W polityce wielkie słowa bardzo często służą ukrywaniu małych intencji. Tak było i tym razem. Uzasadnienie weta obudowano terminami, które brzmią podniośle i dobrze układają się w publicznym obiegu: suwerenność, niezależność, bezpieczeństwo. To słownik, który uruchamia emocjonalny odruch aprobaty. Kto bowiem chciałby występować przeciw suwerenności? Kto miałby odwagę powiedzieć, że niezależność państwa nie jest wartością? Problem polega na tym, że polityczny patos bywa często odwrotnie proporcjonalny do prawdy.
W ustawie o SAFE nie chodziło przecież o rozmontowywanie państwa ani o przekazywanie komukolwiek kontroli nad jego strategicznymi kompetencjami. Chodziło o stworzenie krajowego mechanizmu obsługi środków przeznaczonych na wzmacnianie bezpieczeństwa. A więc, mówiąc najprościej, o budowanie sprawności państwa tam, gdzie dziś sprawność ta jest jedną z podstawowych miar realnej suwerenności.
I tu dochodzimy do sedna. Polska polityka nadal zbyt często myśli o suwerenności w kategoriach symbolicznych, niemal romantycznych. Jakby była ona przede wszystkim gestem odmowy, demonstracją odrębności, teatralnym potwierdzeniem, że „nikt nam nie będzie mówił”. Tymczasem suwerenność nowoczesnego państwa nie polega na izolacji ani na ostentacyjnym dystansie. Polega na zdolności do skutecznego działania w warunkach współzależności. Państwo suwerenne to dziś nie to, które najgłośniej mówi „nie”, lecz to, które potrafi skutecznie organizować własne bezpieczeństwo, pozyskiwać środki, wzmacniać instytucje i budować odporność na kryzysy.
Suwerenność nie jest nastrojem. Jest kompetencją.
Tymczasem prezydenckie weto wydaje się podporządkowane logice zupełnie odmiennej. Nie logice państwa, lecz logice konfliktu. Nie perspektywie ciągłości instytucjonalnej, lecz perspektywie bieżącego sporu politycznego. W sprawach tak zasadniczych głowa państwa powinna występować jako strażnik czegoś więcej niż interes własnego obozu. Powinna ważyć racje z poziomu państwowego trwania, a nie z poziomu politycznej konkurencji z rządem. Jeśli jednak centralnym pytaniem przestaje być „czy to wzmacnia bezpieczeństwo Polski?”, a staje się nim „kto będzie beneficjentem sukcesu?”, wówczas przestajemy obracać się w sferze racji stanu, a zaczynamy w sferze politycznej małostkowości.
To szczególnie niebezpieczne właśnie dlatego, że obronność nie wybacza pozorów. W wielu obszarach polityki można jeszcze przykryć brak skuteczności narracją, odwrócić uwagę symbolami, zagłuszyć słabość retoryką. Bezpieczeństwo państwa działa inaczej. Ono wcześniej czy później weryfikuje wszystko: kompetencję, instytucje, decyzje, zaniechania. Tam populistyczna demonstracja szybko zderza się z rzeczywistością.
Nieprzypadkowo więc projekt zaproponowany przez prezydenta w zamian budzi tak zasadnicze wątpliwości. Nie pojawiają się w nim nowe środki finansowe, nie pojawia się nowa jakość w zakresie realnego wzmacniania bezpieczeństwa, pojawia się natomiast próba poszerzenia wpływu prezydenta. Jest w tym coś znamiennego: kiedy nie da się przekonująco obronić skuteczności własnego rozwiązania, przesuwa się dyskusję na grunt kompetencyjny. Zamiast odpowiedzi na pytanie, jak wzmacniać państwo, dostajemy sugestię, że należałoby przedefiniować układ prerogatyw.
To metoda dobrze znana: zmieniać praktykę ustrojową bez zmiany konstytucji, metodą drobnych przesunięć, precedensów i politycznych nacisków. Krok po kroku. Nie przez uczciwą debatę o modelu ustroju, lecz przez wykorzystywanie kolejnych sporów jako okazji do przesuwania granic. Problem polega na tym, że państwo nie staje się przez to silniejsze. Przeciwnie, staje się bardziej wewnętrznie niespójne, bardziej podatne na konflikt i mniej zdolne do koncentracji na celach strategicznych.
Weto wobec ustawy o SAFE jest więc czymś więcej niż jednorazowym aktem politycznej obstrukcji. Jest kolejnym objawem głębszej słabości polskiego życia publicznego: niezdolności do uznania, że istnieją sfery, w których rywalizacja partyjna powinna napotykać granice. Że państwo nie może być permanentnie podporządkowane taktyce. Że nie każdą decyzję wolno mierzyć skalą politycznego zysku.
Być może właśnie to jest dziś najpoważniejszym problemem polskiej polityki: utrata zdolności odróżniania spraw ważnych od spraw użytecznych. Użyteczne jest to, co pozwala osłabić przeciwnika. Ważne jest to, co wzmacnia państwo. Gdy jedno myli się z drugim, zaczyna się erozja powagi instytucji.
I dlatego prezydenckie weto trudno uznać za przejaw odpowiedzialnej troski o suwerenność. Jest raczej przykładem, jak łatwo suwerenność staje się dekoracją, efektownym słowem użytym po to, by zamaskować decyzję podszytą politycznym interesem.
A państwo, jak zwykle, zostaje z konsekwencjami.