Koszalin, Poland
wydarzenia

Mirek. Człowiek, który piłkę i Gwardię nosił w sercu

Autor Wojciech Kukliński wczoraj, 23:46
W tę wiadomość trudno uwierzyć. Przyszła nagle, jak gwizdek przerywający mecz, choć nikt nie spodziewał się jego końca. Nie żyje Mirosław Skórka, trener, wychowawca,, społecznik i jedna z najważniejszych postaci w historii piłkarskiej Gwardii Koszalin. Miał 77 lat.

A jednak trzeba się z tą wiadomością pogodzić. Choć bardzo trudno pisać o Mirku w czasie przeszłym.

Poznałem go w latach 90. ubiegłego wieku. Od tamtej pory miałem okazję towarzyszyć jego sportowej, społecznej i politycznej drodze. Widziałem go w wielu sytuacjach. Na ławce trenerskiej. Po meczu. Podczas rozmów z dziennikarzami. W samorządzie. Zawsze był taki sam, choć potrafił pokazywać różne oblicza.

Mirek należał do tych trenerów, którzy w szatni, przy linii bocznej i na konferencji prasowej zdawali się być trzema różnymi osobami. W szatni potrafił mobilizować zawodników, wymagać i jasno wskazywać błędy. Podczas meczu żył każdą akcją. Pełen ekspresji podpowiadał piłkarzom, reagował na decyzje sędziów i walczył razem ze swoją drużyną.

Kilka minut później siadał przed dziennikarzami. Spokojny. Elegancki. Bez niepotrzebnych emocji opowiadał o tym, co wydarzyło się na boisku. Nie szukał wymówek. Nie urządzał przedstawienia. Potrafił wygrywać bez pychy i przegrywać bez utraty godności.

Taki właśnie był.

Trener, który nie opuszczał drużyny

Przez dziesięciolecia budował piłkarskie zespoły w Koszalinie i całym regionie. Prowadził między innymi Gwardię Koszalin, Kotwicę Kołobrzeg, Gryfa Słupsk, Wielima Szczecinek, Sokół Karlino, Leśnika Manowo, Rosę Rosnowo, Victorię Sianów, Darłowię Darłowo, Regę-Meridę Trzebiatów czy "jego" Mechanika Bobolice. Tworzył drużyny, ale przede wszystkim kształtował oraz inspirował ludzi.

Najważniejszym miejscem pozostała jednak Gwardia. Mirek nie odwracał się od klubu, kiedy przychodziły trudne chwile. Brał odpowiedzialność wtedy, gdy inni mogli szukać spokojniejszego miejsca.

To pod jego wodzą Gwardia awansowała w 1993 roku do II ligi. W 2001 roku doprowadził ją do III ligi, a w 2010 roku ponownie wywalczył z zespołem awans na ten poziom rozgrywkowy. To osiągnięcia, które pozostaną w kronikach klubu. 

Ale wielkości trenera nie da się zamknąć w ligowych tabelach.

Tworzą ją zawodnicy, których nauczył odpowiedzialności. Młodzi ludzie, którym dał szansę. Trenerzy, dla których był autorytetem. Kibice pamiętający jego sylwetkę przy linii bocznej. To oni są jego najważniejszym sportowym dorobkiem.

Nie potrzebował reflektorów

Mirek nie szukał poklasku. Nie potrzebował oklasków ani pierwszego miejsca do zdjęcia. Był niezwykle pracowity, zaangażowany i konsekwentny. Gdy podejmował się zadania, można było mieć pewność, że odda mu całego siebie.

Był dobrym trenerem. Bardzo dobrym. Ale jeszcze ważniejsze jest to, że był wspaniałym, pełnym wrażliwości człowiekiem.

Piłkę nożną miał w sercu. Gwardię – jestem o tym przekonany – również. Nawet kiedy nie prowadził już drużyny, pozostawał blisko koszalińskiego sportu. Pojawiał się na meczach różnych klubów i dyscyplin. Interesował się. Rozmawiał. Wspierał. Dla niego sport nie kończył się wraz z ostatnim gwizdkiem.

Z boiska do samorządu

Także działalność społeczna nie była dla niego dodatkiem do życiorysu. Zasiadał w Radzie Miejskiej w Koszalinie, pełnił funkcję jej wiceprzewodniczącego i działał w Radzie Osiedla. 

W pracy publicznej pozostał człowiekiem zespołu. Być może właśnie dlatego dobrze odnalazł się w samorządzie. Wiedział, że zwycięstwa nie odnosi się w pojedynkę. Potrzebna jest drużyna, zaufanie i wspólny cel. Barwy polityczne mogły się zmieniać, ale jego zaangażowanie w sprawy Koszalina i mieszkańców pozostawało takie samo.

Dziś miasto straciło społecznika, a sportowe środowisko – jednego ze swoich najważniejszych wychowawców. Wielu ludzi straciło kolegę, przyjaciela i człowieka, na którego można było liczyć.

Mirek zszedł z boiska zbyt wcześnie. Bez zapowiedzi. Bez czasu na pożegnanie.

Pozostawił jednak drużynę, której nie da się rozwiązać. Tworzą ją jego zawodnicy, wychowankowie, współpracownicy, kibice i wszyscy, którzy mieli szczęście spotkać go na swojej drodze.

I dopóki będą go wspominać, ten ostatni gwizdek nie zakończy wszystkiego.

Żegnaj, Mirku. Rodzinie i Najbliższym składam najszczersze wyrazy współczucia.