Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.
16 Kwietnia 2021 godz. 5:42
Art za Arskom,
 

Szczęsny kontra Fabiański. Nowy selekcjoner strzelił sobie w kolano?

Jedną z pierwszych decyzji Paulo Sousy jako nowego selekcjonera reprezentacji Polski było mianowanie Wojciecha Szczęsnego na pierwszego bramkarza biało-czerwonych. Tymczasem trudno będzie się dziwić, jeśli ostatecznie w czasie Euro 2020 między słupkami naszej bramki po raz kolejny stanie doświadczony Łukasz Fabiański. Formą Szczęsnego zaniepokojeni są zarówno polscy kibice, których zawiódł w meczu z Węgrami, jak i włoscy dziennikarze, którzy podkreślają lepszą grę 43-letniego „emeryta” Gianluigiego Buffona. Tymczasem Fabiański w swoim stylu – cicho i spokojnie – prowadzi West Ham do historycznego sukcesu w Premier League. Gdyby Wojciech Szczęsny prowadził pamiętnik, początek 2021 roku nie byłby w nim zbyt entuzjastycznie opisywany. Do fatalnego meczu z Węgrami w reprezentacyjnym debiucie Paulo Sousy dołożył niepewną grę w przegranym dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Juventusu z FC Porto czy zawalone w pojedynkę derby z Torino. Trudno się dziwić trenerowi Starej Damy Andrei Pirlo, że w niezwykle ważnym meczu z zespołem z Neapolu postawił na weterana, 43-letniego Gianluigiego Buffona. – Miał mimo wszystko zagrać Wojtek, ale porozmawiałem z nim, czuł zmęczenie, potrzebował wyłączyć na chwilę głowę i odzyskać energię. Z Napoli zagrał Gigi, ale Szczęsny wciąż jest numerem jeden. Kiedy odzyska energię, znów będzie grał dobrze – tłumaczył swoją decyzję Pirlo. Ta niespodziewana roszada w bramce przypadła na moment, w którym konkurent Szczęsnego do miejsca w reprezentacyjnej bramce, Łukasz Fabiański, jest w wybornej formie, a jego West Ham United walczy o najlepszy wynik w historii swoich występów w Premier League. Czy to sprawi, że Paulo Sousa rozważy postawienie na bramkarza angielskiego klubu w mistrzostwach Europy? Z weteranem nie przegrywają To, co kibice widzą gołym okiem – czyli niepewną grę Wojciecha Szczęsnego – oddają również statystyki. „La Gazzetta dello Sport” niedawno porównała wyniki Juventusu z Buffonem w bramce i z Polakiem między słupkami. Wnioski? Rezerwowy weteran jest talizmanem Starej Damy. Z nim w składzie zespół nie przegrał w tym sezonie ani jednego spotkania, trzy razy remisując i odnosząc aż osiem zwycięstw. W ponad 50 procentach występów zachował czyste konto i wpuszczał średnio niewiele ponad pół gola na mecz. Wystąpił we wszystkich spotkaniach Coppa Italia, doprowadzając Juve do finału po zwycięskim dwumeczu z rządzącym w tym sezonie na włoskich boiskach Interem Mediolan. Jak na tym tle przedstawia się Szczęsny? Po prostu słabo. W 32 meczach wpuścił 32 bramki, tylko osiem razy zachowując czyste konto (Buffonowi ta sztuka udała się sześciokrotnie w 11 spotkaniach). Do tego niestety dochodzi skłonność do popełniania błędów w momentach, kiedy szczególnie nie powinien tego robić, na co zwracają uwagę eksperci. – Polak jest dobrym bramkarzem, ale nie mistrzem. Dlatego przeplata świetne parady z trywialnymi błędami i rzadko robi różnicę, kiedy jest to naprawdę potrzebne. Wszyscy się mylą, ale są tacy, którzy robią to rzadziej i nie popełniają błędów w kluczowych chwilach. Dziedzictwo Buffona byłoby trudne do udźwignięcia dla każdego, więc nie powinno się porównywać z nim Szczęsnego. Ale to prawda, że Juve zastanawia się nad swoim bramkarzem – analizuje włoski dziennikarz G. B. Olivero. Na pewno jednak sytuacja Wojtka w klubie nie jest dramatyczna. Andrea Pirlo dotrzymał słowa i przywrócił Polaka do składu na mecz z Genoą, który Stara Dama wygrała 3:1 między innymi dzięki świetnej postawie swojego golkipera, który dwukrotnie w bardzo trudnych sytuacjach uchronił zespół od straty gola. Wszystko wskazuje na to, że Wojtek dostanie kolejną szansę rehabilitacji i pokazania, że problemy z koncentracją są już za nim, w najbliższym meczu z Atalantą Bergamo. Zapowiada się trudne, wyrównane spotkanie, które będzie kluczowe w walce o wicemistrzostwo Włoch – bo trudno się spodziewać, żeby Inter wypuścił z rąk jedenastopunktową przewagę. Wedle ekspertów z firmy Totolotek, Juve nie będzie faworytem – za jedną złotówkę postawioną na nich można zarobić 2,67 (minus podatek). Ci, którzy wierzą w czyste konto Szczęsnego, mogą liczyć na kurs 4.1 za to, że Atalanta nie strzeli gola. Buffon po meczu z Napoli napisał na swoim Instagramie „Można polec, ale nie można uciekać od walki”. Te słowa pasują do obu polskich topowych bramkarzy: Szczęsny po serii wpadek walczy, żeby wrócić do wysokiej dyspozycji, a Fabiański, żeby po raz kolejny w swojej karierze pokazać, że dla reprezentacji Polski to on jest najlepszy. Liga Mistrzów na horyzoncie Podstawowym argumentem zwolenników Szczęsnego w reprezentacyjnej bramce jest fakt, że na co dzień gra on w lepszej drużynie i generalnie jest postrzegany jako fachowiec, którego stać na grę na wyższym poziomie. Czy to jednak aby na pewno prawda? W tym momencie West Ham zajmuje czwarte miejsce w Premier League, premiowane grą w Lidze Mistrzów. Wyprzedza takie firmy jak Chelsea, Liverpool, Tottenham czy Arsenal. „Młoty” są bliskie poprawienia swojego najlepszego wyniku w historii występów w Premier League, kiedy to w sezonie 1998/99 zajęły piątą lokatę. W najbliższy weekend mogą zrobić kolejny krok zbliżający ich do celu. Wedle ekspertów z zakładów bukmacherskich Totolotek, w meczu wyjazdowym z Newcastle to West Ham będzie zdecydowanym faworytem (kurs 3.75 na „Sroki”, a 2.05 na „Młoty). Od powrotu w 2012 roku do PL, West Ham przeważnie zajmował miejsca w drugiej połowie ligowej tabeli, częściej broniąc się przed spadkiem niż marząc o europejskich pucharach. W zeszłym sezonie zespół z London Stadium zajął 16 miejsce, gromadząc w 38 kolejkach zaledwie 39 punktów – to wynik, który nierzadko nie wystarcza do uchronienia się przed spadkiem. Skąd taka metamorfoza w grze londyńskiego zespołu? Według managera Davida Moyesa, ważną rolę w marszu ku Lidze Mistrzów odgrywa Fabiański. – Jest ostatnio we wspaniałej formie i to nam bardzo pomaga. Każdy klub potrzebuje topowego bramkarza i jesteśmy szczęściarzami, że takiego mamy. Wystarczy spojrzeć na to, jak dużą rolę w zeszłosezonowych sukcesach Liverpoolu i obecnych Manchesteru City odegrali właśnie golkiperzy. Jestem zdania, że Łukasz gra obecnie najlepiej w karierze, jego parady i występy były wybitne. Cieszę się, że przedłużyliśmy z nim umowę o kolejny sezon. To nie tylko świetny facet, z którym dobrze się pracuje, ale przede wszystkim bardzo dobry bramkarz – wychwalał Fabiańskiego niedawno manager West Hamu. Słowa Moyesa to nie są tylko kurtuazyjne pochwały szefa dla pracownika. Fabiański, mimo posiadania przed sobą dość przeciętnej defensywy, z dziewięcioma meczami z czystym kontem zajmuje szóste miejsce wśród bramkarzy z Premier League. W tym sezonie opuścił tylko dwa występy ze względu na kontuzje, poza tym gra zawsze. Obronił 85 strzałów, nie popełniając w całym sezonie ani jednego błędu, który bezpośrednio poskutkowałby utratą gola (dla porównania Alisson popełnił trzy takie błędy a Nick Pope cztery). Jednocześnie imponuje grą nogami, będąc w czołówce bramkarzy o największej liczbie celnych długich podań. Co jeszcze przemawia za „Bambim”? Przede wszystkim historia występów w kadrze. Posprząta każdy bałagan Fabiański w biało-czerwonych barwach zagrał 55 razy, Szczęsny siedem razy więcej. To wystarczająca próba, żeby na jej podstawie wysnuć kilka podstawowych wniosków. Pierwszy – gra w słabszych klubach, ze słabszą obroną, wcale nie jest dla Fabiańskiego minusem. Wręcz przeciwnie, przyzwyczajony przez lata do naprawiania błędów kolegów, lepiej odnajduje się w obronnym chaosie, który niestety często panuje w kadrze. Drugi – Łukasz w reprezentacji nie zawodzi, a Wojciechowi niestety to się zdarza. I błędy Szczęsnego, tak jak analizował włoski dziennikarz G.B. Olivero, przydarzają mu się w najgorszych możliwych momentach, wystarczy wspomnieć mecz otwarcia Euro 2012 i czerwoną kartkę w meczu z Grecją czy nasz pierwszy mecz na MŚ 2018 z Senegalem i jego złe wyjście z bramki przy drugiej bramce dla zespołu z Czarnego Lądu. Czy przypadkiem jest, że jedyny w najnowszej historii dobry występ na dużym turnieju zaliczyliśmy na Euro 2016, kiedy to Fabiański – przez kontuzję swojego rywala – był podstawowym golkiperem? Raczej nie, szczególnie kiedy przypomnimy sobie jego fenomenalne parady z meczu ze Szwajcarią czy Portugalią. Zarówno Adam Nawałka, jak i Jerzy Brzęczek czy Paulo Sousa jako bramkarza „pierwszego wyboru” woleli Szczęsnego, który w 2019 roku na spotkaniu z dziennikarzami wypalił, że „Obecnie najlepszy bramkarz na świecie (Alisson) siedział u mnie na ławce w Romie, a najlepszy bramkarz w historii (Buffon), jest rezerwowym w Juventusie. Więc jeśli Łukasz będzie grał w kadrze, to on będzie najlepszy w historii”. Patrząc na ich obecną dyspozycję, Fabiański nie musi być najlepszy w historii, żeby grać. Wystarczy, żeby robił to, co umie najlepiej – świetnie bronił i zachował pełny spokój. Wtedy selekcjoner powinien jeszcze raz się zastanowić, czy stawiając na bramkarza Juventusu zanim nawet zobaczył go na treningu i porównał z rywalem, nie strzelił sobie czasem w kolano.  
16 Kwietnia 2021 godz. 5:37
Art mat.inf.
 

Świat sponsoringu sportowego – legendarne współprace i miliardowe wydatki na promocje

Kiedy w 1928 roku Coca-Cola dostarczając napoje dla amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie zamieściła przy tym swoje reklamy, być może jeszcze nieświadomie rozpoczęła erę sponsoringu w sporcie. Pół wieku później ten sposób reklamowania wkroczył na stadiony w USA i Europie Zachodniej, a potem dotarł również do środowisk klubowych w Polsce.[1] Według najnowszego raportu Sports Sponsorship Investment[2] wydatki firm na reklamę i marketing sportowy na 2020 rok były szacowane na 48 miliardów dolarów. A w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosły o około 20 proc. Liczby te zweryfikowała pandemia i mocno ograniczyła dotychczasowe działania globalnych marek, ale czy całkowicie? Jakie branże wydają najwięcej na sponsoring sportowy i z którymi legendarnymi klubami współpracują? Jakie trendy zdominują ten sektor w kolejnym pandemicznym roku? Sponsoring sportowy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przeszedł ewolucję od prezentacji logotypów na szyldach reklamowych do realizacji złożonych kampanii promocyjnych, w których zaangażowane są nie tylko marki, ale i znane osobistości świata sportu. Firmy, które inwestują w tę dziedzinę, jako najważniejsze wymieniają budowę świadomości marki i jej wizerunku, prestiż, zawiązywanie emocjonalnych relacji z odbiorcami i wzrost lojalności wobec marki, ze sprzedażą swoich produktów na czele. Badania zachowań konsumentów wielokrotnie potwierdzały, że ludzie chętniej nabywają artykuły sponsorów, a nawet czasem są skłonni zapłacić więcej, jeśli wspiera bliskie im drużyny, reprezentacje czy zawodników. Sponsoring sportowy – kto wydaje najwięcej? Według raportu Sports Sponsorship Investment najwięcej na sponsoring sportu wydają branże: finansowa (5,3 mld dolarów w 2019 roku), motoryzacyjna (2,4 mld), sprzedaż detaliczna (1,3 mld), telekomunikacyjna (1 mld) i alkoholowa (0,85 mld). Ta ostatnia budzi najwięcej emocji, bo pojawiają się głosy sprzeciwu, że tzw. „procentów” nie powinno się mieszać z rywalizacją sportową. Te głosy są jednak w mniejszości, a pokazują to roczne wydatki na sponsoring właśnie w tej branży. Jeszcze kilka lat temu zbadał je portal Sportcal.com [3]i oszacował, że to około 765 mln dolarów i prognozuje się, że będą rosły. Z raportu wynikało, że w czołowej dziesiątce firm osiem to kompanie piwowarskie. To głównie efekt tego, że w wielu krajach na świecie reklama piwa, pod pewnymi warunkami, jest dozwolona. Dalej w kolejności byli producenci szampana, wina i cydru. Branża piwna w świecie sponsoringu sportowego Marki browarnicze liczą na dotarcie do masowego odbiorcy, a do tego piwo jest zwykle najtańszym dostępnym alkoholem i kojarzonym ze sportem oglądanym przez kibica. Z tego powodu tak często możemy oglądać piwne brandy w sportowych realiach. - Po pierwsze jest tu wysoka zbieżność grup docelowych. Kibice znacząco pokrywają się z konsumentami piwa. Co więcej, obydwie grupy są populacyjnie bardzo duże i regularnie spożywają ten rodzaj alkoholu, więc tym bardziej są atrakcyjne dla koncernów – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. Potentatem jest amerykański Anheuser-Busch InBev, który wydaje około 250 mln dolarów rocznie (jako marka Bud Light) na partnerstwo z ligą amerykańskiego footballu NFL, a do tego jest także oficjalnym sponsorem reprezentacji Anglii w piłce nożnej. Kolejna marka z tej kompanii – Budweiser od 1994 roku jest sponsorem mundialu w piłce nożnej, czyli jednej z największych imprez sportowych na świecie. Wydaje rocznie około 85 mln dolarów. - Marki alkoholi, w tym głównie piwa, zwróciły się w stronę sportu w nadziei, że dotrą do podstawowej grupy docelowej, czyli mężczyzn w średnim wieku. Liczą, że współpraca z zespołami i zawodnikami, udział w zwycięstwach i porażkach sprawi, że zbudują też lojalność wśród kibiców – podsumował Conrad Wiacek ze Sportcal. Prysznic po bawarsku Kompanie piwowarskie działają nie tylko przy największych wydarzeniach sportowych, ale są też sponsorami klubów. Często dotyczy to lokalnych browarów. Jednym z przykładów jest długoletnia współpraca Bayernu Monachium i Paulanera. Każde mistrzostwo Niemiec w XXI wieku, a Bayern zdobył ich aż 14, jest świętowane podobnie. Jeszcze na murawie piłkarze dostają kilkulitrowe pokale wypełnione piwem, biegają po boisku i próbują oblać kolegę z drużyny, trenerów lub działaczy. Relacje ze świętowania zwykle obiegają cały świat. Producent piwa wykorzystuje też bardzo popularne w Niemczech święto Oktoberfest. Piłkarze z partnerkami zakładają bawarskie stroje i biorą udział w piwnej biesiadzie. Do tego za każdego gola w lidze Paulaner przekazuje 100 litrów piwa dla kibiców. W tym sezonie sam Robert Lewandowski, zapewnił fanom Bayernu już 3500 litrów. Choć najczęściej sport sponsorują koncerny piwowarskie, to na taki krok decydują się także producenci win i szampanów, a nawet mocniejszych trunków. W tym przypadku częściej dotyczy to dyscyplin „elitarnych”, kojarzących się zamożnością i prestiżem, ale także współpracujących z legendarnymi klubami sportowymi. Kiedy jeden diabeł szuka drugiego – sponsoring sportowy w świecie win Jednym z ciekawych przykładów z branży winiarskiej jest współpraca Manchesteru United i Casillero del Diablo. W tym przypadku można mówić o naturalnym partnerstwie. Angielski klub nosi bowiem przydomek „Czerwone Diabły”, a cała legenda wokół chilijskiego wina jest osnuta na diable, który pilnuje szlachetnego trunku. Inicjatywa współpracy wyszła z Manchesteru, który w 2010 roku miał wysłać list, że „szuka jeszcze jednego diabła” do zespołu. Efektem partnerstwa są reklamy wina na bandach podczas meczów Premier League, ale także filmy reklamowe z udziałem największych gwiazd drużyny m.in. Zlatana Ibrahimovicia, Waynea Rooneya, Juana Maty czy Davida De Gei. We wspólnie zorganizowanym konkursie „Spotkanie Legend" do wygrania jest wyjazd dla 26 osób z całego świata, w tym z Polski, na stadion Manchesteru United i rozegranie meczu o Puchar Diabła na murawie Old Trafford. - Te dwie wielkie firmy łączy nie tylko diabeł, ale też to, że należą do marek premium. Manchester to jeden z najbardziej znanych klubów sportowych na całym świecie. W 2020 roku był warty ponad 3,8 mld dolarów, co dało mu dziesiąte miejsce w rankingu i trzecie wśród klubów piłkarskich - podkreśla Dawid Piotrowski, specjalista ds. marketingu marki Casillero del Diablo. - Z kolei Casillero del Diablo to ikona win z Nowego Świata i najbardziej znane wino z Ameryki Południowej. To najlepszy ambasador Chile na całym świecie. Jest obecne w większej liczbie krajów na świecie niż działa chilijskich ambasad. A więc zarówno w piłce nożnej, jak i w produkcji wina łączy nas nasz legendarny duch, determinacja i pasja do doskonałości. Świeżym przykładem, że koronawirus nie stanął na drodze branży alkoholowej w inwestowaniu w sport, jest podpisana pod koniec marca czteroletnia umowa między Hiszpańskim Związkiem Piłki Nożnej, a winnicą Familia Torres. Marka wina Sangre de Toro (Krew byka) została sponsorem reprezentacji kobiet, mężczyzn i zespołów młodzieżowych U-21 Hiszpanii. Będzie widoczna podczas najważniejszych imprez - mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich. Producent wina zaznacza, że piłka nożna to największe źródło rozrywki na świecie. 2 miliardy ludzi oglądało Euro w 2016 roku, a prawie 3,6 mld mundial dwa lata późnej i podkreśla, że wpływ na sprzedaż produktów jest ogromny. - Dzielimy się naszą miłością do piłki nożnej z kibicami i wspieramy reprezentacje. Chcemy wspólnie świętować życie i wznosić toasty za zwycięstwa z przyjaciółmi i rodziną. Piłka nożna i wino łączą ludzi, a także budują przyjaźnie - mówi Sanda Sanabria, dyrektor marketingu marki. Szampan i truskawki ze śmietaną Jedną z tradycji tenisowego turnieju na Wimbledonie są szampan i truskawki ze śmietaną. Co roku na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club sprzedaje się około 28 ton owoców i 25 tys. butelek „wina z bąbelkami”. Francuski szampan Lanson jest oficjalnym partnerem wielkoszlemowego turnieju od 2001 roku, a współpracuje od 1977 roku. Przygotowuje specjalne edycje butelek, których grafika nawiązuje do tenisowej rakiety czy zielonej murawy, na której grają tenisiści. Na partnerstwo z najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym wydaje około 4 mln dolarów rocznie. Jeśli chodzi o naprawdę mocne alkohole, to od ubiegłego roku nowym partnerem najlepszej ligi koszykarskiej na świecie NBA – został koniak Hennessy. Kolejny przykład to whisky Canadian Club, które jest partnerem tenisowego turnieju Australian Open. W tym roku kanadyjska marka przedłużyła umowę o kolejne siedem lat. - Prestiżowe „produkty” sportowe są wręcz idealne do prezentowania towarów luksusowych, a zwłaszcza do budowy wizerunku tych produktów i docierania do odpowiedniej grupy docelowej. W marketingu sportowym występuje tzw. efekt aureoli, który pozwala na przenoszenie cech i atrybutów sponsorowanego wydarzenia czy klubu sportowego na reklamowany produkt – podkreśla Grzegorz Kita. Prognozy na 2021 rok – esport rośnie najmocniej Sponsoring nadal będzie mocno obecny w tradycyjnym sporcie – choćby z tego powodu, że odbędą się kluczowe imprezy przeniesione z ubiegłego roku – Igrzyska Olimpijskie w Tokio czy mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Coraz bardziej będzie rosła jego rola w e-sporcie. W 2020 roku wydatki firm sięgnęły 800 mln dolarów. To wzrost o 20 proc. w porównaniu do 2019 roku. E-sport daje możliwość kontaktu z młodszą publicznością, do której dostęp był do tej pory utrudniony. To też nowa droga dla firm, dla których promocja marek w tradycyjnym sporcie skomplikowała się z powodu pandemii. Według analizy Nielsen Sports „The changing value of sponsorship” wydatki z ery przedcovidowej na e-sport wzrosną z 347 mln dolarów do 842 mln dolarów w 2025 roku.   [1] Jarosław Kończak, Ewolucja i trendy w sponsoringu sportowym, UW [2] https://www.warc.com/newsandopinion/news/global-ad-trends-tokyo-olympics-drives-sports-sponsorship-new-record/43161 [3] „Sponsorship Sector Report: Alcoholic Beverages”; https://www.sportcal.com/News/Search/121339
31 Marca 2021 godz. 5:39
Art za Arskom, fot. Tomasz Bridmann
 

Od Domarskiego do Pazdana. Sensacyjni bohaterowie biało-czerwonych

Dziś o godz. 20.45 pozbawioną swojego kapitana i najlepszego piłkarza reprezentację Polski czeka na Wembley nie lada wyzwanie. W buty Roberta Lewandowskiego będą musieli spróbować wejść piłkarze, którzy nigdy wcześniej nie byli liderami reprezentacji Polski. Żeby wyjechać z Londynu z dorobkiem punktowym, będziemy potrzebować zaskakującego bohatera. Kto może wcielić się w rolę pogromcy Synów Albionu? Patrząc na historię, to tak naprawdę… każdy. Przeszłość naszej piłkarskiej kadry jest pełna takich postaci, a najsłynniejszą legendę – Jana Domarskiego – stworzyło właśnie Wembley. Czy pamiętacie tych bohaterów? Jan Domarski, Anglia – Polska 1:1, 17.10.1973 Kiedy myślimy o „Cudzie na Wembley”, na myśl przychodzą nam dwa nazwiska – broniącego jak w transie strzały gospodarzy Jana Tomaszewskiego, oraz zdobywcy jedynej bramki dla biało-czerwonych Jana Domarskiego. I o ile po golkiperze cały naród spodziewał się fenomenalnych interwencji, to po napastniku Stali Mielec, który nigdy w karierze nie wyrósł ponad „solidnego ligowca”, nikt się nie spodziewał cudów. A jednak – gdyby nie wcześniejsza kontuzja Włodzimierza Lubańskiego, którego miejsce w składzie „Orłów Górskiego” musiał zająć Domarski – pewnie dziś nikt nie pamiętałby o tym niezłym napastniku pochodzącym z rzeszowskiej Drabinianki.  Była 57. minuta meczu, który decydował o awansie na mistrzostwa świata w Niemczech. Grzegorz Lato pędził z piłką lewym skrzydłem, dograł do środka do niepilnowanego Domarskiego, który zdecydował się na płaski strzał z szesnastego metra. Chciał uderzać przy dalszym słupku, futbolówka zeszła mu jednak na zewnętrzne podbicie i wpadła do bramki pod brzuchem nieudolnie interweniującego Petera Shiltona. – Przyszła, naszła, zeszła, weszła – opisywał to zdarzenie po latach sam bohater i dodawał: – Fuksy są. I do dzisiaj, ponad czterdzieści lat od meczu, o tym wspominamy. Było to dzieło przypadku, bo Shilton równie dobrze mógł ten strzał obronić, no ale go wpuścił. Dla Jana Domarskiego był to jeden z zaledwie dwóch goli strzelonych w biało-czerwonych barwach i przedostatni mecz w kadrze, który zagrał w pełnym wymiarze czasowym. Lokalna gwiazda Podkarpacia, dzięki niezwykle szczęśliwemu uderzeniu, stała się bohaterem wielu pokoleń Polaków. A że Domarski nigdy nie był wybitnym napastnikiem? Czasami po prostu trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Marek Citko, Anglia – Polska 2:1, 9.10.1996 Na kolejną bramkę strzeloną przez biało-czerwonych na Wembley musieliśmy czekać blisko 23 lata. W siódmej minucie meczu eliminacji do mistrzostw świata w 1998 roku, piłka po dośrodkowaniu z prawej strony Henryka Bałuszyńskiego i przepuszczeniu piłki przez Krzysztofa Warzychę trafiła pod nogi zaledwie 22-letniego zawodnika Widzewa Łódź, Marka Citki. Dla młodego pomocnika to był debiut w meczu o punkty w narodowych barwach. Presja nie spętała mu jednak nóg. Wykorzystał szansę daną przez Antoniego Piechniczka, przyjmując dokładnie piłkę i z zimną krwią kierując ją obok wychodzącego z bramki Davida Seamana. – Gol, gol, gol, gol proszę państwa! 23 lata czekaliśmy na to, żeby Polacy strzelili bramkę na Wembley. Marek Citko i na ekranach strapiona twarz Glenna Hoddle’a – komentował spotkanie w TVP Dariusz Szpakowski. – Chciałbym zobaczyć tę twarz za półtorej godziny. Znakomita akcja, którą rozpoczął Bałuszyński. Citko w takich sytuacjach nie przebacza – dodawał współkomentujący spotkanie obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek. Niestety oblicza Anglików już wkrótce się rozchmurzyły po dublecie ich supersnajpera, Alana Shearera. To jednak nie przeszkodziło polskim kibicom w pokochaniu młodego chłopaka z Białegostoku, który dał im radość z niespełna 20-minutowego prowadzenia na Wembley. W kraju wybuchła „Citkomania” – zawodnik zwyciężył w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski 1996 roku, zostawiając za plecami chociażby złotych medalistów igrzysk olimpijskich w Atlancie. Czy reakcja fanów futbolu, którzy wynieśli pod niebiosa zawodnika, który zdobył jedną bramkę w i tak przegranym meczu była przesadzona? Na pewno, ale w dobie futbolowego marazmu każdy promyczek nadziei był na wagę złota. Cała historia, podobnie jak mecz na Wembley, nie miała jednak happyendu. – Gol z 1996 roku nie odmienił, a trochę popsuł mi życie. Kiedyś przejście dwudziestu metrów po Piotrkowskiej zajęło mi pół godziny. Citkomania była udręką, przeszkadzała – przyznawał Citko w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Do tego doszły kłopoty zdrowotne – zerwanie w 1997 roku ścięgna Achillesa, które zablokowało jego transfer do Premier League (mówiło się nawet o Liverpoolu). W efekcie jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się, podobnie jak w przypadku Jana Domarskiego, na dwóch golach. Klątwa Wembley?   Grzegorz Bronowicki, Polska – Portugalia 2:1, 11.10.2006 Najsłynniejszy mecz pod wodzą Leo Beenhakkera, i – biorąc pod uwagę olbrzymią różnicę w umiejętnościach piłkarzy – jedna z najbardziej niesamowitych wygranych w trenerskiej karierze Holendra. Spotkanie na Stadionie Śląskim w eliminacjach do Euro 2008 miało wielu bohaterów, w tym zdobywcę obu bramek Ebiego Smolarka czy fenomenalnie broniącego Wojciecha Kowalewskiego. Najbardziej niezwykłą historię napisał jednak boczny obrońca Grzegorz Bronowicki, dla którego było to drugie spotkanie w naszej kadrze i pierwsze przed własną publicznością. Chłopak z Legii, który niewiele wcześniej łączył grę w niższych ligach w Górniku Łęczna z pracą w kopalni, zagrał na poziomie największych obrońców świata. Wyłączył z gry Cristiano Ronaldo i Simao Sabrosę w sposób, którego mogłoby pozazdrościć wielu słynnych defensorów. Do tego dołożył siatkę założoną Ronaldo, która stała się symbolem luzu i pewności siebie, jaką natchnął Bronowickiego Leo Beenhakker.  – Wiadomo, jaki kunszt prezentuje Cristiano. Jakie ma zwody, szybkość. Nie tacy jak ja byli przez niego ośmieszani. Choć to, rzecz jasna, żadne usprawiedliwienie. Jeżeli zagram, zrobię wszystko, by go zatrzymać. Portugalczycy to świetni piłkarze, ale tylko ludzie – podkreślał przed spotkaniem. I okazało się, że nie rzucał słów na wiatr. Później wspominał, że przez całe spotkanie powtarzał sobie, żeby nie podchodzić za blisko do CR7. Ta prosta taktyka, w połączeniu z maksymalną ambicją i koncentracją dała efekt i była jednym z ważnych elementów, które razem złożyły się na niezwykle cenną wygraną. Niestety, podobnie jak w przypadku Marka Citki, później było już tylko gorzej. Bronowickiego skusiła perspektywa transferu do Crvenej Zvezdy Belgrad, gdzie zaczęły go prześladować kontuzje. Mistrzostwa Europy, do awansu na które wydatnie się przyłożył, musiał oglądać sprzed telewizora. Kiedy widział, jak koledzy wychodzą na mecz z Niemcami, nie był w stanie powstrzymać łez. Jego licznik występów w kadrze zatrzymał się na 14.   Sebastian Mila, Polska – Niemcy 2:0, 11.10.2014 fot. Marcin Kadziolka Tak jak dla „Orłów Górskiego” mitem założycielskim był zwycięski remis na Wembley, tak dla reprezentacji Polski prowadzonej przez Adama Nawałkę takim meczem stała się eliminacyjna wygrana nad Niemcami. Ta sztuka udała się biało-czerwonym dopiero w 19. oficjalnym starciu z naszymi zachodnimi sąsiadami. Na ogromne słowa uznania zasłużył cały zespół, ale w pamięci kibiców najmocniej zapisały się fenomenalne parady Wojciecha Szczęsnego oraz gole Arkadiusza Milika i Sebastiana Mili. Ten drugi, który po wejściu z ławki na ostatni kwadrans rzucił Niemców na łopatki strzelając gola na 2:0, dołączył tym samym do grona bohaterów naszej kadry, na których niewielu liczyło. W całym spotkaniu Niemcy strzelali celnie pięć razy częściej od Polaków, ale co z tego, skoro dwa z trzech naszych celnych uderzeń wpadły do siatki? To właśnie skuteczności zawdzięczamy jeden z piękniejszych wieczorów na Stadionie Narodowym. Kiedy Sebastian Mila w 77. minucie szykował się do zmienienia Arkadiusza Milika, Adam Nawałka zachęcał go do jak najdłuższego utrzymywania się przy piłce z dala od naszej bramki, tak aby odciążyć defensywę. Sam nie mógł się spodziewać, że 32-letni pomocnik Śląska Wrocław dołoży do tego bramkę. 11 minut po jego wejściu na boisko, Robert Lewandowski fenomenalnie zastawił się w polu karnym rywali, dostrzegł wychodzącego na czystą pozycję wypoczętego „Rogera”, a ten technicznym uderzeniem przy dalszym słupku nie dał szans Manuelowi Neuerowi.  – Nie wiedziałem, że w ogóle tyle osób mnie zna, ile dzisiaj skandowało moje nazwisko. Zawsze strzelenie bramki w reprezentacji to jest spełnienie marzenia. Strzelenie na Stadionie Narodowym, coś jeszcze większego. A strzelić na Narodowym Niemcom i wygrać spotkanie? Absolutny szok – opowiadał tuż po spotkaniu dziennikarzom Sebastian Mila. Dla zawodnika, który jako młodzian uchodził za wielki talent i który dziesięć lat wcześniej w barwach Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski eliminował z Pucharu UEFA Manchester City, ten wieczór na Stadionie Narodowym był kropką nad „i”, która sprawiła, że przestało się o nim mówić jako o niespełnionym potencjale, a zaczęło nazywać „pogromcą Niemców”. Bramka zdobyta z tym rywalem była jego pierwszą w kadrze po ponad ośmioletniej posusze, kiedy jego kariera znacznie wyhamowała. Na Euro do Francji ostatecznie nie pojechał, ale do dziś jest jednym z bardziej kochanych przez kibiców byłych reprezentantów Polski. Michał Pazdan, Polska – Niemcy 0:0, 16.06.2016 fot. Maciej Gillert. O ile naszą eliminacyjną wygraną z Niemcami można nazwać szczęśliwą, a przy takiej grze dużą część zasługi należy przypisywać szczęściu, nieskuteczności rywali i fenomenalnej postawie Szczęsnego, o tyle niecałe dwa lata później, na mistrzostwach Europy we Francji, zagraliśmy tak dobrze, że bezbramkowy remis należy odbierać w kategoriach drobnej niesprawiedliwości. Jednym z fundamentów, na których zespół Adama Nawałki opierał swoją świetną postawę, był stoper Legii Warszawa, Michał Pazdan.  Przed wyjazdem na Euro jedną z głównych obaw polskich kibiców była właśnie obsada miejsca obok Kamila Glika w linii obrony. Pazdana dla reprezentacji Polski odkrył Leo Beenhakker, zabierając swoją „Piranię” nawet na Euro 2008. Tam jednak obrońca nie zagrał ani minuty, a upodobanie doświadczonego Holendra do tego ligowca było traktowane przez większość obserwatorów jako niezbyt groźne dziwactwo. Nawałka, który był dawniej asystentem Beenhakkera, widział jednak w mierzącym zaledwie 180 cm wzrostu stoperze to samo, co jego dawny pryncypał – ogromny potencjał i ambicję. Pazdan dobrze spisywał się już w eliminacjach, ale ostatecznym chrztem bojowym, po którym pokochał go cały naród, było Euro 2016, a w szczególności mecz z Niemcami. Stoper Legii kompletnie wyłączył z gry Mario Götzego, wygrywając z nim wszystkie sześć pojedynków i tylko raz faulując. Po godzinie Niemiec ze spuszczoną głową zszedł z boiska. Agresywna gra pressingiem, ambicja i świetne przewidywanie gry sprawiły, że Niemcy tak naprawdę nie zagrozili poważnie polskiej bramce, a o Pazdanie… zaczęto śpiewać piosenki. „Kogo chcesz dziewczyno ja wiem! Pazdana!” śpiewane na melodię zespołu Tarzan Boy na stałe weszło do kanonu polskiej piosenki kibicowskiej, a łysy obrońca został pokochany przez fanów biało-czerwonych.  Czy Sousa znajdzie swojego Domarskiego? Czy któryś z reprezentantów Polski wykorzysta okazję i wybitnym występem w meczu eliminacyjnym z Anglikami wpisze się na stałe do historii polskiego futbolu? Według ekspertów z firmy Totolotek, reprezentacja Polski pod nieobecność Lewandowskiego będzie skazana na pożarcie. Za jedną złotówkę postawioną na wygraną biało-czerwonych, Totolotek wypłaci 10,49 zł (minus podatek). W opinii bukmachera bardziej prawdopodobne jest, że zespół Paulo Sousy wyjedzie z Londynu bez goli (kurs 1.76), niż że cokolwiek strzeli (1.99). To wymarzone okoliczności do narodzin nowego bohatera. Po męczarniach z mocniejszymi rywalami za kadencji Jerzego Brzęczka i niespecjalnie efektownym początku pracy Paulo Sousy, kibice nie mają wielkich oczekiwań. Wszystko inne niż bezbarwna porażka, zostanie odebrane jako iskierka nadziei na lepszą przyszłość. Kto, pod nieobecność Roberta Lewandowskiego, może poprowadzić naszą kadrę do sukcesu w meczu z Anglią? Nowym Janem Domarskim mógłby stać się zdobywca bramki w debiucie w meczu z Andorą Karol Świderski, w rolę Grzegorza Bronowickiego wyłączającego gwiazdy rywali z gry może wcielić się Michał Helik lub Kamil Piątkowski, a następcą Marka Citki chociażby utalentowany Kacper Kozłowski czy niezwykle szybki Przemysław Płacheta. Paulo Sousę czeka karkołomne zadanie, ale właśnie w takich chwilach rodzą się wielkie drużyny. Oby nie inaczej było na Wembley, które widziało narodziny kilku polskich sensacyjnych bohaterów.  
29 Marca 2021 godz. 6:52
At za PZPN
 

Wychowanek Bałtyku zadebiutował w kadrze. Polska pokonała Andorę 3:0 (1:0).

– Jestem usatysfakcjonowany swoją decyzją o składzie. Jeśli chodzi o trzech napastników, to od początku mówię, że to kluczowi zawodnicy, chcemy więcej połączeń, dynamiki więcej nimi i sytuacji dla nich. Jednocześnie chcę przekazać jasny sygnał naszej drużynie i rywalom – komentował po spotkaniu z Andorą (3:0) Paulo Sousa, selekcjoner reprezentacji Polski. Paulo Sousa o tym, dlaczego zdecydował się na grę trzema napastnikami: Jestem usatysfakcjonowany swoją decyzją o składzie. Jeśli chodzi o trzech napastników, to od początku mówię, że to kluczowi zawodnicy, chcemy więcej połączeń, dynamiki więcej nimi i sytuacji dla nich. Jednocześnie chcę przekazać jasny sygnał naszej drużynie i rywalom. Nie chcieliśmy nikogo wymieniać, bo bardzo trudno jest wygrać spotkanie, wymaga to maksimum koncentracji. Obrońcy grali bardzo blisko napastników, dlatego musieliśmy stwarzać im wyjątkowe sytuacje. …o swoich uwagach do pomocników w pierwszej połowie: Zawsze chcę, by moi zawodnicy grali szybko, by tworzyli jak największą ilość sytuacji jak to tylko możliwe. Oczywiście możemy grać bezpiecznie i czasem trzeba piłkę wycofać, by rozejrzeć się za wolną przestrzenią. Jednak można też grać inaczej. W przerwie powiedziałem, że trzeba skupić się na pomocy, musi ona wyjść wyżej, bo grała dotychczas zbyt blisko obrony. Niektórzy może nie czuli się komfortowo, ale musimy potrafić tworzyć takie sytuacje. Również musimy zmienić odległości między zawodnikami, tworzyć puste przestrzenie między liniami pomocy i obrony przeciwnika. Komunikacja na prawej stronie była dobra, tamtędy tworzyliśmy sporo sytuacji, tworzyliśmy więcej podań i to wsparcie było lepsze. Atakowaliśmy skrzydłami i po raz kolejny doszło do zmiany: wtedy byliśmy bardziej mobilni, gra toczyła się dobrze, a interakcja między Kamilem Grosickim i Przemysławem Płachetą była bardzo dobra. …o tym, czy Robert Lewandowski odniósł kontuzję: Robert czuje ból w kolanie i dlatego przykładał lód, by zniwelować zapalenie, jeśli się pojawi. Jutro sprawdzimy, czy będzie dalej odczuwał skutki. …o debiucie Karola Świderskiego: Jeżeli chodzi o Karola, to grając tak jak dzisiaj, będzie miał okazje do strzelania goli. Może jeszcze jest nieśmiały, z upływem czasu nabierał jednak pewności siebie. Chciałem wpuścić go nawet wcześniej, ale wpasował się idealnie i cieszę się, że odnalazł się na boisku. Bardzo dobrze biegał, szybko, tworzył sytuacje dynamiką, dobrze grał lewą nogą. …o debiucie Kacpra Kozłowskiego: To fantastyczna sprawa. Tak jak mówiłem, jest to naprawdę dobrze grający chłopak. Powołaliśmy go do zespołu z myślą o przyszłości, także o mistrzostwach świata, ale też dlatego, że nie ma kilku piłkarzy na jego pozycji. …o tym, że po raz kolejny zmiany pomogły drużynie: Mam nadzieję, że zawsze zmiany będą odmieniać spotkanie, tworzyć lepszą grę zespołu, będziemy tworzyć sytuacje i strzelać więcej goli. …o postawie Arkadiusza Milika: Wymagam o wiele więcej od niego, jak i od innych zawodników. Mogą być powody jego słabszej gry: przez bardzo długi okres nie grał w ogóle, teraz gra ciągle. Z jednej strony to dobrze, bo może wróci szybko do formy, bo trening to jedno, a gra na serio to coś zupełnie innego. Kiedy wychodzi z jednego trybu na wyższą wydajność, to będzie w każdym meczu lepszy. Musi być bardziej agresywny pod bramką przeciwnika, musi podnieść standard gry, bo to bardzo dobry zawodnik. Według mnie dotyczy to też jego roli na boisku, bo to dla niego nowa sytuacja. Wszyscy przyzwyczajeni są do tego, że widzimy go w centrum pola gry, również tak jest w jego klubie, wspiera pomocników i nie jest może przyzwyczajony, by odnajdywać się na innych pozycjach. Zawsze kiedy ma piłkę, to rozgrywa ją szeroko, a my chcemy szukać sytuacji do środka. Jest skromny, bo ciężko pracuje, w meczu przeciwko Węgrom grał linię niżej, by pomagać rozegrać akcje. To proces, treningu i doskonalenia się. W ramach niego odnajdzie się w każdym miejscu na boisku i będzie grał fantastycznie. …o pozostawieniu Michała Helika poza składem: Miałem trzech środkowych obrońców na ławce rezerwowych, bo po prostu chciałem innych zawodników na polu gry. Rozmawiałem z nim o tym wczoraj, przygotowywałem się, że mogę otrzymać takie pytanie. Podjęliśmy taką decyzję po analizie, by nasi zawodnicy spełniali określone role, a uwzględniając jego umiejętności postanowiłem go nie uwzględniać. …o wystawieniu w podstawowej jedenastce Kamila Piątkowskiego: Zdecydowałem aby Piątkowski zagrał w pierwszym składzie, razem z Kamilem Glikiem, ponieważ jedna z jego umiejętności jest prędkość, zdolność zmian pozycji i gra bardzo dobre podania. Mógł je robić szybciej, ale były one dobre. Mamy odpowiedzi po tym meczu, ale są też pytania, bo tak jest zwykle. …o tym, czy może wystawić trzech napastników przeciwko Anglii: To nie jest tak, że nie zagramy na pewno z trzema napastnikami przeciwko Anglii, ale chcemy pracować w tym kierunku. To nasza najmocniej obsadzona pozycja, ich relacje w grze są bardzo dobre. Powinniśmy ich wspierać tak, jak dotychczas to robimy. Strzeliliśmy już sześć bramek i chcemy ich więcej. Musimy osiągnąć pewną równowagę, pracujemy nad tym, ale dlaczego mielibyśmy nie wyjść tak w środę z Anglią? …o problemach z rywalem klasy Andory: Podczas dzisiejszego meczu widzieliśmy jedenastu zawodników za linią piłki, grających blisko siebie, a wchodząc w drybling widzieliśmy faule. Dlatego brakowało nam tempa w grze. To będą inne mecze, ten i środowy. Jeżeli chcemy strzelać ważne gole, to musimy pokazywać ambicję, że mamy odwagę również przeciwko rywalom o innej jakości, o innym, bardziej intensywnym stylu gry. Anglicy grają tak w swojej lidze i będziemy musieli stawić im czoła. Mówiłem już w szatni, że musimy podnieść nasz poziom i jest to możliwe. Na pewno to będzie dla nas wyzwanie, na pewno możemy wygrać i pokazać właściwą mentalność.
26 Marca 2021 godz. 5:35
Art za PZPN
 

Paulo Sousa: Pokazaliśmy fantastyczną mentalność

W swoim pierwszym meczu eliminacji MŚ z Węgrami w Budapeszcie reprezentacja Polski zremisowała (3:3) po golach Krzysztofa Piątka, Kamila Jóźwiaka i Roberta Lewandowskiego. – Pokazaliśmy fantastyczną mentalność, która jest bardzo ważna w tym okresie przed nami – powiedział na konferencji Paulo Sousa, selekcjoner biało-czerwonych. Paulo Sousa o swoich pomeczowych odczuciach: W mojej opinii eliminacje MŚ wymagają VAR-u, bo to pomaga i w tym meczu wiele decyzji byłoby innych, zwłaszcza w naszą stroną. Agresywność jest normalna na tym poziomie, to coś nad czym pracowaliśmy w jednym z treningów, zwłaszcza widoczne było to przy pierwszym straconym golu. Będziemy rośli. Dobrze broniliśmy w wysokim pressingu, nie byliśmy jednak stabilni, zwłaszcza w ruchu, cyrkulacji piłki, grania w przestrzenie, jak w drugiej części spotkania. Koniec końców, zasługiwaliśmy na komplet punktów, ponieważ staraliśmy się wygrać ten mecz, dominując i ryzykując. Muszę jednak pogratulować rywalom, bo są stabilni defensywnie, wiedzą, jak radzić sobie z rywalami, chcą dużo zdobywać w każdym posiadaniu piłki. Pokazaliśmy jednak fantastyczną mentalność, która jest bardzo ważna w tym okresie przed nami. Zobaczyłem dwie różne połowy, ale wszystko, co dziś zrobiliśmy moim zdaniem zasługiwało na zwycięstwo. …o ryzykownych decyzjach dotyczących wyjściowego składu: Ryzyko to część naszej pracy. Nasza decyzja polegała również na tym, że Michał Helik jest wysoki, a rywale grali dużo bezpośrednich podań, dużo polegali na pojedynkach główkowych napastnika. Musi lepiej współpracować w budowaniu gry, grał zbyt bezpiecznie, nie podejmował ryzyka. A potrzebowaliśmy tego, gry do przodu. Nasi pomocnicy nie pomagali w pierwszej połowie, zwłaszcza Jakub Moder – był za daleko, często tyłem do bramki, co dawało rywalom okazję do przechwytu, a nam nie pozwalało rozwinąć gry. Grzegorz Krychowiak zagrał świetnie. To część procesu. Sądziliśmy, że to będzie dobra decyzja, ale to nasze zadanie, my akceptujemy błędy i zawodnicy muszą to wiedzieć. Musimy być bardziej stabilni jako kolektyw, nie straciliśmy bramek tylko przez np. Helika. Byliśmy bardzo agresywni w pressingu, ale musimy być też w środkowej strefie, ale też kontrolując przestrzeń za plecami. Wiemy nad czym mamy pracować. Na przykład pierwszy gol: zdarzyło nam się raz nie być aktywnymi i straciliśmy bramkę. To była jedna akcja. Jedna rzecz, jaką mam w głowie, to mentalność zawodników – pokazali ją na boisku. Po dwóch golach, po zmianach, pokazaliśmy, że możemy wygrać, że możemy poprawić wynik. Zawodnicy potwierdzili naszą chęć ryzyka. …o problemach w defensywie: Myślę, że musimy być konsekwentni w defensywie. Kontrolując mecz, budując grę, zmuszając rywala do blokowania środkowej strefy i własnego pola karnego, grając w wysokim pressingu, to musimy sobie radzić lepiej w pewnych sytuacjach. …o tym, czy wahadłowi zawiedli jego oczekiwania: Zwłaszcza, gdy jesteśmy bliżej pola karnego, musimy podejmować szybsze decyzje. Zwłaszcza „Szymi”, co pokazał pierwszym kontaktem dopiero w drugiej połowie, gdy dośrodkował do Arkadiusza Milika. Ma sporo talentu, ale musi go lepiej, pewniej wykorzystywać. U Arka Recy widziałem stres, zwłaszcza w pierwszej połowie i przy piłce. Ale odmienił się w drugiej połowie. Potrafi jednak dostarczać asysty, musi też wierzyć bardziej w siebie, musi jeszcze więcej pracować w defensywie i zdarzą się mecze, gdy będzie w topowej formie, ale też gdy nie pokaże pełni umiejętności. To jednak przyszło wraz z tym, że cały zespół stopniowo się poprawiał.
25 Marca 2021 godz. 8:07
Art za FB/Piłka Ręczna Koszalin
 

PP: Finał nie dla koszalinianek

Nieudany występ w meczu półfinałowym PGNiG Pucharu Polski mają na koncie szczypiornistki Młynów Soisław Koszalin. Przegrały u siebie z drużyną MKS Perła Lublin 20:33. Tym samym „biało-zielone” odpadły z dalszej walki o trofeum. – Przez pierwszych piętnaście minut byliśmy całym sercem w tej rywalizacji i realizowaliśmy to co sobie założyliśmy, ale później pojawiło się dużo niekonsekwencji i nie wykorzystywaliśmy sytuacji stuprocentowych. Bardzo szybko podejmowaliśmy decyzje, dzięki czemu przeciwniczki wyprowadzały kontry. Później nam się to wszystko po prostu rozleciało – mówił po meczu Waldemar Szafulski, trener Młynów Stoisław Koszalin. Chociaż faworytkami spotkania były niewątpliwie przyjezdne, koszalinianki postawiły im niełatwe warunki na początku spotkania. Po pięciu minutach rywalizacji miejscowe prowadziły 3:1. Poza tym, w bramce dobrze spisywała się Oleksandra Krebs. Sytuacja zrobiła się nieco mniej spokojna, gdy sędzia odesłał na ławkę Iuliię Andriichuk, by tam odbyła karę dwóch minut, a następnie podyktował rzut karny, wykorzystany przez Martę Gęgę. Po szczypiornistkach Perły, które zdobywały Puchar Polski 11 razy (ostatnio w 2018 roku) było widać, że „stęskniły” się nieco za trofeum i mają ochotę powalczyć o nie także w tegorocznym finale. Zacięta i z pewnością trudna dla obu zespołów walka trwała w najlepsze. Przyjezdne wkrótce odrobiły straty (11. min – 3:3), a niebawem (16. min) prowadziły 5:3, wykorzystując słabsze momenty w ekipie gospodyń. Co prawda koszalinianki do końca pierwszej połowy nieźle radziły sobie w defensywie, jednak w ataku nie było kolorowo. Poza tym na słowa uznania za efektywne, zakończone pomyślnie kontry bezdyskusyjnie zasłużyły rywalki. Wszystkie elementy złożyły się na to, że miejscowe przegrywały do przerwy wyraźnie 7:14. Pierwsze trafienie po zmianie stron boiska na koncie Młynów Stoisław zapisała dopiero w 34. minucie Natalia Volovnyk. Do tego czasu przyjezdne zdążyły wykorzystać szansę na bramkę z rzutu karnego, co nie udało się natomiast gospodyniom. W tej części spotkania zdecydowanie lepiej prezentowały się szczypiornistki lubelskiej Perły. Skuteczny atak, dobra obrona oraz postawa bramkarki Weroniki Gawlik zaowocowały solidną przewagą na ich koncie (39. min – 21:10). Koszalinianki zmniejszyły nieco różnice po dwóch trafieniach z rzędu Hanny Rycharskiej, jednak poniesione wcześniej straty okazały się zbyt znaczące i niemożliwe do odrobienia. Tym samym koszalinianki odpadły z dalszej rywalizacji o PGNiG Puchar Polski 2021. Lublinianki wygrywając mecz zrewanżowały się „biało-zielonym” za pucharowe spotkanie półfinałowe z ubiegłego sezonu, kiedy to one musiały na tym etapie zakończyć walkę o trofeum. – Przed tym meczem powiedzieliśmy sobie, że do każdej rywalizacji będziemy podchodzić tak jakby to był nasz ostatni, decydujący o wszystkim mecz. Myślę, że dziś wyszło nam to. Cieszę się, że nasz zespół pokazał dzisiaj charakter, wolę zwycięstwa i radość z grania – mówiła Monika Marzec, trenerka Perły Lublin. Skład i bramki Młyny Stoisław Koszalin: Katarzyna Zimny, Natalia Filończuk, Oleksandra Krebs – Gabriela Urbaniak 5, Anna Mączka 2, Gabriela Haric 2, Natalia Volovnyk 2, Emila Kowalik 3, Hanna Rycharska 2, Adrianna Nowicka, Lesia Smolinh 1, Martyna Borysławska, Iuliia Andriichuk 2, Daria Somionka 1. Skład i bramki MKS Perła Lublin: Marina Razum, Weronika Gawlik – Magda Balsam 3, Joanna Szarawaga 2, Natalia Vinyukova 2, Dominika Więckowska 2, Marta Gęga 8, Patrycja Królikowska 2, Adrijana Tatar 4, Dagmara Nocuń 2, Natalia Nosek 5, Joanna Gadzina 1, Aleksandra Rosiak 2.
24 Marca 2021 godz. 14:31
Art, fot. FB/laczynaspilka.pl
 

Eliminacje MŚ 2022: Węgry - Polska. Sousa musi przerwać klątwę debiutanta

Dziś meczem z Węgrami Polacy zainaugurują eliminacje MŚ 2022. Po raz pierwszy obie reprezentacje zmierzyły się... blisko 100 lat temu! Z tej okazji Węgierski Związek Piłki Nożnej przygotował pamiątkowe koszulki, których sprzedaż promują Gergo Lovrencsics i Nemanja Nikolić. Transmisja meczu Węgry – Polska w Telewizji Polskiej. 100 lat temu w Budapeszcie Węgrzy wygrali z Polską 1:0 po golu Jeno Szabo. W czwartek biało-czerwonym także nie będzie łatwo o trzy punkty. Selekcjoner Paulo Sousa będzie musiał przełamać klątwę debiutanta – w XXI wieku jeszcze żaden trener nie wygrał w debiucie w roli trenera polskiej kadry. Reprezentacja Węgier została wylosowana z Anglią, Polską, Albanią, Andorą i San Marino w kwalifikacjach do zbliżających się Mistrzostw Świata 2022.   Węgrzy na mundialu grali po raz ostatni w 1986 roku. Chociaż od tego czasu liczba uczestników została zwiększona do 32 drużyn, kwalifikacje są nadal dużo trudniejsze niż do mistrzostw Europy, ponieważ od tego czasu liczba europejskich uczestników nie wzrosła. W rezultacie, oprócz najlepszych drużyn grup, tylko trzy inne mogą zakwalifikować się do najbardziej prestiżowego turnieju.    Bilans pojedynków Polaków z Węgrami nie jest korzystny dla biało-czerwonych. Osiem wygranych, cztery remisy i 20 porażek to bilans dotychczasowych 32 spotkań. Polska za to obecnie jest klasyfikowana w rankingu FIFA dużo wyżej (19. miejsce na świecie) niż Węgry. Po raz ostatni oba zespoły zmierzyły się w 2011 roku. Polacy wygrali 2:1.    Dla selekcjonerów obu reprezentacji będzie to już kolejne starcie w roli trenerów. W sezonie 2012/13. Marco Rossi, trener Węgrów prowadził wówczas Honved, a Paulo Sousa Videoton. Rossi tak wspomina tamto spotkanie: "Oni wtedy grali bardzo fajną piłkę. To był sezon 2012/13. W tamtym wyjazdowym meczu zagraliśmy jednak dobrze, mieliśmy też sporo szczęścia. Bez tego szczęścia byśmy nie wygrali. Rywal miał w 93. minucie rzut karny, strzelał Nemanja Nikolić, a w bramce stał nasz obrońca, Ivan Lovric, bo bramkarz, Szabolcs Kemenesz, dostał wcześniej drugą żółtą kartkę. I Nikolić tego karnego nie strzelił. Wygraliśmy 1:0…".  Dodajmy, że Węgrzy zajmują szczególne miejsce w historii polskiego futbolu. To oni byli pierwszym rywalem biało-czerwonych na międzynarodowej arenie - 18 grudnia 1921 roku w Budapeszcie wygrali 1:0. Nigdy jednak nie byli rywalami Polaków w kwalifikacjach mistrzostw świata. Wielu kibiców doskonale pamięta triumf polskich piłkarzy w igrzyskach olimpijskich w Monachium, gdzie w finałowym meczu pokonali Węgrów 2:1, po dwóch bramkach Kazimierza Deyny.         
24 Marca 2021 godz. 8:45
Art za KALK
 

atom Webska Basket Liga: Wraźna porażka lidera

Najważniejszym wydarzeniem ostatniej kolejki był pojedynek lidera tabeli Ekstraligi Skody Koszalin z Powiatem Białogardzkim. Od początku rywalizacji sporą przewagę osiągnęli gracze z Białogardu, którzy już po dwóch kwartach osiągnęli aż 18 punktowa przewagę. W pozostałych dwóch kwartach obraz gry nie uległ zmianie, co w konsekwencji przyniosło wysokie, zasłużone bardzo dobrze dysponowanej drużynie Powiat Białogardzki zwycięstwo. Tym samym wrócili oni do walki o najwyższe cele, natomiast niepokonani dotąd rywale będą musieli wyciągnąć wnioski z wysokiej przegranej.    Tym razem w I Dywizji nie zaiskrzyło na parkiecie bowiem wszystkie mecze zakończyły się pewnymi wygranymi. Tylko w pojedynku Drużyny A z Domarem Tatów wygrana słupszczan nie przyszła łatwo. Natomiast po pewne 2 punkty dopisały sobie ekipy Volvo Skrzypa GMK, Team Kosz, Alfa Trans i Wind Service. Warte odnotowania jest imponujące przebudzenie snajperów bo 55 pkt Grzegorza Arabasa (Volvo Skrzypa GMK), 37 pkt Bartosza Sprengela (Drużyna A), 36 pkt Pawła Czerskiego (KB i Przyjaciele) i 31 pkt Piotra Małka (Iron Wares) budzi szacunek.  W II Dywizji było podobnie, ze zwycięstw cieszyły się ekipy 2xK, Sanatorium Spurs, B-elka.pl, PS Pożarna i Outsiders. Natomiast popis strzelecki był udziałem Mateusza Jankowskiego (PS Pożarna) 44 zdobyte punkty w starciu ze Złotąmrówką.pl.  W najbliższy weekend rozegrana zostanie ostatnia kolejka przed Świętami Wielkanocnymi.      I DYWIZJA  IRON WARES – TEAM KOSZ 60:83 (19:16; 8:23; 14:22; 19:22;)  IRON WARES: P. Małek 31 (1), R. Wojciechowski 10 (1), G. Sokalski 8, P. Baryła 7 (1), A. Gospodarczyk 2, J. Grabias 2,  TEAM KOSZ: D. Jasiński 27, P. Jasiński 20 (2), M. Bejner 17 (1), K. Filip 10, R. Ślusarczyk 4, P. Wasilewski 3 (1), K. Satro 2,  KB I PRZYJACIELE – VOLVO Skrzypa GMK 61:88 (13:17; 16:20; 10:31; 22:20;)  KB I PRZYJACIELE: P. Czerski 36 (6), K. Leśniarek 8 (2), R. Kałużniacki 7, J. Pabiszczak 4, D. Górecki 2, D. Żeromski 2, A. Ciołek 2,  VOLVO Skrzypa GMK : G. Arabas 55 (7), M. Dudek 20 (4), R. Witkowski 8, Ł. Kaszuba 3, J. Król 2,  DRUŻYNA A – DOMAR TATÓW 85:75 (18:11; 21:18; 21:25; 25:21;)  DRUŻYNA A: B. Sprengel 37 (9), R. Szternel 18, S. Długosz 12 (2), R. Rogalski 6, A. Orzechowski 6 (2), D. Leśniewski 6,  DOMAR TATÓW: S. Jędrzejczak 20 (5), M. Myśliński 20 (3), Ł. Żak 15, D. Joskowski 12 (1), Ł. Bielski 8,  TKKF KOSZALIN – WIND SERVICE 56:82 (18:21; 14:17; 14:24; 10:20;)  TKKF KOSZALIN: R. Wudarski 14, R. Krajewski 12, M. Tomaszewski 12 (3), R. Cieślak 8, M. Babczyński 6, K. Gruszczyński 4,  WIND SERVICE: P. Szobot 21 (1), P. Bocian 13 (1), Ł. Szul 12, A. Wojciechowski 12, B. Pachciarek 12, Ł. Berliński 7, T. Robak 5 (1),  TFC BIAŁOGARD – ALFA TRANS 44:74 (14:17; 12:28; 8:12; 10:17;)  TFC BIAŁOGARD: M. Słowiński 12, P. Czajkowski 11 (1), P. Olechnicki 8, K. Pietrzak 7, M. Czajkowski 5, M. Kozłowski 1, T. Iwaszko 0, R. Kuśmierczyk 0,  ALFA TRANS: A. Studziński 25 (1), I. Janiszek 21 (1), R. Lipiński 6, M. Lazar 6, M. Tereszczyn 6, P. Podwalski 5 (1), D. Sobolewski 3 (1), M. Strach 2, R. Grontkowski 0, E. Kulesza 0,    II DYWIZJA  FASOLKI – SANATORIUM SPURS 54:76 (8:28; 14:11; 18:23; 14:14;)  FASOLKI: Z. Abbas 20 (1), M. Czaplejewski 11 (3), R. Cyberny 10, M. Juźków 7 (1), J. Walesiewicz 6, A. Harmuszkiewicz 0,  SANATORIUM SPURS: J. Dec 20 (3), A. Radliński 18 (1), W. Krzpiot 14, J. Nagórski 8, B. Gudaniec 6, W. Wyrwas 6, W. Kasztelan 2, D. Zdrojewski 2, W. Socha 0, L. Radliński 0, R. Kulik 0,  2xK – BASKET TEPRO 64:50 (23:6; 20:10; 7:17; 14:17;)  2xK: M. Bazyliński 20, T. Staszkiewicz 14 (2), M. Mendrygał 14 (2), K. Deka 10, S. Szubstarski 6, M. Deka 0, M. Krzemiński 0,  BASKET TEPRO: R. Dolik 23 (2), M. Warzecha 12 (2), J. Strycharczyk 8 (2), M. Mora 6, P. Ignasiak 1, E. Pajączkowski 0, P. Kozak 0, G. Szczerba 0,  LKS BONIN – B-eLka.pl 46:83 (12:23; 12:24; 10:16; 12:20;)  LKS BONIN: P. Guzek 9, D. Ulatowski 9, J. Czesnowski 9, K. Regulski 6 (2), K. Ulatowski 5, M. Kustra 5 (1), N. Katafiasz 3, P. Rybak 0,  B-eLka.pl: T. Kucal 30, A. Dzięcielski 14 (1), A. Nowak 14 (2), L. Żymierski 11, M. Kostecki 8 (2), J. Dziennik 3, R. Tarkowski 2, R. Fiszbak 1, D. Sawicki 0,  ZłotaMrówka.pl – PS POŻARNA 57:81 (11:21; 15:14; 16:18; 15:28;)  ZłotaMrówka.pl: A. Brzeziński 15 (2), D. Matysiak 15 (1), W. Banach 11 (1), K. Stosio 6, R. Mielke 6, J. Barański 2, M. Binaś 2, P. Janiak 0, M. Zawadzki 0,  PS POŻARNA: M. Jankowski 44, P. Kucal 23, W. Planutis 7 (1), K. Chadacz 4, J. Twardoń 3, A. Binaś 0,  ATOMówki – OUTSIDERS 61:75 (14:20; 15:14; 21:20; 11:21;)  ATOMówki: K. Koszykowska 22, A. Kolska 15 (3), M. Machnikowska 11, K. Klimowska 8 (2), A. Andrzejak 5,  OUTSIDERS: K. Żybort 17, K. Żamojć 15, W. Dziurla 11, W. Stokrocki 10, T. Adamczyk 8, M. Adamczyk 6, P. Trepka 4, J. Kępiński 4,   
23 Marca 2021 godz. 12:10
Art za miamiopen.com
 

Gwiazdy na Florydzie. Dziś startuje Miami Open 2021

Dziś w Miami rozpocznie się jeden z największych turniejów WTA w pierwszej części sezonu. W Miami zagrają wszystkie najlepsze tenisistki świata. Z czołowej "15" rankingu WTA zabraknie jedynie Sereny Williams (7), która w niedzielę wycofała się z imprezy z powodu zabiegu jamy ustnej. Na korcie w drugiej rundzie pojawi się Iga Świątek, która w turnieju ustala rozstawiona z numerem 15. Po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją kolana w Miami zobaczymy także drugą najlepszą polską tenisistkę, Magdę Linette. Poznanianka swój ostatni singlowy mecz rozegrała w październiku 2020 roku. Wówczas uległa 1:6, 3:6 Sarze Sorribes Tormo. Dziś o godz. 16.00, w pierwszej rundzie Linette zagra z 16-letnią reprezentantką gospodarz, Robin Montgomery, która otrzymała od organizatorów turnieju tzw. dziką kartę.  Nie licząc Australian Open to jednotysięcznik Miami jest zdecydowanie najmocniej obsadzonym turniejem w tym sezonie. W głównej drabince znalazły się dwie reprezentantki Polski. Iga Świątek, rozstawiona z numerem 15, rozpocznie zmagania od drugiej rundy, w której zmierzy się ze zwyciężczynią starcia Barbora Krejcikova - Anna Blinkova. Czeszka ostatnio zachwycała doskonałą grą w Dubaju, gdzie osiągnęła swój najlepszy singlowy wynik w karierze - doszła do finału imprezy rangi 1000. W decydującym meczu o tytuł uległa Garbine Muguruzie. Krejcikova to także doskonała deblistka. W karierze wygrała już 7 imprez rangi WTA. W tym roku wystąpiła w finale gry podwójnej w wielkoszlemowym Australian Open. Nie jest to zatem wymarzone losowanie dla Polki, ale Świątek w tym sezonie radziła już sobie z wyżej notowanymi zawodniczkami. W przypadku zwycięstwa mistrzyni French Open 2020 zmierzy się z Madison Keys lub ze zwyciężycznią starcia Siniakova - Konjuh. Iga Świątek ostatni mecz rozegrała w Dubaju, przegrywając 0:6, 4:6 z Garbine Muguruzą. Potem był krótki pobyt w Polsce i wylot do Miami. 
23 Marca 2021 godz. 11:59
Ala za PUMA
 

Po zdobyciu 500 goli Luis Suárez przekazuje 500 podpisanych piłek

PUMA we współpracy z gwiazdą Atlético Madryt i reprezentacji Urugwaju Luisem Suárezem, po zdobyciu przez piłkarza historycznej, 500. bramki, przekazała 500 piłek młodzieżowym drużynom piłkarskim w każdym z miast, w których Luis występował w trakcie swojej zawodowej kariery. "Chciałem odwdzięczyć się siedmiu drużynom, które ukształtowały mnie jako piłkarza" - powiedział Luis Suárez. "Moim celem było dać impuls drużynom młodzieżowym, które potrzebują wsparcia i sprzętu, aby dalej mogły podążać za marzeniami. Chciałem również złożyć hołd drużynom, zawodnikom i kibicom, którzy byli częścią mojej podróży; Nacional, Groningen, Ajax, Liverpool, Barcelona, Madryt i Urugwaj są bardzo bliskie mojemu sercu, więc był to szczególny hołd dla nich oraz społeczności z nimi związanych." Oprócz piłek, Luis przekazał również dedykowany list do każdego klubu, którym podzielił się za pośrednictwem mediów społecznościowych po zdobyciu 500. bramki. Podziękował wszystkim drużynom za wsparcie oraz wpływ, jaki każda z nich miała na niego zarówno na boisku, jak i poza nim.   "Pobicie rekordu to indywidualne osiągnięcie, ale nigdy nie mógłbym tego zrobić w pojedynkę. Moi koledzy z drużyny i kibice byli ze mną na każdym kroku. Sport jednoczy ludzi oraz zbliża do siebie społeczności. Mam nadzieję, że prezent i list wywołają uśmiech na twarzach ludzi. Piłka nożna dała mi tak wiele, że chciałbym też dać coś w zamian ludziom", powiedział Luis Suárez.   Aby uczcić niesamowite osiągnięcie Luisa, firma PUMA wyprodukowała specjalną edycję butów piłkarskich FUTURE Z. Nowy model FUTURE Z wyróżnia się efektownym designem inspirowanym urugwajskim dziedzictwem Luisa. Na pięcie buta znajduje się motyw 500 bramek, a po stronie środkowej widnieje słynne logo Luisa "El Pistolero". Na całej cholewce znajdują się tarcze, które symbolizują 500 trafień do bramki, a na wkładce buta można znaleźć kolory każdej z drużyn, które Luis reprezentował w trakcie swojej kariery.  
16 Marca 2021 godz. 5:43
Art za KSJ Gwardia Koszalin
 

Judocy Gwardii startowali w Pucharze Polski Kadetów

Z udziałem ponad 350 judoków w podwarszawskim Piasecznie odbył się Puchar Polski juniorów młodszych (kadetów) w judo.W tak silnych zawodach nie zabrakło judoków z Koszalina. Nasze miasto reprezentowało piątka zawodników Klubu Sportowego Judo Gwardia Koszalin. Podopieczni trenerów Cezarego Wojniusza i Mariana Standowicza jak zwykle nie zawiedli. Najlepiej z nich wypadł Kamil Kustrzycki który w gronie 43 zawodników wywalczył III miejsce w kat. 60kg. Kamil wygrał przed czasem z następującymi zawodnikami: Chudzik Maksymilian z Winner Wrocław, Szabczyk Bartek z Milenium Rzeszów,Gorus Jakub z Koki Jastrzębie. W walce o brązowy medal pokonał Jakuba Okuniewicza z Czarni Bytom. Przegrał tylko jedną walkę o wejście do finału z najlepszym zawodnikiem w kraju Ksawerym Igniasiekiem z UKS Conrad Gdańsk aktualnym Mistrzem Polski i zwycięzcą wielu Pucharów Europy po bardzo dobrej walce dodaje trener Wojniusz Tuż za podium, bo na V miejscu uplasowała się Zuzanna Mikołajczak w kat.+70 kg. Zuzia pokonała Natalię Wala z Team Modiborzyce ,oraz Julię Pniewską z AZS-AWF Gorzów Wielkopolski. - Do walki o brązowy medal Zuzia  weszła na matę ze złamanym palcem dłoni. Super prowadziła walkę ale przypadkowo wpadła w trzymanie przegrywając Patrycją Stefaniak z Ippon Tychy. Teraz wyleczyć palec to najważniejsze, przegrana się nie liczy. Nic się nie stało - mówi trener Marian Standowicz. Kolejne miejsce punktowane tj. IX wywalczyła Agnieszka Sosnowska w kat.63 kg, która wygrała dwie walki przed czasem. Pokonała Amelię Bagniewską z Kodokan Toruń i Julię Michalską z Olimpii Grudziądz. W eliminacjach odpadły Karolina Tomaszewska w kat.52 i Paulina Makaś w kat.57 kg. Powyższe zawody były świetnym pucharowym sprawdzianem dla kadetów przed Pucharem Europy Kadetów w Bielsku Białym gdzie miasto Koszalin będą reprezentowali judocy Gwardii Koszalin w/w Zuzanna Mikołajczak oraz Kamil Kustrzycki. Judocy Gwardii Koszalin trenują ostro cały czas. Ola Szulc i Filip Bieliński przebywają na obozie kadry narodowej juniorów w Zakopanym. Od środy dołączy do nich Alex Hoppe,  który został powołany na obóz kadry narodowej  młodzieży i seniorów. Trenerami gwardzistów są Marian Standowicz i Cezary Wojniusz.  
8 Marca 2021 godz. 3:45
Art za PGNiG Superliga Kobiet, fot. PGNiG Superliga Kobiet
 

Superliga PGNiG: Odjazd Zagłębia w drugiej połowie

Mecz w hali RCS miał dwa oblicza. Po pierwszej wyrównanej połowie, w drugiej Zagłębie odskoczyło rywalkom i ostatecznie zwyciężyło Młyny Stoisław Koszalin różnicą dziesięciu bramek 34:24 (17:16). To dziesiąta wygrana z rzędu drużyny Zagłębia Zespół z Koszalina już na początku pokazał, że nie podda się bez walki. Młyny Stoisław zdobyły dwie pierwsze bramki w meczu, a Zagłębie na pierwsze prowadzenie wyszło w szóstej minucie, kiedy po raz trzeci trafiła Patrycja Świerżewska. Od tego momentu i wyniku 4:3 zarysowała się przewaga Miedziowych, które w dziesiątej minucie prowadziły 8:5. W tym momencie o czas dla swojej drużyny poprosił Waldemar Szafulski. Zagłębie jeszcze przez kilka minut było na prowadzeniu, ale przewaga w końcu zaczęła topnieć. W ostatnich dziesięciu minutach pierwszej części spotkania wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie, Młyny Stoisław doprowadziły do remisu 11:11, później wyszły na prowadzenie 12:13, aby kilka chwil później przegrywać 13:15. Pierwsza, wyrównana połowa zakończyła się minimalnym prowadzeniem zawodniczek Zagłębia. Sygnał do ataku zaraz po zmianie stron dała Patrycja Matieli, która zdobyła dwie pierwsze bramki w drugiej połowie. W 37. minucie Zagłębie prowadziło 21:17, ale wciąż musiało grać uważnie, aby nie pozwolić rywalkom na zniwelowanie strat. To co miało miejsce w pierwszej połowie, w drugie się już nie zdarzyło. Lubinianki systematycznie budowały swoją przewagę, w bramce bardzo dobre zawody rozgrywała Monika Wąż i na niespełna kwadrans przed końcem prowadziły już 25:18. Już do końca meczu Miedziowe prezentowały się dużo lepiej od rywalek, sztab szkoleniowy obu drużyn dał pograć zmienniczkom, a spotkanie zakończyło się pewnym zwycięstwem podopiecznych Bożeny Karkut i Renaty Jakubowskiej. – Gratulacje dla Zagłębia. Dzisiaj zespół z Lubina zagrał bardzo równo, nie miał przestojów w grze, co nam się przydarzyło w drugiej połowie, szczególnie w pierwszym kwadransie, gdzie mieliśmy problem ze zdobywaniem bramek. Pierwsza połowa w naszym wykonaniu była dosyć fajna jeśli chodzi o atak pozycyjny. Zdobyliśmy 16 bramek, ale niestety zbyt dużo ich tracimy. W drugiej połowie, gdy wynik nam uciekł, starałem się rotować składem, tak aby zachować siły na poniedziałkowy mecz Pucharu Polski w Jarosławiu – mówił po meczu Waldemar Szafulski, trener Młynów Stoisław. – Spodziewałyśmy się trudnego meczu, na pewno innego niż ten ostatni w Koszalinie. Dzisiaj poszło nam o wiele ciężej, szczególnie w pierwszej połowie. W drugiej było już o wiele lepiej, grałyśmy równiej, lepiej w obronie, z czego wypracowałyśmy skuteczne kontry i zdobyłyśmy trzy punkty – podsumowała Patrycja Świerżewska, MVP Spotkania. MVP meczu: Patrycja Świerżewska (Zagłębie)MVP Młyny Stoisław: Hanna Rycharska
8 Marca 2021 godz. 2:50
Ala za WZP, fot. Urząd Gminy Kołbaskowo
 

Na dwóch kółkach do granicy

Przybywa bezpiecznych szlaków rowerowych na Pomorzu Zachodnim. Błyskawicznie postępują prace na budowie asfaltowej ścieżki z Przecławia do Karwowa. Ponad 2,5 km nowej trasy ma być gotowe jeszcze w tym roku. To kolejna z pakietu inwestycji, które gmina Kołbaskowo realizuje dzięki nawet 80-procentowemu dofinansowaniu z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego. Wygodna i szeroka (3 metry) droga pieszo-rowerowa biegnie od granicy Przecławia i Warzymic wzdłuż linii kolejowej Szczecin – Berlin, a po 800 metrach odbija na zachód w kierunku wsi Karwowo, by dotrzeć do drogi powiatowej Warzymice – Smolęcin. Budowany odcinek uzupełni sieć tras powstających na terenie gminy Kołbaskowo, a finansowanych w dużej części z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Zachodniopomorskiego. Na 2,5 km nowego szlaku samorząd otrzyma 2 mln 71 tys. zł. W ramach tego przedsięwzięcia powstaje także prawie 130 metrów drogi gminnej z chodnikiem (dofinansowanie – ponad 260 tys. zł). Wykonawcą prac, które rozpoczęły się we wrześniu ubiegłego roku, jest STRABAG Sp. z o.o.   Ścieżka Przecław – Karwowo ma nawierzchnię bitumiczną, a więc gwarantuje komfort podróżowania wszystkimi typami rowerów. Przy niej zaplanowane są miejsca odpoczynku z ławkami i stojakami. Trasa wiedzie przez urokliwe łagodnie pagórkowate tereny, przy oczkach wodnych i małych wyspach zieleni. Na pewno będzie popularna wśród mieszkańców i turystów eksplorujących polsko-niemieckie pogranicze na dwóch kółkach.   - Pomorze Zachodnie staje się krainą bardzo przyjazną rowerzystom, miejscem aktywnego wypoczynku, bezpiecznych podróży. Bardzo nas cieszy zaangażowanie gminy Kołbaskowo w projekty infrastrukturalne, które są finalizowane dzięki środkom z Regionalnego Programu Operacyjnego. Współpraca samorządu województwa z lokalnymi samorządami przynosi doskonałe efekty – mówi marszałek Olgierd Geblewicz.- Jako region stawiamy na ekologię, turystykę, kontakty transgraniczne. Doskonale się w to wpisują mniejsze i większe rowerowe inwestycje realizowane w okolicach Kołbaskowa.    Trasa z Przecławia do Karwowa to kolejne zadanie realizowane w ramach projektu „Budowa dróg rowerowych w Gminie Kołbaskowo w celu uzyskania dostępności komunikacyjnej i poprawy bezpieczeństwa w ramach obszaru metropolitalnego – etap II”. Znalazł się w nim również szlak z Kołbaskowa do Kamieńca. W 2019 roku oddano do użytku 1700 metrów ścieżki i prawie 400 metrów przebudowanej drogi gminnej. Całkowita wartość projektu to ponad 5 mln 641 tys. zł (koszty kwalifikowane), a dofinansowanie z RPO WZ wynosi aż 4,5 mln zł, a więc 79,8 proc.   Natomiast I etap wspomnianego projektu to aż sześć zadań o łącznej wartości 10,9 mln zł, z dofinansowaniem 5 mln 360 tys. zł. Beneficjent rozliczył już roboty wycenione na 7,7 mln zł i otrzymał prawie 5 mln zł z Regionalnego Programu Operacyjnego WZ.    Dzięki funduszom unijnym przygraniczna gmina rozwija sieć dróg, zwiększa mobilność mieszkańców, zapewnia bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom ruchu. Ponad dwa lata temu oddano do użytku ścieżkę Karwowo – Warnik (z pięknymi widokami na panoramę Szczecina), przebudowano także drogę gminną w Karwowie. Wielką atrakcją dla miłośników aktywnego wypoczynku jest asfaltowa velostrada z Przecławia aż do polsko-niemieckiej granicy. Popularna wśród cyklistów, rolkarzy, ale też spacerowiczów. W listopadzie 2019 r. otwarto jej ostatni odcinek, z Rosówka do przejścia granicznego (po niemieckiej stronie ze środków Interreg budowany jest łącznik do Staffelde/Pargowa, na południe wzdłuż Odry, część trasy Blue Velo). W realizacji jest także przebudowa drogi gminnej Siadło Dolne – Kurów, przy której zaprojektowano ścieżkę pieszo-rowerową. Będzie to przedłużenie popularnego Szlaku Bielika, którym można eksplorować okolice Międzyodrza, malownicze wzgórza i wąwozy. Po drodze są liczne atrakcje przyrodnicze i historyczne (m.in. ruiny średniowiecznego kościółka), idealne miejsca na piknik, a nawet siłownia plenerowa i boiska.