List otwarty samorządowców z regionu, apelujących o szybkie decyzje w sprawie przewozów powiatowych, wpisuje się w emocjonalną narrację o oczekiwaniu mieszkańców na autobusy i połączenia. Trudno kwestionować samą potrzebę poprawy komunikacji. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że odpowiedzialność władz samorządowych nie polega wyłącznie na podpisywaniu porozumień pod presją chwili. Odpowiedzialność polega także na tym, by nie wprowadzać rozwiązań, które później mogą okazać się niespójne, wadliwe albo szkodliwe dla funkcjonowania już istniejącego systemu.

I właśnie na to zwraca uwagę Tomasz Sobieraj. Prezydent przypomina, że już w połowie 2025 roku zaproponował w ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych szersze porozumienie obejmujące Koszalin i powiat koszaliński. Jego celem miało być stworzenie spójnego systemu transportowego dla całego subregionu. Była to propozycja całościowa, zakładająca myślenie o komunikacji nie w kategoriach pojedynczych linii i doraźnych decyzji, lecz jako o wspólnej polityce transportowej. Ta oferta nie została jednak przyjęta.

Z dzisiejszej perspektywy to argument istotny, bo pokazuje, że prezydent Koszalina nie był przeciwnikiem współpracy. Przeciwnie, proponował rozwiązanie szersze, bardziej systemowe i długofalowe. Obecna inicjatywa starosty, jak podkreśla Sobieraj, ma natomiast charakter jednostronny i nie uwzględnia w wystarczającym stopniu interesów mieszkańców Koszalina. To nie jest drobiazg ani polityczna wymówka. Miasto ma prawo oczekiwać, że wszelkie nowe rozwiązania komunikacyjne będą uwzględniały również jego infrastrukturę, organizację ruchu, politykę taryfową i stabilność komunikacji miejskiej.
Prezydent wskazuje też na kolejny ważny aspekt, który w publicznej dyskusji bywa spychany na margines. W styczniu tego roku sześciu lokalnych przewoźników zwróciło się o analizę sytuacji i podjęcie działań zapobiegających ewentualnym naruszeniom zasad równego traktowania potencjalnych dostawców przewozów. Władze miasta nie mogły zignorować tego sygnału. Sprawa została skierowana do Rady Gospodarczej właśnie po to, by dodatkowo ją przeanalizować i wypracować możliwie najlepsze rozwiązania.
Dla jednych to kolejny etap procedury. Dla innych, w tym dla prezydenta element zwykłej odpowiedzialności. Samorząd nie może działać tak, jakby formalności były przeszkodą, którą najlepiej ominąć. Jeśli pojawiają się wątpliwości dotyczące równego traktowania przewoźników, legalności przyjętych rozwiązań czy wpływu nowego porozumienia na już istniejący system komunikacji miejskiej, władze miasta mają obowiązek te kwestie sprawdzić. Nie po to, by blokować przedsięwzięcie, lecz po to, by nie doprowadzić do sytuacji, w której szybko podpisany dokument stanie się źródłem jeszcze większych problemów.
To zresztą jeden z najmocniejszych punktów stanowiska Tomasza Sobieraja. Prezydent nie mówi: „nie”. Mówi: „nie w obecnym kształcie”. Podkreśla, że dokument budzi poważne wątpliwości formalno-prawne, które uniemożliwiają jego podpisanie, a jednocześnie stwarza ryzyko dla stabilności funkcjonowania komunikacji miejskiej w Koszalinie. Innymi słowy – nie chodzi o samą ideę współpracy z powiatem, ale o to, by współpraca nie odbywała się kosztem miejskiego systemu, który już dziś odpowiada za transport tysięcy mieszkańców.
W tej debacie szczególnie ważny jest jeszcze jeden argument, który warto mocno wybrzmieć: brak podpisu ze strony miasta nie blokuje całego przedsięwzięcia. Jak zaznacza prezydent, powiat ma możliwość samodzielnego organizowania przewozów i uruchamiania nowych linii. To oznacza, że spór nie sprowadza się do prostego schematu, w którym Koszalin zatrzymał wszystko, a mieszkańcy stali się zakładnikami jednej decyzji. Sytuacja jest bardziej złożona. Miasto nie chce podpisać dokumentu, który budzi zastrzeżenia, ale jednocześnie nie zamyka drogi do działania po stronie powiatu.
To bardzo ważne rozróżnienie, bo pokazuje, że obecny impas nie powinien być interpretowany wyłącznie jako efekt braku dobrej woli Koszalina. Prezydent deklaruje gotowość do dalszego dialogu i wprost zaprasza starostę do wspólnego wypracowania polityki transportowej dla miasta i powiatu. Co więcej, precyzuje, co taka polityka powinna obejmować: zasady kształtowania cen biletów, spójność i wzajemne uzupełnianie się sieci połączeń, reguły korzystania z infrastruktury miejskiej oraz zasady relacji obu samorządów z przewoźnikami.
To nie są ogólniki. To katalog konkretnych spraw, bez których nie da się stworzyć dobrze funkcjonującego systemu transportowego. I właśnie tu najmocniej widać różnicę między polityką rozumianą jako szybka reakcja na presję opinii publicznej a polityką rozumianą jako odpowiedzialne projektowanie usług publicznych. Sobieraj zdaje się mówić, że transport publiczny nie może być improwizacją. Musi być oparty na wspólnych zasadach, uczciwy wobec wszystkich uczestników rynku i bezpieczny dla mieszkańców.
Oczywiście można powiedzieć, że mieszkańcy potrzebują autobusów już teraz, a nie po kolejnych analizach. To prawda. Tyle że równie prawdziwe jest to, że źle przygotowane porozumienie może przynieść więcej szkód niż pożytku. W komunikacji publicznej prowizorka zwykle szybko mści się na pasażerach: niespójnym rozkładem, konfliktem kompetencyjnym, problemami taryfowymi albo organizacyjnym bałaganem.
Dlatego stanowisko prezydenta Koszalina można odczytywać nie jako przejaw uporu, lecz jako próbę zatrzymania procesu, który zbyt łatwo chce się sprowadzić do prostego podpisu pod trudnym dokumentem. Sobieraj nie neguje potrzeby zmian. Domaga się jedynie, by były one przygotowane rzetelnie, bezpiecznie i z myślą o całym systemie, a nie tylko o politycznym efekcie.
W sporze o transport w regionie koszalińskim racje nie rozkładają się po jednej stronie. Ale jeśli dziś uwypuklić coś szczególnie mocno, to właśnie to: prezydent Koszalina nie odrzuca współpracy, tylko domaga się, by miała ona sens. A to w samorządzie lokalnym, gdzie skutki błędnych decyzji odczuwają później zwykli mieszkańcy, jest argumentem znacznie poważniejszym, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka.