Sezon 2026 Karola Jabłońskiego to opowieść właśnie o tej prawdzie. O mistrzu, który nie potrzebuje już niczego udowadniać, a mimo to wciąż wychodzi na lód, jakby miał w kieszeni pierwszą licencję i ambitne marzenie. Efekt? Komplet medali z najważniejszych imprez sezonu: złoto mistrzostw Ameryki Północnej, srebro mistrzostw świata, brąz mistrzostw Europy. Brzmi jak résumé kogoś, kto dopiero „wchodzi w prime”. Tymczasem mówimy o człowieku, który ma 63 lata i rywalizuje z zawodnikami młodszymi o niemal cztery dekady.

Najpierw Szwecja, potem Polska. A na końcu: Bukowo i wyścig z czasem
Ten sezon zaczął się jak typowa historia o sportach zależnych od natury: dużo planów, dużo logistyki, a potem jeden komunikat, który wszystko przewraca. W Szwecji – gdzie miały odbyć się regaty – zabrakło lodu. Flota bojerowa wróciła do Polski w trybie „awaryjnym”, a rzeczywistość dopisała do scenariusza coś, co w innych dyscyplinach byłoby nie do pomyślenia: dwie najważniejsze imprezy sezonu rozegrane w dwa dni.
W Dąbkach, na jeziorze Bukowo, tempo było mordercze – nie tylko na trasie. Zawodnicy dostali sport w wersji skondensowanej: mniej odpoczynku, mniej regeneracji, więcej decyzji podejmowanych „na już”. Dla młodych test formy. Dla weteranów – test charakteru. I właśnie tu Karol Jabłoński pokazał, dlaczego jest legendą.

Prawie trzynaste złoto świata. „Gdyby nie kolizja…”
W mistrzostwach świata rywalizacja miała twarz konkretnego przeciwnika: Rasmusa Maalinna, 26-letniego Estończyka – utalentowanego zawodnika, którego Jabłoński od lat wspiera sprzętowo. Ten szczegół jest jak mały paradoks sportu najwyższej próby: mistrz nie tylko walczy o swoje, ale równocześnie potrafi budować klasę rywali, bo wierzy w rozwój dyscypliny. A potem spotyka ich na starcie – i musi być bezwzględny.
Ostatecznie Maalinn wygrał, a Jabłoński zdobył srebro mistrzostw świata z wynikiem 13 punktów netto (Maalinn – 8). Sam Polak podkreślał, że kolizja w drugim wyścigu, nie z jego winy, kosztowała go stratę, której nie dało się już odrobić, szczególnie gdy wiatr zaczął słabnąć w decydujących momentach. Jednocześnie – i to brzmi jak esencja lodu – szybka reakcja uratowała go przed poważnym zderzeniem, które mogłoby skończyć się nie tylko rozbitym sprzętem, ale i kontuzją.
I w tym miejscu warto się zatrzymać. Bo w wielu dyscyplinach błąd oznacza „gorszy czas”. Tu błąd bywa kwestią zdrowia. A mimo to Jabłoński wychodzi z tego z walką o złoto, a nie z kalkulatorem strat.

Dzień później mistrzostwa Europy. Brąz wywalczony bólem
Jakby srebro świata nie było wystarczającym wysiłkiem, następnego dnia rozpoczęły się mistrzostwa Europy. Bez luksusu regeneracji. Bez „resetu”. Zmienne warunki i słaby wiatr wymuszały długie sprinty na starcie – a to zabija nogi nawet wtedy, gdy organizm jest wypoczęty.
Tym razem Jabłoński wyszedł na lód z bagażem, którego nie widać w tabeli wyników: naciągnięte ścięgno Achillesa, bolesne zakwasy, lekkie przeziębienie. A mimo to – brąz mistrzostw Europy z wynikiem 19 punktów, tuż za Łukaszem Zakrzewskim, który zdobył srebro (18). Zwyciężył ponownie Maalinn (9).
Jabłoński powiedział wprost: granice wytrzymałości zostały przekroczone. Ale – i to jest jego znak firmowy – gdy ciało mówi „stop”, on wciąż potrafi wygrać głową: taktyką, doświadczeniem, wyborem momentu, czytaniem lodu i wiatru lepiej niż inni czytają własny puls.
Komplet medali – i komplet sensów
Łatwo jest napisać, że to „sezon marzeń”. Trudniej zauważyć, co naprawdę stoi za tym kompletem:
Złoto mistrzostw Ameryki Północnej – dowód, że forma nie jest przypadkiem, tylko jakością.
Srebro mistrzostw świata – dowód, że nawet gdy zabraknie odrobiny szczęścia, zostaje mistrzostwo rzemiosła.
Brąz mistrzostw Europy – dowód, że sport nie kończy się na świeżości mięśni, tylko na odporności psychiki.
I dlatego ten sezon jest „królewski”. Nie dlatego, że w tabeli są medale. Tylko dlatego, że w każdej z tych historii jest element, który w sporcie kocha się najbardziej: powrót, walka, presja, chaos i człowiek, który umie to wszystko udźwignąć.
Liczby, które mówią same za siebie
Ogólny dorobek medalowy Karola Jabłońskiego jest dla żeglarstwa lodowego tym, czym wielkie rekordy dla królowej sportu: punktem odniesienia.
Mistrzostwa świata: 12 złotych, 7 srebrnych, 1 brąz
Mistrzostwa Europy: 7 złotych, 2 srebrne, 1 brąz
Mistrzostwa Ameryki Północnej: 3 złote, 1 brąz
Ale nawet te liczby nie oddają najważniejszego. Bo największe wrażenie robi nie to, ile razy wygrywał. Tylko to, że wciąż potrafi wygrywać.
Puenta: wiek to liczba, ale mistrzostwo to nawyk
Karol Jabłoński mówi, że regeneracja w tym wieku trwa dłużej. I to jest szczere, ludzkie zdanie, które powinno zamknąć temat. A jednak go nie zamyka, bo po nim przychodzi drugie: że to „cud”, iż nadal może rywalizować na najwyższym poziomie.
Tylko że w sporcie cuda zwykle mają dużo wspólnego z pracą, dyscypliną i głową. A jeśli coś jest tu naprawdę niezwykłe, to fakt, że w świecie, w którym wszyscy gonią „nowość”, on wciąż pokazuje wartość tego, co stare i sprawdzone: doświadczenia, odwagi i taktycznej mądrości.
Na lodzie nie wygrywa się metryką. Na lodzie wygrywa się charakterem. A ten – jak widać – Karol Jabłoński ma wciąż królewski.
Oficjalne wyniki (DN, Gold Fleet):
MŚ: 1. Rasmus Maalinn (Estonia) – 8.0 pkt; 2. Karol Jabłoński (Polska) – 13.0 pkt; 3. Argo Vooremaa (Estonia) – 20.0 pkt
ME: 1. Rasmus Maalinn (Estonia) – 9.0 pkt; 2. Łukasz Zakrzewski (Polska) – 18.0 pkt; 3. Karol Jabłoński (Polska) – 19.0 pkt