Koszalin, Poland
wydarzenia

Dwa tysiące serc i pięść zaciśnięta na klawiaturze

Autor Wojciech Kukliński 56 minut temu
Najpierw przyszły polubienia. Ponad dwa tysiące. Potem komentarze – prawie drugie tyle. Dzień później pod artykułem o wydarzeniu „Sercem z Ukrainą” w Koszalinie zostało ich nieco ponad pięćset. Resztę usunęliśmy. Nie dlatego, że ktoś miał inne zdanie. Usunęliśmy życzenia śmierci, narodowościowe obelgi, wulgaryzmy i słowa brzmiące jak zaproszenie do fizycznej konfrontacji.

To miał być zwyczajny tekst o koncercie i zbiórce dla Fundacji Magia Karpat. Można było wydarzenie poprzeć. Można było je skrytykować. Można było nie przyjść, nie wpłacić ani złotówki i po prostu przewinąć ekran.

Ale niektórzy musieli się zatrzymać.

Przeczytałem, że „ich miejsce jest w ich kraju”, a Ukraińcy to „naród bez historii i godności”. Ktoś napisał, że wojna jest fikcją, po czym zakończył swój wywód krótkim: „won”. Dalej było już tylko gorzej: „swołocz”, „prymityw”, groźby plucia w twarz i pytania: „Gdzie, kiedy chcesz?”.

Te komentarze mnie nie ranią. One mnie szokują.

Zastanawiam się, co dzieje się w człowieku, który poświęca własny czas, żeby obcej osobie zrobiło się nieswojo. Trzeba przecież otworzyć komentarze, ułożyć zdanie, wpisać wyzwisko i nacisnąć „opublikuj”. To nie jest odruch. To seria decyzji.

Czy po napisaniu komuś „won” człowiek naprawdę czuje się bardziej polski?

Żeby była jasność: hasło „Sercem z Polską!” nie jest hejtem. Pytanie o promocję obchodów 11 listopada także nim nie jest. Można krytykować koncert, organizatorów, sposób wydawania pieniędzy i skalę pomocy dla Ukrainy. Nie każda niewygodna opinia jest mową nienawiści.

Granica jest jednak prosta.

„Dlaczego wspieracie tę inicjatywę?” – to pytanie.
„Naród bez historii i godności” – to pogarda.
„Plunąć ci w gębę” – to agresja.
Życzenie komuś śmierci – to moralne dno.

W komentarzach pojawili się również samozwańczy historycy, którzy całą skomplikowaną historię polsko-ukraińską zamykają w jednym słowie: „banderowcy”. O Wołyniu trzeba mówić uczciwie i głośno. Ofiary mają prawo do pamięci, prawdy i godnego upamiętnienia. Ale ich pamięć nie staje się bardziej godna, gdy ktoś obraża współczesną Ukrainkę albo ukraińskie dziecko.

Historia nie jest pałką do bicia przypadkowych ludzi.

W latach 1937–1938 podczas „operacji polskiej” NKWD zamordowano ponad 111 tysięcy osób, przede wszystkim Polaków mieszkających w Związku Sowieckim. Nie zauważyłem jednak, aby ci sami internetowi „historycy” obarczali każdego współczesnego Rosjanina osobistą odpowiedzialnością za stalinowskie zbrodnie.

I słusznie. Odpowiedzialność nie przechodzi z pokolenia na pokolenie wraz z paszportem. Dlaczego więc ta zasada nagle przestaje obowiązywać wobec Ukraińców?

Z niemal dwóch tysięcy komentarzy pozostało niewiele ponad pięćset. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Usuwanie gróźb, życzeń śmierci i narodowościowych obelg nie jest cenzurą. Jest odmową zamiany miejsca do rozmowy w publiczny ściek.

Krytykę zostawimy. Trudne pytania również. Wulgarną napaść usuniemy ponownie.

Bo polskość nie potrzebuje słowa „won”. Patriotyzm nie potrzebuje plucia w twarz. A biało-czerwona flaga nie uszlachetnia pogardy – staje się wtedy jedynie dekoracją agresji.

Zapamiętam jednak coś innego: dwa tysiące serc i kilka pięści zaciśniętych na klawiaturze. Pięści narobiły hałasu.

Serca nie musiały krzyczeć.

Błoto usunęliśmy. Serca zostały.