14 lutego. Walentynki. Tak, tak - piękny dzień. W głowie układają się plany: może kolacja, może spacer, może po prostu spokojny wieczór z bliskimi i to miękkie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. Tego dnia w powietrzu zwykle jest więcej ciepła, uśmiechów, drobnych gestów.

Ale choroba nie wybiera. A już na pewno nie pyta o datę w kalendarzu — tym bardziej, gdy chodzi o dzieci.
Trafiło i na nas. Synek zaczął się bardzo źle czuć. Weekend, późna godzina… W takich chwilach rodzicowi serce bije inaczej: szybciej, głośniej, jakby cała uwaga świata zwężała się do jednego małego człowieka i pytania: co mu jest? czy na pewno wszystko będzie dobrze?

Pojechaliśmy więc po pomoc doraźną w Koszalinie — na teren Szpitala Wojewódzkiego. I tu, Drodzy Państwo, zaczyna się historia, którą bardzo chciałam się podzielić.
Najpierw wizyta na pomocy doraźnej: opis sytuacji, badanie, a następnie skierowanie na Izbę Przyjęć Dziecięcą. Wszystko przebiegło sprawnie, bez chaosu, bez niepotrzebnego zamieszania — a w takiej sytuacji to już samo w sobie jest ogromnym wsparciem.
Jednak najbardziej chcę podkreślić coś innego. Coś, co zostaje w człowieku na długo po tym, jak opadną emocje.
Na Izbie Przyjęć Dziecięcej spotkałam zespół ludzi naprawdę empatycznych — i przy tym bardzo profesjonalnych. Ludzi, którzy potrafią być przy rodzicu i przy dziecku jednocześnie: spokojni, uważni, serdeczni. Tak po prostu — ludzcy.
Ta wiadomość jest wielkim podziękowaniem dla całego zespołu dyżuru Izby Przyjęć Dziecięcej w Koszalinie z dnia 14.02.2026 r. Dla wszystkich, którzy otoczyli nas opieką. Dla tych, którzy byli przy nas, informując na bieżąco, co się dzieje, na co trzeba poczekać, ile może potrwać pobyt.
W stresie rodzic często nie słyszy połowy słów, często myśli „na raty”. Dlatego każde spokojne zdanie, każda jasna informacja i cierpliwość — mają ogromną moc.
Lekarz, który był na dyżurze, skrupulatnie wyjaśnił nasz przypadek, przedstawiając możliwości i mówiąc wprost, co mamy do wyboru. Bez pośpiechu. Bez lekceważenia. Bez tego chłodu, którego czasem ludzie boją się w szpitalach.
A cała obsada dyżuru wprowadzała taką atmosferę, że nawet ja — jako mama — nie miałam tej chwili zwątpienia, tej czarnej myśli, która czasem przychodzi w takich miejscach, gdy człowiek jest „zrozpaczony” o własne dziecko. Było w tym coś kojącego: pełen profesjonalizm, a przy tym uśmiech na twarzy, miły głos, życzliwość w spojrzeniu.
W sobotni wieczór, w szpitalu, z chorym dzieckiem — a ja poczułam, że jesteśmy w dobrych rękach.
Naprawdę bardzo dziękuję wszystkim obecnym tego wieczoru na dyżurze. Drodzy Państwo, zasługujecie na wielkie podziękowania. Duże „dziękuję” ode mnie i od nas.
Chylę czoła, bo praca, którą wykonujecie, jest ogromnie ciężka. Stresująca. Wymaga pełnej gotowości, koncentracji i zaangażowania. Wymaga też czegoś, czego nie da się nauczyć z podręcznika: umiejętności bycia z drugim człowiekiem w jego lęku.
A jednak potraficie — mimo zmęczenia, mimo natłoku spraw — dawać pacjentom i ich rodzinom poczucie, że nie są sami.
Uważam, że trzeba o tym mówić. Że warto dzielić się nie tylko trudnymi historiami, ale też tym, co dobre. Tym, jak jesteśmy traktowani. Jak możemy być zaopiekowani — z szacunkiem, z czułością, z uważnością.
Dlatego jeszcze raz: Załodze z dnia 14.02.2026 r. z Izby Przyjęć Dzieci w Koszalinie życzę wytrwałości, życzę niegasnącego serca do pacjentów, życzę Wam wszystkiego, co najlepsze — prywatnie i zawodowo.
Dziękuję za troskę i opiekę.
PS. Synek miewa się lepiej.