Koszalin, Poland
wydarzenia

Koszalinianie potrafią się bawić. I wreszcie to po nas widać

Autor eWok, fot. FB/Tomasz Sobieraj/Radek Koleśnik / UM Koszalin 14 godzin temu
Coś się w tym Koszalinie zmieniło. I nie chodzi wyłącznie o nowe chodniki, remonty, inwestycje, place, ulice czy obiekty, o których można długo dyskutować przy kawie, na przystanku albo w kolejce po najlepsze lody w mieście. Zmieniło się coś mniej uchwytnego, ale chyba ważniejszego: nasze nastawienie.

Koszalin zaczął inaczej oddychać. Trochę swobodniej, trochę odważniej, jakby mieszkańcy przypomnieli sobie, że miasto nie jest tylko miejscem do pracy, zakupów i narzekania. Miasto może być też miejscem spotkania, spaceru, muzyki, śmiechu i zwykłej, ludzkiej radości.

Pamiętacie bożonarodzeniowe dekoracje? Fakt, zima wtedy dopisała jak scenograf z ambicjami. Był śnieg, był lekki mróz, było światło, były dekoracje i ten szczególny nastrój, który sprawiał, że spacer po parku wyglądał trochę jak wejście do bajki. I nagle okazało się, że koszalinianie nie tylko przyszli, ale przyszli tłumnie. Nie z obowiązku, nie „bo wypada”, tylko dlatego, że naprawdę chcieli tam być. Z dziećmi, z przyjaciółmi, z telefonami gotowymi do zdjęć i z uśmiechem, którego nie da się zadekretować żadnym miejskim zarządzeniem.

Potem przyszła majówka. Dolina Smaków. I znowu, miasto ożyło. Ludzie wyszli z domów, zajęli przestrzeń, posłuchali muzyki, spotkali znajomych, dali się namówić na chwilę luzu. A przecież jeszcze niedawno potrafiliśmy mówić o sobie z pewną nieufnością: że u nas się nie da, że Koszalin za spokojny, że ludzie nie przyjdą, że zawsze coś. Tymczasem przyszli. I to jak!

A ostatnie Dni Koszalina? No cóż, tu już trudno udawać dystans. To była po prostu fantastyczna impreza. Taka, po której człowiek wraca do domu zmęczony, ale zadowolony. Taka, podczas której spotyka się osoby dawno niewidziane i mówi: „O, ty też tutaj?”. Taka, która na chwilę kasuje podziały na tych z centrum, z osiedli, z Jamna, Rokosowa, Przylesia czy Wenedów. Wszyscy byliśmy po prostu stąd.

I właśnie to jest najciekawsze. Nie sama scena, nie tylko koncerty, nie wyłącznie atrakcje. Najważniejsze było to, że Koszalin zaczął korzystać z siebie. Z parków, placów, ulic, instytucji kultury, miejskich przestrzeni. Zaczął być miastem nie tylko „do załatwiania spraw”, ale miastem do przeżywania.

Oczywiście, znajdzie się zawsze ktoś, kto powie, że za głośno, za tłoczno, za długo, za krótko, za dużo ludzi albo za mało ławek. I dobrze. To też dowód, że coś się dzieje. Bo na pustym placu nikt nie narzeka na kolejkę do food trucka.

Koszalinianie potrafią się bawić. Może przez lata trochę o tym zapomnieliśmy, może potrzebowaliśmy lepszych pretekstów, może odrobiny odwagi organizacyjnej i wiary, że mieszkańcy odpowiedzą. Teraz widać, że odpowiadają. Wychodzą z domów, uczestniczą, klaszczą, śpiewają, spacerują, fotografują, komentują i chcą więcej.

A to znaczy, że nowe w Koszalinie nie dzieje się tylko w projektach i przetargach. Nowe dzieje się w głowach. W tym, że coraz częściej patrzymy na miasto nie jak na miejsce „pomiędzy”, ale jak na przestrzeń, z której można być dumnym. A teraz jeszcze ta przebudowana w Śródmieściu ul. Zwycięstwa. 

I może właśnie o to chodzi. Żeby Koszalin nie tylko się zmieniał, ale żebyśmy my umieli tę zmianę zauważyć. A czasem po prostu przyjść, stanąć w tłumie, posłuchać muzyki i pomyśleć: kurczę, fajnie tu mamy...