To zjawisko samo w sobie jest piękne. Nie tylko fotograficznie – choć trudno nie przyznać, że zimowe Mielno potrafi wyglądać bajkowo – ale przede wszystkim mentalnie. Zimno ma w sobie coś uczciwego: nie udaje, nie pudruje, nie kokietuje. Jest proste, ostre i natychmiastowe. A morsowanie jest na to odpowiedzią równie prostą: wchodzisz, oddychasz, wychodzisz – i nagle cały świat jest wyraźniejszy. Zimno odcina hałas, wyrzuca z głowy listę spraw, przypomina o ciele, o oddechu, o tym, że żyje się tu i teraz.

Zimowe Mielno jako antidotum na „wieczny listopad”
Mielno poza sezonem ma zupełnie inną energię. Znika wakacyjny zgiełk, stragany, ścisk na promenadzie. Zostają: wiatr, przestrzeń i spokój, który nie jest nudny, tylko kojący. A w tym spokoju pojawia się grupa ludzi w czapkach, rękawiczkach, czasem w fantazyjnych przebraniach, którzy nie pytają „po co?”, tylko mówią „chodź!”. I to jest chyba największy fenomen morsów: ich entuzjazm jest zaraźliwy.
Bo morsowanie – wbrew temu, co sugerują internetowe memy – nie jest sportem ekstremalnym. To raczej styl bycia: trochę przekora, trochę radość, trochę wspólnota. W świecie, w którym większość rzeczy robimy samotnie (nawet w tłumie), morsy przypominają, że są aktywności, które najlepiej smakują, gdy robi się je razem. Ktoś poda rękę, ktoś krzyknie „dawaj!”, ktoś inny zaproponuje herbatę. W tym sensie morsowanie jest jak zimowa wersja ogniska – tylko zamiast ognia jest woda, a zamiast dymu jest para z ust.
„Samba De Mielno” – bo zimą też może być karnawał
A skoro już o wspólnocie mowa, to warto spojrzeć w kalendarz: już za niecały miesiąc odbędzie się 23. Międzynarodowy Zlot Morsów w Mielnie – w tym roku pod hasłem „Samba De Mielno”. Sama nazwa brzmi jak żart rzucony mrozowi prosto w twarz. I dobrze. Zlot morsów od lat jest dowodem na to, że polska zima nie musi być tylko szarością i narzekaniem. Może być kolorowa. Głośna. Przebrana. Może tańczyć.
Organizatorzy zapowiadają, że prace nad wydarzeniem trwają, a na uczestników mają czekać atrakcje i niespodzianki. Z doświadczenia wiadomo, że „atrakcje” w przypadku Mielna to słowo bardzo pojemne: od klimatu karnawału, przez spotkania, parady i wspólne wejścia do wody, po towarzyski żywioł, który sprawia, że w lutym nad morzem człowiek czuje się jak na festiwalu – tylko w czapce i szlafroku.
Po co to wszystko?
Można oczywiście zapytać: po co ludzie wchodzą zimą do Bałtyku? Odpowiedzi będą różne: jedni powiedzą o hartowaniu, inni o endorfinach, jeszcze inni o zdrowiu i odporności. Ale jest też odpowiedź prostsza – dla radości. Dla przełamania rutyny. Dla poczucia, że można zrobić coś, co wydaje się niemożliwe, a potem wrócić do domu z głową lżejszą o kilka kilogramów stresu.
W świecie, w którym wszystko ma być „użyteczne”, morsowanie jest trochę luksusem: robi się je dlatego, że można. Że jest pięknie. Że słońce świeci mimo mrozu. Że plaża w zimowej ciszy wygląda jak pocztówka, a człowiek w środku tej pocztówki czuje się – paradoksalnie – bardziej obecny.
I dlatego patrząc na Mielno, na ten słoneczny, mroźny dzień z odczuwalną temperaturą -12°C, trudno nie pomyśleć: zima ma sens, jeśli potrafimy ją przeżyć z uśmiechem. A morsy? One nie tylko to potrafią. One robią z tego święto.