty i kompozytora. Autor umieścił swoją opowieść w realiach Nowego Jorku, ale ta historia jest tak uniwersalna, że równie dobrze mogłaby  rozgrywać się w Warszawie, czy Londynie.   Mamy zatem opowieść o zdolnym młodym człowieku Donie ( w tej roli Wojciech Kowalski) który marzy o karierze kompozytora. Don wynajął kawalerkę, aby uwolnić się od zaborczej matki,  pani Baker (w jej rolę znakomicie wcieliła  się Małgorzata Wiercioch). Nagle w życiu Dona pojawia się  dziewiętnastoletnia dziewczyna,  mieszkająca po sąsiedzku Jill (świetna w tej roli Marta Chyczewska) , nieco zwariowana, początkująca aktorka.   Don jest niewidomy. Radzi sobie tak dobrze, że publiczność dowiaduje się o tym dopiero po dłuższym czasie. Chłopak zakochuje się w atrakcyjnej sąsiadce. Sielankę przerywa pojawienie się apodyktycznej matki, która chce ”przerwać te orgie”  i zabrać syna do domu. Don nie zamierza jechać z matką. On kocha i czeka na swoją miłość. Gdy jednak Jill zdobywa rolę w przedstawieniu,  zamierza go opuścić…   Co zrobi zaborcza matka Dona? Czy Jill faktycznie zostawi niewidomego chłopca dla aroganckiego Ralpha Austina ( jego rolę gra Artur Paczesny) , reżysera przedstawienia, w którym dostała rolę? Aby poznać odpowiedzi na te pytania, trzeba wybrać się do teatru.   Czy warto spędzić prawie dwie godziny w teatrze, by obejrzeć ten spektakl? Warto. To sztuka o miłości, pełna zabawnych dialogów i wzruszających scen. To prosta opowieść o prostych, ale jakże ważnych uczuciach. O matczynej miłości, która w finale wcale  nie jest tak zaborcza. O odpowiedzialności i miłości między dwojgiem ludzi, których los zetknął z sobą – na przekór przeciwnościom losu.   Bardzo lubię opowieści z dobrym zakończeniem. Ta sztuka ma właśnie taki szczęśliwy finał. Jeśli macie ochotę poprawić sobie nastrój, koniecznie wybierzecie się do BTD na bardzo optymistyczne przedstawienie „Motyle są wolne”. Sztukę znakomicie wyreżyserował Zbigniew Lesień, znany aktor teatralny, filmowy i reżyser. Na sobotnią premierę do Koszalina przyjechał syn reżysera Michał Lesień, równie popularny aktor, znany m.in. z seriali „Lokatorzy, czy „M jak miłość”.