Koszalin, Poland
wydarzenia

PŻB między ratami wypłat, a politycznym rachunkiem za promowe ambicje

Autor eWok, fot. FB/Marek Hok 20 Maj 2026 godz. 4:40
Polska Żegluga Bałtycka znów znalazła się w centrum politycznego sporu. Tym razem nie chodzi jednak o symboliczne przecinanie wstęg, zapowiedzi nowych promów czy wielkie strategie dla gospodarki morskiej, ale o sprawę najbardziej podstawową: wypłaty dla pracowników. Wynagrodzenia w spółce wypłacane są w ratach, po raz drugi w tym roku. W Kołobrzegu zorganizowano konferencję prasową, w której obok Piotra Redmerskiego, prezesa PŻB wzięli udział także politycy Koalicji Obywatelskiej - poseł Marek Hok oraz senator Janusz Gromek.

Wokół tego faktu natychmiast zbudowano polityczną narrację. Posłowie Prawa i Sprawiedliwości, z Markiem Gróbarczykiem i Czesławem Hocem na czele, alarmują o „katastrofalnej sytuacji” armatora, grożą prokuraturą i mówią o widmie likwidacji Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Gróbarczyk, były minister i wiceminister odpowiedzialny za gospodarkę morską, stwierdził wręcz, że „Tusk rozpoczął proces likwidacji Polskiej Żeglugi Bałtyckiej”. To mocne słowa, ale w tym przypadku szczególnie istotne jest pytanie: kto dziś ma prawo występować w roli strażaka, jeśli wcześniej sam trzymał zapałki?

 

Prezes PŻB Piotr Redmerski odpowiada ostro. Według niego obecne problemy spółki nie wzięły się znikąd, a część osób dziś występujących w roli obrońców armatora wcześniej przyczyniła się do jego kłopotów.  - To pomoc takich właśnie „zatroskanych” losem PŻB panów doprowadziła do obecnej sytuacji - komentuje.

Sytuacja finansowa spółki rzeczywiście jest napięta. Pracownicy lądowi mieli już otrzymać zaległe pieniądze, marynarze dostali pierwszą część wypłaty w wysokości 1200 euro, a reszta ma zostać przekazana w tym tygodniu. Pomóc ma wpływ 800 tys. euro od firmy czarterującej prom „Cracovia”, kursujący obecnie po Morzu Śródziemnym. Dodatkowo PŻB otrzymała wsparcie z Agencji Rozwoju Przemysłu. Mowa o pożyczce rzędu 45–46 mln zł.

Prezes zapewnia, że środki pozwolą uregulować zaległości i zobowiązania odziedziczone po poprzednikach. Zapowiada też, że kolejne wypłaty mają być realizowane już normalnie. Spółka wchodzi bowiem w najlepszy okres roku. Jak mówi Redmerski, czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień generują około 60 procent przychodów armatora.

W tle jest jednak szersza historia... Historia niespełnionych obietnic, opóźnionych decyzji i polityki morskiej, która przez lata zbyt często żyła obrazkami, a zbyt rzadko twardym rachunkiem ekonomicznym.

Redmerski wskazuje m.in. na opóźnienia związane z formalnym połączeniem działań polskich armatorów promowych pod szyldem Polsca. Wspólny rozkład rejsów i system sprzedaży biletów obejmują Polską Żeglugę Morską, Euroafricę i PŻB. To projekt, który ma pomóc odzyskać pozycję na rynku, na którym silnie rozpychają się niemiecka TT-Line oraz Finnlines należący do grupy Grimaldi. Według prezesa PŻB zgoda UOKiK na koncentrację przyszła zbyt późno, bo dopiero jesienią, choć projekt miał ruszyć wcześniej i dać efekty jeszcze przed sezonem 2025.

Najciekawsze jest jednak to, jak szybko spór o kondycję PŻB stał się sporem o pamięć. Prezes armatora przypomina słynną stępkę pod prom, która miała być początkiem wielkiego programu budowy jednostek w Szczecinie. Pierwszy prom miał trafić właśnie do PŻB. Zamiast nowego statku pozostał symbol: stępka, konferencje i wielkie zapowiedzi. Według Redmerskiego spółka zapłaciła za nią 10 mln zł. Sam prezes nazwał tę płatność „haraczem”.

To słowo bardzo mocne, ale dobrze oddaje temperaturę obecnego konfliktu. Redmerski twierdzi, że dopiero po tej płatności PŻB otrzymała zgodę właściciela, czyli państwa, na zakup promu „Cracovia”. W jego ocenie wcześniejsze blokowanie tej decyzji było kuriozalne i mogło działać na szkodę spółki. Przypomina także, że gdy w lutym 2021 roku zażądał od stoczni „Gryfia” zwrotu pieniędzy za stępkę, dzień później stracił stanowisko. Nowy zarząd miał później podpisać porozumienie, które zamknęło PŻB drogę do roszczeń.

To są zarzuty poważne, bo dotyczą nie tylko zarządzania jedną firmą, ale całego modelu politycznego nadzoru nad państwowymi spółkami. Przez lata gospodarka morska była wykorzystywana jako przestrzeń wielkich narodowych narracji. Mówiono o odbudowie przemysłu stoczniowego, nowych promach, potędze Bałtyku i strategicznych interesach państwa. Dziś rachunek za część tych ambicji spada na konkretnego armatora, konkretnych pracowników i konkretne zobowiązania finansowe.

Prezes PŻB odrzuca przy tym sugestie o prywatyzacji. Nazywa je „polityczną hucpą” i zapewnia, że ani zarząd, ani właściciel nie mają takich planów. Podkreśla, że PŻB jest częścią większej grupy Polsca, a samo zjednoczenie polskich armatorów promowych określa jako wydarzenie historyczne.

Politycy PiS mówią natomiast o katastrofie, niepłaconych zobowiązaniach, braku środków na remonty i ryzyku likwidacji. Zapowiadają możliwość zawiadomienia prokuratury w sprawie działania zarządu na szkodę spółki. W tym politycznym starciu trudno jednak nie zauważyć paradoksu: najgłośniej o zagrożeniu dla PŻB mówią dziś ci, którzy przez lata mieli realny wpływ na politykę morską państwa.

Ale jeśli mamy poważnie rozmawiać o przyszłości Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, trzeba wyjść poza hasła o „likwidatorach” i „katastrofie”. Trzeba zapytać, ile kosztowały spółkę decyzje polityczne, ile straciła przez opóźnienia, nietrafione kontrakty, symboliczne inwestycje i zarządzanie podporządkowane partyjnym kalendarzom.

PŻB potrzebuje dziś nie kolejnej wojny na konferencje prasowe, lecz stabilności, przejrzystości i normalnego biznesowego oddechu. Potrzebuje terminowych wypłat, sprawnych promów, uczciwego rozliczenia przeszłości i realnej strategii na przyszłość. Bo na Bałtyku nie wygrywa się komunikatami partyjnymi. Wygrywa się flotą, ofertą, wiarygodnością i zaufaniem pasażerów. A zaufanie, podobnie jak prom, trudno zbudować z samej stępki.

Czytaj też

„Stępka”. Akt oskarżenia przeciwko członkom zarządu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej S.A.

eWok, fot. gov.pl, Prokuratura Rejonowa w Szczecinie - 2 godziny temu
Prokuratura Regionalna w Szczecinie skierowała do Sądu Okręgowego w Szczecinie akt oskarżenia przeciwko dwóm członkom zarządu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej S.A., w tym przeciwko prezesowi PŻB. Sprawa dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na wyrządzeniu spółce szkody majątkowej w wielkich rozmiarach. Według prokuratury szkoda wyniosła 8 118 560 zł. Prezes PŻB Piotr Redmerski, który kierował państwową spółką od 2016 roku do stycznia 2021 roku, a w kwietniu 2024 roku wrócił na stanowisko prezesa, ocenił stawiany mu zarzut jako „kuriozalny”. - To jest szukanie kozła ofiarnego - publicznie ocenia ten akt Redmerski. - Cieszę się, że będzie ten proces. Chętnie opowiem o patologiach w ówczesnym ministerstwie gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, o próbie budowania promu wbrew zasadom rynkowym. Mam nadzieję, że sąd bardzo wnikliwie przeanalizuje tę sprawę i to, jak funkcjonują spółki Skarbu Państwa. PŻB była oszukiwana przez ministerstwo i przez MSR Gryfia - podkreślił Redmerski.   Prezes PŻB wyjaśnił, że mówiąc o „oszustwach”, miał na myśli m.in. wyrejestrowanie budowanego promu z Polskiego Rejestru Statków. - Stocznia zrobiła to dosłownie po tygodniu. My o tym nie wiedzieliśmy -  twierdzi Redmerski. Wyrejestrowanie jednostki z PRS spowodowało, że stępka, którą w czerwcu 2017 roku symbolicznie ostukiwał młoteczkiem ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki, miała później wyłącznie wartość złomu.   Ponadto Redmerski jest przekonany, że budowa promu w Szczecinie była „projektem politycznym”. Kontrakt podpisała Morska Stocznia Remontowa Gryfia, a prace miały być realizowane na terenie Szczecińskiego Parku Przemysłowego, czyli dawnej Stoczni Szczecińskiej. Nowoczesny prom Ro-Pax dla PŻB, działającej pod marką Polferries, był jednym z tematów kampanii wyborczych.   Prezes przypomniał również, że w 2017 roku PŻB finalizowała zakup używanego promu, który później operował na Bałtyku jako M/F Cracovia. - Ministerstwo wstrzymywało nam zakup Cracovii w zamian za podpisanie kontraktu z Gryfią - powiedział Redmerski. Szef PŻB przyznał, że wielokrotnie domagał się od MSR Gryfia gwarancji, że stocznia będzie w stanie wybudować prom Ro-Pax, czyli jednostkę towarowo-pasażerską. Jak podkreślił, stocznia składała wówczas oświadczenia, że ma kooperantów budujących takie jednostki i będzie z nimi współpracować. Z kolei Skarb Państwa deklarował dokapitalizowanie MSR Gryfia, co miało pozwolić na unowocześnienie parku maszynowego i rozwój potencjału produkcyjnego stoczni. - Zostałem odwołany ze stanowiska 11 lutego 2021 roku. Dzień po tym, jak zażądałem od MSR Gryfia zwrotu zaliczki - podsumował Redmerski. Drugim oskarżonym jest ówczesny członek zarządu ds. inwestycji tonażowych PŻB, który pełnił tę funkcję od lutego 2017 roku do czerwca 2020 roku. Prokuratura zarzuca oskarżonym, że w okresie od 8 marca 2017 roku do 14 maja 2019 roku, jako osoby zobowiązane do zajmowania się sprawami majątkowymi Polskiej Żeglugi Bałtyckiej S.A., nie zachowali ostrożności wymaganej w danych okolicznościach. Według śledczych podpisali z Morską Stocznią Remontową Gryfia S.A. kontrakt na zaprojektowanie, wybudowanie i dostawę promu, mimo że stocznia nie była przygotowana do realizacji projektu ani ekonomicznie, ani organizacyjnie.   Prokuratura wskazuje na złą sytuację finansową i majątkową stoczni, brak odpowiedniego zaplecza technicznego oraz brak kadry pracowników z wystarczającym doświadczeniem w budowie promów typu Ro-Pax. Następnie, jak wynika z zarzutów, podpisane zostały kolejne aneksy do kontraktu: aneks nr 3, dotyczący modyfikacji projektu kontraktowego, oraz aneks nr 4, dotyczący opracowania i nabycia projektu technicznego promu, w tym przeprowadzenia badań modelowych i uzyskania odpowiednich uzgodnień lub zatwierdzeń przez Polski Rejestr Statków. Według prokuratury nastąpiło to mimo tego, że stocznia nadal nie była przygotowana ekonomicznie i organizacyjnie do wybudowania promu. W efekcie Polska Żegluga Bałtycka miała ponieść szkodę majątkową w wielkich rozmiarach w łącznej wysokości 7 589 900 zł. Śledczy zarzucają również podpisanie z MSR Gryfia aneksu nr 2 do kontraktu, dotyczącego wykonania pierwszej sekcji dna podwójnego kadłuba promu Ro-Pax. Zdaniem prokuratury doszło do tego w sytuacji, gdy do dnia sporządzenia dokumentacji pierwszej sekcji promu i podpisania aneksu nie wykonano w całości projektu kontraktowego promu oraz nie sporządzono projektu technicznego w zakresie wymaganym do zaprojektowania pierwszej sekcji.   Skutkiem tego PŻB miała ponieść szkodę w wysokości 725 660 zł. Po odliczeniu kwoty 197 000 zł, uzyskanej ze sprzedaży zezłomowanej „stępki”, daje to 528 660 zł. Wartość szkody Przy ustalaniu wysokości szkody poniesionej przez PŻB prokuratura uwzględniła sumy wydatkowane na wykonanie kontraktu. Chodzi o nabycie projektu kontraktowego za 500 tys. zł, pierwszej sekcji promu za 725 660 zł, zmodyfikowanej wersji projektu kontraktowego za 89 900 zł oraz kolejnych pakietów projektu technicznego, przekazywanych na podstawie aneksu nr 4, za łączną kwotę 7 mln zł. Jako niemające bezpośredniego związku z realizacją kontraktu potraktowano natomiast kwoty przeznaczone na sfinansowanie przechowywania pierwszej sekcji promu oraz wydatki PŻB na różnego rodzaju opinie, analizy, konsultacje, tłumaczenia i raporty. Wynika to z opinii Biura Ekspertyz Sądowych. Po odliczeniu tych kwot oraz 197 tys. zł uzyskanych ze sprzedaży pierwszej sekcji promu przyjęto, że wskutek czynności podejmowanych przez obu podejrzanych Polska Żegluga Bałtycka poniosła szkodę majątkową w wielkich rozmiarach w łącznej wysokości 8 118 560 zł. Oskarżeni nie przyznają się do winy Oskarżeni nie przyznali się do popełnienia zarzucanego im czynu. Za przestępstwo z art. 296 par. 1 Kodeksu karnego grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności. Informację przekazała rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Szczecinie Małgorzata Wojciechowicz.