Są takie gesty, które w teorii wyglądają skromnie, a w praktyce potrafią uruchomić zaskakująco dużo emocji. Rozdawanie biało-czerwonych flag przez samorządy i lokalne organizacje od lat należy do najpopularniejszych inicjatyw wokół Dnia Flagi (2 maja) czy Święta Niepodległości. Z pozoru to „tylko” kawałek materiału na drzewcu. W rzeczywistości – znak wspólnoty, pamięci i symbol, który Polacy lubią mieć pod ręką, by wywiesić go na balkonie, w oknie albo przy okazji rodzinnych wydarzeń.

Lokalność, która działa: ludzie po prostu chcą biało-czerwonej
W wielu miastach takie akcje stały się stałym elementem kalendarza. Jelenia Góra organizuje rozdawanie flag już od wielu lat, zachęcając mieszkańców do wspólnego świętowania i eksponowania barw narodowych. W Tarnowie przez lata rozgłos zyskała „Flaga na samochód” – z darmowymi mini-flagami na antenę i większymi do zawieszenia na budynku. Z kolei w Poznaniu zapamiętano pomysł, by do flag dołączyć… przypomnienie – informację SMS o wywieszeniu flagi. Wysyłał ja sam prezydent Poznania. Jedni widzieli w tym sympatyczną zachętę, inni kręcili nosem na „marketing patriotyczny”.
Jest też Kraków – i bardzo mocny, społeczny wątek: już w 2013 roku flagi rozdawane na placu Szczepańskim nie były „z magazynu”, tylko szyte przez młodzież w szkołach i osadzone kobiety. Taki detal zmienia perspektywę: flaga staje się nie tylko symbolem państwa, ale też pracy rąk, wysiłku, resocjalizacji i realnej wspólnoty.
„Pod biało-czerwoną”: państwo wchodzi do gry
Obok samorządowych inicjatyw pojawiły się też projekty ogólnopolskie, jak „Pod biało-czerwoną” – program, w którym finansowano (lub współfinansowano) maszty i flagi dla gmin po spełnieniu określonych warunków. To przykład, jak symbol może stać się elementem polityki publicznej: z jednej strony – infrastruktura i impuls do wspólnego działania, z drugiej – ryzyko, że państwowa flaga zacznie być postrzegana przez pryzmat „czyj to program”.
Nowy ceremoniał w Warszawie: flaga z Pałacu dla szkół i wspólnot
Na tym tle pojawia się kolejny pomysł, tym razem z poziomu Pałacu Prezydenckiego: uroczysta, regularna zmiana flagi (w soboty o 11:45, start od 3 stycznia) oraz przekazywanie zdjętych flag szkołom, służbom i wspólnotom lokalnym. Ma to budować szacunek do barw i wytwarzać rytuał, który można „zabrać do domu” – w sensie symbolicznym i dosłownym. Zapowiedzi i szczegóły pojawiły się m.in. w komunikatach Kancelarii Prezydenta oraz wypowiedziach Pawła Szefernakera, szefa gabinetu prezydenta.
Brzmi godnie – i takie może być. Tylko że w Polsce symbole narodowe mają to do siebie, że zawsze ktoś spróbuje je „podpiąć” pod własną opowieść. I tu dochodzimy do sedna.
Gdzie jest granica między wspólnotą a „polityczną nagrodą”?
W pamięci wielu osób wciąż siedzi przykład profrekwencyjnej akcji „Bitwa o wozy”, gdzie państwo obiecywało gminom wozy strażackie w zamian za wysoką frekwencję wyborczą. Jej współpomysłodawca był nie kto inny jak Szefernaker, ówczesny wiceminister MSWiA. Intencja – zachęta do udziału w głosowaniu – mogła być przedstawiana jako obywatelska. Ale mechanizm budził spór: czy to jeszcze mobilizacja, czy już nagroda za zachowanie polityczne?
I właśnie dlatego rozdawanie flag – nawet najbardziej niewinne – powinno mieć kilka bezpieczników takich jak transparentne zasady (kto, kiedy, ile, na jakich warunkach), edukacyjny kontekst (choćby krótka ulotka o zasadach eksponowania flagi) oraz odklejenie od kampanii (czasem wystarczy data i ton komunikatu, by uniknąć podejrzeń).
Bo flaga nie ma dzielić. Ma przypominać, że jesteśmy „razem”
Najciekawsze w tych wszystkich akcjach jest to, że one odsłaniają prostą prawdę: ludzie chcą świętować w sposób widoczny. Wywieszenie flagi to gest czytelny, łatwy, wspólny – i wcale nie musi być krzykliwy. Problem zaczyna się wtedy, gdy symbol narodowy zaczyna działać jak rekwizyt w sporze plemiennym.
Jeśli więc mamy budować nowe rytuały – czy to w Koszalinie, Jeleniej Górze, Tarnowie, Krakowie, czy nad Pałacem Prezydenckim – warto pilnować jednego: biało-czerwona nie jest „czyjaś”. Jest wspólna. A wspólne rzeczy najlepiej smakują wtedy, gdy nikt nie próbuje ich zawłaszczyć.