Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Koncerty w Koszalinie:

11 Grudnia 2015 godz. 12:37
Robert Kuliński
 

Bożek w pustym Kawałku

Występ Marcina Bożka w Kawałku Podłogi okazał się być propozycją niezbyt atrakcyjną dla koszalińskich miłośników muzyki. Grono publiczności zasilił jedynie autor niniejszej publikacji oraz chwilowo muzyk rodzimej formacji reggae. Swobodna improwizacja budzi wiele kontrowersji. Jest traktowana jako działalność nie mająca nic wspólnego z muzyką. Tym bardziej jeśli tego typu repertuar trafi w tak zaściankową przestrzeń jaką jest niewątpliwe Koszalin. Ewidentnym przykładem na potwierdzenie tezy o prowincji mentalnej naszego miasta, jest sytuacja z ubiegłego weekendu. Hala Widowiskowo – Sportowa pękała w szwach. Podczas Gali Disco Polo bawiło się 4,5 tys. ludzi. Często też przy okazji propozycji np. Galerii Scena, gdzie  widzowie mogą zapoznać się ze sztuką performance'u, z reguły pojawiają się głosy krytyki, że to nabijanie ludzi w butelkę, oszustwo itp.  Jest to o tyle smutne, że  zarówno wolna improwizacja, jak i performance to działania twórcze obecne na polu sztuki co najmniej od 50 lat. To jest pół wieku(!). Natomiast autorska wypowiedź wymykająca się  klasycznym ramom, nad Dzierżęcinką to wciąż zagdaka. Zakończmy dywagacje na ten temat. Warto zapoznać się z punktem "słyszenia" jedynego, acz chwilowego towarzysza, czyli Macieja Trembowieckiego basisty zespołu Raggafaya, bo dużo o swoich przeżyciach z minionego koncertu napisał na swoim facebookowym profilu. Warto prześledzić dyskusję w komentarzach. Tym bardziej, że wielu wypowiada się na temat występu Bożka lub jego muzyki, choć de facto w Kawałku Podłogi nie byli. Artysta  nawiedził Koszalin nie po raz pierwszy. Grywał już w „stolicy subregionu” z zespołem Olbrzym i Kurdupel, tym razem zaprezentował się solowo. Basista i wielki entuzjasta  poszukiwań muzycznych oraz odważny wykonawca. Bożek swój set rozpoczął z miejsca bardzo agresywnie. W splątanych pasażach dźwiękowych narastało napięcie, które z czasem przerodziło się w drapieżne, abstrakcyjne tło, idealne do kolejnych niekonwencjonalnych dodatków.Trzaski, szumy, pomruki rozdrapywanych strun, układały się w solidną całość, będącą niczym innym jak prostą ekspresją emocji. To jest istotą działań Bożka i jemu podobnych twórców. Zamiast  brnąć w wyeksploatowane do granic możliwości układy harmoniczne, czy trywialne budowanie melodii, artysta po prostu przelewa  siebie w dźwięki. Żadna technika, czy wiedza teoretyczna nigdy nie będzie w stanie  „przetłumaczyć” uczuć i emocji w taki sposób, aby zapisać je na pięciolinii oddając ich charakter rzetelnie.Improwizacja Bożka zapewne też nie jest w stanie opowiedzieć wszystkiego, ale na pewno mówi więcej. Ponieważ pozbawiona jest wirtuozerii – czyli wyćwiczonych nawyków. Nie ma ukłonów do publisi po to by ją zachwycić. Jest autorska propozycja i konfrontacja, a nie „szoł” i zabawa, czego oczekuje znakomita większość słuchaczy. Występ "freewolnego" improwizatora, był bardzo inspirującym przeżyciem.
5 Grudnia 2015 godz. 1:28
Robert Kuliński
 

Wieczór progresywnych pejzaży

Koncerty rocka progresywnego zdarzają się niesłychanie rzadko, bo niewielu wykonawców kultywuje tę stylistykę muzyczną. Miniony, piątkowy wieczór w Kawałku Podłogi, był wyjątkową okazją do usłyszenia dwóch formacji czerpiących z klasyki. Niestety propozycja nie spotkała się z dużym zainteresowaniem słuchaczy. Jako pierwszy wystąpił zespół Underfate z Kwidzyna. Grupa już po raz drugi gościła w Koszalinie. Wcześniej kwartet zagrał jako suport Besides i został bardzo ciepło przyjęty przez rodzimą publiczność. Zdawało się więc, że  Kawałek  będzie pękał w szwach, jednak okazało się inaczej. Niestety  typowe progresywne granie  nie należy do stylistyk szczególnie popularnych. Szkoda, bo fani rocka mogli posmakować czegoś innego. Zespół Underfate zaprezentował  bardzo pieczołowicie opracowany występ, wzbogacony o projekcję video. Ponadto na ekranie można było wyczytać wersy libretta, składające się w historię zawartą na pierwszym konceptualnym albumie grupy pt. „Seven”. Opowieść przedstawia przeżycia chłopca o imieniu Mercury, który po 14 latach budzi się ze śpiączki.   W półmroku grupa zaprezentowała swój materiał, pełen klasycznych rozwiązań obranej drogi muzycznej. To zdecydowanie propozycja dla zagorzałych fanów progresywnego grania, których nie razi monotematyczność i przewidywalność narracji. W pełni instrumentalne „makarony” trąciły z lekka zadęciem, ale trzeba muzykom przyznać wielką odwagę w poszukiwaniu swojej drogi. Szkoda, że póki co, prowadzi ona w ślepy zaułek przerostu formy nad treścią. Dramaturgia wynikła z prostych układów harmonicznych,  wypracowanych co najmniej 30 lat temu - to zwyczajnie może nużyć. Nielicznie zgromadzeni słuchacze nagrodzili jednak  młodych muzyków  gromkimi oklaskami.Na zwieńczenie wieczoru koszalińska publiczność usłyszała poczynania grupy aERO. Tym razem zabrzmiały pop rockowe piosenki, okraszone szczyptą progresywnych przypraw w postaci rytmicznych połamańców i klawiszowych przestrzeni. Wokalista i gitarzysta grupy Marcin Kruszyński starał się usilnie zaprzyjaźnić z publicznością, uskuteczniając pomiędzy utworami najzwyklejsze gadulstwo. Jest to jakiś sposób ujęcia słuchaczy, tym bardziej jeśli na scenie brakuje charyzmy. Koncert przedłużył się niemiłosiernie, ale fani nieco innego grania byli usatysfakcjonowani. Nie szczędzili naskórka dłoni, oddając salwy hucznych oklasków. 
3 Grudnia 2015 godz. 12:26
Ekoszalin za HSW
 

Wieczór Disco Polo będzie wyzwaniem

Już w najbliższą sobotę, tj. 5 grudnia w Hali Widowiskowo-Sportowej w Koszalinie odbędzie się Mikołajkowa Gala Disco Polo. Wydarzenie to jest jednym z największych wyzwań organizacyjnych i logistycznych w dziejach obiektu. Organizator w porozumieniu z Zarządem Obiektów Sportowych – zarządcą hali – przygotował na tę okoliczność nowe rozwiązania mające na celu podnieść komfort widzów podczas wydarzenia. Według wstępnych szacunków w Gali Disco Polo udział weźmie 4500 osób. Jeśli tak się stanie, będzie to nowy rekord frekwencji Hali Widowiskowo-Sportowej, gdzie największą publikę do tej pory zgromadził Koncert Walentynkowy Sylwii Grzeszak, podczas którego w obiekcie pojawiło się 3800 widzów.   Priorytetem podczas każdej imprezy masowej jest bezpieczeństwo. Dlatego też w minionym tygodniu odbyło się spotkanie z udziałem przedstawicieli służb odpowiedzialnych za porządek publiczny z organizatorami wydarzenia. Dodatkowo w celu uniknięcia problemów z parkowaniem samochodów zaleca się parkowanie aut na terenach koszalińskiej giełdy, z jadną uwagą – auta należy odebrać do dnia 6 grudnia do godziny 6:00, bowiem tego dnia odbywa się cotygodniowe targowisko.   Warto dodać, że podczas tej imprezy pojawią się w obiekcie dodatkowe wieszaki na kurtki. Na co dzień jest ich zaledwie 800. W tym przypadku pojawią się dodatkowe 3000 miejsca na kurtki, pod schodami w holu hali. Szatnia będzie jednak płatna, a opłata wynosić będzie 2 zł.   Wokół obiektu pojawią się również dodatkowe toalety przenośnie, jak również kontenery na śmieci. Przygotowania do imprezy idą pełną parą, a w kasach pozostało już tylko 500 biletów (stan na dzień 2 grudnia). Poniżej prezentujemy również komunikat organizacyjny ws. nadchodzącego wydarzenia.  
1 Grudnia 2015 godz. 0:42
Robert Kuliński
 

Przybyli Ułani do Kawałka

Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, że poniedziałek nie jest dniem idealnym na koncert. Szczecińscy muzycy z Ułanów Kapitalizmu, jednak zdecydowali się zagrać w Kawałku Podłogi, choć nie można było się spodziewać powalającej frekwencji. Zajadłość zespołu do propagowania s w o j e j  - co warto podkreślić – muzyki, graniczy z obłędem. Jednak nie tylko za to grupie należy się wielkie uznanie. Ułani Kapitalizmu to przede wszystkim świeżość, odwaga i bardzo nietypowe granie. Warto przywołać z odmętów historii muzyki pięknie brzmiący skrót RIO. Muzyczni poszukiwacze doskonale wiedzą, że nie tylko nazwa zapomnianego stylu przywodzi pozytywne skojarzenia, ale także jego nuty.  Słuchając Ułanów nie sposób powstrzymać się od tęsknoty za dźwiękami, kiedy to Fred Frith z zespołem Art Bears przełamywał konwencję, a Henry Cow  opowiadał swoją niezwykłą legendę. W repertuarze szczecinian wybija także zappowski sakrkazm i yassowa gorliwość w dekonstrukcji. To już druga wizyta składu w Koszalinie. Kilka lat temu młody oddział muzycznych wojowników, nawiedził progi BeWuA. Czas służy żołnierzom. Teraz instrumentarium wzbogaca kontrabas. Natomiast brzmienie grupy nabrało mocy. Potężna rockowa ściana dźwięku, rozlewa się na pieczołowicie poplątanych  rytmach. Nad całością góruje swoisty sadyzm. Muzycy z namaszczeniem budują bardzo wyrafinowane harmonicznie motywy, po to tylko, by w morderczym jazgocie zarznąć je, jakby za karę, że są tak wykwintne. Bardzo niekonwencjonalne podejście, co powinno zainteresować każdego, kogo nuży już wszechogarniające indie (srindi), czy spóźniona, co najmniej o 15 lat, moda na post rocka.   Ułani Kapitalizmu oddają hołd tym muzykom, którzy swój fach traktowali przede wszystkim jako wypowiedź artystyczną, a nie spełnianie oczekiwań „kochanej publisi”. Oczywiście to przekłada się na popularność grupy. Kontrabasista Bartek Czajkowski podczas występu w Kawałku Podłogi powiedział żartobliwe zdanie, które zawiera wiele prawdy: „Jechać w Polskę z takim materiałem - to jest dopiero ułańska fantazja!”. Muzyka zespołu rzeczywiście nie jest łatwa. Miłośnik audycji Piotra Stelmacha uzna Ułanów za dziwadło. Fan jazzu, że muzykom brakuje ogłady. Natomiast miłośnik Antyradia... właściwie powinien zostać pominięty w tej refleksji. W takim razie po co?  Dlaczego muzycy, świetnie operujący swoimi instrumentami, sami skazują się   na niszę? Może dlatego, że zbyt wiele w nich szacunku do muzyki? Słuchanie Ułanów na żywo, to uczestnictwo w czymś wyjątkowym, co nie pozwala odetchnąć. Co zmusza do odbioru dźwięków całym sobą.  Dosłownie zmusza, bo instynktownie włącza się potrzeba poznania i zgłębienia tego co jest tak inne – oryginalne, a jednocześnie czerpiące z najciekawszych momentów historii muzyki. Ułani nie gardzą  progresją, omijają tylko jej nadęcie. Korzystają z podwalin rockowych, odcinając się od  ich prymitywności. Wplatają awangardowe wpływy, nadając im humorystyczny koloryt. To wszystko może wydawać się nieco zbyt wyszukane, wymóżdżone i pretensjonalne, ale wystarczy złapać dystans, taki jaki muzycy prezentują na scenie. Wtedy można rozpocząć nieprzewidywalną przejażdżkę zwariowanym rollercoasterem. Choć publiczność nie dopisała, to muzycy zagrali z pełnym zaangażowaniem, racząc słuchaczy nie tylko s w o j ą muzyką, ale także specyficznym dowcipem. Brakuje tego typu formacji w Polsce, oby Ułanom Kapitalizmu wystarczyło sił na batalię z nadwiślańskim zaściankiem, która potrwa zapewne jeszcze kilka dekad.   Niech ułański wirus kreatywności rozprzestrzeni się na dobre, a młodzi muzycy w całym kraju znów zaczną zaskakiwać, a nie kopiować. Tego powinni sobie życzyć wszyscy miłośnicy muzyki, zarówno ci na, jak i pod sceną. 
29 Listopada 2015 godz. 10:15
Robert Kuliński
 

Jakubowicz kameralnie, ale z ogniem

Klub Kawałek Podłogi w minioną sobotę pękał w szwach. Nie było to żadnym zaskoczeniem, bo koncerty Martyny Jakubowicz cieszą się wielkim zainteresowaniem słuchaczy. Artystka wystąpiła w towarzystwie kameralnego składu, ale nie znaczy to, że wybrzmiały tylko ballady. Jakubowicz to szanowana i ważna postać rodzimej estrady. Gdyby szukać zagranicznych odpowiedników, to można by jej nadać przydomek „Szefowa”, parafrazując przezwisko Bruce'a Spreengsteina  - „Big Boss”. Jakubowicz dobrała sobie skład młodych muzyków, którzy świetnie się bawili odgrywając proste piosenki. Usłyszeć można było folkowo- bluesowe  kompozycje, czasem szczyptę rocka i oczywiście kilka coverów zagranicznych utworów z polskim tekstem. Nie mogło zabraknąć słynnej pieśni developerskiej „W domach z betonu”. Utwory prezentowane podczas półtoragodzinnego występu  pochodziły różnych okresów  twórczości „Szefowej”.  Publiczność usłyszała m.in. „Pin up man” z albumu „Skórka pomarańczy” z 1998 roku, „Na jednej nodze skaczę” z płyty „Wschodnia wioska” z 1988 , czy „Żagle tuż nad ziemią” z „Bardzo groźna księżniczka i ja” z 1986r.   Gitarzysta dopełniający składu grupy, Darek Bafeltowski, znany muzyk sesyjny, zasługuje na wielkie uznanie. Doskonale  odegrał rozmaite solówki, idealnie oddając styl ich autorów, jak np. w kompozycji „I żeby ziemia zadrżała”, gdzie wyraźnie było słychać  „pośpieszalskie” wpływy. Wiadomym było, że publiczność tak tłumnie zgromadzona w klubie, będzie domagać się bisu. „Szefowa” zagrała „Kołysankę dla misiaków”.   Zachęcamy do obejrzenia galerii zdjęć.
23 Listopada 2015 godz. 11:59
Robert Kuliński
 

Emocje i piękne, wolne dźwięki

Trudno opisać miniony koncert w Pubie Z Innej Beczki nie popadając w egzaltację. Trio Wośko, Tranberg i Kądziela zaprezentowało muzykę tak doskonałą, że nie sposób nie oddać muzykom hołdu, który przysługuje artystom najwyższej próby. Mały pubik na końcu Koszalina, nie raz już wypełniała muzyka wyśmienitych twórców. Sam Wośko (perkusista), występował w lokalu z innym składem  o nazwie Entrails United. Tym razem w towarzystwie gitarzysty Marka Kądzieli i trębacza Kaspera Tranberga, zaprezentował autorski materiał z najnowszej płyty  - okrzykniętej najciekawszym wydawnictwem fonograficznym w Polsce ostatnich lat - „Contouring”.   Kompozycje  bazujące na kontemplacji przyrody Pojezierza Drawskiego, gdzie muzyk spędził wiosnę odpoczywając od miejskiego zgiełku, to dojrzała i nieprzewidywalna  paleta  muzycznego absolutu. Trio stanowczo i z ogromną odwagą wykroczyło poza ramy jazzu. Nowoczesne, czerpiące pełnymi garściami z awangardy i muzyki improwizowanej szkice, tętniły żywą emocją. Wysmakowanie lirycznych, przestrzennych plam generowanych przez gitarę upstrzoną elektronicznymi efektami, spotykało się młodzieńczą potrzebą dosadnej ekspresji. Można stwierdzić, że „freewolna” biegłość muzyków i bardzo różne warianty improwizacji, nadawały dekonstrukcjom bardzo świeżego kolorytu. Oszczędne partie perkusji i soczyście warcząca trąbka, były doskonałym kontrastem do rozedrganych partii gitary. Szalone pasaże  wygasały tylko na chwilę , kiedy to trio spotykało przy wspólnym groovie. Emocje i biegłość muzyków oraz odwaga, przynależna tylko najbardziej wybitnym artystom, sprawiły że koncert na pewno będzie jednym z najważniejszych wydarzeń minionego roku  kulturalnego. Szkoda tylko, że tak nieliczni słuchacze mogli doświadczyć muzyki tria. Warto podkreślić, że to wszystko dzieje się w małym, przytulnym pubie Z Innej Beczki, za prywatne pieniądze właścicieli. Zarządcy publicznych instytucji  kulturalnych, którzy nawet obnoszą się ze swoim rzekomym umiłowaniem jazzu, powinni poczuć się zawstydzeni.
15 Listopada 2015 godz. 1:11
Robert Kuliński
 

Sielskie rytmy reggae

Muzyka reggae nad Wisłą, to nic nowego. Bardzo rzadko się jednak zdarza, żeby polski zespół inspirowany jamajską stylistyką, zabrzmiał dobrze i co chyba jest jeszcze rzadsze - niegłupio. Grupa Sielska, sobotnim wieczorem w Kawałku Podłogi, pokazała klasę. Można by prześledzić całą historię polskiej muzyki reggae i rzetelnie rozprawiać nad faktyczną wartością jamajskich rytmów w wykonaniu potomków Polan. Choć zbiór rodzimych orkiestr tego typu jest dość obszerny, to odnaleźć w tym natłoku cokolwiek wartego uwagi, graniczy z cudem. Zdarzały się oczywiście płyty interesujące, jak choćby  „R.A.P. generation”, czy „Życie jak muzyka” legendarnego Izraela, jednak większość nadaje się co najwyżej do pobłażliwego obśmiania. Niestety „regałowe” wypusty i formacje w naszym kraju, trącą totalnym zdziecinnieniem i pustym kopiarstwem. Niektórzy twórcy posuwali się nawet tak daleko, że określali siebie mianem rastafarian. Warto zastanowić się nad tym, gdzie  leży granica żenady? Z reguły, a w szczególności jeśli chodzi o rodzime reggae, jest to pojęcie niesłychanie płynne. Wszystko zależy od opłacalności obranej pozy. Oto chyba najbardziej trafny przykład. Trudno dziś sobie wyobrazić jednego z najbardziej wydmuszkowych „regałowych” wykonawców, czyli Mesajah, bez dreadów i wyćwiczonej do granic przyzwoitości teatralnego fałszu toastingowej zadyszki. Jednak  brak wstydu  Manuela Rengifo Diaza, można zrozumieć, bo przeboje radiowe to pewny zysk. A żeby w radiu zaistnieć, to wypada trzymać się kurczowo jednej etykietki, jednocześnie kopiując ile się da. Im więcej sprawdzonych chwytów - tym lepiej.   Po co ten cały wywód? Po to, żeby podkreślić, że zespół Sielska, choć stworzony przez bardzo młodych ludzi, zupełnie nie pasuje do opisanego powyżej stereotypu polskiego bandu reggae.   Siedmioosobowy skład  ma  ogromne wyczucie, przez co grupie udało się uniknąć śmieszności. W składzie brak dreadów. Nie ma żadnych trójkolorowych emblematów i nikt nie próbuje nikogo przekonać, że choć muzycy urodzili się nad Wisłą, to ich ojczyzną jest Etiopia. Nawet słowo Babilon pojawia się w tekście, bodajże tylko raz. Oczywiście to tylko otoczka, która nie powinna znaczyć zbyt wiele skoro mowa o zespole grającym muzykę, a nie wyglądający w telewizji, jednak daje to już obraz grupy. Muzycznie trudno mówić o wielkiej odkrywczości, ale także na próżno szukać w utworach sztampy i kalkomanii. Jest  reggae, ale zespół nie stara się być bardziej roots niż sam Marley. Nie bawi się w „zielone loty” nie mające żadnego sensu w klubie, a za to proponuje bardzo odważne zabawy muzyczne, przekraczające granice  wybranego stylu. Rytmika  pełna jest motorycznych zwrotów akcji. Usłyszeć można przeplatanki gatunków, jak np. zagrywki rodem z parkietów disco, po wybujałe akcenty nowo falowe. Oczywiście pojawia się także starsza siostra reggae, czyli ska. Całości dopełniają bardzo wysmakowane dodatki zaczerpnięte z klasyków dubu, czyli wibrujące pogłosy, nakładane przy konsolecie na żywo przez realizatora dźwięku. Poza tym orkiestra prezentuje się uroczo. Urzekający brak charyzmy scenicznej sprawia, że „pozitif wajbrejszyn” udziela się słuchaczom w mig. Formacja tak przypadła do gustu publice, że nawet osoby w wieku dużo bardziej nobliwym, jak na standardy koncertów w Koszalinie, postanowiły popląsać w najlepsze. Uroczy wieczór, ze świetnie zagraną muzyką zakończył się trzema bisami oraz gromkimi oklaskami.
14 Listopada 2015 godz. 7:34
Robert Kuliński
 

Biesiadna zabawa z zespołem Enej

Szarganie sobie nerwów z powodu jakiejś tam gwiazdki bez wyrazu, zakrawa o masochizm. Jednak warto poznać grupę, która w ostatnich latach zapycha radiową antenę, coraz to bardziej infantylnymi pieśniami. Doskonałą okazją do takiego przedsięwzięcia jest koncert, bo to najbardziej materialne spotkanie z muzykami i publicznością. Miniony wieczór w Studenckim Klubie Kreślarnia upłynął przy kompozycjach formacji Enej. Lokal - o dziwo - wypełnił się fanami, a w znacznej większości fankami grupy. Co ciekawe  kreacje i wyjściowa „stylówka” świadczyła o tym, że  piosenki zespołu łączą rozmaite pokolenia, jak i grupy odbiorców.   Część zgromadzonych pod sceną składała się z młodych pochłaniaczy radiowych i telewizyjnych  przebojów. Nastolatki z rockowymi dodatkami, młode  kobiety  odstawione jak na dyskotekę, zdystansowane trzydziestki i ponad czterdziestoletnie miłośniczki klubowego party. Wśród mężczyzn większą grupę stanowili towarzysze wymienionych powyżej, którzy większym zainteresowaniem obdarzyli barowe płyny, niż żywe uczestnictwo w koncercie. Jednak trafili się i tacy, którzy z pełnym zaangażowaniem zdzierali gardła wykrzykując każdy wers kolejnej piosenki. Panowie o podtatusiałej sylwetce i  młodzi yuppies, spędzali koncert na różnorodne sposoby.     Występ zespołu nie trwał długo, bo niewiele ponad godzinę, ale zabrzmiały wszystkie największe hity grupy, m.in. „Dzisiaj będę ja”, „Nie chcę spać”, „Symetryczno – liryczna”, „Tak smakuje życie” , czy  szczery do bólu protest song (sic!) „Zbudujemy dom”.     Biesiadne kompozycje, oparte głównie na folkowej stylizacji bałkańskiej, a nie ukraińskiej, sprawdziły się wyśmienicie jako podkład pod szoty i „piwne zawody”.   Nie zabrakło także chwytów wodzirejskich, które każdy wykonawca pop musi uskuteczniać na swoich koncertach, czyli werbalna zachęta do okazywania należnej czci muzykom poprzez okrzyki, czy uniesienie górnych kończyn ponad głowę i rytmicznie uderzanie ich końcówkami o siebie.   Broń Boże nie ma w tym ni krztyny pogardy, bo tego typu zespoły jak Enej dołożyły wszelkich starań, aby uwieść słuchaczy. Muzycy wypracowali brzmienie, które zupełnie nie wyróżnia grupy spośród innych pseudo folkowych bandów. Rzeczona wcześniej stylizacja bałkańska, zawsze się sprawdza. Ponadto sekcja dęta to gwarant sukcesu, bo nieważne co gra. Może nawet w kółko odgrywać te same schematy w każdym utworze. Publisia i tak to kupi. Wie o tym stary już Staszewski i dziennikarze z Poparzonych Kawą Trzy.   Dodajmy do tego teksty zupełnie niezobowiązujące, a wręcz nijakie o przysłowiowych czterech literach słowiańskiej Maryni i jest produkcik, który przez kilka sezonów  będziegenerował ładny utarg.   Żeby tak się stało potrzeba nie lada zapału. Trzeba robić wszystko co urąga komuś, kto faktycznie kocha muzykę. Pokazać się w Must Be The Music. Związać się z ekspertami od tworzenia przebojów i godzić się na każdą rewelację producencką, która wynika z badań potrzeb przeciętnego słuchacza. Przeciętnego, więc muzyka też musi być przeciętna. Najlepiej jak kojarzy się dobrze. Co w Polskiej kulturze jest najbardziej uwielbianą formą rozrywki? Oczywiście „epicka popijawa”, czyli wesele, ewentualnie potupają w remizie. I jak tu się dziwić, że Enej wypełnił „Kreskę” słuchaczami po brzegi, skoro weselność muzyki tegoż składu wybija w każdej jednej nucie?   Nerwy zostały poszargane. Zjawisko poznane i doświadczone. A niniejszy „parapaszkwil” napisał się sam.
27 Października 2015 godz. 10:26
Robert Kuliński/ fot. Artur Rutkowski
 

Maniacy muzycznej wolności

Olbrzym i Kurdupel, niezwykły zespół tworzony przez prawdziwych maniaków muzycznej wolności, odwiedził po raz kolejny Koszalin. Duetowi towarzyszył niemiecki perkusista Willi Hanne. Niestety muzycy zagrali do pustej sali klubu Kawałek Podłogi. Oczywiście taki stan rzeczy można tłumaczyć na wiele sposobów. Jednak najbardziej znamiennym elementem, wcale nie tak trudnej zagadki dotyczącej śladowej ilości słuchaczy, był termin koncertu, czyli poniedziałek. Innym ważnym aspektem, jest to, że w Koszalinie bardzo rzadko zdarzają się takie koncerty. Muzyka improwizowana nie należy do popularnych gatunków. Oprócz autora niniejszego tekstu, właściciela lokalu i fotoreportera, na widowni zasiadł tylko jeden słuchacz. Mimo  to muzycy z entuzjazmem zaprezentowali swoją twórczość.  Było czego posłuchać. Oprócz niekwestionowanej biegłości muzycznej, zabrzmiały emocje.  Na tym właściwie bazuje cala siła w pełni improwizowanego repertuaru. Żadnych szkieletów formalnych, jedynie zamysł wzajemnej eksploracji nowych rejonów muzycznych i interakcji.Ten ostatni element to sprawa kluczowa. Niemożliwym byłoby zagranie koncertu, gdyby improwizacja polegała jedynie na próbach zestawienia indywidualnych wizji każdego z muzyków. Wzajemne oddziaływanie i szukanie wspólnych pól narracji, przeniosło scenę Kawałka w zupełnie inny wymiar. Nastrój kompozycji budowany był z urzekającym wdziękiem, a jednocześnie  sowizdrzalską lekkością. Nie można pominąć także poczucia humoru. Artyści przerzucali sobie dźwiękowe figle, aby w końcu dotrzeć do punktu spójnego, ale tylko na chwilę, po to by znów swobodnie bawić się strukturą, fakturą, brzemieniem, kolorytem i oczywiście samą treścią, choć trudno mówić tu o precyzyjnych tematach. Bardziej liczyły się muzyczne poszukiwania.Taka propozycja koncertowa, to niełatwy repertuar. Nie ma się czemu dziwić, skoro w pop kultura w jakiej większość odbiorców muzyki funkcjonuje, nie lubi nowatorstwa. Olbrzym i Kurdupel zmuszają do „słuchania uczestniczącego”, a z tym znakomita większość rzekomych fanów muzyki ma problem. To nie jest oferta rozrywkowa, a ze wszech miar intelektualna odpowiedź na muzyczną sztampę, jaką na co dzień i od święta propaguje 99 % klubów, domów kultury, stacji radiowych i telewizyjnych. Zetknięcie z improwizacją na takim poziomie, jako odbył się w miniony poniedziałek, uwrażliwia i pozwala spojrzeć na muzykę, jak na dziedzinę sztuki. Czyli w tak, jak już dawno przestano ją traktować. A sztuka to jeden z najlepszych kanałów wyrażenia emocji i samodoskonalenia. Nieobecni przegapili wieczór niezwykły, piękny i mądry.   W grudniu będzie można posłuchać Kurdupla, czyli basistę Marcina Bożka w występie solowym.  Ten koncert już polecamy.     
26 Października 2015 godz. 11:09
Robert Kuliński
 

Nastrój i finezja w „Beczce”

Nieczęsto zdarza się, aby jazzowy kwartet potrafił wyczarować nastrój jako spójny zespół. Miniony koncert grupy Jachna/Cichocki/Urowski/Krawczyk był pełen muzycznej finezji i urzekającej gracji. Grupa wystąpiła w znanym z bardzo wyrafinowanej oferty koncertowej Pubie Z Innej Beczki. Wielka szkoda, że tak nieliczni fani jazzu zdecydowali się na niedzielny wieczór w przytulnych progach lokalu. Zaledwie kilkuosobowa publiczność mogła doświadczyć doskonałej muzyki, jaką przygotowali artyści. Koncert składał się z kompozycji zawartych na świeżo wydanej płycie kwartetu, zatytułowanej „The right moment”. Pierwsze co dało się zauważyć po zetknięciu z misternie  utkanymi kompozycjami  zespołu, to ich walor intelektualny. Muzycy niejako odcięli się od typowej jazzowej etykiety, prezentując zwarty, świetnie przemyślany i domknięty repertuar. Nie było zbyt wielu szaleńczych solówek, prezentujących kunszt wirtuozerski, czy eksponowania swojej osobowości ponad bandem. Kwartet brzmiał niczym monolit albo zsynchronizowana maszyna, której celem jest snucie opowieści, a nie puste epatowanie warsztatem. Improwizowane sola pojawiały się dopiero tam, kiedy rzeczywiście był na to czas, miejsce i adekwatny klimat. Minimalizm, nastawiony przede wszystkim na nastrój, doskonale sprawdził się we wnętrzu miniaturowego pubu. Oszczędne partie trąbki Jachny i delikatne akcenty pianina spod reki Cichockiego, doskonale splatały się z transową  grą sekcji, czyli Urowskiego (bas) i Krawczyka (perkusja). Kwartet zaproponował bardzo dojrzały repertuar, garściami czerpiący inspiracje z nowoczesnych trendów jazzowych, świetnie adaptując je na potrzeby wypowiedzi lirycznej, znanej z polskiej tradycji muzyki filmowej. Kameralne przestrzenie dźwiękowe z rzadka przecinał podskórny puls, jak choćby w kompozycji „Checkers”. Nie można pominąć arcyciężkiego utworu „Ice”, który zachwycił niebywałą mocą siermiężnych, basowych „tąpnięć” w z początku mglistej i chłodnej strukturze. Finał z dwugłosem trąbki i klarnetu, którego czasami dobywał Cichocki, idealnie spięły makabryczną historię rodem z antarktydy. Rozładowanie  wzburzonych emocji przyszło z utworem „18/2”.Figlarny temat rozjaśnił mroczną aurę.   Miłośnicy jazzu treściwego, a nie technicznego, powinni być zachwyceni. Kto odpuścił sobie  niedzielny wieczór w „Beczce”, ten ma czego żałować. Jakość wykonania, fascynująca przestrzeń, czy  po porostu  świetnie skomponowane utwory, były warte wyjścia z domu i pozostawienia wieczoru wyborczego politykom oraz telewizji. 
17 Października 2015 godz. 12:37
Robert Kuliński
 

Apteka i inni nie zawiedli

Scena Kawałka Podłogi w miniony piątek rozbrzmiewała rockiem wielu barw i odcieni. Główną atrakcją dla koszalińskiej publiczności był oczywiście występ gwiazdy, czyli „Kodyma” i jego Apteki, ale supporty również zasłużyły na uznanie. Nie będzie to przesada jeśli wieczór określi się mianem swoistej fety ku czci muzyki niezależnej. „Farmaceutyczny patronat” gwarantował, że miłośnicy nietypowego grania stawią się w klubie liczną reprezentacją. Tę okazję do zaprezentowania swojej twórczości osłuchanemu audytorium, świetnie Black Balloon wykorzystali muzycy słupskiej formacji Balck Balloon oraz  koszalińska grupa Whoiswho.  Obydwa zespoły zagrały wyśmienicie.Black Balloon to kwartet o bardzo klasycznym instrumentarium, czyli: gitara, bas i perkusja. Całości dopełnia wokalistka Klaudia Janus. Jej umiejętności i czarna barwa głosu, doskonale pasowały do repertuaru zespołu. Choć na pierwszy „rzut ucha” kompozycje słupszczan to standardowy rock, nie można kwartetowi odmówić uroku. Zagłębiając się w kolejne utwory, można było wyłapać odwołania do przestarzałej etykiety college rock i  mocne wpływy grunge'u,  kojarzące Klaudia Janus - Black Balloon się z wczesnymi dokonaniami Pearl Jam. Muzyczną mieszankę dopięła niewinność i lekkość The Breeders, jak i zbluesowane dodatki.  Balck Baloon, co rzadko się zdarza na scenie rockowej obecnie, ma swój niepowtarzalny charakter. Bardzo przyjemne granie w sam raz na rozpoczęcie wieczoru.   Następnie scene przeją koszaliński skład Whoiswho. Jednak przed występem udało się nam dowiedzieć na jakim etapie są prace nad debiutem fonograficznym zespołu -  Powoli spływa nam materiał z miksu – mówi Dominik Chłopecki, gitarzysta zespołu. -  Z efektów jesteśmy bardzo zadowoleni. Myślę, że Whoiswho już pod koniec miesiąca  uda man się zamknąć ten etap  i w listopadzie płyta, jako nośnik fizyczny, zacznie nabierać bardzo konkretnych kształtów.Nasze chłopaki mają już bardzo rozbudowane plany koncertowe -  Będziemy mieli okazję zagrać w „Stolycy”, Trójmieście, może uda się wystapić po drodze w Olsztynie –  informuje Aleksander Pelc basista i wokalista Whoiswho. - Być może, jak wszystkie znaki na niebie ułożą się w pozytywny symbol energii kosmicznej, to uda nam się nawet zagrać w Połczynie – dowcipnie wtrąca Chłopecki.    Whoiswho Trzeba przyznać,  że muzycy pokazali się publice, która w większości słyszała kwartet po raz pierwszy, z najlepszej strony. Koncert rozpoczął się od popowego wstępu, aby z czasem otoczyć słuchaczy nutą niepokoju, z której wybijał post punkowy pazur. Zespół Whoiswho pomimo drobnych problemów technicznych, zabrzmiał na scenie przy ul. Piastowskiej bardzo drapieżnie i dużo bardziej potężnie niż ostatnim razem. Publiczność chciała więcej i dostała cover utworu z repertuaru 1984 pt. „Komisariat”. Po świetnie przyjętym występie koszalinian, przyszedł czas na legendarną Aptekę, jednak Jędrzej „Kodym” Kodymowski nie zgadza się takim określeniem swojego zespołu, który na scenie działa już ponad 30 lat. - Nie czuję się legendą. Co to właściwie znaczy? Legenda to określenie, które funkcjonuje w sferze nierealnej, a Apteka jest jak najbardziej realnym zespołem, który wciąż koncertuje  i ma się świetnie. Jedrzej "Kodym" Kodymowski   Trzeba zaznaczyć, że przez Aptekę przewinęło się wielu muzyków. Zapytaliśmy z czego to wynika? - Po pierwsze ludzie się zmieniają. Kiedy to następuje zmienia się też charakter muzyki – wyjaśnia „Kodym”. - Z drugiej strony można powiedzieć, że jestem wampirem energetycznym i wysysam energię z ludzi, których biorę do zespołu. Niektórzy grają dalej, inni nie mają już na to siły – kwituje z uśmiechem.   Obecnie skład zespołu zasilają:  Kamila Bilińska basistka, która  gra także  w Balck Baloon oraz Karol Kropiewski, perkusista znany w regionie z występów w zespole Maczku Paczke. Pierwsze dźwięki charakterystycznego brzmienia Apteki poderwały słuchaczy pod scenę i tak już zostało do końca.  „Synteza” , „Jezu!” , „Choroba”, „Wiesz, rozumiesz”, czy „Fast food” to pieśni, które stały się kanonem, dlatego wielu zgromadzonych w Kawałku  wyśpiewywało kolejne wersy wraz z liderem grupy. Oj działo się, tym bardziej, że zespół jest w doskonałej formie i zabrzmiał nad wyraz potężnie.
10 Października 2015 godz. 9:39
Robert Kuliński
 

Parkera teoria tria

Hasło „amerykański kontrabasista”, powinno zadziałać jak magnes na koszalińskich miłośników jazzu. Niestety, nawet skądinąd znane i wywołujące pozytywne skojarzenia nazwisko Parker, nie sprawiło, że Kawałek Podłogi pękał w szwach. Niejednokrotnie  klubowe występy formacji stricte jazzowych w naszym mieście udowodniły, że są to przedsięwzięcia z gruntu niszowe. Być może dlatego, że nie są tak oblegane przez media, jak  wielki festiwal Hanza. Dlatego nawet najbardziej  rozpoznawalny meloman i fan jazzu, nie przychodzi na koncerty klubowe, bo najprawdopodobniej i tak nikt nie zwróciłby uwagi na jego charakterystyczną łysinę. Na Hanzie można się pokazać w blasku fleszy i w otoczeniu znanych snobów. Jednak nie o tym, choć takie rozważania są ważne, aby nakreślić jak bardzo prowincjonalnie prezentuje się mieścina nad Dzierżęcinką. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki kameralnej atmosferze, muzyka zabrzmiała  urzekająco.Publiczność w skupieniu i podziwem wysłuchiwała, co ma do zaproponowania Mike Parker's Trio Theory. Doszło do małej roszady w składzie grupy i zamiast Franka Parkera, na perkusji zagrał Grzegorz Pałka, który po raz pierwszy wystąpił w składzie amerykańskiego lidera. Natomiast na saksofonie zagrał Sławek Pezda. Świetne kompozycje tętniły na wskroś zaoceanicznym groovem. Można śmiało powiedzieć, że Parkerowi udało się połączyć niezwykłą, niekiedy wręcz hard funkową bezkompromisowość z europejskim zacięciem do harmonii. Zespół zabrzmiał potężnie, pomimo szalenie tradycyjnego instrumentarium. Bardzo nowoczesne rozwiązania kompozycyjne, wyczucie w dekonstrukcji i szaleńcze sola każdego z muzyków, zachwycały słuchaczy co rusz zaskakującym zwrotem akcji. Występ składający się z dwóch setów  pokazał dwa oblicza grupy. Pierwsze to liryczne  ballady, które z czasem nabierają impetu. Można było wyczuć wielki szacunek do klasyków, ale pojawiły się także własne   - nowoczesne dodatki. Drugie oblicze tria to już rozszalałe improwizacje. Ciężkie - transowe pochody kontrabasu i skwiercząca od  szaleństw „pałkarza” perkusja, napotykały na rozwrzeszczany saksofon, tnący bez litości każdą nutę. Jednak warto wspomnieć, że Pezda świetnie operował także kolorytem w momentach lirycznego wyciszenia. Jego sax zdecydowanie brzmiał czarno. Słuchacze z wypiekami na twarzach nagrodzili muzyków solidną owacją. Natomiast już dziś w Kawałku  coś dla fanów hard 'n' heavy.  Swoje XXV – lecie świętować będzie legendarny Hetman.
4 Października 2015 godz. 12:52
Robert Kuliński
 

Chorzy zdrowo rockowali

Szczeciński zespół Chorzy, który w minioną sobotę zaprezentował się koszalińskiej publiczności w Kawałku Podłogi, ujawnił smutną prawdę o muzyce rockowej. Rzeczona stylistyka broni się jedynie w formie pastiszu. Grupa bardzo płynnie i fachowo poruszała się po rozmaitych obszarach dźwiękowej stylizacji i  trzeba przyznać, że muzycy dali z siebie wszystko. Obok hard rockowych zagrywek, wybrzmiewały także parodie psychodelii, disco, fusion, punka, a nawet heavy metalu. Humorystyczny koktajl muzyczny nie miałby jednak żadnego sensu, gdyby nie  świetne teksty, pełne ironii i groteski. Czym byłby jednak występ zespołu na wskroś rockowego, bez koncertowego żywiołu?  Olek Różanek - faktycznie chory, na dyskopatię i infekcję gardła frontman - zapewnił publice prawdziwe show. Wokalista, to  Postać o wielu twarzach, ogromnym dystansie do siebie i nietuzinkowych zdolnościach kabaretowo – aktorskich. Frontamn stał się umiejętnie przerysowanym liderem rock'n' rollowej formacji. Niestety  nieliczne grono koszalinian miało okazję doświadczyć dowcipnej podróży muzycznej z Chorymi. Pomimo braku płatnych biletów, Kawałek nie pękał w szwach. Jednak Róznaek, który już po pierwszym utworze ociekał potem, często rozgrzewał humory słuchaczy, traktując cały klub jako scenę. Nie zabrakło fajerwerków i stage divingu, czyli wszystkiego co na prawdziwym koncercie rockowym być powinno. Grupę można śmiało uplasować w kręgu takich zespołów jak np. Dr Misio, czy Formacji Chłopięcej Legitymacje. To nie tylko dobra rozrywka, ale także ciekawa gimnastyka dla mózgowia, bo teksty zmuszają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Wszak zrozumienie ironii wymaga jakiegoś poziomu.
3 Października 2015 godz. 12:40
Robert Kuliński/ fot. Artur Rutkowski
 

Rockowy piątek Kreski

Piątkowa propozycja muzyczna w Studenckim Klubie Kreślarnia, okazała się być druzgocącym niewypałem. Publiczność nie stawiła się tłumnie, a używając języka chemicznego, były to ilości śladowe. W najbardziej tłumnym momencie wieczoru, parkiet przed sceną wypełniło około dziesięć osób. Nie ma się czemu dziwić. Występy zupełnych no name' ów, czyli szczecińskich formacji ETA i Curcuma, nie były żadną konkurencją dla lokalnych zespołów grających w Kawałku Podłogi, czy koncertu punkowych wyjadaczy z Farben Lehre w pubie Graal. Piątek był bogaty w atrakcje koncertowe. Postanowiliśmy zajrzeć do Kreski, aby sprawdzić jak atrakcyjne są koncerty rockowe pod szyldem Leszka Chmielewskiego. Słowo ŻENADA, jest jedynym, nadającym się do publikacji wyrazem opisującym poziom artystyczny obydwu formacji prezentujących się na scenie klubu studenckiego. Jako pierwszy zaprezentował się zespół ETA. Jedyną nadzieją tej grupy jest bardzo młody wiek muzyków. Być może kiedyś uda się formacji zabrzmieć autorsko i rasowo. Póki co można było usłyszeć jak bardzo niezdecydowany jest repertuar szczecinian. Kompozycje opierały się na do bólu wtórnych zagrywkach hard rockowych, serwowanych z dramaturgią pop rockową. Melodyka i walory liryki nie grzeszyły polotem. Jedynie zgranie zespołu i całkiem soczyste gitary sprawiały, że odcinając  aktywność poznawczą, słuchacze mogli potupać nóżką. To nie nastąpiło, bo praktycznie nie było komu tupać.Niestety koncert Curcumy nie zmienił specjalnie wydźwięku artystycznego wieczoru. O ile po młodych z ETy można jeszcze czegoś oczekiwać, to  dojrzały wiek facetów z  grupy występującej pod szyldem przyprawy, nie zwiastuje nic dobrego. Niejednokrotnie na łamach naszego portalu, pojawiały się konkretne zarzuty względem kapel odgrywających zwietrzałe inspiracje z lat 90. ubiegłego wieku i początku XXI wieku. Curcuma idealnie wpasowuje się w model kolejnego rockowego klonu, bez krztyny oryginalności. Muzycy zaprezentowali set listę bogatą w ciężkie brzmienia czerpiące garściami z telewizyjnego nu metalu, grung' owe mielizny liryczne i hard rockową sztampę. W istocie to idealna formacja na antenę jedynej, niepokornej rozgłośni rockowej w Polsce, która lubuje się w utrwalaniu badziewia wedle schematu: „przejmujący” wokalista, klarowne przesterki i  jednostajne tempo. Garstka słuchaczy poderwała się z krzeseł dopiero, kiedy zabrzmiały covery, a te nie grzeszyły innowacyjnością. Nie raz już pisaliśmy o tym jaką żenadą jest przerabianie utworów popowych na ostre gitary. To żadna innowacyjność i każdy taki coverek brzmi identycznie. Słuchacze mogli podziwiać „Left outsiede allone” z repertuaru wokalistki występującej pod pseudonimem Anastacia.Muzycy Curcumy odważyli się także wziąć na warsztat „Iron Mana”  Black Sabbath, jednak w wersji rodem z MTV Rocks. Wes Borland, czy  Sully Erna byliby dumni z poczynań szczecinian. Już dziś w Kreślarni impreza z polskim disco. Oczywiście to tylko dywagacje, ale całkiem możliwe, że parkiet będzie pełny.