Washington Post od razu widziało w klęsce Fideszu cios dla sojuszu Orbána z Donaldem Trumpem i Władimirem Putinem: amerykański dziennik przypominał, że Orbán był „darlingiem MAGA i sprzymierzeńcem Kremla”, a jego odejście zburzy wpływy autorytarnych prądów w Waszyngtonie i Moskwie.
Podobny ton słychać było w innych zachodnich tytułach. Al Jazeera zebrała gratulacje od liderów Unii Europejskiej, w tym Ursuli von der Leyen, która triumfalnie ogłosiła, że „Węgry wybrały Europę”. Prezydent Francji Emmanuel Macron mówił o „zwycięstwie demokratycznego udziału”, a premierzy państw nordyckich podkreślali, że wyniki pozwolą Budapesztowi „wrócić do naszej wspólnoty wartości i bezpieczeństwa”. Reuters w serii depesz cytował z kolei Donalda Tuska, który na X napisał „Węgry, Polska, Europa. Znowu razem! Chwała zwycięzcom”, co potwierdzało narrację o powrocie Węgier do „europejskiej rodziny”.
W amerykańskim serwisie Vox komentator Zack Beauchamp tłumaczył, że to zwycięstwo jest tak spektakularne, bo Fidesz przez lata „zamienił media publiczne w propagandę i zmuszał niezależne redakcje do sprzedaży przychylnym mu biznesmenom”, a mimo to przegrał.
Ostrożność ekspertów
Nie wszystkie relacje tonęły w euforii. Już w pierwszych komentarzach podkreślano, że zwycięstwo może okazać się pyrrusowe. The Guardian przypominał, że Fidesz „obsadził państwo, media i sądownictwo lojalistami”, co może znacząco spowolnić reformy. Think‑tank Atlantic Council zauważył, że wynik jest imponujący, bo nastąpił „mimo autorytaryzmu Orbána, w tym kontroli głównych mediów i zastraszania sądownictwa”. Eksperci zwracali też uwagę na rosyjskie wsparcie dla Fideszu i próby dezinformacji; Atlantycki ośrodek pisał o „astroturfingu i manipulacji mediów społecznościowych” na korzyść Orbána. Reuters przypominał, że kampanię Fideszu zachwiały doniesienia o tajnych układach z Moskwą, a Al Jazeera podkreślała, że nowy rząd będzie musiał mierzyć się z oczekiwaniami gigantycznego mandatowego zwycięstwa.
Ton tych komentarzy był więc bardziej wyważony: owszem, media liberalne widzą w triumfie Tiszy nadzieję na „repolonizację” Węgier, ale ostrzegają, że Orbán pozostawił po sobie gęstą sieć zależności, którą trudno będzie rozplątać.
Narracje w obozie Orbána i „alternatywne” media
Choć zachodnia prasa świętowała, prorządowe węgierskie media, należące do oligarchów związanych z Fideszem miały problem z narracją. Jeszcze przed wyborami rząd finansował billboardy wygenerowane sztuczną inteligencją, które przedstawiały Pétera Magyara jako marionetkę UE i Wołodymyra Zełenskiego. W sieci krążyły teksty, w których publicyści narodowo‑konserwatywni ubolewali nad „euforią globalistycznej prasy” i przekonywali, że „Hungary chooses Europe” to w rzeczywistości prolog do utraty suwerenności. W komentarzach pojawiały się oskarżenia o ingerencję Meta czy „niemieckich służb” w kampanię, cytowane przez Euronews skargi prorządowych działaczy, że ich posty rzekomo kasowano jako dezinformację. Po ogłoszeniu wyniku środowiska te mówiły o „spisku” i zapowiadały, że Fidesz wróci do władzy, bo „system Orbána jest wszędzie”, co zresztą potwierdzają eksperci.
Felietonowa refleksja
Obserwowanie medialnej reakcji na węgierskie wybory przypomina czytanie opowieści o dwóch równoległych rzeczywistościach. W jednej, prezentowanej przez większość zachodnich tytułów, upadek Orbána to triumf demokracji, powrót Węgier na europejską drogę i symboliczny cios w globalny populizm. W drugiej, budowanej przez prorządowe media i część światowej prawicy, to spisek Brukseli, Berlina i Waszyngtonu; zwycięstwo Tiszy nie jest znakiem społecznej zmiany, lecz efektem manipulacji, a prawdziwi patrioci już szykują rewanż.
Taka polaryzacja nie jest czymś nowym, ale węgierskie wybory uwypukliły ją wyjątkowo mocno. Zachodnie media podkreślają, że Tisza wygrała mimo „niespotykanych nierówności” w dostępie do informacji. Jednocześnie eksperci ostrzegają, że to dopiero początek; rozmontowanie autorytarnego systemu wymaga rozbicia sieci, która kontroluje media, sądy i gospodarkę. W tym sensie euforia może być przedwczesna.
Dla obserwatora z Polski w tym felietonie ważne jest jeszcze jedno: cała historia pokazuje, jak wielką rolę odgrywają w demokracji wolne media. Fidesz budował swoją potęgę m.in. poprzez zawłaszczenie mediów publicznych i presję na prywatne tytuły. Tisza nie wygrałaby, gdyby rzeczywistość doświadczana na własnej skórze przez wyborców nie okazała się silniejsza od rządowej propagandy. Dlatego na dłuższą metę najciekawsze będzie nie to, jakie hasła głoszą dziś światowe media, lecz to, czy nowy rząd faktycznie uwolni węgierski krajobraz medialny. Jeśli tak, przyszłe wybory nie będą już starciem między euforią a teorią spiskową, lecz debatą o realnych programach.