Koszalin chce sięgnąć po 90 milionów złotych z Banku Gospodarstwa Krajowego, by ruszyć z inwestycjami, które mają zmienić centrum miasta. W praktyce oznacza to przebudowę ulicy Zwycięstwa – od dawnego Empiku i skrzyżowania z Grodzką aż do Galerii Kosmos, a także przebudowę Dworcowej, 1 Maja, Młyńskiej i Andersa, nowe skrzyżowania, nowe oświetlenie, nową logikę poruszania się po centrum i nowy sposób myślenia o miejskiej przestrzeni.
Brzmi ambitnie. I właśnie dlatego budzi emocje.
Bo z jednej strony trudno nie przyznać, że Śródmieście Koszalina od dawna prosi się o poważną, odważną i całościową zmianę. Nie o kolejne łatanie, nie o kosmetykę, nie o wymianę jednego słupa i dwóch ławek, lecz o coś, co naprawdę odmieni centrum. Ulica Zwycięstwa od lat jest kręgosłupem miasta, ale coraz wyraźniej widać, że to kręgosłup zmęczony, niespójny i projektowany jeszcze dla innej epoki. Jeśli więc ktoś dziś mówi, że centrum trzeba przebudować, trudno uznać to za fanaberię. To raczej spóźnione przyznanie oczywistości.
Ale z drugiej strony każda wielka miejska ambicja ma swój rachunek. A ten rachunek w Koszalinie ma wynieść 90 milionów złotych pożyczki i spłatę rozciągniętą aż do 2047 roku. I tu właśnie kończą się łatwe zachwyty, a zaczynają pytania, których nikt odpowiedzialny nie powinien zbywać uśmiechem. Czy miasto na pewno stać na taki krok?
Sprzeciw radnych PiS nie jest więc niczym zaskakującym. Opozycja mówi o długu, który przekroczy pół miliarda złotych. I choć w samorządzie wielkie liczby bywają codziennością, to jednak pół miliarda działa na wyobraźnię.
Prezydent odpowiada na te wątpliwości z typowym dla siebie spokojem. Mówi, że warunki finansowania są korzystne, że mamy czas do 2030 roku, że projekt będzie dopracowywany, że autobusy wypadły z pierwotnego planu, bo na nie udało się zdobyć bezzwrotną dotację. Wszystko brzmi racjonalnie. I zapewne w dużej mierze takie jest.
A przecież nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi również o to, jakie miasto chce sobie wyobrazić Koszalin. Jeśli ulica Zwycięstwa rzeczywiście ma być urządzona zgodnie z logiką woonerfu, to nie będzie to zwykła przebudowa. To będzie deklaracja, że centrum nie ma już przede wszystkim służyć szybkiemu przejazdowi samochodem, ale ma stać się przestrzenią bardziej miejską, bardziej ludzką, bardziej wspólną. To odważna zmiana. Dla jednych długo wyczekiwana, dla innych podejrzanie modna. Jedni zobaczą w tym europejski standard, drudzy kolejny eksperyment urbanistyczny, który dobrze wygląda na wizualizacjach, a gorzej w codziennym użytkowaniu.
I właśnie dlatego ta sesja jest tak ważna. Nie dlatego, że będzie długa. Nie dlatego, że uchwał jest dużo. Ale dlatego, że pod warstwą formalności kryje się spór o kierunek. O to, czy Koszalin ma być miastem zachowawczym, które boi się większego ruchu, czy miastem, które jednak decyduje się zaryzykować i zmieniać swoje centrum na serio.
Oczywiście nie samą pożyczką człowiek żyje, nawet jeśli jest samorządowcem. W porządku sesji są też inne sprawy: plan dla Kretomina, kąpielisko Wodna Dolina, zmiana siedziby Przedszkola nr 19, korekta pożyczki na cyfryzację, aktualizacja budżetu, wieloletniej prognozy finansowej i apel o rozmowy transportowe z gminami ościennymi. Wszystko to ważne, wszystko potrzebne, wszystko składające się na zwykłe zarządzanie miastem. Tyle że tym razem trudno uciec od wrażenia, że większość tych punktów będzie jedynie tłem dla pytania zasadniczego: czy rada da zielone światło dla wielkiej przebudowy centrum.
Bo przecież jeśli zgoda zapadnie, to nie będzie to tylko akceptacja dla jednego finansowego mechanizmu. To będzie polityczne przyzwolenie na nowy rozdział w myśleniu o centrum Koszalina. Rozdział, który może się skończyć sukcesem i rzeczywistym odnowieniem śródmieścia.
Koszalin stoi dziś między potrzebą zmiany a lękiem przed ceną tej zmiany. Między marzeniem o nowoczesnym centrum, a chłodną buchalterią przyszłych spłat. Między wizją a kalkulatorem.
A czwartkowa sesja pokaże, czy w tym mieście mocniejsza jest jeszcze wyobraźnia, czy już tylko ostrożność.