Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Spektakle w Koszalinie:

15 Września 2017 godz. 8:41
Ala za BTD, fot. Izabela Rogowska/BTD, Michał Olszewski,
 

m-Teatr: Dziś trzy spektakle

O godz.17.30 Jordan- 8.KKM m-teatr . spektakl towarzyszący, a o godz. 19.00 spektakl konkursowy Rewolta - 8. KKM m-teatr. Na godz. 23.30 zaplanowano inny spektakl towarzyszący Česky diplom. Teatr DŹÓRA z Centrum Kultury i Spotkań Europejskich w Białogardzie–„ JORDAN” Głośny monodram brytyjskiej dramatopisarki, osadzony w realiach autentycznej historii. Wiwisekcja duszy dzieciobójczyni. Spowiedź, lament, jęk rozpaczy i poruszający krzyk protestu... Rewolta – Revolt. She said. Revolt again - spektakl konkursowy Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie 15.09 (piątek) godz. 19:00 Scena na zapleczu czas: 1h 30min bez przerwy Cena: 30zł Reżyseria: Filip Gieldon Obsada : Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Żaneta Kamila Kurcewiczówna, Beata Niedziela,Anna Podgórzak, Katarzyna Ulicka-Pyda, Dominika Mrozowska,Marcin Borchardt, Artur Czerwiński, Artur PaczesnyCo się kryje za słowem? Czy to jedynie sposób komunikacji? Czy znajduje się tam coś o wiele głębszego? Opresja tak głęboko zakorzeniona, że nie znajduje już możliwości jakiegokolwiek ratunku czy naprawy. Potrzebny jest bunt, który poprowadzi do zaprzeczenia i działania... Potrzebna jest rewolta. Za słowami kryje się coś więcej. Czarne literki na białym papierze wskazują kontrast, zmianę. Sposób w jaki zapisany jest manifest autorki i didaskalia wyzywa do najważniejszego; ta sztuka nie powinna być grzeczna. Sztuka brytyjskiej autorki Alice Birch jest atakiem na system w którym dzisiaj żyjemy i nie pojawia się on/ona w słowach – tylko w akcji.Spektakl zawiera słowa niecenzuralne oraz sceny obsceniczne.Po spektaklu zapraszamy na spotkanie z twórcami na foyer z cyklu m-gadugadu-teatr o godz. 20:40 Česku diplom – PWST Wrocław spektakl towarzyszący15.09 (piątek) godz. 21:30 Duża Scena (bez balkonu)Czas : 2 h Cena: parter 30zł, grupowy 20zł Reżyseria: Piotr Ratajczak  Obsada:Wiktoria Czubaszek,Anna Gabrysz/Julia Rzepecka, Helena Hajkowicz, Agata Jakoniuk,Joanna Kowalska, Monika Stanek, Mikołaj Bańdo,Tomasz Tywoniuk, Kornel Sadowski, Hubert Waljewski Český díplom to próba spojrzenia na czechosłowacką historię XX wieku poprzez opowieść o kilku niezwykłych postaciach z jej kultury i polityki. Krótkie historie, ledwie okruchy biografii, pokazują nam czeski świat i jego skomplikowaną historię w różnych, często tragikomicznych barwach. Owe historie niezwykłych bohaterów - ekscentrycznych artystów, ludzi zmiażdżonych przez system komunistyczny, rewolucjonistów - starają się podważyć stereotyp Czechosłowacji jako sielskiej krainy dobrotliwych ludzi spędzających życie w karczmie, pijących piwo i zagryzających knedlikiem. Przyglądając się czechosłowackiej historii i mentalności, próbując ją zrozumieć, staramy się dostrzec w odbitym zwierciadle naszą kondycję społeczną.
14 Września 2017 godz. 11:14
ekoszalin za BDT Koszalin
 

Piłkarze- 8.KKM m-teatr

Dziś na godz. 19.00 Bałtycki Teatr Dramatyczny zaprasza na konkursowy spektakl "Piłkarze". Piłkarze – TR Warszawa - spektakl konkursowy 14.09 (czwartek) godz. 19:00 Scena na zapleczu Czas: 1 godz. (bez przerwy)Cena: 40zł Reżyseria: Małgorzata Wdowik Obsada: Wiktor Bagiński Dobromir Dymecki Kacper Wdowik Mecz piłkarski w teatrze, teatr piłkarskiego boiska - spektakl Małgorzaty Wdowik to futbol, teatr i taniec w jednym. Na scenie dwaj piłkarze ligowi: Kacper Wdowik i Wiktor Bagiński wykonują choreografię, inspirowaną elementami gry piłkarskiej oraz gestami piłkarzy z boiska. Towarzyszy im aktor Dobromir Dymecki jako narrator i wewnętrzny głos niemych bohaterów. Tekst powstał na bazie wywiadów z młodymi piłkarzami z polskich klubów o ich doświadczeniach i pracy z ciałem. Co czuje ciało, poddane presji rynku i sportowej rywalizacji? Do czego może prowadzić przekraczanie granic własnej fizyczności? Dlaczego tak istotne w naszej kulturze jest powielanie wizerunku piłkarza i nie dopuszczanie żadnych odstępstw od normy?Artyści o projekcie: Przeprowadzaliśmy wywiady z młodymi piłkarzami, rozmawialiśmy o ich doświadczeniach i o pracy z ciałem. W piłkarskim środowisku język/sposób mówienia o ciele jest wspólny, myśli się o nim jak o maszynie, narzędziu pracy. Natomiast brakuje piłkarzom słów, kiedy padają pytania o seksualność, znaczenie koloru skóry, emocje, doświadczenie ciała poza boiskiem. Piłkarz dla większości pozostaje niemy, a jego ewentualnym narzędziem buntu staje się jego ciało. Po spektaklu zapraszamy na spotkanie z twórcami na foyer z cyklu m-gadugadu-teatr o godz. 20:40.  
17 Czerwca 2016 godz. 11:35
Ala
 

Premiera BTD: "Dachowanie"

Aktorzy Bałtyckiego Teatru Dramatycznego imienia Juliusza Słowackiego w Koszalinie, w ramach Sceny Inicjatyw Aktorskich, przygotowali spektakl o tematyce antyalkoholowej i zapobiegającej zażywania wszelkich używek, skierowanego do młodzieży gimnazjalnej i licealnej. Pomysłodawcami i reżyserami spektaklu są: Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska i Marcin Borchardt a tekst napisał młody dramaturg Kuba Mokrosiński. „Dachowanie”  to opowieść skierowana do młodzieży w szeroko pojętym wieku szkolnym, z elementami tragedii, komedii i dramatu. Zawiera przestrogi i pęd do samowiedzy oraz mimesis. Spektakl opowiada o tym, że młodzież sięga po używki : narkotyki, dopalacze, oraz ostrzega przed następstwami złych decyzji. Spektakl skłania uczniów do refleksji nad własną tożsamością i przynależnością do różnych grup rówieśniczych. Przedstawienie jest inspirowane problemami i emocjami dotykającymi dzieci i młodzież. W spektaklu ukazuje się, jakie tragiczne skutki niesie ze sobą decyzja o przyjmowaniu wszelkich używek. Spektakl ma za zadanie skłonić młodego widza do przemyśleń i refleksji. Z pewnością, historia ta da niejednemu z nas do myślenia. Humorystyczny język powoduje nawiązanie dobrych relacji z uczniami zgromadzonymi na widowni.  Żanetta Gruszczyńska- Ogonowska- związana z BTD od 1995 roku. Aktorka skończyła PWST we Wrocławiu, jest wielozadaniowa, nagradzana, śpiewająca i pełna entuzjazmu dla nowych projektów. Ostatnie spektakle w których brała udział to: „ Love forever”, „Szalone nożyczki”, „Kali Babki”, „Rozpusta” i „ Allo, allo”, Twierdzi , że przełomem był w jej życiu zawodowym monodram  „… syn”. Wyreżyserowała na deskach rodzimego teatru  bajkę „Carski syn”. Chętnie i często współpracuje z młodzieżą, zarówno w Koszalinie, jak i np. w Kaliszu Pomorskim.   Marcin Borchardt- aktor BTD od 2008 roku. Absolwent PWST we Wrocławiu. Jest młodym, pełnym zapału zawodowcem a jego kunszt aktorski można podziwiać np. w spektaklu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” czy ostatnio w „Szalonych nożyczkach” lub „ Allo, allo”. Marcin ze znakomitymi rezultatami współpracuje z młodzieżą prowadząc wiele warsztatów teatralnych i opiekuje się  na stałe grupą w CK 105 w Koszalinie. Wyreżyserował też „Wesele Jamieńskie” i inne projekty w których brali udział koszalińscy politycy, dziennikarze i ludzie kultury. Kuba Mokrosiński-  z wykształcenia filolog angielski i filozof, oba kierunki ukończone na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Mocno flirtuje z teatrem. Współpracował między innymi z reżyserem Michałem Siegoczyńskim przy „ Domu Lalki” w Teatrze Nowym w Poznaniu i przy „Love forever” w BTD w Koszalinie, z Leną Frankiewicz przy dyplomie IV roku aktorskiego na PWST w Krakowie ( „Svantetic. Dyplom z Komedy”). Oprócz dramaturgii  uprawia poezję, tworzy prozę, generalnie cały czas pisze. Prapremiera odbędzie się21.06.2016 r.  o godz. 10:00 na Dużej Scenie BTD z okazji Międzynarodowy Dnia Walki z Narkomanią.   Tekst i dramaturgia : Kuba Mokrosiński, Reż.: Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska, Marcin Borchardt, Scenografia i kostiumy: Beata Jasionek, Choreografia : Kacper Wojcieszek, Obsada: Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska, Dominika Mrozowska, Katarzyna Ulicka- Pyda, Marcin Borchardt, Wojtek Kowalski, Wojciech Rogowski,  
2 Kwietnia 2016 godz. 23:51
Robert Kuliński/ fot. I. Rogowska
 

„Prawda” nie dla każdego

Rafał Matusz w intrygujący sposób zadebiutował w roli reżysera komediowego. Być może właśnie dlatego, że przez większość swojej działalności teatralnej unikał rozśmieszania publiczności, jego wersja „Prawdy” Floriana Zellera na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, udała się znakomicie. Takiej tezy zapewne nie potwierdzą miłośnicy komedii spod znaku farsy. W Koszalinie jest ich sporo, bo zespół BTD ostatnimi czasy bardzo szczodrze obdarowywał publiczność komizmem zamaszystym. Często też takim, który brnął w stronę żenady, jak „Rozpusta”, czy „Seans”. Nowa produkcja rodzimej sceny pozwala odpocząć od błazenady. Nie brakuje jednak dowcipu.   Jest zabawnie, ale ciężar czai się ponad bohaterami, stopniowo drążąc widza. To oczywiście tyczy się tych odbiorców, którzy pozwolą sobie na refleksję pomiędzy humorystycznymi elementami akcji. Zaś tym, którym sprawia to trudność, spektakl skojarzy się raczej ze średnio śmieszną komedią o zdradzie i kłamstwie.   Reżyser doskonale pokazał zepsutą relację pomiędzy czworgiem bohaterów. Przedstawienie ma jedynie rys komediowy, bo trudno je nazwać pełnoprawną sztuką rozrywkową. Jest czemu się przyjrzeć, jest o czym pomyśleć.   Zdrada to wdzięczny temat wielu komedii, więc zdawać by się mogło, że formuła opowieści niczym nie zaskoczy. Jednak piramida kłamstw w pewnym momencie rozrasta poziomo, co sprawia, że widz uczestniczy w samozawiązującej się intrydze. Można odczuć dreszcz niczym z kryminału. Spirala zapętla się w kontinuum, którego już nikt nie będzie w stanie przerwać. Smutny obraz dwóch małżeństw, mieszczańskie zepsucie i kompletna niedojrzałość egoistów prowadzą do przerażających wniosków.   Czyżby dziś w XXI wieku bardziej moralnym było kłamstwo? Przecież to nie do przyjęcia! Jednak historia Filipa pokazuje, że prawda w jego życiu nie niesie ze sobą nic dobrego. Kolejne odsłaniane karty w grze, ujawniają nie tylko zdradę żony, przyjaciela, a nawet ideałów, ale pokazują ogrom hipokryzji całej czwórki.   Kłamstwo, fałsz, obłuda to oczywiście zarzuty wobec człowieka wytaczane w każdym okresie rozwoju cywilizacji. Artyści zawsze piętnowali takie postawy, a Zeller w wersji Matusza robi na miarę naszych czasów. Paradoksalnie forma komediowa dodaje „Prawdzie” pieprzu. Wystarczy spojrzeć na to w taki sposób, że inaczej nikt by nie chciał tego słuchać. Swoisty wybieg, by przynajmniej podprogowo kopnąć czyjeś sumienie.   Z grona aktorów warto wyróżnić przede wszystkim panów. Leszek Czerwiński pokazał się z doskonałej strony, ważąc teatralne środki, dzięki czemu emanował naturalnością. Natomiast Wojciech Kowalski, jako główny bohater, „rolowany” przez wszystkich macho hotelowego zacisza, korporacyjny lis i nieudacznik w jednej osobie, zachwyca solidnym warsztatem. Beata Niedziela także wypadła interesująco, gdyż wydostała się z kolein własnej maniery, pozbywając się histerii i teatralnego manekiniarstwa.   „Prawda” jest spektaklem zdecydowanie wartym obejrzenia. Nie jest to jednak komedia dla każdego, co zdecydowanie można uznać jako atut.
1 Marca 2016 godz. 17:48
Robert Kuliński
 

Koszaliński BTD i węgierscy prawnicy

Z repertuaru Bałtyckiego Teatru Dramatycznego zniknął spektakl wyreżyserowany przez Wojciecha Rogowskiego „Cykor – bojąca dusza”. Właściciele praw majątkowych do sztuki Pála Békésa, dopatrzyli się naruszenia formy i żądają pieniędzy. Z nieoficjalnych informacji, wynika że sprawa dotyczy warunków licencji, a dokładniej muzyki wykorzystanej w koszalińskiej adaptacji tej bajki dla dzieci. Według umowy spektakl nie mógł być oprawiony inną muzyką niż w oryginalnych założeniach autora. Jest to zastrzeżenie dość dziwne. Spektakl tego węgierskiego pisarza był bowiem wystawiany w Polsce nie po raz pierwszy. Wcześniej między innymi jego utwór pojawił się  w Olsztyńskim Teatrze Lalek. Tu  autorem muzyki był Bogdan Szczepański, i wówczas nikt nie wniósł żadnych zastrzeżeń do adaptacji...       W Koszalinie autorami oprawy muzycznej zostali - muzyka  Maciej Osada Sobczyński, teksty piosenek Tomasz Ogonowski. Ich praca stała się pretekstem dla spadkobierców praw majątkowych po Békésu i ich prawników, aby domagać się zadośćuczynienia w wysokości 7 tys. euro za naruszenie formy spektaklu.Przedstawienie zostało zatem zdjęte z afisza, a dyrektor BTD, Zdzisław Derebecki zamilkł.. Nie zgodził się na spotkanie w celu wyjaśnienia  sytuacji. Nie odpisał także na maila z pytaniami. Szkoda, bo BTD jest instytucją publiczną, utrzymywaną przez podatników. Warto więc, aby dyrektor wyjaśnił w jaki sposób planuje rozwiązać ten problem. Z naszych informacji wynika, że dyrektor BTD winą za całe zamieszanie obarcza Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS).      - Szkoda tego spektaklu, bo jest świetny – mówi z żalem Tomasz Ogonowski. - Oczywiście jako współtwórca byłem na premierze. Chciałem jednak zobaczyć reakcję najmłodszej widowni, więc udałem się na przedstawienie w innym dniu. Dzieciaki wychodziły ze spektaklu śpiewając i tańcząc. Poza tym to mądry tekst i wspaniała scenografia. Mam nadzieję, że walka jeszcze trwa i  „Cykor...” wróci na afisz - dodaje.  Wydaje się, że węgierscy prawnicy znaleźli w umowie licencyjnej pretekst do tego, by na sztuce zarobić podwójnie.  
31 Stycznia 2016 godz. 11:42
Robert Kuliński/ fot. I. Rogowska
 

„Seans” - komedia z drewna

Trudno uwierzyć, że adaptacja komedii jednego z mistrzów gatunku - Noela Cowarda, na deskach BTD, okazała się tak infantylnym spektaklem. „Seans” w reżyserii Zdzisława Derebeckiego przepełnia humor przypominający współczesne kabarety, a aktorzy zdają się być z drewna. W przedpremierowej rozmowie dla naszego portalu reżyser podkreślił, że „Seans” jest komedią dialogu i nie nie ma w niej zabiegów charakterystycznych dla  farsy. Jednak postać wykreowana przez Dominikę Mrozowską, czyli ekscentryczne medium Madame Arcati, bije po oczach przerysowaniem komizmem nieprzystającym do charakteru sztuki. Komedia ma bawić, ale wykrzykiwanie każdej kwestii i gimnastyczne wygibasy, pogrążały Mrozowską w odmętach taniego, niewyszukanego dowcipu. Można wręcz odnieść wrażenie, że aktorka na siłę występuje w sztuce, jednak za wszelką cenę  stara się zagłuszyć przymus i ukryć go przed widownią chwytami nadekspresji. Bawiło to publiczność, tak jak żenujące, współczesne kabarety.  Kolejne sceny nie wnosiły nic do historii, którą można by opowiedzieć ciekawie. Przenikanie się zaświatów i świta realnego oraz miłość ze wszelkimi jej bolączkami, to bardzo wdzięczny temat -  zwłaszcza na komedię. Niestety przedstawienie kłuło po oczach schematycznością. Dwie aktorki, Aleksandra Długosz i Katarzyna Jędrychowska występujące gościnnie, wcielające się w żony głównego bohatera, odgrywały klasyczny model rywalizacji o mężczyznę. Zazdrość i wzajemna niechęć były przedstawione z taką sztampą i sztucznością, jakby artystki posługiwały gotowym przepisem z książki instruktażowej. Nic nie ujmuje w obu kreacjach, są drewniane - bez wyrazu. Jedynie Wojciech Kowalski, jako Karol - główny bohater, zdradzał przejawy solidnego opracowania  swojej postaci. Pozostałe osoby po prostu były i zachowywały się tak, jak nakazuje fabuła. Nie można także pominąć bubla w postaci sosnowej scenografii, mającej na celu imitację wnętrza pokoju w domu z lat 30. ubiegłego wieku. Nie udało się wyczarować tamtego klimatu. Całość przypominała  stolarską prezentację z jakiegoś budowlanego supermarketu, do której podoklejano przypadkowe mebelki. „Seans” to propozycja dla miłośnika teatru prowincjonalnego, gdzie aktorzy grają co popadanie, byleby tylko na scenie się coś działo. Szkoda, bo zespół  Bałtyckiego Teatru Dramatycznego stać na dużo, dużo więcej. Komedie potrafiły rozbawić do łez, a dramaty poruszyć do żywego. Niestety najnowsza propozycja BTD nie mówi nic, nie bawi, nie wzrusza. Jest jedynie przykładem tego, że  praca aktora w jedynym teatrze w mieście, to ciężki chleb. Nieręcznie jest przecież odmawiać przełożonemu udziału w jego sztuce.
27 Stycznia 2016 godz. 13:55
Robert Kuliński/ fot. I. Rogowska
 

Przypominam stary teatr

W najbliższą sobotę, 30 stycznia na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego odbędzie się premiera komedii „Seans” Noela Cowarda. Ze Zdzisławem Derebeckim, reżyserem spektaklu i dyrektorem BTD, o przedstawieniu, sztuce i cenzurze, która Koszalina póki co nie dotyczy, rozmawia Robert Kuliński. Dlaczego zdecydował się Pan na adaptacje „Seansu” Noela Cowarda, skoro całkiem niedawno w Trójmieście odbyła się premiera tej sztuki? - Pomysł przyszedł zupełnie niezależnie od trójmiejskiej realizacji. Natrafiłem na „Seans” Cowarda  w innym tłumaczeniu i sama sztuka mi się spodobała, ale właśnie tłumaczenie nie bardzo. Więc poszukałem ciekawszej wersji. Poza tym nasz spektakl różni się od przedstawienia Teatru Wybrzeże. Orzechowski umiejscowił akcję w teraźniejszości, my postanowiliśmy przenieść akcję nawet do czasów wcześniejszych niż sztuka została napisana, bo w lata 30. ubiegłego wieku.Co Pana ujęło w tej opowieści?- Jest to rzecz lekka, ale nie jest to farsa. „Seans” to komedia dialogu. Dotyka spraw damsko – męskich z przymrużeniem oka. Przy okazji opowiada o rzeczach ważnych i myślę, że każdy kto spojrzy na te relacje, pokazane w lekko żartobliwy sposób, może wynieść coś dla siebie.   Czyli  będzie dobra zabawa, ale także element refleksyjny.- Dla mnie to zawsze jest ważne, żeby połączyć te dwie rzeczy - aspekt rozrywkowy z mówieniem o ważnych sprawach. Poważna tematyka nie zawsze musi być przedstawiana z manierą dramatyczną. Kiedy byłem młodym człowiekiem, to o wszystkich poważnych sprawach mówiłem ze zmarszczką na czole i uważałem, że nie można się ani odrobinę uśmiechnąć. Dzisiaj w mając już swoje lata, dostrzegam że na wiele rzeczy ważnych i poważnych, można z popatrzeć z dystansem i humorem.   Ostania Pańska realizacja „Rozpusta” także dotykała relacji męsko – damskich, jednak tu głównym aspektem była erotyka i wyuzdanie. Czemu tym razem przygląda się Pan w „Sensie”? - Chciałbym poruszyć ciekawą kwestię związaną z „Rozpustą”. Nagość na scenie teatralnej i w codziennej rzeczywistości jest już zjawiskiem powszechnie akceptowalnym, a przynajmniej opatrzonym. Także na deskach BTD niejednokrotnie aktorzy występowali w negliżu. Nikogo to już zbytnio nie porusza, nie bulwersuje, ale rozmawianie o seksie, ciągle w naszym społeczeństwie powoduje wypieki na twarzach.  Czy „Seans” także może wywołać owe wypieki na policzkach widzów?- W tym spektaklu nie chodzi już tak bardzo o seks. Przede wszystkim poruszona jest tutaj kwestia  emocji, które łączą kobiety i mężczyzn. To mnie zawsze interesowało i nadal interesuje. Miłość i zazdrość będą się tutaj przeplatać, tak jak w życiu. Wspomniał Pan, że akcja została  przeniesiona do lat 30. ubiegłego wieku. Czy nie jest to trochę działanie  przestarzałe? Obecnie w teatrach ucieka się od kostiumów z epoki itp.- Przypominam trochę stary teatr, bo dziś moim zdaniem jest traktowany właśnie jako przeżytek. Obecnie większość twórców decyduje się na uwspółcześnianie. Nawet Orzechowski „Seans” umiejscowił w teraźniejszości. Wychodzę z założenia, że człowiek, który przychodzi do teatru, chce trochę odejść od codzienności. Coward napisał sztukę na początku lat 40., my jeszcze trochę cofamy się w czasie właśnie po to, aby wykorzystać możliwości tamtej epoki. Fantastyczne kostiumy i scenografia wprowadzają ten specyficzny klimat. Widz wchodząc na widownię Bałtyckiego Teatru, pozostawi rzeczywistość za drzwiami, choć też nie do końca. Pomimo tego, że cała oprawa wizualna przedstawienia, jest stylizowana na dawne lata, to rzeczy, które dzieją się między ludźmi, są takie same jak dzisiaj.Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, żeby nie popsuć widzom niespodzianki. Chciałbym zapytać o inny aspekt, jak najbardziej dotyczący naszej obecnej rzeczywistości. Władza  w naszym kraju próbuje nadzorować i cenzurować sztukę. Nawet dopatruje się promocji „ideologii gender” w telewizyjnym spocie ekologicznym. Nie obawia się Pan, że najbliższa premiera, może być odebrana jako promocja okultyzmu? Przecież punktem zwrotnym akcji jest seans spirytystyczny.- Jestem starszym człowiekiem i większość swojego życia spędziłem w PRL'u, kiedy obowiązywała cenzura. Trzeba było walczyć z różnymi dziwnymi rzeczami i jestem do tego przyzwyczajony. Władza może wymyślać tysiące pretekstów i co z tego? Jeśli chodzi o Koszalin i mojego organizatora - prezydenta miasta, to nigdy i nikt nie ingerował w działalność teatru. Mam całkowitą swobodę wyboru i nikt nie wywiera żadnych nacisków ani oficjalnych, ani na stopie prywatnej. Jednak trzeba przyznać, że nastał taki dziwny okres, gdzie niektórzy widzowie uzurpują sobie prawo decydowania o tym, co ma pójść w teatrze, a co nie. Zdarzają się telefony z zażaleniami, nawet nie do mnie, a na mnie. Ja uważam, że jeśli się coś komuś nie podoba, to nie znaczy, że nie będzie to pokazywane. Ja też mam różny stosunek do tego co dzieje się w polskim teatrze. Nie zaprzestanę jednak pokazywać przedstawień, nawet tych które nie są mi bliskie, czy to pod względem stylistycznym, czy treści. Jeśli jest to coś ciekawego,  niebanalnego i znajdą się na to widzowie, to oczywiście takie przedstawienia będą się u nas pojawiać. Nie chodzi przecież o prezentowanie tylko i wyłącznie mojej wizji teatru, bo to właśnie różnorodność jest wielką zaletą BTD. Czy w takim razie zgodziłby się pan na pornografię w BTD?- Daleki jestem od oceniania czegoś na płaszczyźnie abstrakcyjnej. Osobiście jako reżyser i aktor uważam, że nie jest to w ogóle potrzebne. Moim zdaniem, najbardziej erotyczna scena w historii kina jest u Bergmana w filmie „Szepty i krzyki”. Bohaterowie są ubrani od stóp do głów, a gra aktorów jest przesycona seksem i erotyzmem. Mnie osobiście fizyczność w teatrze mało interesuje. Jeżeli jednak prezentowanie aktu pornograficznego na scenie byłoby uzasadnione, to nie widziałbym przeszkód. Musiało by to jednak być solidnie uargumentowane i faktycznie mieć sens. Teatr jest sztuką. Sztuka z kolei to kreowanie nowej rzeczywistości, a nie powielanie codzienności. Dlatego byłbym przeciwny pornografii, jeśli nie miałaby uzasadnienia, ale nie ze względu moralność. Nie mogę jednak powiedzieć na sto procent tak lub nie.Dziękuję za rozmowę.
19 Stycznia 2016 godz. 14:45
Robert Kuliński/ info. i fot. I. Rogowska
 

Ferie zimowe z BTD

Tradycyjnie, jak co roku, w czasie ferii zimowych zespół Bałtyckiego Teatru Dramatycznego przygotował wspaniałą ofertę spędzenia wolnego czasu dla swoich najmłodszych widzów. Młodzi teatromani będą mogli obejrzeć dwie wspaniałe bajki wspaniałe bajki.2 lutego „Cykor – bojąca dusza” BTD – godz. 9:00 i 11:30 reż. Wojciech Rogowski.Wiadoma to jest rzecz: każdy się boi potworów. Okropnych straszydeł z czterema ogonami, jednym okiem i dwiema głowami. Albo tych oślizgłych strachów, które trzęsą się jak galareta. Albo tych najgorszych, zupełnie niewidzialnych lęków… Brrrr! A najbardziej boi się ich bohater bajki: Cykor, mały mieszkaniec Małego Lasu położonego w środku Wielkiego Świata opanowanego przez Straszydła. I jak to zwykle bywa, to właśnie on będzie musiał stanąć do walki z Potworami. W obronie swoich przyjaciół, swojego lasu i całego świata. Jeśli Cykor zwycięży z własnymi lękami uda mu się też pokonać Potwory, ocalić świat i uratować przyjaciół.  Ale czy można pokonać własne strachy? „Cykor – bojąca dusza”  to mądra opowieść o tym, że każdy z nas ma to ukochane miejsce, którego musi bronić za wszelką cenę. To spektakl o pokonywaniu własnych lęków, przezwyciężaniu własnych słabości. Spektakl dla dzieci od lat 6.3 i 4 lutego - „Kopciuszek” – godz. 9:00 i 11:30 - Centrum Kultury Teatr Grudziądz  reż. Zbigniew Kulwicki. Kopciuszek to przezwisko ślicznej, dobrej i pracowitej dziewczynki, nadane jej przez złą macochę i samolubna przyrodnią siostrę. Zazdrosne o jej urodę każą wykonywać Kopciuszkowi najcięższe i najbardziej brudne prace, aby pod warstwą brudu i sadzy ukryć jej powab i wdzięk. Mimo to Kopciuszek potrafi zachować pogodę ducha, pomagać innym  i marzyć o swoim szczęściu.Ceny biletów  dla dzieci z Koszalina mających ferie zimowe 4zł (nie dotyczy przedszkoli). Dla dzieci spoza Koszalina cena biletów 15 zł.
4 Sierpnia 2015 godz. 12:51
Robert Kuliński
 

Baśń w Muzeum

W ramach letnich atrakcji koszalińskiego Muzeum, najmłodsi mieszkańcy miasta mieli okazję wejść do świata baśni. Spektakl teatru lalek z wrocławskiej grupy Akademia Wyobraźni, zaprezentował młodej publiczności opowieść o „Księżniczce na ziarnku grochu.” Pogoda spłatała niemałego figla. Upał i prażące słońce spowodowało, że opiekuni grup półkolonijnych zarządzili „przemeblowanie”. Wywołało to odrobinę chaosu, ale jest on wpisany we wszelkie wydarzenia z udziałem dzieci. Widownia została usytuowana w cieniu tuż przy budynku  administracji Muzeum w głębi dziedzińca. Publiczność składała się jednak nie tylko z grup zorganizowanych, ale także pojedyncze osoby przyprowadziły swoje pociechy, aby mogły zapoznać się z językiem teatru lalek. Inicjatywa  szczytna i warta pochwały, tym bardziej, że obecnie w telewizji - nawet tej publicznej, która powinna wypełniać misję - programy  dla dzieci  właściwie nie istnieją. Widzowie spontanicznie i bardzo  aktywnie uczestniczyli w przedstawieniu. Na pytania narratora, czyli przemądrzałego i zgryźliwego Szczura w okularach, niektóre z dzieci odpowiadały z pełnym zaangażowaniem. Krzyk publiczności domagającej się właściwego opowiedzenia bajki, nie pozostawił aktorom żadnego wyboru. Musiał pojawić się konflikt, dramatyczne zwroty akcji, intryga i oczywiście szczęśliwe zakończenie.  Aktorzy świetnie poradzili sobie z zainteresowaniem trudnego widza. Spektakl oparty na motywach  H.Ch. Andersena, był pełen dowcipu. Sprzeczki Króla i Królowej, postać sprytnej Niani, czy niesczęśliwego Królewicza zahipnotyzowały publiczność, która nieskrępowanie przeżywała perypetie bohaterów. Podobało mi się  – mówi dziesięcioletni Norbert Niedenthal z Bydgoszczy, który przeszedł na spektakl z babcią. -  Szkoda tylko, że tak krótko to trwało. Najbardziej polubiłem szczurka, bo był śmieszny. Każde z dzieci znalazło swojego ulubionego bohatera baśni  - Fajnie było - zachwyca się trzynastoletnia Anastazja  - Podobała mi się królowa , która cały czas dziergała. Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale wiedziałam, że i tak wszystko skończy dobrze.  Po spektaklu dzieci mogły zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z aktorami i kukłami bohaterów  baśni.
5 Lipca 2015 godz. 9:42
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Premiera z rozmachem i humorem

Ostatnia przed wakacjami premiera w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym, zaangażowała niemal cały zespół aktorów. Komedia „Allo, allo”, oparta na motywach popularnego serialu zachwyciła widzów dowcipem i dynamiką. Reżyser Jan Tomaszewicz nie miał łatwego zadania, gdyż przeniesienie historii z małego ekranu na scenę wymagało nie tylko czytelnych odwołań do telewizyjnego pierwowzoru, ale także zabiegów, które wzbogaciłby spektakl trwający niemal dwie godziny. Z drugiej strony sztuka „Allo, allo” została napisana przez autorów serialu, który miał formę sitcomu, co ułatwia teatralna adaptację, niemniej jednak wymaga od aktorów czujności i wielkiego zaangażowania.Zagłębianie się w zawiłą historię nie ma najmniejszego sensu, gdyż każdy zna opowieść o Rene, prowadzącym kawiarnię na terenie okupowanej Francji. Intrygi z obiema stronami konfliktu, czyli hitlerowcami i ruchem oporu, spędzają mu sen z powiek. Dodatkowo natura kobieciarza wikła  restauratora w romanse, które nie ułatwiają mu życia. Główna rola przypadła Wojciechowi Rogowskiemu, który zdawał się być urodzony, jako Rene. Razem z Piotrem Krótkim, odgrywającym postać Grubera, walczącego o względy głównego bohatera, stworzyli przezabawny duet.Doskonałą kreację przygotowałą także  Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska. Oglądając jej wersję serialowej Helgi, można było odnieść wrażenie, że rola pisana była właśnie z myślą o koszalińskiej aktorce. Sceniczna adaptacja  przepleciona jest  elementami piosenki kabaretowej, która  pomimo bardzo ugrzecznionego dowcipu, rozbawia. Oprócz samego tekstu  ważną rolę odgrywa choreografia, podkreślająca komizm spektaklu. Her Flick – w tej roli Artur Paczesny - tańczący tango pomimo sztywnej nogi, czy popisy artystyczne Edith w wykonaniu Małgorzaty Wiercioch, dodają  przedstawieniu dynamiki. Warto podkreślić, że adaptacja w BTD jest dopracowana  co do sekundy. Nie ma miejsca na załapanie oddechu, bo każda, nawet najbardziej błaha sytuacja, jest okazją do wykreowania  iście komediowej akcji. Warto wybrać się na "Allo, Allo" do koszalińskiego teatru, choć widz przyzwyczajony do telewizyjnej wersji nie będzie zaskoczony.  
3 Maj 2015 godz. 9:07
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Mit według Ibera

Nowy spektakl w repertuarze Bałtyckiego Teatru Dramatycznego pt. „Edyp cię kocha” to niezbyt udana próba opowiedzenia historii antycznego mitu o demoralizacji i nieuchronności fatum. Reżyser przedstawienia - Cezary Iber, dołożył wszelkich starań, aby jak najbardziej uciec od aury klasycznej tragedii. Jednak zbyt rozbuchane środki artystyczne paradoksalnie spłyciły wydźwięk historii. Przeniesienie akcji z antyku do współczesności nie jest nowością na teatralnej scenie.  Taki zabieg ma wiele zalet. Nie tylko ułatwia widzowi odbiór sztuki, ale daje reżyserowi i scenografom duże pole do popisu. Jednak Scena na Zapleczu obudowana została bardzo oszczędnie, co jest niekwestionowaną zaletą. Umowna weranda, kilka stołów oraz kopuła imitująca sklepienie  greckiego amfiteatru wprowadza widza w świat wyższych sfer bardzo skutecznie. Wizualnie spektakl jest bardzo interesujący. Oprócz groteskowych kostiumów aktorów i multimedialnych dodatków, czy gry cieniem, narrację uzupełnia doskonała muzyka. Na tym jednak estetyczne walory przedstawienia się kończą. Artystyczna wizja Ibera na przedstawienie chóru, który wedle klasycznych prawideł dramatu komentuje  wydarzenia na scenie, sprawiła, że spektakl najzwyczajniej męczy. Rozpasana choreografia i na wskroś dosadne wypowiedzi „chórzystek” sprawiły, że uciekła tajemniczość i nastrój zagrożenia nieuchronną klęską. Forma opowieści przez swoją  przerysowaną dokładność stała się łopatologicznym wykładem etyczno – moralnym. Przedstawienie wyuzdania również trąciło zbytnią dosłownością i  zdawało się być prostym chwytem formalnym, mającym po prostu szokować widza. Niektóre poczynania bohaterów były zupełnie zbędne. Przez to przeładowanie sztuka jest niezmiernie siermiężna i ociężała. Najciekawszym elementem spektaklu była wspaniale odegrana przez Piotra Krótkiego postać Terezjasza. Choć nie jest to główny bohater sztuki, to doświadczenie sceniczne i elastyczność aktora zachwyca. Niestety, nie można tego powiedzieć o zazwyczaj świetnej Beacie Niedzieli, która wcieliła się w rolę Jokasty. Jej zmanierowana ekspresja, akurat w tej sztuce nie przemawia, a raczej irytuje. Nie widać tutaj bohaterki, tylko aktorkę. Sama historia "Kóla Edypa" jest znana, a jej finał oczywiście tragiczny. Widzowie, którzy chcieliby zobaczyć dzieło laureata nagrody publiczności zeszłorocznych konfrontacji młodych „m- teatr”, powinni przygotować się na wymagające posiedzenie. Sztuka wydaje się być dziełem  debiutanta, który jeszcze nie do końca wie, czy chce stworzyć widowisko, czy opowiedzieć niełatwą historię. „Edyp cię kocha” jest propozycją dla wytrzymałych i wyrozumiałych odbiorców.
8 Lutego 2015 godz. 13:05
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

„Rozpusta” bez sensu

Nowy spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w reżyserii Zdzisława Derebeckiego, dyrektora teatru nie porywa. Nawet niekwestionowany talent aktorów nie był w stanie uratować przedstawienia, które trąci manierycznym zatraceniem. Fabuła oparta o tekst Pietra Arentina z puentą  w piekle Dantego  jest przykładem ludycznego widowiska. Próby nadania głębszego sensu historii kurtyzan paradoksalnie zaprzeczają  zasadności scenicznej adaptacji. Przedłużony wstęp  prezentujący  poetycką przestrogę i ukierunkowujący  percepcję widza w stronę  refleksji nad życiem doczesnym, ma się nijak do  opowieści o wyuzdaniu głównych bohaterek.Żanetta Gruszczyńska – Ogonowska i  Małgorzata Wiercioch doskonale prezentowały kwiecisty język renesansowych kurtyzan, jednak sztuczność teatralnej oprawy zniweczyła jakikolwiek dowcip sprośnych fragmentów tekstu. Najjaśniejszą i najzabawniejszą postacią parakomediowej części sztuki był Leszek Czerwiński. Wcielał się w role kilku Gachów i kochanków  głównych bohaterek. Jego fizjonomia i świetny warsztat przykuwały uwagę widza. Każda kolejna minuta premiery zbliżała spektakl do totalnej katastrofy jaką przygotował Derebecki na zakończenie.  „Rozpusta” wydaje się być adaptacją wielce siłową i posklejaną według zakurzonego szablonu  dramatycznego. Urozmaicenia wizualne w postaci tańca  zupełnie nie mają  sensu. Erotyczne  zabawy sceniczne   swoją finezją  nie odróżniały się niczym od występów współczesnych grup kabaretowych. Pomimo odważnego tematu, czyli perypetii kurtyzan, sztuka jest niebywale grzeczna. Adaptacja sceniczna jawi się jako rubaszne świntuszenie reżysera z wykorzystaniem aktorów. Jednak nie miałkość  rozrywkowej części sztuki razi najbardziej. Finałowe moralizatorstwo oparte na fragmencie „Boskiej Komedii” Dantego poraża „artystowskim” zacięciem. Można odnieść wrażenie, że  widz jest traktowany jako odbiorca  pozbawiony wyobraźni. Koszmarna wizualizacja  Maleparty, części piekła gdzie pokutują  rozpustnicy, uderzyła literalnym przedstawieniem. Natomiast finalny taniec aktorów z afirmacyjnym hasłem na ustach „Żyjmy!”  to zupełna porażka i nieudana próba zamknięcia fabularnej klamry. Arentino zapewne obraca się teraz w grobie  z prędkością śruby napędowej wyścigowej motorówki.  Banał jest tak potwornie uwierający, że pomimo zwięzłej formy przedstawienie zapada w pamięć jako męczarnia. Premiera „Rozpusty” uświetniła także  jubileusz Piotra Krótkiego, aktora od trzydziestu lat związanego z koszalińskim teatrem.
7 Grudnia 2014 godz. 17:36
Robert Kuliński/fot. Izabela Rogowska
 

Magia teatru dla najmłodszych

Nowy spektakl na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, „Cudowna lampa Aladyna” w reżyserii Katarzyny Kawalec, to propozycja dla najmłodszych, która zaskakuje i zachwyca klimatem. Gorzej jest z opowiedzeniem samej historii. Malowniczy, tajemniczy świat baśni o miłości, czarach i dżinach na  scenie prezentuje się doskonale. Pomimo oszczędnej scenografii udało się "wyczarować"  nastrój magiczny  i pełen egzotyki. W większości specyficzny klimat wschodniego królestwa Persji, wynika z fantastycznej muzyki autorstwa Tomasza Krzyżanowskiego. Wspaniałe, orientalne harmonie i etniczne instrumenty w mgnieniu oka przenoszą widza do doliny Tygrysu i Eufratu. Widowiskowa choreografia oraz elementy teatru cieni  nadają historii właściwy tor, jednak gdzieś umknęła komunikatywność. Podczas premierowego przedstawienia nie wszystko było czytelne. Kiedy aktorzy zaczynali śpiewać piosenki dopełniające fabułę, tekst w większości przypadków był niezrozumiały. Postacie Aladyna i  księżniczki Badr - el – Badur zdawały się być nijakie. Wspaniałe kreacje z kolei stworzyli Wojciech Rogowski odgrywający rolę złego czarnoksiężnika oraz Jacek Zdrojewski, jako sułtan królestwa. Wszyscy aktorzy  dołożyli wszelkich starań, by zainteresować małego widza, ale rezultat  końcowy sprawia,  że przedstawienie zdaje się być nieco przekrzyczane. Mimo tych drobnych mankamentów opowieść wciąga fantastyczną aurą. Jest nieco zagadkowo, mrocznie, ale także dynamicznie. Scena za sceną akcja nabiera impetu i staje się coraz bardziej interesująca. Wykorzystanie projekcji wideo oraz wspomniany wcześniej tatr cieni doskonale pobudza wyobraźnię.Sama plastyka sceniczna jest na bardzo wysokim poziomie i zapewne zachwyci nawet najbardziej wybrednych teatromanów, tym bardziej, że takich zabiegów w BTD jeszcze nie było. Spektakl zdecydowanie wart polecenia, ze względu na prawdziwie baśniową oprawę wizualną, ale gdzieś umyka sens całej historii.
2 Grudnia 2014 godz. 11:48
Robert Kuliński
 

W baśniach jest nadzieja

Już w najbliższe „Mikołajki”, 6 grudnia na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, będzie można obejrzeć nową sztukę dla dzieci „Cudowna lampa Aladyna”. Z Katarzyną Kawalec, reżyserem przedstawienia rozmawia Robert Kuliński. Jak trafiła pani do Koszalina? - Przeglądałam repertuary różnych teatrów w Polsce i zdecydowałam się na przesłanie scenariusza do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Dyrektorowi spodobała się moja wizja „Cudownej lampy Aladyna” i w bardzo krótkim czasie zostałam zaproszona do Koszalina na rozmowę, po której mogliśmy tutaj przyjechać i rozpocząć prace.Pani wcześniejsza realizacja „Brzdęk i dźwięk” w toruńskim teatrze Baj Pomorski, również skierowana była do najmłodszych widzów. Czy spektakle dla dzieci to główne pole pani zainteresowań?- Tak, zdecydowanie. Przynajmniej w najbliższym czasie będę realizować przedstawienia dla młodych widzów. Oczywiście nie chcę się zarzekać, że tak będzie zawsze i nigdy nie zajmę się sztuką dla dojrzałej publiczności, ale aktualnie, to jest moja ścieżka, którą podążam i która mnie spełnia. To jest bardzo wdzięczny widz. Kiedy pojawia się śmiech na widowni albo zdziwienie czuję się wspaniale.   Czyli nieskrępowane reakcje dzieci są głównym motorem pani twórczości.- Jest to bardzo miłe uczucie, kiedy dochodzi już do pierwszych prób generalnych, gdy przychodzi malutki widz i zaczyna autentycznie żyć tym, co dzieje się na scenie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że już nie oglądam spektaklu, a obserwuję reakcje maluchów.Jest  taka obiegowa opinia, że twórczość dla najmłodszych jest zdecydowanie trudniejsza w realizacji niż dla dojrzałego widza. Jak pani na to patrzy?- Trudno mi powiedzieć, czy sztuka dla dzieci jest łatwiejsza, czy trudniejsza. Na pewno wymaga zupełnie innego myślenia. Przede wszystkim trzeba być czujnym, żeby maluchy były ciągle zainteresowane tym, co dzieje się na scenie. Musi być duża zmienność. Nie możemy pozwolić nawet na chwilę nudy. Dzieci nie będą cierpliwie czekać aż coś się zmieni, tak jak dorosły człowiek, tylko zaczną rozmawiać. Natomiast, nie sądzę, że spektakle dla małych widzów są trudniejsze. Myślę, że to tylko kwestia tego, co autor chce powiedzieć, dla kogo tworzyć i z jaką publicznością chce wchodzić w dialog.Dlaczego akurat ta historia pojawi się na deskach BTD? Co panią ujęło w „ … lampie Aladyna”?- Baśnie mają w sobie coś bardzo uniwersalnego. Zawierają treść, która niezależnie od czasów, czy oprawy scenicznej, mówi o sprawach dotyczących każdego człowieka. „Baśnie 1001 nocy” bez względu na wiek odbiorcy, przekazują swoiste prawdy. „Cudowna lampa Aladyna”, moim zdaniem, to bardzo wartościowy materiał i przy okazji piękny. Trzeba z resztą dbać o to, aby te historie nie zostały zapomniane.  W baśniach jest nadzieja, która buduje. Jest w nich coś, co można odkryć dla siebie samego. W tej adaptacji, którą przygotowujemy jest też bardzo szerokie pole do pracy plastycznej - typowo teatralnej. Bardzo duży nacisk kładziemy na sferę wizualną. Fabuła daje nam wiele możliwości do tego, aby ten spektakl był magiczny, nieco tajemniczy. To nie lada wyzwanie, aby przybliżyć klimat orientu. Wspomniała pani o środkach plastycznych. Możemy poznać, choć odrobinę wykorzystanych zabiegów? - Jednym z głównych elementów doskonale wprowadzającym klimat orientu jest muzyka Tomka Krzyżanowskiego, którą przepięknie dopełnia choreografia Igi Załęcznej. Jest to oczywiście stylizacja, ale bardzo mocno wzorowana na  autentycznym oriencie, gdyż Tomek jest miłośnikiem takiej muzyki. Mamy też rozwiązania typowo plastyczne i to będzie coś z czym widz koszaliński jeszcze się nie zetknął, czyli teatr cieni. Korzystamy z gry światłem i cieniem. Wykorzystujemy język teatru lalkowego, co w pewien sposób odwołuje się także do wschodniej tradycyji scenicznej. Scenografię mamy dość ascetyczną, ale wszystko dopełniają przepiękne kostiumy.Jak się Pani pracuje z koszalińskim zespołem? Słyszałem, że  były pewne problemy z dopięciem obsady.  - Sytuacja życiowa jednego z aktorów uniemożliwiła mu udział w spektaklu. Za to dołączył do nas Tomasz Radawiec, który w Koszalinie jeszcze nie występował. Pozostali to aktorzy BTD, którzy służą ogromnym wsparciem, nie tylko ze względu na talent, ale wspaniałe wyczucie sceniczne. Wojtek Rogowski to nieoceniona pomoc. Jacek Zdrojewski, który jest przezabawny i Dominika Mrozowska pełna naturalnego uroku. Niewiele uwag potrzeba ode mnie, bo ona samoistnie realizuje zadania jakie przed nią stoją. Jest z nami także Beata Niedziela, niezwykle pracowita osoba, a w roli Aladyna wystąpi Marcin Borchardt, prawdziwy, sceniczny łobuziak. Dla nich, to jest dość duże wyzwanie, bo to oni muszą działać właśnie tymi elementami plastyki: światłami, cieniami i lalkami. Powiedzieli mi, że nigdy nie mieli do czynienia z tak wymagającą choreografią, ale radzą sobie wyśmienicie.Nic w tym dziwnego. BTD nie od parady określany jest mianem Teatru Ludzi Żarliwych, którzy nie boją się wyzwań. - Tak, to prawda. Koszaliński zespół sprawdza się w każdym repertuarze. Obejrzałam kilka przedstawień i to jest na prawdę niesamowite. Co by to nie było: trudna – poważna sztuka, bajka,  farsa, czy coś muzycznego, oni doskonale sobie radzą. To jest ogromny atut tego zespołu.Dlaczego warto się wybrać na  „ … lampę Aladyna”? - Myślę, że głównie ze względu na magię jaką będziemy „wyczarowywać” na scenie.Dziękuję za rozmowę.
13 Października 2014 godz. 16:58
Robert Kuliński/ fotografie użyte w tekście Izabela Rogowska
 

Brudne „Kali babki”

Nowy spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego „Kali babki” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, poraża niemal mizantropijnym przekazem. Sztuka oparta na prawdziwej historii „Tulipana”, słynnego podrywacza - przestępcy z czasów PRL' u, mówi dosadnie także o dzisiejszym świecie. Forma przedstawienia przypomina groteskową rewię. Sceny odgrywane przez cztery aktorki okraszone są znanymi przebojami z dyskotek, zarówno z czasów działalności głównego bohatera -   w sztuce nazwanego Janusz Witold -  jak i współczesnych. Dodatkowej dynamiki dodają  emitowane w czasie rzeczywistym ujęcia kamery. Dzięki temu zabiegowi reżyser uwydatnił emocje, pogrywając  na, jakże obecnej w dzisiejszej kulturze masowej, tendencji do podglądactwa. Pomimo  lekkiej narracji, na pierwszy rzut oka dość chaotycznej, kolejne elementy  uzupełniają  się w sposób zadziwiająco spójny. Spektakl to swoista układanka, która  z czasem wyłania portret nie tylko samego głównego bohatera, ale także jego ofiar. Opowieść nie jest snuta  po to, aby  współczuć komukolwiek. Zarówno skrzywdzone kobiety jak i sam Janusz Witold, to osoby w identyczny sposób skrzywione, słabe i brudne. Nie jest rzeczą łatwą, na kanwie czyjejś historii, przekazać coś uniwersalnego, a tym bardziej, gdy za zalążek materiału dialogowego służą skrawki autentycznych zeznań, czy fragmenty filmowego reportażu. Udało się to Siegoczyńskiemu na tyle świetnie, że  trudna do przełknięcia pigułka  paraliżuje  goryczą.Sam Janusz Witold, choć działał w określonej rzeczywistości, nie jest jedynie symbolem tamtych czasów. O ile wtedy takie postacie były podziwiane skrycie, tak obecnie popkultura wywróciła jakikolwiek porządek moralny. Choćby w teledyskach można dopatrzeć się  wizualizacji marzeń Janusza Witolda, jakimi dzieli się w pewnym momencie z widzami. „Kali babki” to również obraz  ofiar. Bezrefleksyjnych, ale bardzo wrażliwych kobiet, pragnących szczęścia. To właśnie pojmowanie szczęścia tylko w kategorii przyjemności, a także maniakalna potrzeba jego osiągnięcia, niszczy bohaterki i bohatera. Wypalone, skrzywione kobiety i nierozumiejący, co to znaczy kochać „Don Juan” w  pokrętny sposób stają się postaciami tragicznymi. Jakże to aktualne. Wystarczy  spojrzeć na  nastoletnie „galerianki” albo „korporacyjnych lisów”,  którzy przy weekendzie podążają w sposób jakże inny od krawatowej elegancji, za swoimi zwierzęcymi instynktami. Slogan „młodość musi się wyszumieć” dzisiaj stał się jednym z najważniejszych - choćby w języku reklamy. Problem polega na tym, że aktualnie  proces utrwalania dziecinnej zachłanności, nie pozwala na to, aby ta młodość z czasem się zestarzała i w rezultacie wyszumiała. Skoro konsumpcja sama w sobie przynosi spełnienie, to po co się  w cokolwiek angażować. „Kali babki” to zwierciadło, w którym rzeczywistość odbija się  rażącym brudem. To nie tylko opowieść o zbrodniach „Tulipana”, ale bolesna diagnoza, gdzie współczesny świat obrzydza, bo na współczucie jest już zbyt późno.