Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Spektakle w Koszalinie:

19 Stycznia 2016 godz. 14:45
Robert Kuliński/ info. i fot. I. Rogowska
 

Ferie zimowe z BTD

Tradycyjnie, jak co roku, w czasie ferii zimowych zespół Bałtyckiego Teatru Dramatycznego przygotował wspaniałą ofertę spędzenia wolnego czasu dla swoich najmłodszych widzów. Młodzi teatromani będą mogli obejrzeć dwie wspaniałe bajki wspaniałe bajki.2 lutego „Cykor – bojąca dusza” BTD – godz. 9:00 i 11:30 reż. Wojciech Rogowski.Wiadoma to jest rzecz: każdy się boi potworów. Okropnych straszydeł z czterema ogonami, jednym okiem i dwiema głowami. Albo tych oślizgłych strachów, które trzęsą się jak galareta. Albo tych najgorszych, zupełnie niewidzialnych lęków… Brrrr! A najbardziej boi się ich bohater bajki: Cykor, mały mieszkaniec Małego Lasu położonego w środku Wielkiego Świata opanowanego przez Straszydła. I jak to zwykle bywa, to właśnie on będzie musiał stanąć do walki z Potworami. W obronie swoich przyjaciół, swojego lasu i całego świata. Jeśli Cykor zwycięży z własnymi lękami uda mu się też pokonać Potwory, ocalić świat i uratować przyjaciół.  Ale czy można pokonać własne strachy? „Cykor – bojąca dusza”  to mądra opowieść o tym, że każdy z nas ma to ukochane miejsce, którego musi bronić za wszelką cenę. To spektakl o pokonywaniu własnych lęków, przezwyciężaniu własnych słabości. Spektakl dla dzieci od lat 6.3 i 4 lutego - „Kopciuszek” – godz. 9:00 i 11:30 - Centrum Kultury Teatr Grudziądz  reż. Zbigniew Kulwicki. Kopciuszek to przezwisko ślicznej, dobrej i pracowitej dziewczynki, nadane jej przez złą macochę i samolubna przyrodnią siostrę. Zazdrosne o jej urodę każą wykonywać Kopciuszkowi najcięższe i najbardziej brudne prace, aby pod warstwą brudu i sadzy ukryć jej powab i wdzięk. Mimo to Kopciuszek potrafi zachować pogodę ducha, pomagać innym  i marzyć o swoim szczęściu.Ceny biletów  dla dzieci z Koszalina mających ferie zimowe 4zł (nie dotyczy przedszkoli). Dla dzieci spoza Koszalina cena biletów 15 zł.
4 Sierpnia 2015 godz. 12:51
Robert Kuliński
 

Baśń w Muzeum

W ramach letnich atrakcji koszalińskiego Muzeum, najmłodsi mieszkańcy miasta mieli okazję wejść do świata baśni. Spektakl teatru lalek z wrocławskiej grupy Akademia Wyobraźni, zaprezentował młodej publiczności opowieść o „Księżniczce na ziarnku grochu.” Pogoda spłatała niemałego figla. Upał i prażące słońce spowodowało, że opiekuni grup półkolonijnych zarządzili „przemeblowanie”. Wywołało to odrobinę chaosu, ale jest on wpisany we wszelkie wydarzenia z udziałem dzieci. Widownia została usytuowana w cieniu tuż przy budynku  administracji Muzeum w głębi dziedzińca. Publiczność składała się jednak nie tylko z grup zorganizowanych, ale także pojedyncze osoby przyprowadziły swoje pociechy, aby mogły zapoznać się z językiem teatru lalek. Inicjatywa  szczytna i warta pochwały, tym bardziej, że obecnie w telewizji - nawet tej publicznej, która powinna wypełniać misję - programy  dla dzieci  właściwie nie istnieją. Widzowie spontanicznie i bardzo  aktywnie uczestniczyli w przedstawieniu. Na pytania narratora, czyli przemądrzałego i zgryźliwego Szczura w okularach, niektóre z dzieci odpowiadały z pełnym zaangażowaniem. Krzyk publiczności domagającej się właściwego opowiedzenia bajki, nie pozostawił aktorom żadnego wyboru. Musiał pojawić się konflikt, dramatyczne zwroty akcji, intryga i oczywiście szczęśliwe zakończenie.  Aktorzy świetnie poradzili sobie z zainteresowaniem trudnego widza. Spektakl oparty na motywach  H.Ch. Andersena, był pełen dowcipu. Sprzeczki Króla i Królowej, postać sprytnej Niani, czy niesczęśliwego Królewicza zahipnotyzowały publiczność, która nieskrępowanie przeżywała perypetie bohaterów. Podobało mi się  – mówi dziesięcioletni Norbert Niedenthal z Bydgoszczy, który przeszedł na spektakl z babcią. -  Szkoda tylko, że tak krótko to trwało. Najbardziej polubiłem szczurka, bo był śmieszny. Każde z dzieci znalazło swojego ulubionego bohatera baśni  - Fajnie było - zachwyca się trzynastoletnia Anastazja  - Podobała mi się królowa , która cały czas dziergała. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale wiedziałam, że i tak wszystko skończy dobrze.  Po spektaklu dzieci mogły zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z aktorami i kukłami bohaterów  baśni.
5 Lipca 2015 godz. 9:42
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Premiera z rozmachem i humorem

Ostatnia przed wakacjami premiera w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym, zaangażowała niemal cały zespół aktorów. Komedia „Allo, allo”, oparta na motywach popularnego serialu zachwyciła widzów dowcipem i dynamiką. Reżyser Jan Tomaszewicz nie miał łatwego zadania, gdyż przeniesienie historii z małego ekranu na scenę wymagało nie tylko czytelnych odwołań do telewizyjnego pierwowzoru, ale także zabiegów, które wzbogaciłby spektakl trwający niemal dwie godziny. Z drugiej strony sztuka „Allo, allo” została napisana przez autorów serialu, który miał formę sitcomu, co ułatwia teatralna adaptację, niemniej jednak wymaga od aktorów czujności i wielkiego zaangażowania.Zagłębianie się w zawiłą historię nie ma najmniejszego sensu, gdyż każdy zna opowieść o Rene, prowadzącym kawiarnię na terenie okupowanej Francji. Intrygi z obiema stronami konfliktu, czyli hitlerowcami i ruchem oporu, spędzają mu sen z powiek. Dodatkowo natura kobieciarza wikła  restauratora w romanse, które nie ułatwiają mu życia. Główna rola przypadła Wojciechowi Rogowskiemu, który zdawał się być urodzony, jako Rene. Razem z Piotrem Krótkim, odgrywającym postać Grubera, walczącego o względy głównego bohatera, stworzyli przezabawny duet.Doskonałą kreację przygotowałą także  Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska. Oglądając jej wersję serialowej Helgi, można było odnieść wrażenie, że rola pisana była właśnie z myślą o koszalińskiej aktorce. Sceniczna adaptacja  przepleciona jest  elementami piosenki kabaretowej, która  pomimo bardzo ugrzecznionego dowcipu, rozbawia. Oprócz samego tekstu  ważną rolę odgrywa choreografia, podkreślająca komizm spektaklu. Her Flick – w tej roli Artur Paczesny - tańczący tango pomimo sztywnej nogi, czy popisy artystyczne Edith w wykonaniu Małgorzaty Wiercioch, dodają  przedstawieniu dynamiki. Warto podkreślić, że adaptacja w BTD jest dopracowana  co do sekundy. Nie ma miejsca na załapanie oddechu, bo każda, nawet najbardziej błaha sytuacja, jest okazją do wykreowania  iście komediowej akcji. Warto wybrać się na "Allo, Allo" do koszalińskiego teatru, choć widz przyzwyczajony do telewizyjnej wersji nie będzie zaskoczony.  
3 Maj 2015 godz. 9:07
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Mit według Ibera

Nowy spektakl w repertuarze Bałtyckiego Teatru Dramatycznego pt. „Edyp cię kocha” to niezbyt udana próba opowiedzenia historii antycznego mitu o demoralizacji i nieuchronności fatum. Reżyser przedstawienia - Cezary Iber, dołożył wszelkich starań, aby jak najbardziej uciec od aury klasycznej tragedii. Jednak zbyt rozbuchane środki artystyczne paradoksalnie spłyciły wydźwięk historii. Przeniesienie akcji z antyku do współczesności nie jest nowością na teatralnej scenie.  Taki zabieg ma wiele zalet. Nie tylko ułatwia widzowi odbiór sztuki, ale daje reżyserowi i scenografom duże pole do popisu. Jednak Scena na Zapleczu obudowana została bardzo oszczędnie, co jest niekwestionowaną zaletą. Umowna weranda, kilka stołów oraz kopuła imitująca sklepienie  greckiego amfiteatru wprowadza widza w świat wyższych sfer bardzo skutecznie. Wizualnie spektakl jest bardzo interesujący. Oprócz groteskowych kostiumów aktorów i multimedialnych dodatków, czy gry cieniem, narrację uzupełnia doskonała muzyka. Na tym jednak estetyczne walory przedstawienia się kończą. Artystyczna wizja Ibera na przedstawienie chóru, który wedle klasycznych prawideł dramatu komentuje  wydarzenia na scenie, sprawiła, że spektakl najzwyczajniej męczy. Rozpasana choreografia i na wskroś dosadne wypowiedzi „chórzystek” sprawiły, że uciekła tajemniczość i nastrój zagrożenia nieuchronną klęską. Forma opowieści przez swoją  przerysowaną dokładność stała się łopatologicznym wykładem etyczno – moralnym. Przedstawienie wyuzdania również trąciło zbytnią dosłownością i  zdawało się być prostym chwytem formalnym, mającym po prostu szokować widza. Niektóre poczynania bohaterów były zupełnie zbędne. Przez to przeładowanie sztuka jest niezmiernie siermiężna i ociężała. Najciekawszym elementem spektaklu była wspaniale odegrana przez Piotra Krótkiego postać Terezjasza. Choć nie jest to główny bohater sztuki, to doświadczenie sceniczne i elastyczność aktora zachwyca. Niestety, nie można tego powiedzieć o zazwyczaj świetnej Beacie Niedzieli, która wcieliła się w rolę Jokasty. Jej zmanierowana ekspresja, akurat w tej sztuce nie przemawia, a raczej irytuje. Nie widać tutaj bohaterki, tylko aktorkę. Sama historia "Kóla Edypa" jest znana, a jej finał oczywiście tragiczny. Widzowie, którzy chcieliby zobaczyć dzieło laureata nagrody publiczności zeszłorocznych konfrontacji młodych „m- teatr”, powinni przygotować się na wymagające posiedzenie. Sztuka wydaje się być dziełem  debiutanta, który jeszcze nie do końca wie, czy chce stworzyć widowisko, czy opowiedzieć niełatwą historię. „Edyp cię kocha” jest propozycją dla wytrzymałych i wyrozumiałych odbiorców.
8 Lutego 2015 godz. 13:05
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

„Rozpusta” bez sensu

Nowy spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w reżyserii Zdzisława Derebeckiego, dyrektora teatru nie porywa. Nawet niekwestionowany talent aktorów nie był w stanie uratować przedstawienia, które trąci manierycznym zatraceniem. Fabuła oparta o tekst Pietra Arentina z puentą  w piekle Dantego  jest przykładem ludycznego widowiska. Próby nadania głębszego sensu historii kurtyzan paradoksalnie zaprzeczają  zasadności scenicznej adaptacji. Przedłużony wstęp  prezentujący  poetycką przestrogę i ukierunkowujący  percepcję widza w stronę  refleksji nad życiem doczesnym, ma się nijak do  opowieści o wyuzdaniu głównych bohaterek.Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska i  Małgorzata Wiercioch doskonale prezentowały kwiecisty język renesansowych kurtyzan, jednak sztuczność teatralnej oprawy zniweczyła jakikolwiek dowcip sprośnych fragmentów tekstu. Najjaśniejszą i najzabawniejszą postacią parakomediowej części sztuki był Leszek Czerwiński. Wcielał się w role kilku Gachów i kochanków  głównych bohaterek. Jego fizjonomia i świetny warsztat przykuwały uwagę widza. Każda kolejna minuta premiery zbliżała spektakl do totalnej katastrofy jaką przygotował Derebecki na zakończenie.  „Rozpusta” wydaje się być adaptacją wielce siłową i posklejaną według zakurzonego szablonu  dramatycznego. Urozmaicenia wizualne w postaci tańca  zupełnie nie mają  sensu. Erotyczne  zabawy sceniczne   swoją finezją  nie odróżniały się niczym od występów współczesnych grup kabaretowych. Pomimo odważnego tematu, czyli perypetii kurtyzan, sztuka jest niebywale grzeczna. Adaptacja sceniczna jawi się jako rubaszne świntuszenie reżysera z wykorzystaniem aktorów. Jednak nie miałkość  rozrywkowej części sztuki razi najbardziej. Finałowe moralizatorstwo oparte na fragmencie „Boskiej Komedii” Dantego poraża „artystowskim” zacięciem. Można odnieść wrażenie, że  widz jest traktowany jako odbiorca  pozbawiony wyobraźni. Koszmarna wizualizacja  Maleparty, części piekła gdzie pokutują  rozpustnicy, uderzyła literalnym przedstawieniem. Natomiast finalny taniec aktorów z afirmacyjnym hasłem na ustach „Żyjmy!”  to zupełna porażka i nieudana próba zamknięcia fabularnej klamry. Arentino zapewne obraca się teraz w grobie  z prędkością śruby napędowej wyścigowej motorówki.  Banał jest tak potwornie uwierający, że pomimo zwięzłej formy przedstawienie zapada w pamięć jako męczarnia. Premiera „Rozpusty” uświetniła także  jubileusz Piotra Krótkiego, aktora od trzydziestu lat związanego z koszalińskim teatrem.
7 Grudnia 2014 godz. 17:36
Robert Kuliński/fot. Izabela Rogowska
 

Magia teatru dla najmłodszych

Nowy spektakl na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, „Cudowna lampa Aladyna” w reżyserii Katarzyny Kawalec, to propozycja dla najmłodszych, która zaskakuje i zachwyca klimatem. Gorzej jest z opowiedzeniem samej historii. Malowniczy, tajemniczy świat baśni o miłości, czarach i dżinach na  scenie prezentuje się doskonale. Pomimo oszczędnej scenografii udało się "wyczarować"  nastrój magiczny  i pełen egzotyki. W większości specyficzny klimat wschodniego królestwa Persji, wynika z fantastycznej muzyki autorstwa Tomasza Krzyżanowskiego. Wspaniałe, orientalne harmonie i etniczne instrumenty w mgnieniu oka przenoszą widza do doliny Tygrysu i Eufratu. Widowiskowa choreografia oraz elementy teatru cieni  nadają historii właściwy tor, jednak gdzieś umknęła komunikatywność. Podczas premierowego przedstawienia nie wszystko było czytelne. Kiedy aktorzy zaczynali śpiewać piosenki dopełniające fabułę, tekst w większości przypadków był niezrozumiały. Postacie Aladyna i  księżniczki Badr - el – Badur zdawały się być nijakie. Wspaniałe kreacje z kolei stworzyli Wojciech Rogowski odgrywający rolę złego czarnoksiężnika oraz Jacek Zdrojewski, jako sułtan królestwa. Wszyscy aktorzy  dołożyli wszelkich starań, by zainteresować małego widza, ale rezultat  końcowy sprawia,  że przedstawienie zdaje się być nieco przekrzyczane. Mimo tych drobnych mankamentów opowieść wciąga fantastyczną aurą. Jest nieco zagadkowo, mrocznie, ale także dynamicznie. Scena za sceną akcja nabiera impetu i staje się coraz bardziej interesująca. Wykorzystanie projekcji wideo oraz wspomniany wcześniej tatr cieni doskonale pobudza wyobraźnię.Sama plastyka sceniczna jest na bardzo wysokim poziomie i zapewne zachwyci nawet najbardziej wybrednych teatromanów, tym bardziej, że takich zabiegów w BTD jeszcze nie było. Spektakl zdecydowanie wart polecenia, ze względu na prawdziwie baśniową oprawę wizualną, ale gdzieś umyka sens całej historii.
2 Grudnia 2014 godz. 11:48
Robert Kuliński
 

W baśniach jest nadzieja

Już w najbliższe „Mikołajki”, 6 grudnia na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, będzie można obejrzeć nową sztukę dla dzieci „Cudowna lampa Aladyna”. Z Katarzyną Kawalec, reżyserem przedstawienia rozmawia Robert Kuliński. Jak trafiła pani do Koszalina? - Przeglądałam repertuary różnych teatrów w Polsce i zdecydowałam się na przesłanie scenariusza do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Dyrektorowi spodobała się moja wizja „Cudownej lampy Aladyna” i w bardzo krótkim czasie zostałam zaproszona do Koszalina na rozmowę, po której mogliśmy tutaj przyjechać i rozpocząć prace.Pani wcześniejsza realizacja „Brzdęk i dźwięk” w toruńskim teatrze Baj Pomorski, również skierowana była do najmłodszych widzów. Czy spektakle dla dzieci to główne pole pani zainteresowań?- Tak, zdecydowanie. Przynajmniej w najbliższym czasie będę realizować przedstawienia dla młodych widzów. Oczywiście nie chcę się zarzekać, że tak będzie zawsze i nigdy nie zajmę się sztuką dla dojrzałej publiczności, ale aktualnie, to jest moja ścieżka, którą podążam i która mnie spełnia. To jest bardzo wdzięczny widz. Kiedy pojawia się śmiech na widowni albo zdziwienie czuję się wspaniale.   Czyli nieskrępowane reakcje dzieci są głównym motorem pani twórczości.- Jest to bardzo miłe uczucie, kiedy dochodzi już do pierwszych prób generalnych, gdy przychodzi malutki widz i zaczyna autentycznie żyć tym, co dzieje się na scenie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że już nie oglądam spektaklu, a obserwuję reakcje maluchów.Jest  taka obiegowa opinia, że twórczość dla najmłodszych jest zdecydowanie trudniejsza w realizacji niż dla dojrzałego widza. Jak pani na to patrzy?- Trudno mi powiedzieć, czy sztuka dla dzieci jest łatwiejsza, czy trudniejsza. Na pewno wymaga zupełnie innego myślenia. Przede wszystkim trzeba być czujnym, żeby maluchy były ciągle zainteresowane tym, co dzieje się na scenie. Musi być duża zmienność. Nie możemy pozwolić nawet na chwilę nudy. Dzieci nie będą cierpliwie czekać aż coś się zmieni, tak jak dorosły człowiek, tylko zaczną rozmawiać. Natomiast, nie sądzę, że spektakle dla małych widzów są trudniejsze. Myślę, że to tylko kwestia tego, co autor chce powiedzieć, dla kogo tworzyć i z jaką publicznością chce wchodzić w dialog.Dlaczego akurat ta historia pojawi się na deskach BTD? Co panią ujęło w „ … lampie Aladyna”?- Baśnie mają w sobie coś bardzo uniwersalnego. Zawierają treść, która niezależnie od czasów, czy oprawy scenicznej, mówi o sprawach dotyczących każdego człowieka. „Baśnie 1001 nocy” bez względu na wiek odbiorcy, przekazują swoiste prawdy. „Cudowna lampa Aladyna”, moim zdaniem, to bardzo wartościowy materiał i przy okazji piękny. Trzeba z resztą dbać o to, aby te historie nie zostały zapomniane.  W baśniach jest nadzieja, która buduje. Jest w nich coś, co można odkryć dla siebie samego. W tej adaptacji, którą przygotowujemy jest też bardzo szerokie pole do pracy plastycznej - typowo teatralnej. Bardzo duży nacisk kładziemy na sferę wizualną. Fabuła daje nam wiele możliwości do tego, aby ten spektakl był magiczny, nieco tajemniczy. To nie lada wyzwanie, aby przybliżyć klimat orientu. Wspomniała pani o środkach plastycznych. Możemy poznać, choć odrobinę wykorzystanych zabiegów? - Jednym z głównych elementów doskonale wprowadzającym klimat orientu jest muzyka Tomka Krzyżanowskiego, którą przepięknie dopełnia choreografia Igi Załęcznej. Jest to oczywiście stylizacja, ale bardzo mocno wzorowana na  autentycznym oriencie, gdyż Tomek jest miłośnikiem takiej muzyki. Mamy też rozwiązania typowo plastyczne i to będzie coś z czym widz koszaliński jeszcze się nie zetknął, czyli teatr cieni. Korzystamy z gry światłem i cieniem. Wykorzystujemy język teatru lalkowego, co w pewien sposób odwołuje się także do wschodniej tradycyji scenicznej. Scenografię mamy dość ascetyczną, ale wszystko dopełniają przepiękne kostiumy.Jak się Pani pracuje z koszalińskim zespołem? Słyszałem, że  były pewne problemy z dopięciem obsady.  - Sytuacja życiowa jednego z aktorów uniemożliwiła mu udział w spektaklu. Za to dołączył do nas Tomasz Radawiec, który w Koszalinie jeszcze nie występował. Pozostali to aktorzy BTD, którzy służą ogromnym wsparciem, nie tylko ze względu na talent, ale wspaniałe wyczucie sceniczne. Wojtek Rogowski to nieoceniona pomoc. Jacek Zdrojewski, który jest przezabawny i Dominika Mrozowska pełna naturalnego uroku. Niewiele uwag potrzeba ode mnie, bo ona samoistnie realizuje zadania jakie przed nią stoją. Jest z nami także Beata Niedziela, niezwykle pracowita osoba, a w roli Aladyna wystąpi Marcin Borchardt, prawdziwy, sceniczny łobuziak. Dla nich, to jest dość duże wyzwanie, bo to oni muszą działać właśnie tymi elementami plastyki: światłami, cieniami i lalkami. Powiedzieli mi, że nigdy nie mieli do czynienia z tak wymagającą choreografią, ale radzą sobie wyśmienicie.Nic w tym dziwnego. BTD nie od parady określany jest mianem Teatru Ludzi Żarliwych, którzy nie boją się wyzwań. - Tak, to prawda. Koszaliński zespół sprawdza się w każdym repertuarze. Obejrzałam kilka przedstawień i to jest na prawdę niesamowite. Co by to nie było: trudna – poważna sztuka, bajka,  farsa, czy coś muzycznego, oni doskonale sobie radzą. To jest ogromny atut tego zespołu.Dlaczego warto się wybrać na  „ … lampę Aladyna”? - Myślę, że głównie ze względu na magię jaką będziemy „wyczarowywać” na scenie.Dziękuję za rozmowę.
13 Października 2014 godz. 16:58
Robert Kuliński/ fotografie użyte w tekście Izabela Rogowska
 

Brudne „Kali babki”

Nowy spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego „Kali babki” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, poraża niemal mizantropijnym przekazem. Sztuka oparta na prawdziwej historii „Tulipana”, słynnego podrywacza - przestępcy z czasów PRL' u, mówi dosadnie także o dzisiejszym świecie. Forma przedstawienia przypomina groteskową rewię. Sceny odgrywane przez cztery aktorki okraszone są znanymi przebojami z dyskotek, zarówno z czasów działalności głównego bohatera -   w sztuce nazwanego Janusz Witold -  jak i współczesnych. Dodatkowej dynamiki dodają  emitowane w czasie rzeczywistym ujęcia kamery. Dzięki temu zabiegowi reżyser uwydatnił emocje, pogrywając  na, jakże obecnej w dzisiejszej kulturze masowej, tendencji do podglądactwa. Pomimo  lekkiej narracji, na pierwszy rzut oka dość chaotycznej, kolejne elementy  uzupełniają  się w sposób zadziwiająco spójny. Spektakl to swoista układanka, która  z czasem wyłania portret nie tylko samego głównego bohatera, ale także jego ofiar. Opowieść nie jest snuta  po to, aby  współczuć komukolwiek. Zarówno skrzywdzone kobiety jak i sam Janusz Witold, to osoby w identyczny sposób skrzywione, słabe i brudne. Nie jest rzeczą łatwą, na kanwie czyjejś historii, przekazać coś uniwersalnego, a tym bardziej, gdy za zalążek materiału dialogowego służą skrawki autentycznych zeznań, czy fragmenty filmowego reportażu. Udało się to Siegoczyńskiemu na tyle świetnie, że  trudna do przełknięcia pigułka  paraliżuje  goryczą.Sam Janusz Witold, choć działał w określonej rzeczywistości, nie jest jedynie symbolem tamtych czasów. O ile wtedy takie postacie były podziwiane skrycie, tak obecnie popkultura wywróciła jakikolwiek porządek moralny. Choćby w teledyskach można dopatrzeć się  wizualizacji marzeń Janusza Witolda, jakimi dzieli się w pewnym momencie z widzami. „Kali babki” to również obraz  ofiar. Bezrefleksyjnych, ale bardzo wrażliwych kobiet, pragnących szczęścia. To właśnie pojmowanie szczęścia tylko w kategorii przyjemności, a także maniakalna potrzeba jego osiągnięcia, niszczy bohaterki i bohatera. Wypalone, skrzywione kobiety i nierozumiejący, co to znaczy kochać „Don Juan” w  pokrętny sposób stają się postaciami tragicznymi. Jakże to aktualne. Wystarczy  spojrzeć na  nastoletnie „galerianki” albo „korporacyjnych lisów”,  którzy przy weekendzie podążają w sposób jakże inny od krawatowej elegancji, za swoimi zwierzęcymi instynktami. Slogan „młodość musi się wyszumieć” dzisiaj stał się jednym z najważniejszych - choćby w języku reklamy. Problem polega na tym, że aktualnie  proces utrwalania dziecinnej zachłanności, nie pozwala na to, aby ta młodość z czasem się zestarzała i w rezultacie wyszumiała. Skoro konsumpcja sama w sobie przynosi spełnienie, to po co się  w cokolwiek angażować. „Kali babki” to zwierciadło, w którym rzeczywistość odbija się  rażącym brudem. To nie tylko opowieść o zbrodniach „Tulipana”, ale bolesna diagnoza, gdzie współczesny świat obrzydza, bo na współczucie jest już zbyt późno.
28 Września 2014 godz. 10:34
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Salwy śmiechu w BTD

Nowy spektakl wystawiany na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego zachwycił publiczność. Interaktywne przedstawienie Paula Pörtnera w adaptacji Andrzeja Chichłowskiego „Szalone nożyczki”, to zwariowana opowieść kryminalna pełna koszalińskich akcentów. Spektakl rozpoczął się nietypowo, gdyż to aktorzy już ogrywając swoje role oczekiwali na widzów, aż zajmą dogodne miejsca. Przy dźwiękach przebojów muzyki dance, które wyselekcjonował  Adrian Adamowicz redaktor Radia Koszalin, praca w salonie fryzjerskim trwała w najlepsze. Historia  zdaje się być na pozór banalna. W kamienicy ginie starsza kobieta, znana pianistka. Policjanci z Koszalińskiej Komendy Miejskiej, tu w rolach Wojciech Rogowski i Jacek Zdrojewski, prowadzą dochodzenie. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego. Jest trup, są podejrzani i trzeba odnaleźć sprawcę. Jednak forma  spektaklu diametralnie się zmienia, kiedy przychodzi do przesłuchania świadków, a tymi świadkami jest nie kto inny, jak publiczność. I tu zaczyna się polka z przytupem Paczesny, Ogonowska, Borchardt i Wiercioch wcielając się w swoje role  zaprezentowali niesamowite zgranie zespołowe. Sam dobór wykonawców do kreowanych postaci był idealnie przemyślany. Zdecydowanie na tle pozostałych wyróżniał Artur Paczesny. Wcielił się w rolę  ekscentrycznego właściciela salonu Szalone Nożyczki, który stereotypowo musi być homoseksualistą.  Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska  w roli drugiej fryzjerki również potrafiła rozśmieszyć publiczność do łez. Zaskakującym jest to jak świetnie udało się wpleść w sztukę realia koszalińskie. Pojawiają się nazwy ulic, okolicznych miejscowości oraz nazwiska znanych w Koszalinie osób. Farsa dzięki temu otrzymała dodatkowe akcenty humorystyczne, które bardzo odpowiadały publiczności. Mnogość dowcipów i wzajemnych przycinek pomiędzy bohaterami jest tak ogromna i zabawna, że sala właściwie nieustannie drżała w pomruku chichotów. Nawet w pewnym momencie Wojciech Rogowski „zagotował się” nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, stanął tyłem do publiczności, rzucając donośnie „to wcale nie jest śmieszne!”.  Sztuka niezwykła, gdyż tak na dobrą sprawę  nie ma określonego zakończenia, oprócz oczywiście znalezienia sprawcy zabójstwa. To tak naprawdę publiczność decyduje o tym jaki historia będzie mieć finał.  Dzięki niezwykłej formie uczestnictwa widzów i przewybornym kreacjom  atmosfera podczas premiery pozwoliła  widzom na dobre zapomnieć o problemach dnia codziennego.Po spektaklu odbyła się także króciutka inauguracja sezonu artystycznego BTD. Wręczone zostały nagrody jubileuszowe dla czwórki pracowników zarówno technicznych, jak i aktora Wojciecha Rogowskiego, który w tym roku świętuje 25 lecie pracy na scenie.Spektakl wart polecenia, dla miłośników lekkiej rozrywki. Natomiast już 11 października kolejna premiera  oczekiwanego spektaklu „Kali babki” w reżyserii  Michała Siegoczyńskiego.
27 Sierpnia 2014 godz. 15:48
Robert Kuliński/ info. BTD/ fot. favore.pl
 

„Szalone nożyczki” – premiera w BTD

Bałtyckie Teatr Dramatyczny rozpocznie sezon 2014/2015 nietypową farsą kryminalną Paula Pörtnera pt. „Szalone nożyczki”. Sztuka jest niezwykłą komedią kryminalną, rozgrywająca się w wyjątkowym salonie fryzjerskim, prowadzonym przez Antoniego Kędziorka. Nad salonem fryzjerskim mieszka mistrzyni fortepianu Izabela Czerny, a dokładniej mieszkała, ponieważ pewnego dnia zostaje zamordowana.Ten nieoczekiwany zwrot wydarzeń ujawni wiele skrywanych tajemnic, których rozwiązaniem zajmie się profesjonalny śledczy w asyście samych widzów. Autor sztuki bowiem, główną rolę powierzył właśnie publiczności. Reżyseria: Andrzej Chichłowski, Scenografia: Tadeusz Smoliński, Opracowanie muzyczne: Adrian Adamowicz, Inspicjent: Hanna Student. Obsada: Żanetta Gruszczyńska - Ogonowska - Barbara Markowska ( fryzjerka), Małgorzata Wiercioch - Pani ze „sfer”, Marcin Borchardt - Edward Wurzel, handlarz antykami, Artur Paczesny - Antoni Kędziorek (Tonio),- właściciel salonu fryzjerskiego „Szalone nożyczki” Wojciech Rogowski - Dominik Kowalewski- Inpektor , Jacek Zdrojewski – Michał Tomasiak- Policjant. Paul Pörtner napisał sztukę „Scherenschnitt oder der Mörder sind sie” znaną w Polsce jako „Szalone nożyczki” w 1963 roku. To nietypowe przedstawienie,  w którym interakcja z widzami odgrywa kluczową rolę. Sztuka miała premierę w tym samym roku w teatrze w Ulm. W USA utwór Pörtnera wszedł na afisz jako „Shear Madness” i od razu odniósł spektakularny sukces.Po „Pułapce na myszy” Agathy Christie, interaktywna sztuka Pörtnera pozostaje najdłużej i najczęściej granym na świecie utworem.Szczegóły już niebawem w naszym kalendarium
30 Czerwca 2014 godz. 21:51
Robert Kuliński/ fotografie Izabela Rogowska
 

Średni spektakl

Na zakończenie jubileuszowego, sześćdziesiątego sezonu Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, Piotr Krótki przygotował przedstawienie „Krótki(ego) zarys historii teatru”. Spektakl opowiada dzieje średniej wielkości teatru, w średniej wielkości mieście, w sposób również średni. Oprawa wizualna ogranicza się do gry świateł i skąpej ilości rekwizytów. Przedstawienie toczy się dynamicznie, aktorzy  wyśmienicie odgrywają swoje role, ale poszczególne elementy fabuły są bardzo nierówne.   Świetne piosenki oraz zabawne sceny z życia zespołu na przestrzeni dekad przeplatane są  słabymi występami dwóch pracowników, w których wcielili się Leszek Żentara i Marcin Borchardt. Miałkie i niedopracowane żarty, oraz  nieudolne próby interakcji z publicznością bardziej irytują niż umilają czas oczekiwania aż pozostali aktorzy przygotują się do następnej sceny.Spektakl rozpoczyna wzruszająca deklaracja autora scenariusza, który w piosence  stwierdza, że ze sceną chce być związany już do końca swoich dni. BTD określany jest mianem „Teartu ludzi żarliwych” i to rzeczywiście widać na scenie, choć z założenia miała to być tylko satyra. Lekka sztuka rozrywkowa, będąca dowcipnym komentarzem do zmieniających się realiów  na przestrzeni sześćdziesięciu lat. Opowieść zaczyna się w latach 50 -tych ubiegłego wieku, gdzie młodzi aktorzy walczą z gwiazdą przedwojennej sceny, która podkreśla  wagę „starej szkoły”. Następnie lata realnego socjalizmu, gdzie zespół uczestniczy w zajęciach politycznych, podczas których  partyjna działaczka - w tej roli wspaniała Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska -  próbuje udowodnić, jak wiele jest nierówności społecznych w „Balladynie” Słowackiego. Stara się przekonać, że tytułowa bohaterka  walczy o sprawiedliwość i nowy ład. Kolejne skrawki historii opisują lata 80-te, w niezwykle dowcipny sposób ukazując jak reżyserzy chcieli walczyć z systemem posługując się klasyką dramatu. Niekwestionowaną gwiazdą spektaklu jest Katarzyna Ulicka-Pyda. Jej kreacja zbuntowanej reżyserki to arcymistrzowski popis gry aktorskiej.Jednym z najzabawniejszych  elementów był swoisty paszkwil na współczesnych, „młodych” twórców teatru. Marcin Borchardt ucharakteryzowany na M. Siegoczyńskiego wydobywa historię z aktorów za pomocą  mantry. Niezwykle  trafna  kontra dla  nowych środków wyrazu pojawiających się obecnie w teatrach, które często kryją pustkę  i brak pomysłu na prowadzenie opowieści.Przedstawienie mimo świetnej obsady i pełnego klasy, przyjemnego dowcipu, drażni niedopracowaniem. Całość przypomina bardziej zlepek  skeczy niż spójną historię. Główny wydźwięk  przedstawienia  nie tyczy się jednak zawirowań dziejów, a raczej dotyka kwestii bardziej uniwersalnej. To obraz  zmian pokoleniowych, gdzie „młoda gwardia” zawsze stara się  zniszczyć dorobek swoich poprzedników, budując na nowo swój własny teatr. Zabrakło jednak wyrazistej puenty, a przedstawienie jawi się jedynie jako wstępny szkic, a nie w pełni przygotowany spektakl.      
13 Czerwca 2014 godz. 10:56
Robert Kuliński/ fot. spektaklu Bartek Warzecha
 

Cyrk w teatrze

Podczas drugiego dnia Koszalińskich Konfrontacji Młodych „m- teatr” odbyło się oficjalne otwarcie imprezy. Na Placu Teatralnym wystąpili podopieczni Pałacu Młodzieży, a sztuka „Siła przyzwyczajenia” w reżyserii Magdaleny Miklasz, zainaugurowała konkursową rywalizację spektakli. Krótki występ młodych wykonawców ze Studia Piosenki Aktorskiej „Reflektor”, nie przyciągnął zbyt wielu słuchaczy. Podopieczni Pałacu Młodzieży wykonali znane piosenki  z repertuaru tzw. klasyki, jak i współczesnych przebojów radiowych. Zabrzmiały m.in. „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko, a także „Granada” Moniki Brodki. Po zaledwie 40 minutowym występie, na Dużej Scenie Bałtyckiego Teatru Dramatycznego rozpoczęła się gala inauguracyjna. Festiwal w imieniu Prezydenta Miasta otworzył  Leopold Ostrowski. Następnie rozpoczął się pierwszy pokaz konkursowy. Scena zmieniła się w zaplecze prowincjonalnego cyrku. „Siła przyzwyczajenia” Thomasa Bernharda, to metaforyczna opowieść o trupie cyrkowych artystów pod wodzą, owładniętego obsesją doskonałości,  dyrektora Carobaldiego. Zmusza swoich podwładnych do gry na instrumentach klasycznych, gdyż pragnie idealnego wykonania Kwintetu „Pstrąg”, Franciszka Schuberta . Próby oczywiście nigdy nie przebiegają jak powinny. Obsesja i poczucie władzy miesza się z kompleksami i tyranią dyrektora, co jest źródłem wielu komicznych wydarzeń. „Siła przyzwyczajenia” jest produkcją warszawskiego Teatru Ateneum. Pierwsze  minuty wprowadzają widza w świetnie zaaranżowany przez scenografkę Ewę Woźniak świat brudnego, zatęchłego zaplecza cyrkowego. To jednak jedyny element spektaklu jaki można pochwalić. Historia, choć przez pierwszy akt wciągnęła część publiczności, to po antrakcie okazało się, że reżyserka skupiła się na akcentach komediowych. Zabrakło pazura, puenty, czy choćby niekonwencjonalnych rozwiązań wizualnych. Narracja komediowa przeważyła, a raczej zdawała się być kamuflażem ukrywającym brak pomysłu na poprowadzenie historii. Gra aktorska, również nie zachwyciła niczym szczególnym. Co prawda Krzysztof Gosztyła, odtwórca głównej roli, fachowo i bardzo klasycznie łączył swoje umiejętności muzyczne z dynamiką charakteru swojego bohatera, ale pozostała część obsady wypadła gorzej niż blado. Główny interlokutor dyrektora Caribaldiego, Żongler w  kreacji Dariusza Wnuka, był po prostu sztuczny. Nawet niezmiernie ekspresyjna gra Przemysława Bluszcza w roli Pogromcy, nie uratowała poziomu  wykonawczego. Zdaje się jakby reżyserka użyła prostego zabiegu, że aktor dopiero wtedy gra - kiedy krzyczy. Efekciarskie, bo nie efektowne. Spektakl w całokształcie był przekrzyczaną, krążąca wokół jednego aktora farsą, jednak nie w wydaniu gatunkowym, a artystycznym.Widzowie dali wyraz swojej dezaprobaty. Po antrakcie publiczność zmalała mniej więcej o jedną trzecią. Oklaski po przesadnie klasycznym finale, były raczej skromne.  Dziś kolejny dzień przeglądów konkursowych. Na Małej Scenie  „Disco pigs” z Katowic, a Na Zapleczu wystawiona zostanie produkcja z Jeleniej Góry  „Miedzianka”. O godzinie 17:15 na Placu Teatralnym  wystąpią zespoły rockowe z Pałacu Młodzieży.
13 Maj 2014 godz. 21:30
Robert Kuliński
 

Pat Kultowych Szachistów

Spektakl „Drugi pokój” na motywach dramatu Zbigniewa Herberta w wykonaniu amatorskiej grupy teatralnej Kultowi Szachiści nie był inscenizacją udaną. Jest to nie lada zaskoczeniem, gdyż reżyser Wojciech Węglowski zasłynął świetnymi przedstawieniami jak np. „Pasożyty”, które wystawił z grupą Tchnienie w 2011 roku.Dramat Herberta jest przede wszystkim opowieścią o egoizmie, znieczulicy i zachłanności. To historia niełatwa do przedstawienia na scenie, gdyż autor nie pozostawił, żadnych didaskaliów, a akcja toczy się tylko i wyłącznie w rozmowach. „Drugi Pokój” był pisany z myślą o słuchowisku radiowym, jednak od lat wielu reżyserów podejmuje się scenicznej adaptacji. Z jednej strony brak wskazówek co do formy wizualnej pozostawia wielkie pole do popisu. Węglowski tradycyjnie posłużył się bardzo ascetycznym obrazem. Wypełnieniem były wizualizacje multimedialne w wykonaniu Marcina Medzińskiego. Świetnym zabiegiem była oprawa muzyczna białogardzkiego zespołu Cfiszyn. Bardzo zwięzła i wysmakowana, świetnie oddająca charakter emocjonalny sztuki, niestety z racji pustki aktorskiej to muzyka zdawała się grać główną rolę.Historia młodego małżeństwa, które wynajmuje pokój u starszej, samotnej kobiety staje się pretekstem do zobrazowania cech ludzkich, które drzemią w każdym z nas. O samej staruszce nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Wszystkie informacje przekazują On i Ona. Wiemy, że obecność kobiety przeszkadza małżeństwu, krępuje ich i w końcu doprowadza do oszustwa, w wyniku, którego umiera. Spełnia się, wtedy marzenie młodej pary o tym, aby przejąć pokój i poszerzyć swoją przestrzeń życiową.  Tego typu sztuka wymaga jednak wprawionych aktorów. Przekazanie emocji oraz nakreślenie wszelkich cech osobowości głównych bohaterów kulało i to znacznie. Młodzi aktorzy, niestety nie  stanęli na wysokości zadania. Węglowski rozdzielił poszczególne partie na kilkoro wykonawców. Różne konfiguracje par oraz przeplatanie tekstu przy występie całego zespołu, być może miało za zadanie urozmaicić sztukę wizualnie, jednak z początku wprowadziło duży dyskomfort utrudniając „wejście” w historię.Być może zespół powinien dłużej popracować nad materiałem, który- należy podkreślić- nie jest łatwy. Cieszy jednak fakt, że młodzi mają okazję działania przy formach teatralnych. Konfrontacja z widzem jest bezcenną wartością dla każdego aktora. Kultowi Szachiści mieli ku temu wyśmienitą okazję. Niemal wszystkie miejsca na prowizorycznej widowni zostały zajęte.
30 Marca 2014 godz. 1:15
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Fredro forever

Premierą „Zemsty” Bałtycki Teatr Dramatyczny uświetnił uroczystą galę obchodów 60 lecia działalności. Sztuka podana w sposób klasyczny według wszelkich zaleceń hrabiego Fredry idealnie podkreśliła wagę teatru jako dziedziny artystycznej, która pomimo wiekowej tradycji wciąż zachwyca.   Dobór tak klasycznego dzieła był świetnym pomysłem. Skoro spektakl poprzedzała uroczysta gala, pełna przemówień, listów gratulacyjnych i swego rodzaju urodzinowej atmosfery, lekka komedia dodała kolorytu jubileuszowej fecie. Rozrywkowy spektakl w świetnej reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego, znanego ze swojego uwielbienia do klasycznej formy dzieł Fredy, był rozluźnieniem jakże oczekiwanym po ponad godzinnej uroczystości. Historia znana, jednak wciąż bawi dobrym smakiem i barwnością bohaterów. Choć czas i miejsce akcji „Zemsty” dalekie współczesnym realiom, opowiada o polskich przywarach, które raz po raz do dnia dzisiejszego dają znać o sobie. Kłótnie nie o rację, a o wygranie konfliktu za wszelką cenę. Przy czym wygraną wcale nie jest rozwiązanie sporu, a triumf nad przeciwnikiem. W najbliższym czasie sami będziemy świadkami nie mniej komediowych spektakli w życiu codziennym, gdyż na dobre rozkręci się machina kampanii wyborczej.   Wróćmy jednak do przedstawienia. Postać Papkina wykreowana przez Jacka Zdrojewskiego nadaje sztuce wspaniałej motoryki. Nie jest to łatwy bohater, gdyż nie tylko ma bawić, ale także łączyć wszystkie elementy fabuły. Z ogromną gracją Zdrojewski przeistaczał się z buńczucznego „lwa północy” w tchórzliwego, zubożałego szlachcica. Oczywiście, nie sposób pominąć Wojciecha Rogowskiego w roli Cześnika i Piotra Krótkiego jako Rejenta, obydwaj zagrali brawurowo. Niezwykłym było widzieć jak spektakl domknięty jest na ostatni guzik, w sensie aktorskim. Nawet króciutki epizod Kuchmistrza Perełki w wydaniu Artura Paczesnego wniósł ogrom komizmu.Ponad wyżej wymienione elementy przedstawienia, należy zwrócić uwagę na wspaniałe kostiumy. Fantastycznie oddające styl epoki oraz podkreślające charakter bohaterów. Nie wyglądały jak „przebranie”, naprędce dopasowane dla potrzeb danego aktora i sztuki, co niestety zdarza się czasem w teatrze Premiera „Zemsty” udała się świetnie. Publiczność nagrodziła aktorów oraz reżysera gromkimi brawami.   Obecnie klasyka rzadko  gości na deskach teatralnych. Ten swoisty ukłon koszalińskiego teatru w stronę Fredry upamiętniający go także jako autora pierwszej sztuki wystawionej w BTD, był rzeczywistym oddaniem hołdu sztuce teatralnej jako takiej. Dzisiaj, kiedy scena staje się polem eksperymentu wizualnego, a aktor, jak i fabuła stają się jedynie dodatkiem do "pionierskich" wizji reżysera, klasyczna komedia pozwala złapać oddech. Oczywiście, że eksperymentować nie tylko warto, a nawet trzeba, ale nie można zapomnieć o klasyce. Słowo, aktor, scena i fabuła, to podstawy, dzięki którym niemal 200 lat od powstania, „Zemsta” wciąż zachwyca, a wykreowane postacie bawią.             
12 Lutego 2014 godz. 14:04
Alina Konieczna fot. SP18
 

Cała klasa na scenie

Na scenie dzieci wraz z rodzicami, a na widowni - cała szkoła. Trzecia klasa ze Szkoły Podstawowej nr 18 w Koszalinie wystawiła niezwykłe przedstawienie. I odniosła sukces. Wychowawczyni klasy III b Ewa Gumińska postawiła na integrację dzieci oraz rodziców wokół szkoły. W ramach programu „Edukacja czytelnicza i medialna” powstał pomysł, aby przygotować przedstawienie. - Chodziło nam o coś więcej, niż tylko zrobienie spektaklu z udziałem dzieci – opowiada Ewa Gumińska. – Zależało nam na tym, aby w prace nad przedstawieniem włączyli się także rodzice. I udało się.     Spektakl „W Tuwimowie” został oparty o wiersze Juliana Tuwima. Aktorzy recytowali, publiczność odgadywała tytuły. W spektaklu  znalazły się też informacje o poecie, jego twórczości. Ewa Gumińska tak przygotowała scenariusz, żeby role w tym spektaklu miał każdy z uczniów jej klasy. - Chcieliśmy, aby każde dziecko miało swoją szansę na sukces – podkreśla wychowawczyni. – A ile przy  okazji ujawniło się talentów! Dużymi zdolnościami wykazali się także rodzice. Okazało się, że są mamy, które grają na keyboardzie, śpiewają. Inni rodzice wykonali dekoracje, zaproszenia,  czy plakaty.   Wspólna aktywność i praca twórcza przyniosła autorom i wykonawcom spektaklu prawdziwy sukces. Przedstawienie „ W Tuwimowie” było wystawiane dwa razy. Publiczność bawiła się świetnie nagradzając aktorów gromkimi brawami.   To bardzo ważne, by rodzice aktywnie włączali się w życie szkoły swoich dzieci. Nie tylko przychodząc na wywiadówki, ale także biorąc udział w szkolnych przedstawieniach. Takich, jak choćby to w „osiemnastce”.  Brawo!