Huczne zapowiedzi i odważne prognozy - tak właśnie wyglądała sytuacja polskiej kadry koszykarzy przed Mistrzostwami Europy rozgrywanymi w Słowenii. Sami koszykarze także nie stronili od pozytywnych komentarzy i swoimi wypowiedziami pompowali balonik oczekiwań, które tym razem były niezwykle wysokie. Marcin Gortat wspominał o medalu, mówił, że z Maciejem Lampe będzie tworzył parę dominującą pod koszami.
Wszystko posypało się od razu w pierwszym spotkaniu, gdy Polacy przegrali z Gruzją i to dosyć wyraźnie. Większość zapewniała, że to tzw. wypadek przy pracy, że biało - czerwoni odkują się w następnym meczu. Czesi to w końcu średnia drużyna, bez żadnych gwiazd, z wyjątkiem Jana Veselego, który i tak rozegrał bardzo słaby sezon w Washington Wizards. Skończyło się przegraną Polaków i minimalnym zwycięstwem Czechów.
Meczem ostatniej szansy było spotkanie z Chorwacją. Uznany przeciwnik, kraj z tradycjami i z zawodnikami grającymi na co dzień w silnych europejskich klubach. Mogło się wydawać, że Polacy po tych dwóch porażkach od początku meczu ruszą do ataku i będą nękać Chorwatów na całym parkiecie. Jak było? Kilkunastopunktowe prowadzenie naszych rywali w pierwszej kwarcie przesądziło o przegranej biało - czerwonych. Mimo że Michał Ignerski miał szanse na doprowadzenie do remisu, to i tak uważam, że podopiecznym trenera Bauermanna ta wygrana się po prostu nie należała.
Najgorszym spotkaniem rozegranym przez nasz zespół było starcie z Hiszpanią. Jeden z faworytów do wygrania Mistrzostwa Europy rozbił Polaków już w pierwszej kwarcie, a do końca połowy, kadrowicze rzucili zaledwie 13 punktów. Na szczęście dzięki dobrej grze Ignerskiego i Zamojskiego, dystans do Hiszpanów został nieco zmniejszony po przerwie, co nie zmienia faktu, iż już wtedy można było śmiało mówić o wstydzie bądź blamażu.
Ostatecznie Polacy wygrali jeden mecz. Gospodarze turnieju, którzy mieli już zapewniony awans, nie grali na sto procent swoich możliwości i w niektórych sytuacjach bronili wręcz na stojąco. Mimo to, biało - czerwoni wyglądali nieco lepiej niż w poprzednich spotkaniach. Gortat w końcu punktował, a Kelati groził rzutami z dystansu. Dlaczego nasi koszykarze przełamali się dopiero wtedy, gdy wszystko było już rozstrzygnięte? Pewnie oni sami tego nie wiedzą.
Ciężko jest zlepić kilka indywidualności w jedną całość w niespełna pół roku. Takie zadanie postawiono przed trenerem Bauermannem. Niemiec to uznana marka na europejskich parkietach, dlatego sądzę, że Polski Związek Koszykówki powinien dać mu jeszcze jedną szansę. W nawyku Polaków leży to, iż chcą efektów od zaraz ,a w koszykówce trzeba na nie trochę poczekać, dlatego kolejne turnieje i eliminacje powinny rozwiać wątpliwości odnośnie szkoleniowca polskiej kadry.
Na plus w tym turnieju zaprezentowało się dwóch zawodników i żadnym z nich nie był Mateusz Ponitka. 20 - letni rzucający miał być cichym liderem i objawieniem tych Mistrzostw Europy. Trener Bauermann widział go jednak w innej roli, a Ponitka nie dostawał tylu szans na zaprezentowanie swoich umiejętności. Bardzo dobrze zagrała dwójka Zamojski - Ignerski. Pierwszy z nich był na początku turnieju jednym z ostatnich zawodników w rotacji, a pod koniec turnieju grał nawet w pierwszej piątce. Ignerski natomiast pokazał, że stać go jeszcze na co najmniej dwa sezony w silnej europejskiej lidze.
O opinię i zdanie na temat gry Polaków poprosiliśmy Igora Milicicia, byłego kapitana AZS i obecnie drugiego trenera Akademików.
- Jeżeli chodzi o grę i postawę polskiej kadry... jest to dla mnie wielkie i negatywne zaskoczenie. Przed turniejem obstawiałem, że biało -czerwoni będą walczyć z Chorwatami o wyjście z grupy. Myślałem, że to będzie najważniejszy mecz, a spotkania z Gruzją i Czechami będą tylko formalnością i Polacy łatwo sobie poradzą.
Kto w takim razie zawiódł?
- Nie mogę wyróżnić jednego zawodnika, który zawiódł. System gry nie był odpowiedni, ponieważ żaden koszykarz nie pokazał pełni swoich możliwości, z wyjątkiem Michała Ignerskiego. Nie ma sensu obwiniać samego Koszarka, Szubargę, czy Gortata i Lampego.
Czy trener Bauermann powinien zostać?
- Wynik go nie broni. To sprawa wewnętrzna. Dirk Bauermann to naprawdę dobry trener, ale nie poradził sobie z polską kadrą. Wydaje mi się, że swoją szansę już miał. Trzeba spojrzeć na wszystko obiektywnie, wyniku nie było, a Polacy grali katastrofalnie. Odpowiedź nasuwa się sama.