Nowa sieć ma dać przede wszystkim bezpośrednie połączenia z Koszalinem, a przy okazji przejąć część dowozów szkolnych, co gminom może przynieść realne oszczędności. Na papierze wygląda to jak modelowy przykład „zamazywania” białych plam komunikacyjnych.
Tyle że w praktyce, gdy w grę wchodzi publiczne dofinansowanie zawsze pojawia się pytanie: kto na tym zyska, a kto straci. Lokalni przewoźnicy zaczęli protestować. Ich argument jest prosty, emocjonalny, ale też bardzo konkretny: „Dlaczego praca i pieniądze mają odpłynąć z regionu do podmiotu z zewnątrz?”
W tle pojawiały się informacje, że usługi miałby realizować PKS Gryfice. Dla części firm działających na miejscu oznaczałoby to nie tylko spadek przychodów, ale nawet zwolnienia i ryzyko upadku.
Problem nie w autobusach. Problem w zaufaniu
To nie jest spór o to, czy transport publiczny jest potrzebny. Bo jest. I nie trzeba wielkich analiz, żeby zrozumieć mieszkańców takich miejscowości jak Mierzyno w gminie Świeszyno, czy Cewlino w gminie Manowo, którzy od lat mówią wprost: „Nie mamy jak dojechać do Koszalina”. Dla nich autobus to warunek normalnego życia. Spór dotyczy czegoś innego: czy projekt ma być ratunkiem dla wykluczonych, czy narzędziem do przestawienia lokalnego rynku cudzą ręką.
Przewoźnicy zarzucają samorządowi brak dialogu i pomijanie ich na starcie. Podkreślają, że działają komercyjnie, więc nie utrzymają kursów, które się nie spinają. Bo nikt im do nich nie dopłaca. To prawda, ale... Dla nich zysk był najważniejszy. Do tej pory na rynku przewozów byli monopolistami. I w pełni korzystali z tej pozycji ustalając m.in. ceny biletów. A przecież mogliby tak skalkulować swoje przychody, by ze względów społecznych utrzymywać linie mniej rentowne. Tak robią np. sklepy sieciowe. W praktyce sieci handlowe często utrzymują placówki przynoszące straty lub balansujące na granicy opłacalności. Powód jest prosty: w modelu sieciowym nie zawsze liczy się wynik jednej lokalizacji. Ważniejsze są cele strategiczne takie jak np. blokowanie konkurencji. Teraz, gdy pojawiają się publiczne pieniądze, nagle „to, co się nie opłacało”, zaczyna się opłacać.
Starosta: „Oni patrzą biznesowo, my patrzymy społecznie”
Starosta Tomasz Tesmer odpowiada, że przewoźnicy patrzą na projekt od strony biznesowej, a powiat ma obowiązek patrzeć na wykluczenie komunikacyjne. Pada też pytanie, które brzmi jak wyrzut: skoro wcześniej kursy były nieopłacalne, to co się zmieniło, że teraz przewoźnicy mówią „my też możemy”?
Zmieniło się dokładnie to, co zmienia wszystko w takich projektach: pojawiło się finansowanie. I to nie jest żadna hipokryzja rynku, tylko jego naturalna logika. Jeśli państwo dopłaca do kursów, można jeździć szerzej, taniej, częściej, a także tam, gdzie wcześniej było pusto.
Senator wchodzi do gry: „Konkurs powinien być zasadą”
Do sprawy włączył się senator Stanisław Gawłowski, który w piśmie do starosty pyta o tryb wyłaniania operatora i procedury. W skrócie: konkurs powinien być regułą, a tryb bezpośredni wyjątkiem. To ważny sygnał, bo spór przestaje być tylko „lokalną kłótnią o autobusy”. Zaczyna dotyczyć standardów przejrzystości: jak wybiera się wykonawcę, na jakich zasadach, i czy rynek lokalny ma równe szanse. Ostatecznie starosta zapowiedział, że wykonawcę wyłoni konkurs ofert. To może rozładować część napięcia ale nie zamyka tematu.
Prawdziwe pytanie brzmi: jak zrobić to mądrze?
Bo komunikacja publiczna to system naczyń połączonych. Jeśli nowe, dotowane kursy wejdą na trasy, które już dziś funkcjonują komercyjnie, może się okazać, że mieszkańcy zyskają, ale lokalne firmy stracą, a rynek przewozowy „zdechnie” tam, gdzie dotacji nie będzie. I wtedy zostaniemy z jednym przewoźnikiem, jedną siatką połączeń i jednym pytaniem: co będzie, gdy skończy się finansowanie albo zmienią się priorytety? Gdy to lokalni przewoźnicy otrzymają dodatkowe kursy, zwiększą swoje zyski i pozostaną dalej na swoich liniach monopolistami.
Autobus jako symbol: wspólne dobro czy polityczny łup?
Ten projekt może być sukcesem jeśli będzie oparty na uczciwych zasadach i realnym rozpoznaniu potrzeb. Może też stać się kolejną historią o tym, jak dobra idea została utopiona w braku dialogu, w poczuciu krzywdy i w podejrzeniach o „ustawianie” rynku. Dla mieszkańców liczy się w zasadzie tylko jedno: żeby autobus wreszcie przyjechał. Dla samorządów: żeby publiczne pieniądze wydać mądrze. Dla przewoźników: żeby nie zostać wypchniętym z własnego podwórka. A dla wszystkich razem, żeby w tej historii nie wygrała logika „kto kogo”, tylko logika usługi publicznej, która naprawdę służy ludziom.
Bo transport zbiorowy to nie tylko rozkład jazdy. To sprawdzian państwa i samorządu z odpowiedzialności. I sprawdzian lokalnej wspólnoty z tego, czy potrafi się dogadać zanim wyruszy w trasę.