Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

O co chodzi w sprawie Gawłowskiego?

2018-02-05 15:42:00 Ekoszalin na podstawie Onet.pl
Prokuratura opiera zarzuty przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu na zeznaniach małego świadka koronnego Krzysztofa B. - byłego członka PiS, podejrzanego o korupcję i udział w gangu - wynika z ustaleń dziennikarzy Onetu. Mężczyzna został zatrzymany w 2014 roku, ale o przyjęciu łapówki przez sekretarza generalnego PO opowiedział dopiero po dwóch latach - już po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość.

Oprócz zeznań trzech osób, prokuratura nie przedstawia żadnych materialnych dowodów na to, że Gawłowski dopuścił się przestępstwa. Polityk PO miał otrzymać od zastępcy dyrektora IMiGW łapówkę w postaci dwóch zegarków. Śledczy nie są jednak w ich posiadaniu i w żaden sposób nie mają tego udokumentowanego. Gawłowskiego oskarża też były członek PiS Krzysztof B. Twierdzi,. że wręczył mu łapówkę w Koszalinie latem 2011. Tymczasem polityk PO był wtedy w Chorwacji

 

Onet.pl ujawnił dowody, jakimi dysponuje prokuratura przeciwko sekretarzowi generalnemu PO Stanisławowi Gawłowskiemu. Portal dotarł do wniosku szczecińskiej prokuratury, który trafił do Marszałka Sejmu. Śledczy chcą postawić Gawłowskiemu pięć zarzutów, w tym trzy korupcyjne. Prokuratura domaga się zgody Sejmu na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła. Wniosek - podpisany przez Beatę Marczak, zastępcę Prokuratora Generalnego, która w 2009 roku umorzyła zarzuty wobec senatora PiS Grzegorza Biereckiego ws. SKOK - opiera się głównie na zeznaniach trzech osób: Mieczysława O., Łukasza L. i Krzysztofa B.

 

 1.   Zegarki

W tym wątku kluczowe są dwie postaci: Mieczysław O. i Łukasz L. Pierwszy był szefem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, który podlegał bezpośrednio Stanisławowi Gawłowskiemu jako wiceministrowi środowiska. L. był jego zastępcą. Prywatnie byli kochankami.

 

Łącznie mają na koncie kilkadziesiąt zarzutów, m.in. korupcyjnych. Po latach zdecydowali się obciążyć swoimi zeznaniami Gawłowskiego. Mieczysław O. po przejęciu władzy przez PiS został doradcą ministra środowiska Jana Szyszki i był nim jeszcze w zeszłym roku.

 

Śledczy sądzą, że w grudniu 2010 i czerwcu 2011 r. Stanisław Gawłowski żądał i przyjął łapówkę od Łukasza L., który był zastępcą dyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Gawłowski jako wiceminister środowiska nadzorował Instytut. Łapówka w postaci dwóch zegarków TAG Heuer o wartości w sumie 25 961 zł miała zagwarantować przychylność wiceministra wobec L. i zapewnić urzędnikowi dalsze pozostawanie na stanowisku w IMiGW.

 

Gawłowski – jak wynika z zeznań, zmotywowany łapówką – miał także wspierać kandydaturę dyrektora Instytutu Mieczysława O. na stanowisko wiceprezydenta Światowej Organizacji Meteorologicznej z siedzibą w Genewie.

 

Zacznijmy od tego drugiego wątku. O. został wybrany na wiceszefa WMO w połowie 2011 r. - Nie było powodów, żeby polski rząd miał go nie popierać – mówi Stanisław Gawłowski. - Awans Polaka na takie stanowisko dla mnie był bardzo ważny. Mieczysław O. w tym czasie był najwyżej postawionym w strukturach ONZ Polakiem. Poza tym on naprawdę miał dobre papiery. Był profesorem, posługiwał się biegle czterema językami. Nikt oprócz niego w tym czasie nie miał szans na nasze poparcie. Mogliśmy oczywiście nie wysuwać polskiej kandydatury, tylko dlaczego?

 

Łapówka miała zostać wręczona już po tym, gdy Mieczysław O. zdobył posadę w Genewie. Gawłowski musiałby więc wspierać O., wierząc na słowo, że otrzyma gratyfikację. Tych wątpliwości prokuratura nie wyjaśnia.

 

Drugi wątek "zegarkowy" dotyczy Łukasza L., który był zastępcą Mieczysława O. w IMiGW, a prywatnie jego kochankiem. L. został już skazany. Dobrowolnie poddał się karze roku i ośmiu miesięcy więzienia.  Łukasz L. zeznał, że pod koniec 2010 r. w gabinecie Mieczysława O. (pod jego nieobecność) w IMiGW Stanisław Gawłowski poinformował go, „że dalsze piastowanie takiego stanowiska, tj. zastępcy dyrektora nie jest bezpłatne".

 

Gdy Łukasz L. zapytał później Mieczysława O. jak ma rozumieć zachowanie ministra, Mieczysław O. odpowiedział, że Stanisław Gawłowski lubi dostawać prezenty i tego oczekuje w zamian za możliwość dalszego piastowania funkcji”. Stanisław Gawłowski zaprzecza:  - Nie było takiej sytuacji. Rozmawiałem z L. bodaj dwa razy i nigdy w gabinecie O. Raz powiedzieliśmy sobie „dzień dobry” na lotnisku. Drugi raz miał miejsce w trakcie posiedzenia rady naukowej IMiGW. Nigdy więcej z nim nie rozmawiałem.

Prokuratura nie wskazuje, by miała jakikolwiek dowód potwierdzający, że do takiego spotkania faktycznie doszło.

 

Jest faktem, że Łukasz L. mógł obawiać się o swoje stanowisko. Stanisław Gawłowski od pewnego momentu stał się mu nieprzychylny i nie ukrywał tego w rozmowach z dyrektorem IMiGW Mieczysławem O.: - Przychodziło do mnie mnóstwo osób ze skargą na L. Nie słyszałem ani jednej dobrej opinii na jego temat. Mówiono, że jest niegrzeczny, chamski, arogancki, że źle traktuje ludzi, że się nie zna. Dostawałem nawet anonimy, z których wynikało, że wymusza haracze. Kontrola, którą wysłałem tego jednak nie potwierdziła – twierdzi w rozmowie z Onetem były wiceminister środowiska.

 

Do przekazania łapówki miało dojść w czerwcu 2011 r. Stanisław Gawłowski miał przesłać na prywatny adres e-mailowy "ADP2@wp.pl" należący do Łukasza L. szczegółowe instrukcje dotyczące zegarków, jakie chciał otrzymać w ramach łapówki. Przesłana wiadomość – według zeznań L. – zawierała zdjęcie zegarka TAG Heuer z dopiskiem „x2”. W przesłanym do Sejmu wniosku prokuratury nie ma jednak słowa o tym, by śledczy zabezpieczyli tę wiadomość lub dysponowali adresem, z jakiego mail miał zostać wysłany.

 

Stanisław Gawłowski zaprzecza, by wysyłał do L. jakąkolwiek wiadomość: - Nie używam komputera. – Trudno nam w to uwierzyć. To jak pan pracował w ministerstwie? – zauważamy. -  Nie używam komputerów od mniej więcej dziesięciu lat. Gdybyście spytali ministrów, to z pewnością okazałoby się, że znacząca część z nich robi podobnie. Komputerów używali moi asystenci. Ja miałem wszystko wydrukowane, pracowałem na papierze. Wszelkie moje poprawki asystenci wprowadzali do komputera.

 

– Przecież w trakcie przeszukań zajęto panu pendrive’y – przypominamy. - Bo ludzie teraz tak pracują, że jeśli dają jakiś dokument, to jest to w formie papierowej, ale jednocześnie załączają pendrive’a. Dlatego je miałem. – Wysłaliśmy panu niedawno e-mail z wywiadem do autoryzacji. – I co? Odpisałem, czy oddzwoniłem? – pyta Gawłowski. – Oddzwonił pan – odpowiadamy.  - Komputera nie używam – zarzeka się. Twierdzi też, że CBA w trakcie przeszukań nie zajęło komputerów należących do niego i jego żony.

 

Wracamy do szczegółów domniemanego przekazania łapówki. Łukasz L. po otrzymaniu rzekomego maila ze zdjęciem zegarka od Stanisława Gawłowskiego, miał zadzwonić do koleżanki z pracy Weroniki B., aby zamówiła dwa zegarki TAG Heuer. Kobieta nie miała jednak pieniędzy na zaliczkę, więc L. poprosił o pożyczkę inną pracownicę IMiGW Wandę K. Ta zeznała kilka lat później, że nie jest pewna, czy w tym czasie Łukasz L. poprosił ją o pożyczenie pieniędzy i przekazanie ich Weronice B, bo w tamtym czasie L. miał ją prosić o załatwienie wielu różnych spraw. K. zeznała też, że nie wie nic o zakupie zegarków.

 

Więcej do powiedzenia prokuratorom miała Weronika B. Latem lub wiosną 2011 roku Łukasz L. rzeczywiście poprosił ją o znalezienie konkretnych modeli zegarków firmy TAG Heuer. Ta nawiązała korespondencję z salonem W. Kruk przy Placu Konstytucji w Warszawie. Chodziło o dwa egzemplarze tego samego modelu różniące się kolorem paska: jeden miał być czarny, drugi brązowy. Weronika B. pamięta, że pieniądze na zaliczkę przekazała jej Wanda K. Po odbiór wartych według niej ok. 30 tys. zł zegarków udała się do salonu wraz z Łukaszem L.

 

Pracownica IMiGW stwierdziła przed prokuratorem, że według niej L. nie kupował tych zegarów dla siebie, bo „nie lubił koloru brązowego”. Uznała, iż gdyby kupował je również dla siebie, nosiłby później ten z czarnym paskiem. Kobieta zeznała, że wicedyrektor IMiGW w salonie nie przymierzał zegarków i nie pytał, czy do niego pasują. Weronika B. twierdzi również, że zegarki mogły być kupione w ramach odwdzięczenia się komuś. Jednocześnie w zeznaniach zaznaczyła: „Dziś tego nie jestem pewna”.

 

Po zakupie Łukasz L. miał pokazać zegarki Mieczysławowi O. (szefowi IMiGW). Ten stwierdził, że mu się podobają i nawet jeden z nich przymierzył. O. polecił przekazać je ówczesnemu wiceministrowi środowiska Stanisławowi Gawłowskiemu za pośrednictwem kierowcy IMiGW, który miał zawieźć zegarki w paczce z napisem „Sekretariat Ministra Gawłowskiego do rąk własnych” (pisownia oryginalna – red.). L. zeznał, że maksymalnie po 2 miesiącach Mieczysław O. powiedział, że widział na ręku Stanisława Gawłowskiego jeden z nich.

 

Jednak we wniosku Prokuratury Krajowej nie ma informacji o tym, by śledczy odnaleźli te zegarki. Nie ma też informacji, czy ustalono ich numery seryjne i czy porównano je między sobą. Dysponują jedynie dowodami ich zakupu zabezpieczonymi w trakcie czynności z udziałem Łukasza L. Prokuratura nie wyjaśnia, dlaczego bardziej logiczne wydaje się jej, iż dwa zegarki były przeznaczone dla jednego człowieka, a nie np. dla samych Łukasza L. i Mieczysława O.

 

Prokuratura zaznacza, że na podstawie fotografii i zdjęć wideo ustaliła, iż Stanisław Gawłowski w ostatnich latach mógł posiadać dwa zegarki, ale tylko jeden z nich wyglądem był zbliżony do TAG Heuera. W trakcie przeszukania w warszawskim mieszkaniu posła agenci CBA zabezpieczyli ten zegarek. Gawłowski przyznaje, że jest to TAG Heuer, ale otrzymał go w 2007 roku (czyli 4 lata przed rzekomym wręczeniem łapówki) w prezencie urodzinowym od żony. Zegarek ten był kupiony w jednym z salonów w centrum handlowym „Galaxy” w Szczecinie i miał kosztować ok. 6 tys. zł, dlatego też poseł nigdy nie wpisał do go do corocznego oświadczenia majątkowego (muszą tam się znaleźć przedmioty warte powyżej 10 tys. zł).

 

Na niedawnej konferencji prasowej w Sejmie wraz ze swoim pełnomocnikiem Romanem Giertychem Stanisław Gawłowski poinformował, że dysponuje certyfikatem potwierdzającym zakup i numer seryjny zegarka, który znajdują się w aktach adwokackich w kancelarii Giertycha i zostanie udostępniony prokuraturze w trakcie przesłuchania. Gawłowski ma też zdjęcia, na którym pokazuje się z zegarkiem. Jedno pochodzi z 2008 roku – trzy lata przed rzekomą korupcją.

 

Śledczy we wniosku skierowanym do Sejmu piszą też o innym modelu zegarka. Chodzi o Breitlinga Navitimer World, który miał należeć do Stanisława Gawłowskiego. Analizują, jaką mógł mieć wartość w 2011 r. I tu pierwszy raz wyraźnie widać niechlujstwo prokuratora piszącego wniosek. W dokumentach czytamy bowiem, że zegarek ten „w 2011 roku kosztował 14 067 zł, a w firmie Apart – 22 000 zł”. Brak informacji o tym, gdzie przedmiot miał kosztować wspomniane 14 tys. zł.

 

Po co śledczy wspominają o tym zegarku we wniosku, skoro nie taki model miał być elementem korupcyjnej transakcji? Tego śledczy nie wyjaśniają, choć wydaje się, że w ten sposób dostarczają Gawłowskiemu argument do obrony.

 

Gawłowski nie ukrywa, że podobny zegarek kiedyś posiadał: - Nieżyjący mój przyjaciel przywiózł mi z Egiptu albo Turcji podróbkę takiego zegarka. Wart był może 20 dolarów. Ładnie wyglądał, ale po kilku tygodniach noszenia odpadły mu wskazówki. To była podróbka. Nie mam niestety tego zegarka, wyrzuciłem go. – A pan wie, że noszenie podróbek też jest nielegalne? – zauważamy. – Niestety wiem – odpowiedział Gawłowski.

 

\Z kolei o jednym ważnym wątku śledczy w ogóle nie wspominają w swoim wniosku. Chodzi o rozmowę Mieczysława O. z Łukaszem L., która została nagrana przez jednego z nich, dwa lata po rzekomym wręczeniu łapówki Gawłowskiemu. Rozmawiają jednak tak, jakby tej łapówki nigdy nie wręczyli.

 

Gawłowski: - Na ile znam się na ludziach, taki wątek w trakcie rozmowy powinien się pojawić, jeżeli panowie rozmawiają o moich naciskach na dymisję L. Powinni rozmawiać o tym, że wręczyli mi łapówkę, a mimo to wciąż chcę się pozbyć urzędnika. Słowa o tym w tej rozmowie nie ma.

 

Szczegóły rozmowy opisał tygodnik „Newsweek”. „On cię kazał wypierd… Wiesz, jak mi powiedział? Że mam wypierd… L.”  - mówił Mieczysław O. i zastanawiał się, dlaczego wiceminister środowiska tak naciska na wyrzucenie jego kochanka.

 

2 i 3: Łapówka od świadka koronnego

Kluczową postacią w tym wątku jest Krzysztof B. – biznesmen z Darłowa. Latem 2014 roku został zatrzymany. Postawiono mu zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, która obłowiła się na przetargach organizowanych przez Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych.

Szefowi tej instytucji Tomaszowi P. (też podejrzanemu) miał wręczyć 200 tys. zł łapówki w zamian za ustawienie przetargu na budowę wrót sztormowych w Mielnie. Kontrakt był wart ok. 20 mln zł, a więc łapówka wynosiła 2 proc. wartości przetargu. Pieniądze miały też zapewnić Krzysztofowi B. przychylność Tomasza P. w kolejnych postępowaniach. Po zatrzymaniu B. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień.

Minęły jednak dwa lata. Jest 20 czerwca 2016 roku. Krzysztof B. sam kontaktuje się ze szczecińskim wydziałem Prokuratury Krajowej. Chce zeznawać jako tzw. mały świadek koronny. „Przypomina sobie”, że to Stanisław Gawłowski namawiał go do wręczenia wspomnianych 200 tys. zł Tomaszowi P. Gawłowski miał wręcz mówić, że „P. nie może być skrzywdzony”. Dyrektor Zakładu Melioracji miał z kolei twierdzić, że swoją część z tych pieniędzy otrzyma polityk PO.

Kim jest biznesmen Krzysztof B. z Darłowa, podejrzany o korumpowanie urzędników państwowych, który oskarża Stanisława Gawłowskiego? Wiadomo, że przynajmniej do 2014 r. był członkiem Prawa i Sprawiedliwości. Jako kandydat tej partii startował nawet w wyborach samorządowych. Stanisław Gawłowski nie ukrywa, że z B. się znają: - Jestem związany z Darłowem od lat. Kończyłem tam szkołę. To małe miasto. Znam B., znam też jego rodziców.

Krzysztof B. był wspólnikiem pasierba Gawłowskiego. Razem zainwestowali w nieruchomości w nadmorskiej części Darłowa. – Zanim się biznesowo związali, B. kontaktował się ze mną dwa, trzy razy do roku. Później chciał ze mną rozmawiać non stop – twierdzi sekretarz generalny PO. - Ciągle czegoś chciał, ciągle miał pytania, ciągle chciał coś konsultować. W tym okresie widywałem się z nim mniej więcej raz w miesiącu. – O czym rozmawialiście? – pytamy Gawłowskiego. - B. często skarżył się na P. (urzędnika, któremu wręczył później 200 tys. zł łapówki – red.), że ten go nie lubi. Żalił się, że jest w rozterce. Twierdził, że jako członek PiS jest dyskryminowany w przetargach i zastanawia się, czy nie rzucić partyjnej legitymacji.

Tomasz P. wiedział, że Stanisław Gawłowski i Krzysztof B. się znają. Już w 2014 roku jako podejrzany o „przekręcenie” ponad 150 mln zł z publicznych pieniędzy zeznał, że B. często powoływał się na znajomość z wiceministrem. Miał mówić np., że „Stachu byłby zadowolony, gdyby…”. Gdy biznesmen wręczył mu wspomniane 200 tys. zł (miał je przywieźć w reklamówce w nominałach po 100 zł, spięte gumkami), nie powiedział, że tak kazał zrobić Gawłowski. P. stwierdził jednak przed prokuratorem, że „wynikało to z kontekstu rozmowy”.

Pytamy Stanisława Gawłowskiego, czy dochodziły do niego informacje, że biznesmen się na niego powołuje i czy w związku z tym upominał B. – Upominałem, ale to nic nie dawało – odpowiada polityk. – Od kogo pan się dowiadywał, że B. mówi o znajomości z panem? – dopytujemy. – Na przykład od Tomasza P. (dyrektora Zakładu Melioracji w Szczecinie – red.). Moje rozmowy z nim z pewnością są nagrane przez służby, wierzę, że kiedyś będą ujawnione. P. nieraz mi opowiadał, jak B. się chwali, że rzekomo wszystko wiem, że się interesuję tym czy konkretnym przetargiem. To nieprawda – twierdzi Gawłowski.

Sekretarz generalny PO jako wiceminister środowiska nie nadzorował regionalnych zakładów melioracji. Podlegały one po części resortowi rolnictwa i marszałkom poszczególnych województw. Jednak Gawłowski był również przewodniczącym Platformy Obywatelskiej na Pomorzu Zachodnim. Z Tomaszem P., jak sam przyznaje, miał dosyć częsty kontakt, całkiem dobrze się znali, o czym świadczy ta wypowiedź Gawłowskiego w kontekście powoływania się Krzysztofa B. na wpływy u niego: - Tomaszowi P. i wielu innym urzędnikom powtarzałem jedną rzecz: „Jeśli nie usłyszałeś tego ode mnie, to znaczy, że to nieprawda”.

Polityk PO zarzeka się, że nie było mowy o „ustawianiu” czegokolwiek: - Gdybym cokolwiek zrobił w tym stylu, Donald Tusk by mnie wywalił z rządu na milion procent. Możecie tego nie wiedzieć, ale ja nie byłem człowiekiem Tuska. On mnie nie lubił, bo ja byłem i jestem od Schetyny. – Wiemy, nie jest to wiedza tajemna – odpowiadamy.

Krzysztof B. zeznał, że rozmowy na temat rzekomych łapówek prowadził z wiceministrem w cztery oczy pływając na motorówkach i skuterach. Gawłowski zaprzecza, że takie rozmowy miały miejsce. Jednocześnie przyznaje, że spotykał się z B. w takich okolicznościach: - On w nadmorskiej części Darłowa dzierżawi plażę. Nie ukrywam, przyjeżdżałem tam czasem do niego w wakacje.

– Jeździliście razem na motorówce, albo skuterach? – zastanawiamy się. – Jeździliśmy na skuterach. On miał nawet przez jakiś czas wypożyczalnię takiego sprzętu, więc zdarzało mi się do niego jechać i pływać. Zresztą ja mam dosyć szerokie uprawnienia motorowodne. Skończyłem szkołę morską, jestem oficerem marynarki handlowej i przez dwa lata pływałem na statkach.

W trakcie jednej z rozmów „na skuterze” Stanisław Gawłowski miał domagać się łapówki już nie dla Tomasza P., ale dla siebie. B. twierdzi, że wręczył politykowi łapówkę w domu Gawłowskiego w Koszalinie w sierpniu 2011 roku. Prokuratura we wniosku przesłanym do Sejmu nie precyzuje jednak, kiedy dokładnie miało to się wydarzyć. Sam B. co chwilę zmienia również wersję, ile pieniędzy przekazał. Najpierw zeznaje, że 170 tys. zł, potem, że 190 tys., by wreszcie stwierdzić, że dał „nie mniej niż 200 tys. zł”.

Gawłowski twierdzi, że w czasie, gdy miał otrzymać łapówkę, był w Chorwacji. W materiałach prokuratury rzeczywiście nie ma żadnego dowodu na to, że Gawłowski i B. w tych dniach się spotkali. Nie ma słowa np. na temat analizy logowań telefonów obu mężczyzn. Jest jedynie informacja o potwierdzonej wyciągami bankowymi wypłacie 230 tys. zł przez Krzysztofa B. w dniach 9-12 sierpnia 2011. Prokuratura nie ujawnia, czy sprawdzała wersję, według której gotówka mogła w rzeczywistości trafić do pracowników bądź podwykonawców firm biznesmena, a przecież teoretycznie było to możliwe.

Śledczy nie wiedzą, na co ewentualna łapówka mogła być przeznaczona. W zeznaniach Krzysztofa B. i Tomasza P. pojawia się wątek finansowania kampanii Stanisława Gawłowskiego właśnie poprzez pieniądze z korupcji. To miały być tzw. „kanapki wyborcze” (w 2011 roku odbywały się wybory parlamentarne). Gawłowski miał sugerować, że tylko firmy, które wesprą kampanię Platformy, będą mogły brać udział w późniejszych przetargach. Tyle, że prokuratura nie ma zamiaru postawić zarzutu nielegalnego finansowania kampanii wyborczej.

W „Magazynie śledczym Anity Gargas” w TVP ujawniono, iż agenci CBA w koszalińskim domu Stanisława Gawłowskiego znaleźli dowód zakupu działki w Chorwacji na nazwisko teściów pasierba Gawłowskiego. W programie zasugerowano, że działkę mógł kupić sam polityk metodą „na słupa”. Gawłowski: - Teściowie mojego pasierba byli oburzeni. Pytali: „My jesteśmy słupami? Daliśmy po prostu prezent dzieciom. Chcieliśmy, by nie tracił na wartości. Taki, który mogliby sprzedać, gdyby potrzebowali pieniędzy”.

Poseł uważa, że działka może być warta ok. 150 tys. zł: - Ja do Chorwacji jeżdżę od mniej więcej 20 lat. Rodzice żony mojego pasierba kupili działkę od moich znajomych chyba 4 lata temu. Zresztą działka to dużo powiedziane. To jest apartament o powierzchni mniej więcej 30 metrów.

Wątek działki we wniosku prokuratury o zatrzymanie i aresztowanie Stanisława Gawłowskiego się nie pojawia.

 

4. Poufne informacje dla Krzysztofa B.

Według prokuratury Stanisław Gawłowski w połowie 2013 r. nielegalnie przekazał Krzysztofowi B. poufną informację o kontroli służb dwóch wałów przeciwpowodziowych (służby miały podejrzenie, że w wały wbudowany jest gruz). B. miał z kolei te informację puścić dalej w obieg, do Tomasza P. z Zarządu Melioracji. Krzysztof B. miał być więc „emisariuszem” Stanisława Gawłowskiego.

Jednak z wniosku prokuratury wynika, że inwestycje, którymi miała interesować się ABW nie były realizowane przez firmę Krzysztofa B. Dlaczego więc Gawłowski miałby go o tej kontroli informować? Po drugie, jeżeli ówczesny wiceminister środowiska chciałby przekazać informację Tomaszowi P., raczej powinien zrobić to bezpośrednio, skoro mieli regularny kontakt. Śledczy tych wątpliwości nie wyjaśniają.

Gawłowski: – B. mógł to wiedzieć od wykonawców inwestycji. Jeżeli pojawiła się tam kontrola, trudno byłoby to ukryć. To jest małe środowisko. Zresztą ja zawsze mówiłem i jemu, i Tomaszowi P., że wszystkie takie inwestycje służby mają pod lupą. Może B. z tym to skojarzył.

Tak tłumaczy się polityk PO. Ale to nie wszystko. Prawnicy z Biura Analiz Sejmowych wytknęli śledczym, że w swoim wniosku powołali się na nieistniejący przepis kodeksu karnego. W analizie BAS czytamy: "W uzasadnieniu jednego z zarzutów powołuje się nieaktualną treść art. 266, a także przepis nieobowiązującej w czasie popełnienia zarzucanego czynu ustawy z 22 stycznia 1999 r. o ochronie informacji niejawnych".

 

5. Plagiat

Ostatni z zarzutów: Stanisław Gawłowski miał dopuścić się plagiatu w trakcie pisania swojej rozprawy doktorskiej na Społecznej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania w Łodzi (obecnie Społeczna Akademia Nauk). Zaskakuje najbardziej, bo śledczy (zawiadomieni przez grupę działaczy PiS) zajmowali się tą sprawą już w 2013 roku. Jednak dopiero teraz zdecydowali się na postawienie Gawłowskiemu zarzutu.  W swojej pracy - cytując innych autorów - poseł kilkadziesiąt razy miał pominąć przypis. Twierdzi, że to pomyłka techniczna.

Zresztą, gdy pojawiły się pierwsze publikacje prasowe na temat wątpliwości wokół doktoratu, uczelnia powołała zewnętrznych ekspertów z czterech różnych uczelni. Stwierdzili oni, że Gawłowski wprawdzie niewłaściwie oznaczył część wykorzystanych cytatów, ale o kradzieży nie ma mowy. Inaczej sprawę potraktowali jednak biegli powołani przez prokuraturę. Sam polityk komentuję sprawę tak: - Niezręcznie mi o tym mówić, bo rzeczywiście popełniłem błąd. Ale to był błąd, a nie plagiat – tłumaczy.

Czy zarzuty oparte wyłącznie na zeznaniach przeciwników politycznych - w tym na słowach małego świadka koronnego, liczącego na nadzwyczajne złagodzenie kary - są wystarczające, by wnioskować o aresztowanie posła? Zapytaliśmy o to samych śledczych. Rozmawialiśmy zarówno z Prokuraturą Krajową, jak i Zamiejscowym Wydziałem PK w Szczecinie.

Prokuratura Krajowa: - Prosimy kontaktować się z naszymi kolegami ze Szczecina. Uprzedzamy jednak, że na tym etapie nie możemy mówić nic więcej. Nie z braku szacunku do waszej pracy, ale ze względu na wczesny etap tego postępowania.

Próbujemy w Szczecinie. Pytamy szczegółowo: "Czy istnieją jakiekolwiek dowody rzeczowe (nagrania, zdjęcia, gotówka) potwierdzające, że Gawłowski przyjął łapówki?", "Czy to prawda, że w okresie, w którym miał przyjąć łapówkę w sierpniu 2011 r. Koszalinie Stanisław Gawłowski w rzeczywistości był w Chorwacji?", "Czy nie zastanawia prokuratury, że w trakcie nagranej rozmowy z 2013 r. Łukasza L. i Mieczysława O. nie pojawił się wątek zegarków, jakie miały zostać wręczone Stanisławowi Gawłowskiemu?".

I w końcu: " Jakie jest uzasadnienie wniosku o zastosowanie środka w postaci zatrzymania i tymczasowego aresztowania wobec Stanisława Gawłowskiego?".

Odpowiedź prokuratury: "Z uwagi na potrzebę zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania przed wykonaniem czynności procesowych z udziałem Stanisława Gawłowskiego, obecnie nie jest możliwe udzielenie odpowiedzi na te pytania".

Czy prokuratura powinna ujawnić we wniosku o tymczasowe aresztowanie wszystkie dowody, jakimi dysponuje? - Nie ma takiego obowiązku - mówi mec. Radosław Baszuk z warszawskiej Izby Adwokackiej. - Śledczy muszą zdecydować się na pewną strategię. Albo pokazują wszystko, co mają, albo opisują tylko część dowodów. W tym drugim wariancie mocno ryzykują: po lekturze takiego wniosku poseł, który będzie głosował w parlamencie nad wyrażeniem zgody na aresztowanie, może uznać, że nie ma ku temu wystarczających przesłanek.

Podobnego zdania jest Krzysztof Parchimowicz ze stowarzyszenia prokuratorów "Lex super omnia". - W takiej sytuacji wykłada się wszystko na stół. Jeżeli szczerą intencją prokuratora jest uzyskanie zgody, to musi przekonać najpierw komisję regulaminową, potem cały Sejm, bo inaczej może spotkać się z odmową - podkreśla.

- Zasada swobodnej oceny dowodów wskazuje na to, że w polskim prawie nie ma mocniejszych i słabszych dowodów. Kiedy zderzamy zeznania jednej osoby, nawet przeciwko kilku, to decyduje logika tych wypowiedzi, czy też odwoływanie się wypowiadającego się do potwierdzonych faktów - dodaje.

Skomentuj na Facebooku / Zobacz komentarze »
Zobacz popularne artykuły:
 

Duet Polakowski-Chwastek poprowadzi Gwardię

9 Maj 2019 godz. 10:04 Art za Gwardia Koszalin, fot. FB/Wojciech Polakowski
Do niedzielnego meczu o ligowe punkty nasz zespół przystąpi pod wodzą nowego szkoleniowca, Nowym trenerem naszej drużyny został Wojciech Polakowski. W prowadzeniu zespołu będzie mu pomagał Jarosław Chwastek. Wojciech Polakowski zastąpił na stanowisku trenera Tadeusza Żakietę, który prowadził nasz zespół od kwietnia 2016 (wcześniej prowadził Gwardię w latach 2013-2015). Tadeusz Żakieta najpierw w trudnym momencie utrzymał naszą drużynę w trzecioligowych rozgrywkach, a rok później wywalczył awans do drugiej ligi. Trenerowi Tadeuszowi Żakiecie serdecznie dziękujemy za włożony wysiłek i życzymy powodzenia zarówno w roli szkoleniowca, jak i w życiu osobistym. Wojciech Polakowski to były zawodnik naszego klubu, występował w Gwardii w sezonie 1993/94. Ponadto był również graczem takich zespołów jak m.in. Darłovia Darłowo, Kotwica Kołobrzeg, Amica Wronki (osiem występów w ekstraklasie), Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, Lechia Zielona Góra, Śląsk Wrocław, Ceramika Opoczno czy Rega-Merida Trzebiatów i Gryf 95 Słupsk. Jako szkoleniowiec prowadził Regę-Meridę Trzebiatów, Gryfa 95 Słupsk, Kotwicę Kołobrzeg oraz Bałtyk Koszalin. Od połowy rundy jesiennej do kwietnia bieżącego roku wspólnie z Jarosławem Chwastkiem prowadził Świt Skolwin. Jarosław Chwastek, podobnie jak Wojciech Polakowski, to również były zawodnik naszego klubu, występował także m.in. w Lechii Gdańsk, Pogoni Szczecin czy Kotwicy Kołobrzeg. Trenerom Wojciechowi Polakowskiemu i Jarosławowi Chwastkowi życzymy samych sukcesów. W niedzielę nasza drużyna zagra na wyjeździe z Pogonią II Szczecin....
 

Atrium ma nowego właściciela

14 Maj 2019 godz. 8:09 ala za JLL, fot. FB/Atrium Koszalin
Atrium European Real Estate zawarło umowę sprzedaży dwóch centrów handlowych zlokalizowanych w Polsce. Chodzi o Atrium Koszalin i Atrium Felicity w Lublinie. Nabywcą obu obiektów został ECE European Prime Shopping Centre Fund II, fundusz zarządzany przez ECE Real Estate Partners. Kwota transakcji wyniesie 298 mln euro. Transakcja, po spełnieniu niezbędnych prawnie warunków, ma zostać zamknięta w III kwartale 2019 roku. Strony zawarły przedwstępną umowę sprzedaży w dniu 9 maja 2019 r. Obie nieruchomości zmienią właściciela za łączną kwotę ok. 298 milionów euro. Transakcja ma zostać sfinalizowana w III kwartale tego roku. Oba centra są absolutnymi liderami rynku w swoich regionach. Atrium Felicity oferuje ok. 77 000 mkw. powierzchni handlowej (całkowita wartość powierzchni najmu Atrium, bez uwzględnienia sklepu Auchan, wynosi 57 200 mkw.). Galeria jest zlokalizowana w Lublinie, który jest prężnie rozwijającym się ośrodkiem akademickim i zapleczem administracyjnym w południowo-wschodniej Polsce, z liczbą mieszkańców przekraczającą 340 000 osób. Centrum zostało otwarte w marcu 2014 roku i jest wiodącym obiektem pod względem obecności marek modowych. Swoje sklepy mają tu m.in. Zara, H&M, czy Reserved, które sąsiadują z hipermarketem Auchan i marketem budowalnym Leroy Merlin oraz rozległym food courtem i strefą rozrywki z 9-ekranowym kinem Cinema City. Atrium Koszalin oferuje 57 300 mkw. powierzchni handlowej, a do grona najemców obiektu należą m.in. Tesco, Castorama, H&M, Reserved czy C&A. Klientów przyciąga również rozwinięta strefa rozrywkowa, której elementem jest m.in. Multikino. Strefę zasięgu Atrium zamieszkuje 250 000 osób, a w promieniu 70 kilometrów nie ma znaczącego konkurencyjnego obiektu. Mocnej pozycji centrum sprzyja również atrakcyjność inwestycyjna Koszalina, jednego z najbardziej rozwiniętych ośrodków gospodarczych północno-zachodniej Polski. Transakcja sprzedaży dodatkowo umocni pozycję Atrium jako najbardziej aktywnego inwestora w sektorze nieruchomości handlowych. To również znakomita decyzja inwestycyjna dla ECE, które rozszerza swój polski portfel o dwa wiodące w swoich kategoriach i lokalizacjach obiekty handlowe. Gratulujemy obu stronom udanej transakcji.  ...
 

„Kolacja dla głupca”. Wejściówki do wzięcia

14 Maj 2019 godz. 13:40 Ekoszalin z mat. nadesłanych / fot. BTD
Dla naszych internautów mamy dwie podwójne wejściówki na spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego - "Kolacja dla głupca" na piątek 17 maja godz. 19:00. Wystarczy odpowiedzieć na jedno proste pytanie. „Kolacja dla głupca” to jedna z najlepszych komedii teatralnych na świecie. Jej autor Francis Veber - scenarzysta i reżyser jest znany przede wszystkim jako autor filmu „Pechowiec” ze słynnym komikiem Pierrem Richardem w tytułowej roli. Aby zdobyć jedną z dwóch podwójnych wejściówek należy  wysłać maila na adres redakcja@ekoszalin.pl z odpowiedzią na pytanie konkursowe: Jakiej narodowości jest autor sztuki „Kolacja dla głupca”? Na odpowiedzi czekamy do jutra (15.05) do godziny 18:00. W tytule maila prosimy wpisać BTD, a odpowiedź podpisać tak byśmy wiedzieli, komu przekazać wejściówki. Oczywiści, kto pierwszy ten lepszy. Powodzenia.   Pierre Brochant, bogaty wydawca bestsellerów, wraz z przyjaciółmi z paryskich wyższych sfer urządza raz w tygodniu swoisty, a zarazem okrutny turniej zwany „kolacją dla głupca”. Istotą konkursu jest przyprowadzenie ze sobą na wspomnianą kolację największego nieudacznika – wygrywa ten, kto przyprowadzi największego głupca. Pierre jest przekonany o wygranej – jego „gość” to François Pignon, wyjątkowo nierozgarnięty księgowy z ministerstwa finansów, którego pasją jest budowanie makiet z zapałek. Niestety, tuż przed kolacją Pierre’owi wypada dysk… i to jest dopiero początek jego nieszczęść. A wszystko przez pana Pignona, który pomimo najszczerszych chęci wciąga Pierre’a w istny wir kłopotów....
 

Tydzień Kultury Studenckiej w Politechnice Koszalińskiej

14 Maj 2019 godz. 13:09 Ekoszalin z mat. informacyjnych
Koncerty, zmagania sportowe i imprezy taneczne wypełnią 41. Tydzień Kultury Studenckiej Politechniki Koszalińskiej. Cykl imprez zostanie zainaugurowany we wtorek 21 maja i potrwa do czwartku 23 maja. Inauguracja juwenaliów w tym roku odbędzie się na terenie kampusu przy ulicy Śniadeckich, a nie – jak w poprzednich latach – przed ratuszem. – Chcemy w ten sposób podkreślić studencki charakter święta. Będzie to także promocja uczelni – wyjaśnia prof. Tomasz Królikowski, prorektor Politechniki Koszalińskiej.   Studenckie święto zapoczątkuje tradycyjny pojedynek: rektor kontra prezydent miasta (wtorek, 21 maja br. godz. 11). Przedstawiciele Parlamentu Studentów Politechniki Koszalińskiej zapowiadają, że konkurencje nie będą trudne. Wszystko wskazuje jednak na to, że wynik zmagań jest przesądzony i wiadomo, kto na kilka dni przejmie klucze do bram miasta.   O godz. 12 żacy wezmą udział w biegu na terenie kampusu przy ulicy Śniadeckich. O 12.30 zaczną się zmagania wydziałów. W programie – konkurencje zręcznościowe i gry umysłowe. W finale o nagrody będą walczyć reprezentacje wydziałów. – Każdy wydział wystawi drużynę, która weźmie udział w grze logicznej. Drużyna otrzyma 18 pytań, na które trzeba będzie odpowiadać tak, jak podczas obrony pracy na uczeni. Z tym, że odpowiedzieć trzeba będzie … błędnie – tłumaczy Ziemowit Bejgrowicz z Parlamentu Studentów.   Studium Wychowania Fizycznego i Sportu w kampusie przy ul. Racławickiej jak co roku zorganizuje turniej piłki nożnej. Pracownicy studium chcą zaproponować studentom także rywalizację w grach zespołowych na boisku do piłki plażowej. Wydarzeniem kończącym pierwszy dzień 41. Juwenaliów będzie widowiskowe podpalenie rzeźby „Płonące Ptaki” Władysława Hasiora i fireshow.   Drugi i trzeci dzień studenckiego święta (22 i 23 maja) wypełnią koncerty i imprezy muzyczne (scena koncertowa i namiot na boisku treningowym Klubu Sportowego Gwardia). W środę (22 maja) w strefie koncertowej publiczność bawić będzie kwartet muzyczny Boogie Boys i łódzki zespół rockowy Coma. W czwartek (23 maja) wieczór z rapem - zaprezentuje się poznański raper DonGuraLesko i gwiazda śląskiej sceny muzycznej – Grubson. Podczas obu dni koncerty rozpoczną się o godz. 19.   W środę i czwartek od godz. 23 w namiocie ustawionym na boisku KS Gwardia impreza studencka „Wesoły namiot”. Bilety obejmujące oba dni koncertowe w cenie 10 złotych (studenci) i 40 złotych (pozostałe osoby) do kupienia na kupbilecik.pl i w restauracji Ambasada (ul. Wańkowicza).   Warto dodać, że władze uczelni na czas studenckiego święta ustanowiły godziny rektorskie. W dniu inauguracji (21 maja) obowiązywać one będą w godz. 10-15, a w środę i czwartek (22 i 23 maja) - od godz. 17....