Film
Art, film: FB/CK 105 Koszalin - 11 godzin temu
Pierwszy raz poczułem, że kultura to nie jest „wydarzenie”, wcale nie na wielkim koncercie. Raczej w tej krótkiej chwili przed wejściem na salę: kiedy jeszcze nie wiesz, co dokładnie się wydarzy, ale już jesteś częścią czegoś wspólnego. W Koszalinie to uczucie ma konkretny adres i jeden, dobrze znany numer: 105.
Jubileuszowy film Centrum Kultury 105 działa na mnie właśnie w ten sposób, jak powrót do tego momentu. Nie jest laurką ani suchą kroniką. Jest raczej próbą uchwycenia „dlaczego”, dlaczego ludzie tu wracają, dlaczego wsiadają do tego samego autobusu emocji, dlaczego przez pół wieku wciąż potrzebujemy tych samych prostych rzeczy: spotkania, przeżycia, wspólnoty...
Autobus, który nie wozi tylko ludzi
Film zaczyna się od obrazu, który od razu ustawia ton: idzie grupa osób, niosą tabliczki z nazwami działań DKF, „Młodzi i Film”. I ja to czytam nie jak listę, tylko jak mapę. Bo CK 105 to dla wielu z nas nie jeden wieczór w roku, tylko sieć dróg: ktoś tu przyszedł na seans i został na rozmowę, ktoś przyszedł na warsztat i odkrył, że potrafi więcej, niż myślał. Ktoś znalazł grupę. Ktoś znalazł głos.
Potem pojawia się czerwony, retro autobus z numerem 105. Niby zwykły "ogórek" a jednak natychmiast robi się symbolem. To taki „pojazd pamięci”, w którym siedzą obok siebie różne generacje, i nikt nie pyta, kto ma ile lat. Film ma nawet ten lekko absurdalny, sympatyczny moment pchania autobusu. Śmieszny? Trochę. Ale też prawdziwy. Bo kultura czasem naprawdę wymaga, żeby ją pchnąć: wspólnym wysiłkiem, bez wielkich słów, z wiarą, że warto!
Kiedy autobus jedzie przez miasto, kadry łapią skrzyżowania, codzienność, zwykły Koszalin. I to jest ważny komunikat: CK 105 nie jest odświętną wyspą. Jest wpięte w rytm miasta, tak jakby mówiło: „to nie jest osobny świat, to jest wasz świat, tylko bardziej uważny”.
Morze, światła i to, co nagle ściska w gardle
Jest też moment plaży. Zachód słońca, fala, spokój. A potem żółta, komiksowa postać, ta zabawna maskotka, która rozbraja powagę. Uwielbiam ten kontrast, bo on przypomina, że kultura nie musi być zawsze „na galowo”. Może być lekka, ciepła, czasem trochę śmieszna, i wcale nie przez to mniej ważna.
A zaraz potem film przyspiesza: scena, reflektory, koncerty. Ujęcia są dynamiczne, ostre, pełne energii. I jest ten obraz publiczności. Morze ludzi, w którym telefony świecą jak gwiazdy. To jeden z tych kadrów, które trudno obejrzeć obojętnie, bo mówią o czymś prostym: że w tłumie nie zawsze jesteś anonimowy. Czasem jesteś… bezpiecznie razem. Przez dwie godziny albo przez jeden refren. Ale to wystarcza, żeby wrócić do domu trochę innym.
Kultura łączy pokolenia
Najmocniej wybrzmiewa we mnie fragment o tym, jak CK 105 obejmuje całe miasto. Jest dziewczynka śpiewająca na scenie, w tej dziecięcej odwadze, która zawsze wzrusza, bo jest czysta, nieprzepracowana przez autocenzurę. Są młode tancerki na korytarzu, w półśmiechu, w półstresie z tym specyficznym backstage’owym napięciem: „jeszcze chwila i wchodzimy”. I są seniorzy: chór z nutami, równe stroje, spokój, doświadczenie. Ten kontrast nie dzieli. On spina. Pokazuje ciągłość. Jakby film mówił: kultura nie pyta, ile masz lat. Pyta, czy chcesz coś przeżyć i czy chcesz to przeżyć z kimś.
Przez dekady zmieniało się miasto, zmieniały się mody, język, tempo życia. A jednak jedno zostaje: potrzeba bycia razem poprzez kulturę. I ja mam wrażenie, że to jest najuczciwsza definicja CK 105: miejsce, które konsekwentnie daje ludziom powód, żeby się spotykać.
Nie tylko scena. Także stół, glina i rozmowa
Film nie zatrzymuje się na światłach i aplauzie. Zagląda do sal warsztatowych: farby, glina, ręce w pracy, skupienie. Lubię te ujęcia, bo one przypominają, że kultura to nie zawsze „wielkie wyjście”. Czasem to jest zwykły stół i poczucie: „mogę spróbować”. Dla dzieci pierwszy raz. Dla dorosłych pierwszy raz od dawna.
Są też spotkania i rozmowy. Sala, prowadzący, publiczność, dyskusja. Są obrazy w galerii, wernisaż, mikrofon, neon. I wreszcie kulisy: monitory, realizacja, technika, światło. To ten rodzaj prawdy, który lubię najbardziej że za magią stoi praca. Za koncertem stoi ktoś, kto pilnuje dźwięku. Za premierą ktoś, kto ustawia światło. Kultura jest relacją także dlatego, że jest wspólnym wysiłkiem ludzi, których nie zawsze widać.
Na końcu pojawia się jeszcze świąteczny, radosny epizod: czapki Mikołaja, lampki, mikrofony. I to domyka film w sposób, który wydaje mi się bardzo koszaliński: bez patosu, z serdecznością. Jakby ktoś powiedział: „u nas kultura to też normalne bycie razem”.
50 lat czyli miejsce, które nie jest budynkiem
Kiedy pojawia się napis „50 lat Centrum Kultury 105 w Koszalinie”, nie myślę o rocznicy jak o liczbie. Myślę o tysiącach małych momentów: pierwszej tremie, pierwszym oklasku, zdaniu wypowiedzianym po spotkaniu: „to było o mnie”, o dziecku, które wraca do domu z własnoręcznie zrobioną pracą, o dźwięku koncertu, który jeszcze „gra” w człowieku następnego dnia.
Bo są instytucje, których nie da się opowiedzieć listą wydarzeń. Trzeba je opowiedzieć ruchem: drogą do sali, zapachem kulis, światłem sceny, ciszą galerii, śmiechem na korytarzu. Ten film robi dokładnie to. I przypomina, że kultura w Koszalinie ma znaczenie, buduje tożsamość miasta, łączy ludzi, łączy historie.
A numer 105? To nie tylko linia. To zaproszenie: wsiądź. Nie musisz wszystkiego rozumieć. Wystarczy, że chcesz coś poczuć!