To jeden z tych punktów miasta, które trudno uznać za przypadkowe. Zbieg Zwycięstwa i Matejki znajduje się przy ważnym ciągu komunikacyjnym, w miejscu dobrze widocznym i przez lata kojarzonym z wysoką zabudową dawnego „Związkowca”. Nic więc dziwnego, że każda nowa koncepcja dla tego terenu będzie budzić zainteresowanie mieszkańców.

Według przedstawionych założeń inwestor planuje budowę obiektu mieszkaniowo-usługowego o wysokości do 60 metrów. W budynku miałoby powstać 168 mieszkań, a parter przeznaczony byłby na handel i usługi. W koncepcji pojawia się również garaż podziemny, miejsca postojowe dla mieszkańców i użytkowników lokali usługowych oraz zagospodarowanie sąsiedniej działki, która dziś pełni funkcję parkingu.

Właśnie ten ostatni element może być jednym z mocniejszych argumentów za dalszą rozmową o inwestycji. Obecny trójkątny parking miałby zostać przekształcony w teren zieleni publicznej z zielenią wysoką i niską oraz małą architekturą. Inwestor przewiduje także wykonanie nowej nawierzchni chodników wzdłuż ulicy Jana Matejki. W mieście, w którym każda realna przestrzeń zielona w centrum jest na wagę złota, taka deklaracja z pewnością będzie uważnie analizowana.
Ale sprawa nie sprowadza się wyłącznie do zieleni i nowych chodników. W grę wchodzi znacznie więcej: skala zabudowy, charakter mieszkań, wpływ inwestycji na najbliższe sąsiedztwo, komunikacja, parkowanie oraz to, jak nowy obiekt wpisze się w istniejącą tkankę miasta.

Projektanci zakładają, że nowy budynek miałby utrzymać punktowy, dominujący charakter tego miejsca. W praktyce oznacza to powrót wysokiej zabudowy w przestrzeń, w której przez dekady funkcjonowała podobna dominanta. Nowa bryła ma być prosta, oszczędna w detalu, nawiązująca do modernizmu, utrzymana w odcieniach bieli i szarości, z balkonami i loggiami na kondygnacjach mieszkalnych.

Pytanie brzmi jednak, czy sama pamięć o dawnym wysokościowcu wystarczy, aby uzasadnić budowę nowej dominanty. Koszalin nie jest dziś tym samym miastem, którym był w latach 70. Zmieniły się potrzeby mieszkańców, oczekiwania wobec przestrzeni publicznej, standardy projektowania i wrażliwość na jakość otoczenia. Dlatego ta inwestycja powinna być oceniana nie tylko przez pryzmat liczby mieszkań czy metrów kwadratowych usług, ale również przez to, jak wpłynie na codzienne życie w tej części miasta.
W dokumentach pojawiają się konkretne parametry: około 1000 metrów kwadratowych usług w parterze, maksymalnie 8400 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej mieszkań, 168 lokali mieszkalnych, 168 miejsc postojowych dla mieszkańców i dodatkowe 10–12 miejsc dla usług. Wysokość zabudowy określono na maksymalnie 60 metrów, a intensywność zabudowy na poziomie nie większym niż 5,5.
To liczby, które robią wrażenie, ale jednocześnie prowokują pytania. Jaki będzie charakter tych mieszkań? Czy będą przeznaczone dla stałych mieszkańców, czy raczej pod inwestycje i wynajem? Czy usługi w parterze rzeczywiście ożywią tę część miasta, czy ograniczą się do funkcji czysto komercyjnych? Czy zapowiadana zieleń będzie faktycznie dostępna dla wszystkich, czy stanie się jedynie estetycznym dodatkiem do inwestycji?
Wątpliwości może budzić także relacja budynku z najbliższym otoczeniem. Szczególnie ważne będzie to, jak zaprojektowany zostanie parter oraz elewacje od strony sąsiedniej zabudowy. W centrum miasta nie wystarczy postawić wysokiego budynku. Trzeba jeszcze zadbać o to, by jego najniższe kondygnacje tworzyły przyjazną przestrzeń dla pieszych, mieszkańców i użytkowników ulicy.
Na tym etapie nie zapadła jeszcze decyzja o realizacji inwestycji. Rada Miejska ma najpierw zdecydować, czy wyrazi zgodę na przystąpienie do sporządzenia zintegrowanego planu inwestycyjnego. Dopiero później możliwe będą dalsze prace, negocjacje z inwestorem oraz konsultacje społeczne. To właśnie ten etap będzie kluczowy, bo pozwoli mieszkańcom, radnym i urzędnikom zadać pytania, które dziś nasuwają się niemal automatycznie.
Zintegrowany plan inwestycyjny nie powinien być traktowany wyłącznie jako narzędzie przyspieszające zabudowę atrakcyjnych terenów. Powinien być także okazją do wynegocjowania czegoś ważnego dla miasta: dobrej przestrzeni publicznej, sensownej zieleni, bezpiecznej komunikacji, jakości architektury i rozwiązań, które nie będą służyły wyłącznie inwestorowi.
Sprawa dawnego „Związkowca” może więc stać się testem. Nie tylko dla inwestora, ale także dla samorządu. Testem z tego, jak Koszalin chce się rozwijać, jak rozumie nowoczesne centrum i czy potrafi łączyć prywatną inwestycję z publicznym interesem.
Bo pytanie nie brzmi już tylko: czy w tym miejscu powstanie nowy wysoki budynek. Pytanie brzmi: jaki będzie to budynek, komu będzie służył i czy za kilka lat mieszkańcy uznają go za naturalną część miasta, czy za kolejną zmarnowaną szansę.
A nazwa? Być może koszalinianie i tak zrobią swoje. Jeśli budynek powstanie, wielu zapewne nadal będzie mówić o nim „Związkowiec”. Tyle że tym razem warto zadbać o to, aby nie była to wyłącznie nazwa po dawnym obiekcie, ale symbol dobrze wykorzystanej przestrzeni w sercu miasta.