Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Wystawy w Koszalinie:

28 Stycznia 2017 godz. 9:39
Dawid Baranowski / fot. Izabela Rogowska BTD
 

Kukła króla... Prezesem?

Dzisiaj w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie premiera Świętoszka - Moliera. Na scenie ma się pojawić kukła, przypominająca postać prezesa partii rządzącej.  „Świętoszek" w reżyserii Pawła Szkotaka  to współczesna interpretacja komedii Moliera, tekstu napisanego w 1661 roku, który okazuje się zaskakująco aktualny, obnażający obłudę, chęć władzy i fałszywą religijność. Dodatkowego smaczku nadaje fakt, iż tekst sztuki został ostatnio wykreślony z listy lektur szkolnych.   Opowiada o człowieku, jego samotności i tym że ta samotność czyni go słabszym i bardziej podatnym na manipulacje. I choć tekst utworu ma już ma już kilka wieków,  korzystanie z ludzkiej naiwności jest  niezmienne, a chętnych do manipulacji nie brakuje. Tak „dole” jak i na „górze". Reżyser sztuki nie ukrywa, że spektakl nie jest wolny od odniesień do dzisiejszej sytuacji politycznej w Polsce. Na scenie ma się pojawić kukła, przypominająca postać prezesa partii rządzącej.- „Wykorzystanie marionetki to żart, na który sztuka może sobie pozwolić, a jednocześnie zaczepia przedstawienie w naszej rzeczywistości” - w jednym z wywiadów tłumaczy Paweł Szkotak, reżyser przedstawienia. – „Zresztą postać króla w naszym życiu politycznym funkcjonuje i wszyscy będą doskonale wiedzieli o kogo chodzi” - dodaje w innym.   Zapowiada się zatem bardzo emocjonująca premiera, chwalona przez jednych i ganiona przez innych. Nie wolna od pytań, o rolę teatru i sztuki w dzisiejszych czasach. Zapraszamy zatem do BTD jeszcze dzisiaj 28 stycznia, aby sztukę zobaczyć, a odniesienia do obecnych czasów samemu ocenić.    "...Bo przecież rola sztuki polega na manifestowaniu niezadowolenia z norm społecznych, na podważaniu hierarchii, ośmieszaniu przesądów, potrząsaniu zadufaniem religijnym oraz grzebaniu w lękach i przemilczeniach. Sposób wyrażania tej krytyki – intensywność treści przy oszczędności formy – jest miarą artystycznej wartości..." /"Wolność w sztuce" – Maria Anna Potocka/ Na drugim biegunie od powyższej definicji pozostaje ta, przedstawiona w ostatnim filmie Andrzeja Wajdy - "Powidoki". Kto nie był niech żałuje pozycja obowiązkowa.
26 Października 2016 godz. 5:48
ekoszalin za Powiat Koszalin
 

Energia odnawialna w uczniowskiej plastyce

Rozstrzygnięty został konkurs plastyczny dla uczniów szkół podstawowych pod hasłem „Energia słońca, wody i wiatru” realizowany w ramach projektu „Sarbinowskiej Akademii Energii Odnawialnej”. Projekt dofinansowany został ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Szczecinie. Na zdjęciu: Jury podczas pracy. Od lewej: Weronika Pechmann, Justyna Krzepicka i Gabriela Wołujewicz (przewodnicząca). Organizatorem konkursu było Samorządowe Centrum Kultury – Transgraniczne Centrum Edukacji Ekologicznej w Sarbinowie, a celem kształtowanie postaw proekologicznych wśród dzieci i młodzieży oraz upowszechnianie wiedzy o odnawialnych źródłach energii i ich pozytywnym wpływie na środowisko, w przeciwieństwie do źródeł tradycyjnych, opartych na złożach kopalnianych. Mimo, iż zdanie nie było łatwe, do rywalizacji zgłosiło się wielu uczestników z kilkunastu szkół z terenu powiatu koszalińskiego i Koszalina. Młodzi plastycy konkurowali w dwóch grupach wiekowych, młodsi reprezentowali klasy I – III, starsi IV – VI. Udział w konkursie polegał na przygotowaniu i złożeniu pracy wykonanej w dowolnej technice plastycznej (za wyjątkiem kompozycji przestrzennych), nawiązującej tematycznie do konkursowej idei zawartej w słowach: „Energia słońca, wody i wiatru”. Starsi uczestnicy musieli spełnić jeszcze dodatkowy wymóg w postaci opatrzenia swojej pracy hasłem promującym odnawialne źródła energii. Wyłonienie laureatów przysporzyło organizatorom niemało problemów, zwłaszcza w grupie młodszej (klasy I – III), gdzie poziom był nie tylko bardzo wyrównany, ale też nadspodziewanie wysoki, a ponadto ocenie podlegało aż 129 prac. Ostatecznie jurorzy pierwsze miejsce przyznali Michalinie Mordas ze Szkoły Podstawowej w Boninie, która w sposób bardzo dojrzały i sugestywny, a przy tym atrakcyjny plastycznie skonfrontowała wizję świata czerpiącego z odnawialnych źródeł energii z ponurym, ciemnym obrazem rzeczywistości zatrutej dymem i spalinami pochodzącymi ze spalania tradycyjnych paliw. Drugie miejsce zajęła Milena Kaniewska ze Szkoły Podstawowej nr 7 w Koszalinie, a trzecie Daria Nagła, uczennica Szkoły Podstawowej w Polanowie. Wyróżnienie otrzymała Zuzanna Idzi ze Świetlicy Wiejskiej w Rzeczycy Wielkiej. Dodatkowo jurorzy wyróżnili prace Michała Walczaka (SP 7 w Koszalinie), Patrycji Sochy (SP 10 w Koszalinie), Kingi Ciecierskiej(świetlica w Rzeczycy Wielkiej), Oliwii Leonowicz  (SP w Dunowie) oraz Doroty Subel, Filipa Furmana i Diany Dolińskiej (wszyscy SP 7 w Koszalinie).  Wśród uczestników z klas IV – VI najwyżej oceniona została praca Doriana Kosa ze Szkoły Podstawowej w Dobrzycy, której walorem, poza wyrazistym przekazem, była niezwykła staranność w wykonaniu najdrobniejszych detali i harmonijnie skomponowana kolorystyka. Drugie miejsce przyznano Mai Rolbieckiej z Zespołu Szkół Sportowych w Koszalinie, a trzecie Adrianowi Lisieckiemu ze Szkoły Podstawowej nr 10 w Koszalinie.  Wyróżnienia trafiły do Zuzanny Todorowskiej z SP w Tymieniu i Alicji Kotarby z SP w Świeminie. Nagrodzone i wyróżnione prace będzie można niebawem zobaczyć na pokonkursowej wystawie w Samorządowym Centrum Kultury w Sarbinowie. Pierwsza nagroda w grupie uczniów z klas I – III. Autorka Michalina Mordas z SP w BoniniePierwsza nagroda w grupie uczniów z klas IV – VI. Autor Dorian Kos z SP w Dobrzycy
31 Lipca 2016 godz. 6:43
Ryszard Ziarkiewicz, fot. archiwum
 

Julia Curyło - obrazy, kurczaki, LHC i polityka

Styl Julii Curyło to pochodna pop artu Niki de Saint-Phalle i Fernado Bottero, trochę Nikifora, którego postaci też pięknie fruwały po niebie, trochę Hasiora z jego wioskową bogobojnością, Roberta Rumasa, który kupował gipsowe figury Matki Boskiej i Chrystusa w tej samej sieci kościelnych sklepów o wdzięcznej nazwie „Dewocjonalia”. Szczypta Chagalla i Koonsa. Cała reszta jest pomysłem Curyło. A więc nie mało - napisał Ryszard Ziarkiewicz. 11 sierpnia o godz. 18.00 w koszalińskiej Galerii Scena przy ul. Zwycięstwa 105 odbędzie się prezentacja malarstwa i obiektów jednej z najciekawszych artystek ostatniej dekady Julii Curyło (rocznik 1986, Warszawa) która uprawia wielkoformatowe realistyczne malarstwo figuratywne. Z pop artem artystkę wiąże przede wszystkim ciekawa zbieżność z propozycją Niki de Saint-Phalle, której sławę przyniosły gigantyczne plenerowe rzeźby i instalacje z kolorowego poliestru realizowane wspólnie z Tinguelym. Najsłynniejszą pracą Saint-Phalle jest leżąca na plecach olbrzymka „Nana” pokazana w 1966 w Moderna Museet w Sztokholmie (Nana: Hon. En Kathedral / Ona. Katedra).  W ogromnym, bajecznie kolorowym leżącym na plecach ciele Nany, do którego wchodziło się przez pochwę, znajdowało się m.in. kino, ławeczka dla zakochanych, bar coca-coli, akwarium, planetarium oraz ekspozycja prac. Przez pępek zwiedzający wychodzili do Niebieskiej werandy – swoistego hołdu dla Yves’a Kleina. Trudno oprzeć się wrażeniu, że propozycja Curyło jest kontynuacją twórczości Saint-Phalle, zwłaszcza gdy porównamy charakterystyczne sylwetki ludzkie występujące w sztuce obu pań. Choć, co powszechnie wiadomo, kształty te są pochodną nadmuchiwanych lal z seks shopów i nieco późniejszej estetyki kiczu Koonsa. Tak więc nawet feministyczne kury Curyło z serii „Uwolnić Kury”, są pochodną seksualnego wyzwolenia lat 60. Ale z racji po części z technologii, ale przecież nie tylko, są feministkami z rysą. Wszystkie popowo-ludyczno-ludowo-erotyczne aspekty ikonografii i stylu Curyło, choć zabawne i pociągające, służą jednak krytyce kultury masowej, która wchłonęła zarówno sztukę jak i religię. Sama artystka dość precyzyjnie formułuje tezę o nieszczerości współczesnych postaw odwołujących się do patriotyzmu i wiary. Zwłaszcza wiary. Stąd, w ogromnych, „ołtarzowych” obrazach świętość miesza się z profanum na każdym centymetrze kwadratowym. Jakby tego było mało artystka czasami wzbogaca ekspozycję gipsowymi figurami Matki Boskiej lub Chrystusa lub jakimś świętym. Takimi samymi jakie stoją w kapliczkach w zaułkach Warszawy i parafialnych kościołach. Ich śmiertelna, nieudaczna gipsowa powaga miesza się z generalnie liberalnym obrazem współczesnej stolicy. I ten drugi obraz dwubiegunowej polskiej rzeczywistości umieszczony w tle jest często ważniejszy od tego, co dzieje się na pierwszym planie. Widzimy tam pejzaż dzisiejszej, na wskroś świeckiej, gęsto zabudowanej, liberalnej, postkapitalistycznej Warszawy, w której pojawiają się niczym sztuczki cyrkowe, Baranki Boże lub Chrystus nad przesiąkniętym grzechem dziedzińcem Akademii Sztuk Pięknych. Ludyczna, XIX-wieczna religijność jest tu wyobcowana, niezrozumiała, sztuczna. Trochę inaczej niż u Roberta Rumasa, który za pomocą tych samych akcesoriów wytaczał armaty przeciwko udawanej religijności, którą stawiał na równi z ze skrają prawicą i nacjonalizmem. Ale „religijne” obrazy Curyło z początku drugiej dekady XXI wieku są nie tylko próbą krytyki masowej, płaskiej religijności i nieszczerości kulturowej. Są ilustracją zakłamania tożsamości, która jest religijna z przymusu, narzucona ludowi przez patriotyczno-kościelne elity, które mają na sumieniu nieudane powstania narodowe a w teczce pisma Dmowskiego. Tylko czy rzeczywiście jest ona narzucona? Według Word Values Survey Polska jest przecież krajem, którego racjonalizm plasuje się znacznie poniżej przeciętnej katolickich narodów w Europie i najbliżej świata islamu. Wymuszanie pożądanej tożsamości to byłby gwałt, ale w wypadku Polski, wyłącznie na kulturze elit. Curyło lepiej niż inni artyści opisuje ten problem. Odsłania obłudę bez napastliwości moralizatorki, bez patosu i krzyku. Robi to zabawnie, z polotem. Obnaża polskość cokolwiek ona znaczy. To portret chaosu liberalnej rewolucji III RP. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, że artystka sama siebie przedstawia w glorii sztucznych kwiatów, motywu zaczerpniętego bodaj od Jeffa Koonsa. Analizując ten trop – wszystkie postaci zaludniające obrazy Curyło – łącznie z Matką Boską i świętymi – dzięki „powrotowi” do zachodniej kultury konsumpcji, nie tyle stały się mądrzejsze i obywatelsko dojrzalsze, co bardziej seksy. To właśnie zdaje się być najważniejszą zdobyczą Okrągłego Stołu. Czy to źle?  Curyło nie skupia się wyłącznie na kulturowej tożsamości Polaków. Uwolnić Kury! – to surrealistyczne hasło wypisane na kawałku tektury dotyczy kur dmuchanych jak baloniki i kur wykonanych z metalu. Kury pojawiły się po raz pierwszy we Wrocławiu i były dedykowane m.in. Natalii L.L. Alinie Szapocznikow, Jenny Holzer czy Barbarze Kruger. To cykl prac równie kiczowatych, co feministycznych. Ale kicz jest tu kontrolowany. Mamy tu raczej do czynienia z kpiną z poprawności politycznej, ale także przewrotnym odświeżeniem języka feminizmu. Kury spuszczają powietrze, obniżają poziom zadęcia na froncie. Są wewnętrznym autokomentarzem do teorii walki płci, który zdaje się mówić, że ..”to się nie uda”. Jak buńczuczne hasła Kruger brzmią na kokoszce? Mimo całej sympatii – idiotycznie. I, nie bójmy się tego powiedzieć, pociągająco. Szaleńcze malarstwo Curyło zahaczyło także o naukę. W 2012 roku artystka porzuciła bogobojno-strachliwą  Warszawę i rozpoczęła światowy cykl zatytułowany  LHS. Inspirowany odkryciem cząstki elementarnej – bozonu Higgsa. Jej istnienie potwierdziły eksperymenty z wykorzystaniem Wielkiego Zderzacza Hadronów (angielska nazwa: Large Hadron Collider, w skrócie LHS) w ośrodku badawczym CERN. W tym największym na świecie urządzeniu przez lata przeprowadzano eksperymenty zmierzające do odtworzenia wyjątkowej i bardzo krótkiej chwili tuż po tzw. Wielkim Wybuchu. Istniejąca przez zaledwie około dziesięć milisekund cząstka miała dać początek materii. Za eksperymentalne potwierdzenie jej istnienia Peter Higgs wraz z François Englertem otrzymali Nagrodę Nobla. To wyjątkowe, o wielkim ale słabo uświadamianym znaczeniu wydarzenie, stało się inspiracją do cyklu malarskiego, którego pierwiastek boski wyemigrował z lokalnego, warszawskiego wymiaru w kosmos. Obrazy Curyło się zmieniły. Nawiązują do obrazów Hieronima Boscha. Matka Boska została zastąpiona przez Genesis, a Chrystus przez Large Hadron Collider, który artystka podniosła do rangi współczesnej Katedry – siedziby Boskiej Cząstki, w której rozprawia się o fizyce kwantowej w języku (boskiej) matematyki. Kompozycje Curyło zmieniają się w tablice zapełnione wyrysowanymi kredą zadaniami i równaniami matematycznymi. Ani śladu Warszawy! To raczej pejzaże Kosmosu z portretami Boga zapisanymi w abstrakcyjnych równaniach, zagadkach, paradoksach i osobliwościach (patrz obraz zatytułowany „Kot Schrödingera”). W nowych pracach Curyło ironiczny język formalny wyraża globalne treści. Nadal pozostaje zainteresowana sacrum, ale ogniskuje się teraz na przerabianiu Europy w Muzułmanię. W oryginale projekt nazywa się „Euroarabia” (nazwa wymyślona przez Orianę Fallaci) – i jest jedną z propozycji zapowiedź przyszłości Europy nieco zbieżną z wizją Michela Houellebecqa. Projekt rozpoczęty w 2014 wykreśla nową mapę świata na styku dwóch cywilizacji. W pierwszych wersjach była to bardziej próba wykreowania wspólnej przestrzeni kulturowej i wskazania wspólnej historii islamu i chrześcijaństwa. W ostatniej odsłonie pokazanej na Biennale Młodej Sztuki Europejskiej we Wrocławiu (2016) zrealizowanej wspólnie z Lizą Sherzai  z Afganistanu i Katarzyną Górną  nie ma już optymizmu. Teatralny, przerysowany tryptyk fotograficzny („Raj”, „Wygnanie”, „Inferno”) jest raczej wskazaniem na konflikt jako zasadę „koegzystencji” historycznej. Muzułmania staje się naturalnym owocem europejskiego kolonializmu i współczesnego postkolonializmu. Racjonalizm postkolonizatorów zderza się z irracjonalną wiarą upokorzonych. Moralność państwowa z moralnością plemienną, wyrafinowana technologia z fizycznością. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że nie wszystkie narody europejskie są racjonalne a nie wszyscy Arabowie są irracjonalni. Ale wojna upodabnia do siebie wrogów. Znakiem rozpoznawczym staje się symbol noszony na piersi i w imię tej abstrakcyjnej jakości zapamiętale tłuczemy przeciwnika. Prawdziwe piekiełko. No.. piekło, w którym mimochodem zniknęły  cudowne obrazy Curyło. Faktem jest jednak, że "Euroarabia" czy "Polska Burka" Karoliny Mełnickiej dosadnie obnażają umowność i papierowość godności opartej na znacjonalizowanej religii oraz patriotycznej gigantomanii. Chwała sztuce i jeszcze więcej dobroci dla krytyków, co zgrabnie to opiszą. Co za licho tkwi w banalnym fakcie, że naród nie potrzebuje by przetrwać, ani patriotów ani nacjonalistów? Potrzebuje natomiast jak powietrza dobrej sztuki i dobrych krytyków.     
26 Stycznia 2016 godz. 15:49
Robert Kuliński
 

„Nawigator” Utecha odnaleziony

Koszalińskie muzeum zostało wzbogacone o nowy eksponat. Mieszkańcy miasta będą mogli podziwiać zagubioną, ale odnalezioną w Mielnie rzeźbę słynnego niemieckiego artysty Joachima Utecha, zatytułowaną „Nawigator” z 1934 roku. Dzieło zostało przekazane przez Panią Mariannę Zawidzką, która podczas niedawnej wizyty w koszalińskim muzeum z Klubem Seniora, zwróciła uwagę na ekspozycję prac niemieckiego twórcy. Zdała sobie sprawę z tego, że rzeźba, którą  posiada w piwnicy jest dziełem bezcennym. Głowa „Nawigatora” trafiła do męża Pani Marianny, który jako nauczyciel prowadził pracownię  biologiczną. Zawidzka: "Postanowiłam zachować tę pracę i przez prawie czterdzieści lat była u mnie piwnicy." - Rzeźba została usytuowana przed salą gimnastyczną w mieleńskiej szkole na specjalnym postumencie – opowiada perypetie „Nawigatora” Pani Zawidzka. - Przez pewien czas rzeźba stała w tym miejscu, ale po śmierci mojego męża okazało się, że komuś ona przeszkadza. Postanowiłam zachować tę pracę i przez prawie czterdzieści lat była u mnie piwnicy. Jeszcze kiedy na ul. Piłsudskiego działało koszalińskie muzeum, starałam się zainteresować pracowników rzeźbą, ale nic z tego nie wyszło. Teraz udało mi się  spotkać Panią kustosz i wreszcie „Nawigator” jest we właściwym miejscu. - Dar od Pani Zawidzkiej  wspaniale wzbogaca nasz zbiór czterech prac artysty – mówi z wielkim zachwytem  Krystyna Rypniewska, kustosz działu sztuki dawnej. - Chwalimy się tym dziełem i muszę przyznać, że nie wytrzymałam i pochwaliłam się jeszcze dalej. Wysłałam maila do wnuka  Joachima Utecha  - Heinricha. Bardzo się ucieszył, bo zbiera wszelkie informacje na temat swojego dziadka. Zatem mogę śmiało powiedzieć, że wszyscy już o tym wiedzą, „Nawigator” jest w naszym muzeum.   Dar Pani Marianny jest cenny nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale także z powodu walorów czysto artystycznych. Warto też nadmienić, że Utech w ciągu swojego życia  stworzył ponad 900 prac. Niestety większość z nich zaginęła. Rypniewska: "Wszyscy już o tym wiedzą, „Nawigator” jest w naszym muzeum." Joachim Utech  urodził się pod koniec XIX wieku  w Białogardzie i z tym miastem związany był przez większość swojego życia, aż do marca 1945 roku. Realizował tam swoją pasję rzeźbiarską łącząc pracę pedagogiczną z twórczością artystyczną. Joachim Utech był artystą pomorskim i dla swojego ojczystego Pomorza stanowi ważną postać w sztuce I połowy XX wieku, a pośród współczesnych sobie niemieckich plastyków pozostaje bezwątpienia niezwykłą indywidualnością.Sam zawsze czuł się inspirowany swoimi rodzinnymi stronami, północnoniemieckim krajobrazem, tutejszymi mieszkańcami – rybakami, pasterzami, wiejskimi dziewczętami i pomorskimi chłopami. Głównym tworzywem artysty był kamień. Pospolity kamień polny, głaz narzutowy przyniesiony przez lodowiec ze Skandynawii. Zbierał go z pól i wydobywał z tego trudnego tworzywa swoje głowy, torsy, postacie ludzkie i figury zwierząt. Dla swoich rzeźb nie przygotowywał modeli, prace powstawały wprost z materiału, z którym odbywał swego rodzaju mistyczne seanse. Wydobywał je na światło dzienne po starannym wyborze kamienia wczuwając się w indywidualny charakter tworzywa powoli i ostrożnie doprowadzając je do formy, którą chciał osiągnąć.Rzeźba „Der Lotse” czyli „Nawigator” powstała z  czerwonego granitu. Jest ona także portretem Hugo Wernera, ówczesnego znanego dziennikarza i krytyka sztuki. Ekspozycja potrwa do końca miesiąca. Być może w najbliższym czasie  Krystyna Rypniewska, przygotuje  wystawę poświęconą wyłącznie twórczości pomorskiego artysty.  
27 Września 2015 godz. 11:54
Robert Kuliński/ info. i graf. CK 105
 

Październik ze sztuką w CK 105

Październikowe wystawy Centrum Kultury 105 będą nie lada gratką dla miłośników twórczości plastycznej. W holu kina Kryterium swoje prace zaprezentuje znany kompozytor Jan Kanty Pawluśkiewicz. Natomiast w Bałtyckiej Galerii Sztuki, będzie można podziwiać plon Ogólnopolskiego Biennale Rysunku Malarstwa Klas Młodszych Szkół Plastycznych. Wernisaż prezentujący nietypowe malarstwo Jana Kantego Pawluśkiewicza odbędzie się 2 października o godzinie 18:00. Ekspozycja pt „Voyage” była już prezentowana m.in. w: Krakowie, Warszawie, Bydgoszczy i Olsztynie. Składa się zarówno z wcześniejszych obrazów, pochodzących z cyklu „Sensy, byty, mary”, ale też najnowszych, z cykli: „Eteryczny realizm” i „Pheniben”. Jan Kanty Pawluśkiewicz maluje hinduskimi żelami rysunkowymi, będącymi technologiczną nowinką wśród malarskich materiałów. „Żel mnie fascynuje - wyznaje Jan Kanty Pawluśkiewicz -  korzystam z fajerwerków żelu. On się błyszczy, przeskakuje, rozlewa; stwarza wrażenie trójwymiarowości. To rodzaj nadrealistycznych kreacji przeżyć, snów, nadziei, obaw. To świat prawdziwy, ale wizja rozmyta w nierealny sen. Żel-Art to połączenie współczesnej ekstrawagancji z konwulsywną klasyką”. Architektura w obrazach Jana Kantego Pawluśkiewicza ma w sobie elementy nostalgii za czasami, w których ważna była estetyka przedmiotu, a przez to przyjemność obcowania z tzw. „pięknem niezależnym”, zagubionym we współczesnym świecie.Prace będzie można podziwiać do 1 listopada. I miejsce – Kamila Kopać - "Włosy" - nauczyciel Beata Wilczyńska LP Supraśl Z kolei wystawa prac młodych twórców ze szkół plastycznych zostanie otwarta 9 października. Koszalinianie będą mieli okazję zobaczyć plon XII Ogólnopolskiego Biennale Rysunku Malarstwa Klas Młodszych Szkół Plastycznych. Prezentowane będą wyróżnione prace laureatów oraz zakwalifikowanych do udziału w wystawie. Na konkurs, którego organizatorem jest Zespół Szkół Plastycznych im. Władysława Hasiora w Koszalinie nadesłano ponad 700 prac z 36 szkół plastycznych w Polsce.Dzieła zostały nagrodzone w dwóch kategoriach: rysunku i malarstwa. Jak podkreśla jury: „Tegoroczne Biennale potwierdza ogromne zainteresowanie coraz liczniejszej grupy szkół plastycznych biorących w nim udział. Poziom XII edycji utrzymuje się na podobnym - bardzo wysokim – poziomie, co świadczy o właściwej pracy dydaktycznej. Komisja zauważa, że prezentowane prace charakteryzuje szerokie spektrum poszukiwań plastycznych zarówno warsztatu, jak i sposobów obrazowania w zakresie rysunku i malarstwa, począwszy od mimetycznej kreacji rzeczywistości po próby metaforyczno – symboliczne i abstrakcyjne.”Wystawa potrwa do 6 listopada.
9 Maj 2015 godz. 9:51
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Fotografia młodych w Centrali

Piątkowy wieczór w Centrali Artystycznej upłynął pod znakiem uczelnianych prac. Studenci drugiego roku Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej z kierunku Architektura Wnętrz zaprezentowali swoje fotografie. Wernisaż nie przyciągnął tłumów. To grono samych artystów i dziennikarzy stanowiło najliczniejszą grupę, która  uczestniczyła w otwarciu ekspozycji. Po przywitaniu gości, kurator wystawy - Katarzyna Szoka – opowiedziała o atmosferze, jaka panuje na uczelni i o tym jak wymagania  kadry sprawiają, że student za pomocą pracy twórczej poznaje  wszelkie zagadnienia związane z zadanym tematem.Rzeczywiście „podziwiając” fotografie i jeden cykl rysunków  młodych żaków, można odnieść wrażenie, że widz ma do czynienia z urywkiem większej pracy. To jakby oglądać  materiał ćwiczeniowy, bo o doznaniach artystycznych mówić tu jeszcze nie można. Paradoksalnie tytuł ekspozycji „W ukryciu” w zderzeniu z zaprezentowanymi dziełami, staje się hasłem na wskroś ironicznym. Twórczość, jaką można obejrzeć w Centrali przez najbliższe tygodnie, powinna pozostać ukryta, gdyż nie prezentuje odbiorcy nic poza dumą żaków z tego, że udało im się zaliczyć semestr. Jednak  sama inicjatywa w klubokawiarni przy ul. Modrzejewskiej, jest nie do przecenienia. Dzięki  gościnności właścicielki lokalu Violetty Świdroń, młodzi mieli okazję po raz pierwszy  pokazać efekty swojej pracy twórczej publicznie. Studenci mogli jednak  lepiej przygotować swoją ekspozycję, dokonując rygorystycznej selekcji prac. Za podsumowanie wernisażu niech posłużą słowa jednego z pracowników koszalińskiej instytucji kultury, które przeszły już do kanonu słownego opisu nijakiej rzeczywistości: „ (...) było, jak było.”.   Zachęcamy do obejrzenia galerii dokumentującej wydarzenie.
7 Marca 2015 godz. 9:16
Robert Kuliński/ fot. Art Rut
 

Piękno według Osiki

Wystawa fotografii Macieja Osiki to poruszająca opowieść o poszukiwaniu piękna i tożsamości cielesnej. Ekspozycja została zorganizowana w ramach działalności Galerii Scena, która obecnie nie posiada własnej przestrzeni wystawienniczej. Maciej Osika to  uznany wrocławski artysta, którego pasją jest fotografia. Brał udział w wielu prestiżowych wystawach i galeriach w kraju wzbudzając zachwyt krytyków i widzów. Jego twórczość dotyka wiele wątków, które  nie są wcale oczywiste. Pierwszy cykl „Piękno, które trwa wiecznie” z 2012 roku to wystudiowane  kadry  i autoportrety upiększone  do granic androgynicznej wizji samego siebie. Nie ma tu epatowania wulgarnością. To eksploracja ideału piękna, które  w obecnych czasach nie tylko staje się manipulacją odczuciami odbiorcy, ale także  sferą nierzeczywistą. Artysta odważnie  przedstawia siebie jako  boski posąg odwołując się zarówno do antycznych ideałów, jak i barkowego przepychu. Bez nachalnego krytycyzmu wypowiada się na wskroś precyzyjnie o współczesnej popkulturze  i archetypach piękna  wynaturzonych przez nią.Inna część wystawy to fotografie zebrane w  cykl „Człowiek – dzieło sztuki”. Tu głównymi bohaterami prac są  osoby niepełnosprawne. Osika zestawił zdjęcia prezentujące ułomności ciał z wyidealizowaną interpretacją ich sylwetek, znów w niemal boskiej odsłonie. Zaskakujące jest to, że prawdziwe piękno uderza z ujęć nieretuszowanych. Modele sfotografowani w studiu w pełnej krasie i portrecie tętnią naturalnym człowieczeństwem. Natomiast przyglądając się idealnej wizji można odczuć dreszcz  obcowania ze sferą  tabu. Artysta celnie  pogrywa na delikatnych strunach podświadomości widza. Ważnym jest też to, że wśród osób niepełnosprawnych autor umieszcza także siebie. Manifestując, że  on także jest niedoskonały. Podczas wernisażu Ryszard Ziarkiewicz prowadzący Galerię Scenę odwołał się także do okresu sztuki krytycznej  uwypuklając spójne elementy dzieł Osiki i choćby  Katarzyny Kozyry. Zaproszony gość z kolei nie krył wzruszenia. Załamującym się głosem podziękował uczestnikom za  przybycie. - Pomimo wielu wystaw  i uznania, każdy kolejny wernisaż jest dla mnie ogromnym przeżyciem – mówi Osika. – To bardzo poruszające, że wciąż są osoby, które  chcą  zapoznać się z moją twórczością. Bardzo wam dziękuję.Wystawę można oglądać do 23 marca w gościnnych progach Galerii Bałtyckiej Centrum Kultury 105.
10 Lutego 2015 godz. 17:53
Robert Kuliński/ fot. gł. Artur Rutkowski
 

O Biennale raz jeszcze

Zeszłotygodniowy wernisaż otwierający wystawę prac Mirko Dematté w Galerii Antresola odbył się w atmosferze skandalu. Organizatorzy zarzucili naszej redakcji oczernianie artysty i podważanie dobrego imienia Muzeum. Wszystko wynikło z nieścisłości w artystycznym CV włoskiego twórcy, który na swojej stronie internetowej umieścił informacje o udziale w weneckim Biennale. Wydało się to dziwne, że tak  uznany artysta zaszczyci swoją obecnością Koszalin. Zweryfikowaliśmy fakty kontaktując się z Departamentem Sztuk Wizualnych oraz Historycznym Archiwum Sztuki Współczesnej fundacji Biennale di Venezia. Obydwa biura  odpowiedziały jednoznacznie, że  Dematté nie brał udziału w prestiżowej imprezie. Pokazał za to swoje prace w Mediolanie, podczas specjalnej wystawy uświetniającej 150 rocznicę zjednoczenia Włoch. Zbigniew Janasik podczas piątkowego wernisażu zapewniał, że Dematté brał udział w Biennale. Zapowiedział też, że  oficjalny list od kuratora wystawy z Mediolanu, który mieliśmy otrzymać wczoraj, to potwierdzi. Nie otrzymaliśmy żadnego pisma ani jakichkolwiek wyjaśnień ze strony Muzeum.Zwróciliśmy się z prośbą o ocenę  zaistniałej sytuacji do Agaty Zbylut, artystki, doktora sztuk użytkowych oraz  prezes Stowarzyszenia Zachęty Sztuki Współczesnej w Szczecinie. Poniżej prezentujemy odpowiedź jaką otrzymaliśmy. Agata Zbylut, fot. kwartalnik.exit.art.pl „Biennale w Wenecji to najbardziej prestiżowe wydarzenie świata artystycznego, które ściąga uwagę krytyków, kuratorów i kolekcjonerów z całego świata. To również jedno z tych wydarzeń, które gromadzi olbrzymią międzynarodową rzeszę odbiorców sztuki współczesnej. Udział w Biennale oznacza prestiż i podnosi rangę artysty, oznacza, że jego twórczość została zweryfikowana i doceniona przez krytykę. Udział w Biennale może mieć różny charakter. Może to być udział w wystawie głównej, organizowanej przez wybranych przez organizatorów kuratorów, może być wystawą w pawilonie narodowym, czyli reprezentacją państwa, z którego artysta pochodzi – gdzie wyboru artysty i koncepcji prezentacji dokonuje się w każdym kraju niezależnie, może też być udziałem w jednej z licznych wystaw towarzyszących, które oficjalnie znajdują się w programie Biennale.Organizacja Biennale, zwabienie do Wenecji tłumów ludzi związanych ze sztuką, powoduje, że w tym samym czasie odbywa się wiele imprez, które nie są związane z samym Biennale. Czasem są to działania niezależne, podejmujące dialog ze światem sztuki, jak chociażby akcja, którą przeprowadził Marc-Antoine Léval wypuszczając ponad kanałem na balonach olbrzymi baner z napisem "Please,François Pinault, buy my work". Tą akcją artysta zwrócił na siebie uwagę uczestników Biennale i zapewne samego François Pinault, kolekcjonera, który otworzył właśnie własną galerię Punta della Dogana. Gest Léval’a trafia w sedno i zapisał się w historii sztuki wyraźniej niż niejedna oficjalna prezentacja pokazywana w licznych pawilonach w tym samym czasie. Organizacja przedsięwzięć podczas trwania Biennale, które mają nieporównywalnie niższy ciężar artystyczny i które próbują zabłysnąć światłem odbitym, nie należy do rzadkości. W świecie sztuki, gdzie jak wierzę, wciąż pozostał pewien zawodowy etos, takie gesty przyjmowane są jako gesty rozpaczy. Najczęściej pomijamy je milczeniem, ale przynoszą one efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego. Nieuzasadnione korzystanie z marki Biennale, którą tworzy międzynarodowy świat sztuki, koncentrujący swoje wysiłki i swoją uwagę na tym wydarzeniu, jest nadużyciem, tak jak nadużyciem jest korzystanie z innych marek bez wiedzy i zgody ich właścicieli. Odpowiedź udzielona przez Departament Sztuk Wizualnych weneckiego Biennale oraz Historycznego Archiwum Sztuki Współczesnej fundacji Biennale di Venezia informująca, że artysta nie brał udziału w Biennale jest dla mnie wiążąca. W świecie, w którym sztuka współczesna stała się jedną z dziedzin wiedzy, wymagającej od widza aktywności i samokształcenia, nazwiska kuratorów, krytyków czy ranga instytucji, pozostają dla odbiorcy drogowskazem, dlatego też wykorzystywanie uznanych marek do własnych partykularnych interesów przestaje być niewinnym kłamstewkiem.”OD AUTORASwoją dociekliwością  przysporzyłem sobie wielu wrogów. Jednak pamiętajmy, że od dziennikarza oczekuje się  opisu rzeczywistości i przedstawiania faktów.  Chęć sprawdzenia  faktycznego stanu rzeczy nie wynikała z żadnych pobudek osobistych, czy złośliwości. Nie chodziło też  o zakłócenie wernisażu. Jednak, kiedy Zbigniew Janasik postanowił na forum, podczas otwarcia wystawy domagać się przeprosin, nie mogłem  zignorować rzuconej rękawicy. Jeśli ktoś z widzów poczuł się urażony zamieszaniem, to szczerze przepraszam. Podsumowując wydarzenia ostatniego tygodnia, chciałbym podkreślić, że  nie miałbym nic przeciw, gdyby w naszym mieście  swoje prace pokazywali artyści  najwyższej rangi. Każdy miłośnik sztuki życzyłby sobie tego, żeby Muzeum w Koszalinie  było jednym z przystanków  dla uczestników m.in. Biennale w Wenecji. Niestety, Koszalin nie jest  żadną metropolią, czy miastem posiadającym jakiś szczególny prestiż. To mieścina jakich w Polsce wiele. Udawanie, że  przyjeżdżają  do nas gwiazdy światowego formatu uwydatnia tylko  zakompleksienie i małomiasteczkowość. Budżet muzeum zwyczajnie nie byłby w stanie pokryć kosztów  wizyty artysty z prawdziwego, weneckiego Biennale. Może warto spojrzeć prawdzie w oczy i zweryfikować, rzeczywiste zasługi także naszych  koszalińskich gwiazd. Może  wystawy za granicami Europy wcale  nie zasługują na taki splendor z jakim próbuje się je sprzedać. Może przywoływane nazwiska  recenzentów  nie koniecznie oznaczają  uznanych  krytyków sztuki, a znajomych danego twórcy. Może  lepiej przestać się oszukiwać i powiedzieć wprost: „mieszkamy w Koszalinie i mimo to też jest fajnie”.