Koszalin, Poland
wydarzenia

Emilia Bury obala bzdury, czyli polityka w czasach rolki

Autor eWok, film: FB/Marek Subocz, Emilia Bury godzinę temu
W lokalnej polityce od dawna wiadomo jedno: można nie zbudować drogi, nie przepchnąć uchwały, nie doprowadzić do zgody, ale za to koniecznie trzeba zdążyć z klipem do internetu. Dziś bowiem racja coraz częściej nie leży po żadnej stronie sporu. Racja leży tam, gdzie lepiej się klika.

I tak oto Białogard doczekał się kolejnego odcinka serialu pod roboczym tytułem: „emocje na sesji, oburzenie w sieci, komentarze bez czytania, udostępnienia bez myślenia”. Poseł PiS, Marek Subocz z właściwą sobie pewnością diagnozuje rzeczywistość krótko i dosadnie: „brak kultury, arogancja, buta”. Zestaw klasyczny, wręcz dyżurny. Taki polityczny gotowiec, który można wyjąć z szuflady przy każdej okazji, gdy przeciwnik podniesie głos, przewróci oczami albo po prostu przestanie mówić tonem szkolnej akademii.

 

Tymczasem sama burmistrz Emilia Bury odpowiada, że owszem, temperatura była wysoka. I trudno się specjalnie dziwić. Samorząd nie jest już dziś miejscem statecznej wymiany zdań nad losem miasta przy aromacie kawy i szelescie dokumentów. Coraz częściej przypomina ring, na którym mniej chodzi o meritum, a bardziej o to, kto komu skuteczniej podstawi nogę, najlepiej w obecności kamery. Bo kamera, jak wiadomo, kocha konflikt. Zwłaszcza lokalny. Jest tani, dostępny i daje natychmiastowe emocje.

 

Najciekawsze w tej historii nie jest jednak samo nagranie. Nagrania są dziś wszędzie. Najciekawsze jest to, jak błyskawicznie współczesna debata publiczna redukuje wszystko do jednego kadru. Kilkanaście sekund. Jeden grymas. Podniesiony ton. I już, wyrok wydany. Charakter oceniony. Kompetencje podważone. Psychologia, etyka i diagnoza osobowości w gratisie, najlepiej w komentarzu pisanym jedną ręką podczas obiadu.

A przecież prawdziwy problem wcale nie polega na tym, że burmistrz zareagowała emocjonalnie. Problem polega na tym, że wszystkich bardziej interesuje moment reakcji niż to, co tę reakcję wywołało. Znów wygrała forma. Treść, jak zwykle, może sobie spokojnie poczekać pod ścianą.

Emilia Bury mówi wprost: od miesięcy obserwuje celowe próby blokowania rozwoju miasta, polityczne gierki, zaczepki, zamienianie rozmowy o pieniądzach, sporcie i inwestycjach w personalne widowisko. Brzmi znajomo? Oczywiście. To przecież samorządowa codzienność w wielu miejscach w Polsce. Tyle że zwykle opowiada się o niej półgębkiem, językiem grzecznych oświadczeń i urzędowych okrągłości. Tu mamy wersję mniej wygładzoną. I właśnie to tak bardzo oburza.

Bo w Polsce od kobiet w polityce wciąż oczekuje się rzeczy niemal nadprzyrodzonych. Mają być skuteczne, ale nie za twarde. Stanowcze, ale nie za ostre. Zdecydowane, ale broń Boże nie emocjonalne. Najlepiej, żeby jednocześnie walczyły o swoje, nikogo nie uraziły, nikomu nie weszły w słowo i jeszcze na końcu przeprosiły, że w ogóle zabrały głos bardziej zdecydowanie, niż przewiduje to lokalny kodeks dobrych manier.

Mężczyzna w polityce, gdy mówi ostro, bywa „charakterny”, „konkretny”, „bezkompromisowy”. Kobieta w polityce bardzo szybko staje się „arogancka”, „pyskata” albo „histeryczna”. Stary repertuar, tylko kanały dystrybucji nowocześniejsze.

Oczywiście, można powiedzieć: emocje w samorządzie nie pomagają. I to prawda. Najlepiej byłoby, gdyby każda sesja przypominała seminarium oksfordzkie z udziałem ludzi, którzy naprawdę chcą rozwiązywać problemy. Ale skoro już wszyscy udajemy dorosłych, to udawajmy do końca. Nie opowiadajmy, że problemem jest sam ton wypowiedzi, jeśli wcześniej miesiącami toleruje się prowokacje, polityczne szpilki i festiwal złośliwości w garniturach.

W całej tej historii najbardziej wzrusza mnie to nieustanne udawanie, że polityka lokalna to wyłącznie troska o dobro wspólne. Owszem, czasem jest. Ale równie często to mały teatr wielkich ambicji, urazów, porachunków i prób pokazania przeciwnika w jak najgorszym świetle. Jedni robią to bardziej elegancko, inni mniej. Jedni przez uchwały, inni przez komentarze. Jeszcze inni przez starannie dobrane fragmenty nagrań, które mają żyć własnym życiem w mediach społecznościowych.

I właśnie dlatego słowa Emilii Bury o „show przed kamerami” brzmią tak celnie. Bo być może najuczciwszą diagnozą współczesnej polityki nie jest dziś żaden raport, żadna analiza i żaden sondaż. Jest nią krótka obserwacja, że dla wielu osób kamera stała się ważniejsza niż miasto. Ujęcie ważniejsze niż ustalenie. Viral ważniejszy niż wynik.

Można oczywiście nie lubić stylu pani burmistrz. Można uważać, że powinna była ugryźć się w język, policzyć do dziesięciu, napić się wody i odpowiedzieć z lodowatym spokojem. To wszystko brzmi bardzo rozsądnie, zwłaszcza z pozycji widza. Znacznie trudniej zachować tę elegancję komuś, kto codziennie siedzi w środku lokalnej wojny podjazdowej i jeszcze odpowiada za to, żeby miasto mimo wszystko jechało do przodu.

Dlatego zamiast po raz setny analizować mimikę, ton i poziom oburzenia, może warto zadać pytanie banalne, ale najwyraźniej niemodne: kto tu naprawdę pracuje dla Białogardu, a kto tylko gra Białogardem w kolejnym odcinku politycznego TikToka?

Bo jeśli istotnie „łączy nas Białogard”, jak mówi burmistrz, to dobrze byłoby, żeby zaczął łączyć choć odrobinę bardziej niż możliwość wrzucenia przeciwnika na rolkę z podpisem „proszę bardzo, oceńcie sami”.

W przeciwnym razie zostanie nam już tylko polityka kadru. A w niej, jak wiadomo, zawsze wygrywa nie ten, kto ma rację, lecz ten, kto lepiej wygląda na zatrzymanym screenie.