Informacja dotycząca polityki plików cookies: Informujemy, iż w naszych serwisach internetowych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Dalsze korzystanie z naszych serwisów, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności. Zamknij.

Koncerty w Koszalinie:

15 Kwietnia 2016 godz. 21:19
Robert Kuliński
 

Uczniowie „Muzyka” w filharmonii

Uczniowie rodzimego Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. Grażyny Bacewicz w Koszalinie, wystąpili przed licznym gronem melomanów w gościnnych progach Filharmonii Koszalińskiej Instrumentaliści, którzy zdobywają laury na rozmaitych konkursach w całej Polsce, mogli zaprezentować swój kunszt w pełnej okazałości. Warunki sali koncertowej sprzyjają talentom, a ciepłe przyjęcie zgromadzonej publiczności, w słyszalny sposób dodało młodym „skrzydeł”.   Zabrzmiały kanony muzyki poważnej, m.in. Ludviga van Beethovena, Wolfganga Amadeusza Mozarta, jak iSiergieja Prokofiewa, czyCamille Saint-Saënsa. Słuchacze szczodrze nagradzali artystów oklaskami, co nie dziwi, bo po raz kolejny kadra nauczycielska ZPSM mogła być dumna ze swoich podopiecznych.   Doskonałe umiejętności i wrażliwość muzyczną w towarzystwie zaprezentowali następujący soliści : Amelia Dziedzic (skrzypce – naucz. M. Kobierska) S. Prokofiew – II koncert skrzypcowy g-moll cz. I Wiktor Dziedzic (skrzypce – naucz. N. Dondalski) H. Wieniawski – II koncert skrzypcowy d-moll cz. I Michał Jopek (gitara – naucz. D. Schmidt) Inga Radomska (fortepian – naucz. E. Gajdzis) – realizacja partii klawesynu J. S. Weiss – Koncert d-moll na lutnię i orkiestrę smyczkową Mikołaj Gajdzis (waltornia – naucz. P. Pożakowski) W. A. Mozart – III koncert waltorniowy Es-dur KV 447 cz. II i III Wojciech Górski (trąbka – naucz. E. Klepczyński) J. N. Hummel – Koncert na trąbkę i orkiestrę Es-dur cz. I Hubert Miarka (fortepian – naucz. P. Murawski) C. Saint-Saens – II koncert fortepianowy g-moll cz. I Gabriela Murawska (fortepian – naucz. A Murawski) L. van Beethoven – III koncert fortepianowy c-moll cz. I Konstancja Śmietańska (wiolonczela – naucz. W. Cisoń) J. Haydn – Koncert wiolonczelowy C-dur cz. I   Orkiestrę Symfoniczna Filharmonii Koszalińskiej od pulpitu dyrygenckiego poprowadził Rafał Kłoczko. Natomiast przebieg koncertu opatrzyła słowem Beata Piocha.
10 Kwietnia 2016 godz. 1:25
Robert Kuliński
 

Leski - songwriter

Od kilku lat polska scena muzyczna opanowywana jest przez tzw. songwriterów. To nowy ruch i zjawisko wprowadzające rewolucję. Zastosowanie zachodniej nazwy na autora piosenek, budzi zupełnie inne skojarzenia. Sobotni wieczór w Clubie 105 wybrzmiał twórczością Leskiego - nowego songwritera rodzimego grajdołka. Koncert zapoczątkował tegoroczną edycję cyklu „105% mocy”, który w ubiegłym roku funkcjonował na innych zasadach niż obecnie. Wcześniej biletem wstępu był dobrowolny datek na rzecz hospicjum. Teraz koncerty są biletowane, ale dwie godziny przed rozpoczęciem występu zaproszonej gwiazdy, w holu kina Kryterium, specjaliści promują zdrowy tryb życia. W minioną sobotę można było zasięgnąć wiedzy na temat dawstwa, czy to szpiku, czy organów. Przejdźmy jednak do artystycznej części wieczoru.   Czym charakteryzuje się ta niby nowa fala „artystów” zwanych songwriterami? Po pierwsze dobrze jeśli twórca kompozycji słowno - muzycznych obdarzony jest zadumaną facjatą, wyrażającą głębokie przeżycia wewnętrzne. Wymagane jest także, aby taki wykonawca potrafił opanować mimikę. Chodzi o to, aby żaden grymas nie zniekształcił posągowej powagi, a wzrok pozostawał niezmiennie posępny.   Oprócz „artystowskiego” wizerunku, potrzebny jest atrybut. Najlepiej gitara, bo ten instrument od razu kojarzy się z „piosenkowaniem”. Po trzecie taki songwriter nie może być wirtuozem. Co najwyżej pięć akordów w zestawie. Żeby songwriter mógł faktycznie zaistnieć jako przedstawiciel innej kasty niż autor piosenek, czy bard z Krainy Łagodności, potrzebuje zespołu złożonego z muzyków sesyjnych.   Leskiemu, czyli Pawłowi Leszoskiemu udało się zostać prawdziwym songwriterem, gdyż spełnił wszelkie wymagania. Publiczność w liczbie około 60 osób nie miała wątpliwości, że teksty wyśpiewywane przez stylowego brodacza, tętnią pulsem jego duszy. A tę Leski posiada bardzo wrażliwą i poetycką.   Nie dajmy się jednak zwieść najprostszym skojarzeniom. Mamy wszak do czynienia z songwriterem, a nie poetą. Dlatego opowieści o emocjach, wyśpiewane z zerową charyzmą, były raczej stonowanym opisem pełnym wyrafinowanych - a jakże – obserwacji: „Przepłynął dreszcz, przez włókna nerwu”, czy równie wykwintnych metafor: „Nabieramy wody w szalupy spojrzeń”.   Słowa poukładane z ogromną dbałością o sens i przekaz oraz literacką formę sprawiły, że nawet muzyka wydała się być wybitna. Oczywiście muzycy sesyjni doskonale odnajdują się w banalnych pochodach akordowych, ale stylizacja na americanę, folk oraz domieszka dream popu, to w istocie zabiegi niezmiernie odkrywcze. Leski zabrzmiał niemal tak samo oryginalne jak albumy Passengera, Bon Iver sprzed 10 lat albo Bonniego „Prince” Billy'ego sprzed ponad 15.   Publiczność jednak szczodrze obdarowywała „artystę” oklaskami. W końcu to jeden z polskich, a nie jakichś importowanych songwriterów. Śpiewa po naszemu, gra po ichniemu, ale jest nasz, biało - czerwony i należy być z tego dumnym. Swoją drogą americana w wydaniu nadwiślańskim to dość karkołomne przedsięwzięcie, ale wśród songwriterów jest elementem obowiązkowym. Przy okazji muzyk sesyjny, który posiadł umiejętność grania na banjo, znajdzie zajęcie.   Słuchacze z Clubu 105 domagali się bisu tak usilnie, że zabrzmiała jedna piosenka nadprogramowa. To zresztą było do przewidzenia po wcześniejszych reakcjach audytorium. Nie mogło być inaczej.     OD AUTORA   Songwiterska liryka po prostu chwyta za serce... ale tylko tych, którzy potrafią odczytać jej głębię. Świat pełen jest przecież grubiaństwa. Przedstawiciel niewrażliwego sortu odbiorców, zapewne pokusiłby się o wyśmianie Leskiego, czy Skubasa. Mógłby nawet podjąć próbę wyszydzenia takiego Korteza, który zasłynął nieziemską poetyką w utworze „Pocztówka z kosmosu”.   Swoim songwriterskim stylem, opisał trudy rozłąki z ukochaną podczas pobytu na orbicie okołoziemskiej. Cytat: „(...) sikałem w torebki i jadłem jak pies. ”. Za to powinniśmy cenić tego typu „artystów”, bo nadają sens grafomanii i wynoszą ją na piedestał, zachwycając coraz to większe rzesze słuchaczy. Mam nieodparte wrażenie, że moda na songwriterstwo dopiero się rozkręca. Czekam z niecierpliwością na kolejnych domorosłych tekściarzy z gitarą.
9 Kwietnia 2016 godz. 3:04
Robert Kuliński
 

Metal zalał Kawałek

Działo się! Wieczór w Kawałku Podłogi wypełniły brzemienia metalowe o mocno imprezowym charakterze. Heavy i thrash absolutnie pochłonęły w większości młodocianą publiczność. Trzy formacje dokonały bezwstydnego najazdu na koszaliński gród, siejąc totalne spustoszenie wybuchowym ładunkiem decybeli. Poziom był zróżnicowany, ale kolejność występów doskonale dawkowała emocje.   Zdecydowanie najbardziej kanciastą wersję thrash metalu zaprezentował skład bardzo młodych zapaleńców ze Szczecina, występujących pod nazwą Frenatron. Młody wiek i nadwyżka energii doskonale rekompensowały niedoróbki w postaci monotonnej dramaturgii. Można było wręcz odnieść wrażenie, że wciąż wybrzmiewa jeden utwór, ale nie odbierało to muzykom scenicznego uroku. Pasja z jaką młodzi zaserwowali swój recital, udzieliła się części słuchaczy, którzy wspierali orkiestrę pod sceną.   Nie tylko jednak muzyka „żarła” narowiście wypracowanym kanonem thrashu. Także oldschoolowy image frontmana robił swoje. Baty z grzywką, na klacie logo Motorhead i tenisówki. Trudno byłoby uznać Frenatron za poważną formację, bo pastiszu jest tu wiele. Nic w tym jednak zdrożnego, bo technicznie grupa zaprezentowała się znakomicie, a piejąco – skrzeczące poczynania wokalne dopisały przysłowiową „kropkę nad i”.     Najlżejszą atrakcją wieczoru był występ bardzo dobrze znanej w Koszalinie kapeli Steel Drunk. W tym wypadku jednak dominantą repertuaru był stary i nikomu niepotrzebny do niczego hard rock. Muzycy z taką gracją i finezją odgrywali przewidywalne co do sekundy kompozycje, że występ nie mógł się nie udać. Dodatkowym urozmaiceniem były akrobatyczno - choreograficzne popisy, co sprawiło, że słuchaczy jakby trochę pod sceną przybyło.   Dbałość o show i profesjonalnie opracowany banał obranej przez trio stylistyki, urzekał i porywał do zabawy. Niestety muzycy przeciągnęli swój występ co w pewnym momencie przestało bawić. Mimo to należy pochwalić zapał i pomysłowość, choćby w prezentacji swoistego medleya opartego na motywach z repertuaru Pantery. Steel Drunk to urodzeni showmani oraz świetni muzycy i chyba dobrze, że wykonują totalnie umarły gatunek muzyczny, bo w innym wypadku w ogóle nie byłoby to śmieszne.     Gwiazdą i prawdziwą petardą wieczoru był poznański ThermiT. Formacja także znana koszalińskiej publiczności. Trzy lata temu muzycy zdobyli nagrodę od zachwyconej rzeszy słuchaczy podczas festiwalu Generacja. Nie zdążył wybrzmieć trzeci takt pierwszego utworu, a cała publiczność zgromadzona w Kawałku już stawiła się pod sceną.   W powietrzu załopotało od headbangingu. Górne kończyny rozentuzjazmowanych małolatów, co chwila wyrzucały ponad głowy tłumu rogate pozdrowienie. Natomiast chór podchmielonych gardeł entuzjastycznie wtórował wokaliście wykrzykującemu bojowe jednosylabowe wołacze.   ThermiT zabrzmiał soczyście i porażająco. Stylistyka heavy i thrash z odwołaniami do klasyki i to tej najbardziej klasycznej ze wszystkich możliwych klasyk, zapłonęła żywym ogniem. Ujmująco zabawny wokal i totalne przerysowanie maniery nie pozostawiały złudzeń. Wieczór należał do poznaniaków, którzy bawią się metalem jak nikt inny.
20 Marca 2016 godz. 11:20
Robert Kuliński
 

Mjut dla psychofanek

Zespół Mjut podczas sobotniego wieczoru w Kawałku Podłogi, wystąpił dla nielicznej publiczności, która w większości składała się z psychofanek. Koncert upłynął przy brzmieniach wyeksploatowanych do cna. W ubiegłym tygodniu to Antyradio było główną osią podkreślenia muzycznej pustki grupy Milczenie Owiec. Kolejny weekend i kolejny zespól promowany przez ogólnopolską rozgłośnię radiową. Tym razem na scenie przy ul. Piastowskiej zabrzmiał repertuar, który śmiało można określić mianem programowego „bzdziarstwa” spod znaku jakości „Trójki”. O tym jak bardzo, zdaniem autora niniejszego tekstu, Sz.P. Stelmach doprowadził do pauperyzacji rodzimej sceny niezależnej, czy alternatywnej, można przeczytać w tekście „Co z tą muzyką – Czyli nadwiślańska prowincja (nie) słucha”. Wróćmy do Mjut. Za sprawą nijakiej twórczości tej orkiestry, łatwo zaobserwować jak propagowanie indieliryki przez redakcję z Woronicza, ośmieliło domorosłych poetów do wyśpiewywania swoich tekstów przy akompaniamencie gitar. Teksty nasączone nostalgią, apelujące do słuchacza, by ten powrócił do natury i zrozumiał kruchą, wrażliwą duszę podmiotu lirycznego, mogły trafić wyłącznie do psychofanek. Oczywiście poezja jest reakcją na prozę życia, ale proza w gimnastycznych zabiegach interpretacyjnych, rzadko nabiera głębszego znaczenia. Słowa piosenek „Komputery”, „Wszyscy ludzie i ja”, czy  „Tyle ile chcę” to przykłady polskiej grafomanii, której absolutnym mistrzem jest np. Michał Wiraszko z formacji Muchy.  Dość jednak o tekstach, bo niesprawiedliwie byłoby skupiać się wyłącznie na najsłabszych elementach zespołu Mjut. Wszak twórczość każdej grupy można rozpatrywać wielopoziomowo, a działdowianie obok pierwiastka bardzo słabego, mają jeszcze zwyczajnie słaby i całkiem niezły.Trzeba oddać muzykom, że znają się na rzeczy i sceniczne poczynania kwartetu są bez zarzutu. Profesjonalne brzmienie, mądre korzystanie z efektów i bardzo pomysłowe rozwiązania motoryczne, sprawiły że koncert przynajmniej nie męczył prowizorką. Na wielkie uznanie zasługuje basista grupy Marcin Blicharz. To niezwykle utalentowany instrumentalista, który nie tylko może poszczycić się mistrzowską techniką, ale wyczuciem. Groove i potężne pomruki akordów fantastycznie niosły kolejne, niestety banalne, zwrotki do przodu. Rzadko słyszy się teraz takich basistów.Tyle jeśli chodzi o zachwyty, bo reszta repertuaru mogła wywołać u bardziej osłuchanego odbiorcy, co najwyżej nudę. Wybrzmiały smyczkowe ściany dźwięku zapożyczone od Sigur Rós, pogłosowa „plumkanina” znana z U2 oraz popowa, a nawet można rzec populistyczna dramaturgia z Clodplay. Wszystko spięte w uładzone „radio friendly” pioseneczki. Nie można też pominąć kompozycji, które trąciły typowym disco indie. Te wszystkie elementy sprawiły, że nawet wybitny basista niestety ginie w natłoku sztampy. Mjut nie prezentuje nic, czym grupa mogłaby wyróżnić się z indie pop rockowej masy sryliarda identycznych składów.  To aż boli, że muzycy tak uzdolnieni, świetnie brzmiący na scenie, parają się tak sztampowym kopiarstwem. W kwartecie jest potencjał, tylko chyba brak odwagi.Wieczór zwieńczyły bisy, choć publiczność niezbyt energicznie garnęła się do wyklaskania nadprogramowych utworów. Obok powtórek przeboików „Komputery” i „Wszyscy ludzie i ja” grupa wykonała także „Imagine” Johna Lennona. Wyobraźcie sobie jak  miałko musiała  zabrzmieć piosenka będąca kanonem radiowego banału, oprawiona w  manierę Colplay.  OD AUTORAPrzywołanie zespołu Coldplay, jako jednego z nużących elementów pobrzmiewających w twórczości Mjut, wymaga dopowiedzenia. Jakiś czas temu przy okazji premiery któregoś krążka zespołu Chrisa Martina,  słuchałem lokalnej rozgłośni. Pani redaktor swoim aksamitnym głosem zachwalała album, chyba  „Ghost Stories”. Po kolejnej dawce ochów i achów z anteny radiowej, zadałem pytanie swojej połowicy: „Wyjaśnij mi, dlaczego ludzie tak kochają Coldplay? Ja tego nie rozumiem.”. Połowica bez namysłu odparła także zadając pytanie: „A dlaczego ludzie lubią ziemniaki?”.
13 Marca 2016 godz. 11:18
Robert Kuliński
 

Milczenie Owiec nie milczy

Byłoby lepiej gdyby zespół Milczenie Owiec zastosował się do swojej nazwy i zamilkł. Niestety na fali „antyradiowej” popularności grupa tworzy i koncertuje promując swój najnowszy album „Niepokoje”. Kwintet wystąpił w minioną sobotę na scenie Kawałka Podłogi. Publiczność, która przybyła do lokalu składała się z najbardziej zagorzałych fanów, którzy pamiętali grupę jeszcze sprzed ośmiu lat, kiedy to muzycy zagrali w naszej metropolii. Około 30 osobowa reprezentacja fanów rocka spotkała się w sobotni wieczór, aby wspierać formację, która brzmi jak tysiące podobnych z pogranicza popu, rocka i parametalowej papki. Impreza obfitowała także w humorystyczne elementy. W ramach supportu wystąpiła niemiecka grupa Start A Revoltution. Muzycy zaprezentowali komiczny wymiar ekspresji scenicznej, znanej z anteny MTV Rocks. Pełna dramatyzmu choreografia wokalisty Malika Aziza oraz synchroniczne bujanki gitarzystów, naprawdę mogły wywołać uśmiech.  Skład wykonał to co powinno ująć każdego nastolatka, czyli ostre gitary i pełen emocjonalnego przejęcia wokal. W praktyce przypominało to próby wskrzeszenia mody z początku XXI wieku, kiedy to takie formacje jak Lostprophets, czy Papa Roach świeciły triumfy wśród młodzieży. Ówczesne małolaty garściami czerpały inspiracje do buntu z wcześniej wspomnianej anteny MTV. Metalowo – hardcorowej stylistyce, pieprzu dodały wyćwiczone gesty dopracowane do najbardziej subtelnego zarzutu grzywki. Warto też wspomnieć o chóralnym perfekcjonizmie. Trzy wokale niekiedy nadawały kompozycjom charakteru hymnu.Natomiast zespół Milczenie Owiec rozpoczął swój występ instrumentalnym utworem o progresywnej stylizacji. Soczyste solo gitary i pompatyczna oprawa miały być zapowiedzią nadchodzącego rockowego majstersztyku. W istocie trudno muzykom odmówić umiejętności, opanowania instrumentu oraz solidnego zaaranżowania utworów. Pod względem technicznym faktycznie zespół zabrzmiał profesjonalnie. Szkoda, że cały ten wysiłek zmierza w kierunku Antyradia. Ciężkie gitary i rozbudowana rytmika, splatała się w romansie z popową manierą. Ileż to jest podobnych grup? Z jednej strony muzycy starają się uchodzić za formację rockową, a z drugiej zależy im na posłuchu i tym, aby mimo wszystko piosenki były przyjemne. Słowo „przyjemnie” to klucz do rozwikłania zagadki beznadziejności 99% propozycji kulturalno – rozrywkowych w nadwiślańskim kraju, ale to na inny artykuł.    Obok energetycznych utworów, zabrzmiały także rockowe ballady, gdzie wcześniej zamanifestowany progresywny sznyt, zbliżył Milczenie Owiec do Bajmu.  Trzeba podkreślić, że muzyka rockowa to już totalny przeżytek. Aby ożywić tego trupa należy to robić z głową. Jeżeli zespół stara się oprzeć swoje brzmienie na kobiecym wokalu, to powinien on mieć coś charakterystycznego i choć odrobinę charyzmy. Niestety mamy do czynienia z polską formacją, której wystarczy Aleksandra Wysocka. Wokalistka obdarzona pospolitą barwą i kompletnym brakiem charakteru. Jakie kobiety polskiego rocka zaistniały i stały się faktycznymi ikonami? Te które miały w sobie iskrę i pazur - Kora, Ortodox, czy Chylińska. Choć nie każda z wymienionych pań przewodziła wartościowej formacji, to jako forntwoman były dla swoich zespołów swoistymi lokomotywami. Milczenie Owiec niestety stoi na bocznicy.Koncert był przeznaczony dla tych, którzy odnajdują spełnienie na antenie Antyradia. Można wręcz rzec, że Milczenie Owiec to rock dla księgowych i pań z sekretariatu, gdzie w ciągu dnia, przy pracy wybrzmiewa im z odbiornika muzyka reklamowana hasłem „rockowo bezkompromisowi”. 
5 Marca 2016 godz. 12:13
Robert Kuliński/ fot. gł. Jalee
 

Młodzi na scenie Kawałka

Reprezentanci najmłodszej grupy wykonawców rodzimej sceny muzycznej, zaprezentowali swój repertuar na scenie Kawałka Podłogi. Piątkowy wieczór wypełniły rozmaite brzmienia. Nie był to pierwszy raz kiedy Waldemar Miszczor udostępnił scenę początkującym amatorom. Bardzo liczna publiczność, składająca się głównie z młodzieży, usłyszała zespoły Jalee, The Same  i Seth. Wieczór urozmaicił także występ solowego wykonawcy hiphopowego o pseudonimie „Soul”. The Same Koncerty nie były żadnym zaskoczeniem, a szkoda, bo to właśnie do młodych należy swoisty przywilej łamania  sztywnych ram i  śmiała kreacja. Niestety to co zaprezentowali wykonawcy nie miało nic wspólnego z twórczym działaniem. Cały wieczór wypełniły dźwięki bardzo konkretnie dobranych kierunków, co świadczy o kompletnym braku kreatywności.Gdzież jest młodzieńczy bunt? Gdzie są muzycy, którzy ledwo ukończyli osiemnastkę i z pełnym zaangażowaniem kontestują zastaną rzeczywistość? Gdzieś są, ale w miniony wieczór publiczność nie usłyszała tego typu twórców. The Same Zespół Jalee prowadzony przez Patryka Dżamana, zaprezentował proste piosenki, które w zapowiedzi imprezy otrzymały etykietę chillout. Zabrzmiały utwory  zagrane w tercecie bas, gitara i cajón. Najprostsza forma piosenki, przy tradycyjnym akompaniamencie, niezbyt sprawdziła się na żywo. Choćby z tego względu, że rytmicznie  przygotowanie tria pozostawiało wiele do życzenia. Zespół ratował się coverami. Utwór „Stolen dance” z repertuaru Milky Chance zaśpiewany z gościnnym udziałem Szymona Frankowskiego (The Same), wprawił co niektórych w stan uniesienia. Jednak grupa  nie zagrał nic ponad radiową sztampę. Zabrakło też uroku lub charyzmy, jednak to jest problem na zupełnie inny tekst. "Soul" The Same to formacja powstała trzy lata temu. Kwintet wykonał w pełni autorski materiał  przywołujący najbardziej haniebne lata polskiego rocka z lat 90. Oprawa męsko - damskiego dwugłosu i britpopowe zagrywki gitary, mimowolnie kojarzyły się z dokonaniami Big Day. Jednak z racji na miałkość kompozycji warto przypomnieć takie formacje jak Yokashin, czy Atmsphere. Nie sposób pominąć także liryki trącącej oazowym przekazem. Propozycja zdecydowanie dla fanów tego, co można usłyszeć na antenie radiowej w  prime time'ie. Wielkim zaskoczeniem był występ rapera „Soula”. Mody „nawijacz” z miejsca poderwał publiczność z krzesełek, ale euforia tłumu trwała jedynie przez dwa utwory. Kolejne bity  opatrzone młodzieńczymi rymami, nie zbyt przypadły do gustu publice. Seth Najważniejszym występem wieczoru miał być kolejny już koncert grupy Seth. Metalowa stylizacja, kilka coverów w tym „Killing in the name” z repertuaru RATM, to charakterystyczne elementy Setha. Równie rozpoznawalnym w brzmieniu grupy jest słyszalna męczarnia - zwłaszcza perkusji. Piątkowy koncert w Kawałku brzmiał tak, jakby muzycy starali się przebrnąć przez siedem przygotowanych kompozycji. Jakby każda kolejna zwrotka sprawiała im trudność.  Zespół wydawał się czekać na zakończenie wieczoru. W finale jednak doszło do zabawy scenicznej, bo muzycy chcąc zadowolić swoją publiczność, postanowili zmienić frontmana. Odgrywając po raz kolejny wspomniany powyżej cover, na wokalu pojawił się gitarzysta Konrad Niedzwiecki. Patryk Seth Dżaman, - wokalista zespołu po przejęciu gitary, zabrał się za odgrywanie partii rytmicznej utworu. Tak z uśmiechem - na luzie - muzycy zakończyli wieczór.Pomimo wielkiej różnorodności stylów i gatunków, widocznego zapału młodych, trudno mówić o tym, że na koszalińskiej scenie pojawia się coś interesującego. A może właśnie określenie „Koszalińska Scena Muzyczna” doskonale opisuje miniony wieczór. Nic świeżego, covery i odwołania do lat 90. ubiegłego wieku. Poza tym młodzi bez złości, buntu, kontestacji - dzielący się życzliwie swoją pasją. Czyżby nawet w środowisko amatorskich muzyków wrosło już pokolenie oczekujące poklasku i uznania. Może dlatego przez cały wieczór brzmiał repertuar dla inż. Mamonia - sprawdzony, ale zagrany bez polotu.
26 Lutego 2016 godz. 11:20
Robert Kuliński
 

Trzy temperamenty

Czwartkowy wieczór w Pubie z Innej Beczki dla miłośników free impro, był czymś więcej niż ucztą. Trio Mazurkiewicz, Mełech i Trilla, zaprezentowało muzykę, która przeniosła publiczność w zupełnie inny wymiar. Pub Z Innej Beczki na łamach naszego portalu traktowany jest już z niemałym nabożeństwem. Wynika to z tego, że propozycja koncertowa, jaką przygotowuje ekipa lokalu, zachwyca oryginalnością i jakością. Jednak miniony koncert był tak poruszający, że  dotychczasowa estyma cyklu „Jazz w Beczce” przekroczyła granicę skali. Zespół, który tworzą znamienite osobistości, nie mógł zawieść, choć swobodna improwizacja to temat niesłychanie trudny. Trzech muzyków o zupełnie innych temperamentach, scaliło swoją muzyczną inwencję, proponując sztukę – bo tak należy traktować muzykę - najwyższej próby. Grupą umownie dowodził Jacek Mazurkiewicz, znany już koszalińskiej publiczności autor wspaniałej „3Fonii”, którą zaprezentował właśnie w Beczce w 2014 roku. Kontrabasista w układzie tria stał się ostoją - punktem zaczepienia, czy odnośnikiem przypominającym o kierunku muzycznych poczynań pozostałym. Transowy puls nadawał „kompozycjom” wytrawnego smaku.  Mazurkiewicz z wyczuciem i dbałością o całokształt występu, stonował swoje dźwiękowe chuligaństwo. Dzięki temu powstała fantastyczna klamra, czy spoiwo dla trzech, jakże różnych charakterów twórczych      Postacią najbardziej absorbującą bębenki uszne był Vasco Trilla. Hiszpański perkusista obdarzony niebywałą wyobraźnią. Czym byłaby jednak sama fantazja, bez mistrzowskiego warsztatu? Trilla  nie ogranicza się jedynie do naciągów i blach - cały instrument traktuje jako doskonałe narzędzie generowania dźwięków. Przestrzenie jakie potrafił wydobyć ze zwykłego ride'a za pomocą smyczka, czy  harmonie dobierane z rozmaitego rodzaju perkusjonaliów, zaskoczyły nawet zagorzałych miłośników free impro.     Całości przewodził, najbardziej tradycyjny w formie, klarnet Piotra Mełecha. Na tle „sonorów” bębnów i niemiłosiernym transie kontrabasu, artysta zaiskrzył ognikami słowiańskiego ducha. Może to brzmieć pretensjonalnie, ale Mełech w istocie wzbogacił ambientowy szkielet, ludową śpiewnością. Nie znaczy to, że jego  poszukiwania miały charakter folkowy. Bardziej chodzi o klimat i figlarność, można nawet rzec sowizdrzalstwo wygrywanych dźwięków.Ważne w opisie minionego koncertu to fakt, że artyści byli różni, ale nie podkreślali swojej odrębności nachalnym kontrastem. Można wręcz powiedzieć, że kilka razy muzycy skręcili w stronę wspólnego jamowania, ale były to momenty, od których odbijali się,  zataczając coraz to bardziej zamaszyste kręgi muzycznej eksploracji. Wydarzenie w malutkim pubie  zapadnie w pamięci autora tych słów na bardzo długo.   Tak różnorodnej podróży muzycznej warto było się oddać w całości. Tym bardziej, że nie był to improwizatorski hard core. Dźwiękowa eskapada tria była pełna lekkości i światła. Pomimo wielu elementów abstrakcyjnych, narowistych zwrotów akcji, całość splatała się w we wspólnym (kolektywnym?) docieraniu do podstawowych braw, co oczywiście nie nastąpiło. Najbardziej urzekającym w koncertach tego typu twórców, jest element niedopowiedzenia, co wyostrza apetyt na więcej.        Koncert był wspaniały ze wszech miar. Słyszeć wybitnych instrumentalistów w artystycznej kreacji, to bezcenne doświadczenie, tym bardziej, że dało się wyczuć dystans i za razem wielką miłość do muzyki. Cieszy też fakt, że coraz więcej osób chętnie zasila grono beczkowej publiczności.Występ tria oprócz prezentacji improwizacji na polu formy, treści, barw oraz tekstury brzmienia, wywołał też refleksję. Jak wielu elementów muzycznych jesteśmy pozbawieni w codziennym życiu?  Nie ma już miejsca na coś poza standard w powszechnym obiegu. Rozmyślania można zakończyć smutnym stwierdzeniem, że za sprawą rozgłośni radiowych, stacji telewizyjnych i sponsorowanych kanałów w internecie, de facto jesteśmy ogłuszani. Dlatego warto śledzić wydarzenia w Beczce, po to by usłyszeć.
21 Lutego 2016 godz. 11:00
Robert Kuliński
 

Dinozaury nie chcą wyginąć

Jary, czyli Krzysztof Jaryczewski wystąpił w Kawałku Podłogi. Nowa formacja Jary OZ, to propozycja dla miłośników starego rocka i twórczości jego macierzystej grupy, Oddziału Zamkniętego. Klub przy ul. Piastowskiej pękał w szwach. Koncertowa propozycja sobotniego wieczoru w Kawałku, mogłaby być rozpatrywana dwojako. Po pierwsze, czy jest w ogóle sens odgrzewać niegdysiejsze hity, które nigdy nie świadczyły o wysmakowaniu, oficjalnej sceny muzycznej PRLu? Po drugie, w jakiej formie są niedobitki dinozaurów polskiego rocka? Nie ważne jakie triumfy świecił Oddział Zamknięty. Nie ma żadnego znaczenia to, że piosenki jak „Andzia i ja”, „Twój każdy krok”, czy „Debiut” cieszą ucho zagorzałych fanów. Istotnym jest to, czy w rock'n'rollu istnieje coś takiego jak granica wstydu?Nie! Przygotowanie występu Jary OZ, robiło wrażenie. Akustycy i techniczni uwijali się jak w ukropie, żeby scena spełniała wymagania prawdziwych gwiazd. Oprócz Jarego w skład zespołu wchodzą przecież Krzysztof Zawadka (gitara starego Oddziału) i Zbyszek Bieniak (wokalista formacji w latach 80.). Resztę składu dopełnili muzycy współpracujący z Jarym od lat w jego Jary Band. Solidne brzmienie, dobry sprzęt i obsługa sceniczna sugerowały, że po pieczołowitych przygotowaniach odbędzie się coś nadzwyczajnego. Zabrzmi koncert, który powali na kolana i stanie się wielkim powrotem żyjących na marginesie dinozaurów. Muzycy udowodnią, że medialny  niebyt nie oznacza wcale  artystycznej emerytury. Napięcie rosło po to, by zabrzmiały pierwsze ogniskowe  akordy do piosenki „Ich marzenia”.  G – dur, D - dur i C - dur - jakież to porywające! I jeszcze ten tekst sprzed ponad trzydziestu lat, wyśpiewany z niemałym przejęciem przez blisko sześćdziesięcioletniego lidera. Pobłażliwy uśmiech sam cisnął się na usta. Geriatria udająca młodzież, proklamująca buntownicze teksty o poziomie uwrażliwionego na niesprawiedliwość świata licealisty, mogłaby się obronić. Byłoby to możliwe tylko wtedy, gdyby warstwa muzyczna proponowała coś wiekopomnego, niebanalnego i odznaczającego się wyjątkowym charakterem. Chyba każdy miłośnik polskiego rocka zna większość przebojów Oddziału Zamkniętego i wie, że w przypadku tej orkiestry trudno mówić o kunszcie kompozytorskim. Zabrakło ogniska i drewnianej podłogi, aby potupaja mogła odbyć się we właściwych warunkach. Tak!Pomijając "treściwość" i "artyzm" repretuaru Jarego z kolegami, trzeba podkreślić, że w przypadku tych dinozaurów nie ma mowy o fuszerce. Wspomniane pieczołowite przygotowania sceny, nie były bezzasadne. Dinozaury pokazały klasę wykonawczą. Pierwsza część koncertu upłynęła przy dźwiękach gitar akustycznych. Hity jak „Świat rad”, „Na to nie ma ceny”, czy „Debiut” zachwyciły publiczność innym od oryginału aranżem. Muzycy przeplatali hiciory nowymi kompozycjami, zapowiadającymi nadchodzącą pytę. Oczywiście musiały zabrzmieć także charakterystyczne dla polskiego rocka ballady rozliczeniowe. Publiczność wspierała Jarego i Bieniaka prawdziwym chórem zjednoczonych gardeł.Druga część wieczoru wybrzmiała już w pełni wymiarowo – z prądem. Na to czekali słuchacze. „Twój każdy krok” poderwał posiwiałą młodzież pod scenę i w klubie rozkręciła się prawdziwa rock'n'rollowa impreza. Niektórzy starali się nawet potańczyć w parach. Inni fani Oddziału, którym czas wplótł we włosy srebrzyste pasma, wygładził „zaczes” i odprasował kanty, starali się uwiecznić fragmenty występu swoich dinozaurów za pomocą telefonów komórkowych. Party trwało do późnej nocy.Support dał ognia Należy zwrócić uwagę na zespół, który supportowal Jarego i spółkę. Grupa Out zaprezentowała swoje wersje najbardziej znanych kompozycji hard rocka. Jeśli już odwoływać się do mistrzów gatunku, to należy to robić z szacunkiem. Kwartet ze Słupska poszedł nawet o krok dalej. Muzycy ze zwykłego odgrywania cudzego repertuaru, uczynił prawdziwą sztukę. Rzadko słyszy się tak solidne brzmienie i zgranie nawet w gronie starych wyjadaczy. Muzycy pochwalili się także swoją pomysłowością, bo kompozycje choćby Joego Bonamassy „The ballad of John Henry”, „Noc komety” Budki Suflera, czy niestandardowa wersja „Balck dog” Led Zeppelin - robiły wrażenie. Komiczni rockmaniWieczór udał się znakomicie. Gitary zabrzmiały soczyście. Publiczność rozpromienionymi licami, oklaskami i okrzykami pełnymi zachwytu, dawała znak, że bawi się nad wyraz świetnie. Nie zauważała dysonansu, ani śmieszności nobliwych rockmanów wykonujących banalne songi. Liźnięta upływem czasu twarz lidera głównej formacji wieczoru, nadal wykręcała się w scenicznej manierze. Rączki śmigały po gryfie w  prostych układach akordowych, ale poczynania „grupy rekonstrukcyjnej” Jary OZ mogły zachwycić tylko zagorzałych fanów. 
20 Lutego 2016 godz. 11:21
Robert Kuliński
 

Rysy z klimatem

Propozycja koncertowa zespołu Centrum Kultury 105 sprawiła, że piątkowy wieczór upłynął w tanecznym rytmie. Na scenie Clubu 105 zaprezentowali się młodzi artyści z formacji Rysy. Duet zachwycił liczną publiczność, choć pląsy pod sceną nie były specjalnie zamaszyste. Muzyka elektroniczna w naszym kraju nie grzeszy świeżością, ale należy zauważyć, że w końcu pojawiają się wykonawcy bez kompleksów. Młodzi artyści odważnie czerpią z wzorców zachodnich, a Rysy to jeden z najznamienitszych przykładów zastosowania mądrej inspiracji. Kompozycje duetu odwołują się do na nowo odkrywanej w nadwiślańskim kraju stylistyki IDM. To  tak naprawdę  zgubna łatka, ale przynajmniej kieruje skojarzenia w kierunku wybitnych jak np. Autechre. Nie można też pominąć wpływów klasyki techno, ale w wydaniu absolutnie niebanalnym, choćby z Underworldem w tle. Oczywiście to skojarzenia przywołujące  najwybitniejszych, a mają służyć jedynie nakreśleniu brzmienia polskiej formacji, bo Rysy posiadają swój własny klimat. Puls i rozkręcające się partie rytmiczne, okraszone były głębią eterycznych plam dźwięku. Szczypta mroku i oszczędna melodyka, a wszystko zaserwowane z ogromną dbałością detal. Koncert udał się doskonale, pomimo że taneczny rytm nie był dominującą atrakcją wieczoru. Koszalinianie przyszyli przede wszystkim posłuchać. Niewielka grupa wzbogacała swoją obecność fizyczną rytmicznym ruchem. Po zakończeniu występu artyści byli wywoływani na scenę aż dwukrotnie. Publiczność  nie miała zamiaru pozwolić na to, aby tak wspaniały koncert zakończył się bez bisów. Burza oklasków huknęła w Clubie 105 także, kiedy nastał już definitywny koniec muzycznego spotkania. OD AUTORAWieczór był bardzo udany i cieszy fakt, że była to propozycja inna niż zwykle. Oby więcej młodych, parających się elektroniką. Jeśli koncert grupy Rysy jest zwiastunem „dobrej zmiany”, czyli tego, że CK 105 pozbywa się rockowo – metalowych butów, to tylko przyklasnąć.  
23 Stycznia 2016 godz. 1:01
Robert Kuliński
 

Publiczność chciała hard'n'heavy

Frekwencja podczas wieczoru z muzyką heavy metalową i hard rockową pokazała, że publiczność w Koszalinie ma głód tego typu imprez. Pomimo, że nie wszystkie zespoły prezentowały solidne brzmienie i muzyczny poziom, fani ostrych gitar przyjęli artystów z entuzjazmem. Koncert wypełniła twórczość trzech formacji: So Long, Fantomima oraz Steel Drunk. Zapowiedź imprezy była jednoznaczna - hard'n'heavy - miłośnik świeżości, innowacyjności, czy po porostu czegoś oryginalnego, mógł spokojnie odpuścić sobie piątkowy wieczór w Kawałku Podłogi. Zabrzmiały siermiężne riffy odwołujące się do klasyki heavy metalu i hard rocka. Nic ponad ramy gatunkowe. Żadnego przełamywania konwencji, a jedynie repertuar zagrany – można by rzec – po bożemu. Szczególnym urokiem odznaczyła się formacja So Long. Muzycy czerpią z pierwocin ostrego grania. Pewnie chcieliby zabrzmieć rasowo, tak jak wczesne Judas Priest, ale brak ku temu jeszcze umiejętności i obycia scenicznego. Przynajmniej takie wrażenie można było odnieść widząc wokalistę kryjącego się za ciemnymi okularami i słysząc co chwila wysypującą się perkusję oraz błądzenie po obrzeżach rocka psychodelicznego z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Bluesowe pochody wybrzmiewały kanciatą motoryką. Wokalista gubił tonację, ale twardo starał się popiskiwać wedle żelaznych prawideł stylu. Do tego rozjeżdżająca się sekcja. Nie mogło się udać - a jednak. Od muzyków biła szczerość, zaangażowanie i wielki entuzjazm. Publiczność zrewanżowała się ciepłym przyjęciem i burzą oklasków. Zespół So Long zagrał tak pokracznie, że miało to swój urok. Zupełnie inaczej wypadła formacja Fantomima. Trio przeniosło słuchaczy w do przełomu lat 80. i 90. Był to szczególny okres wielkiej popularności metalu, który normalnie śmigał na antenie MTV w towarzystwie innych, mniej ekstremalnych stylów. Wyobraźmy sobie zespół Metallica, który stoi okrakiem pomiędzy „...And the justice for all” a „Czarnym albumem”. Dorzućmy do tego wokal Oleja z Proletaryatu, kiedy to w TVP można było oglądać program Clipol i słuchać jak to polscy wokaliści  naśladują na przemian manierę Hetfielda lub stosują tzw. zawodzenie w stylu Seattle. Do tej mikstury wplećmy najbardziej kiczowaty okres radosnej twórczości Guns N' Ross, a przede wszystkim solówkowe tandeciarstwo Slasha – który z niezrozumiałych dla autora względów, wśród wielu gitarzystów jawi się jako bożyszcze. Muzycy zaprezentowali bardzo pieczołowicie przygotowany materiał, który mógłby zachwycić, ale dobre trzydzieści lat temu. Na scenie wystąpił kolejny, miliardowy zespół parający się kopiarstwem i to rażącym. Atrakcyjność repertuaru Fantomimy, jest wątpliwa. Słuchacze poszukujący choć cienia jakiejkolwiek, autorskiej inwencji muzyków, mogliby nabawić się zajadów od ustawicznego ziewania. Szkoda, bo dało się słyszeć, że muzycy są ambitni, ponieważ porywają się na bardzo rozbudowane formy. Mimo to odegrane zostały kolejne kalki metalowo - hardrockowych rozwiązań, które już dawno przebrzmiały nawet na antenie MTV. Publiczność ponownie nie zawiodła i nagrodziła młodych muzyków solidną dawką oklasków oraz okrzyków entuzjazmu. Można by to wytłumaczyć socjologicznym tworem - postacią pewnego inżyniera z „Rejsu” Piwowskiego, ale ileż to razy już na naszych łamach to dźwięczne nazwisko pojawiało się w kontekście koszalińskiej sceny muzycznej.Wieczór należał do młodych zawodowców ze Steel Drunk. Formacja doskonale radzi sobie z odgrzewaniem zatęchłej stylistyki hard rocka. Wbrew pozorom nie trzeba zbyt wiele, aby tego dokonać. Chodzi o dystans, przymrużenie oka. Bydgoskie trio można śmiało postawić obok takich grup jak Thermit, czy The Toobes, które świetnie balansują pomiędzy pastiszem, a hołdem dla dawnych mistrzów. Publiczność otrzymała to po co przyszła - solidną dawkę starego, niemodnego grania, zaserwowaną z polotem (sekcją grającą równo) oraz szalonym scenicznym show,a także lekką domieszką komizmu.  Słuchacze zostali porwani do wspólnej zabawy. 
20 Stycznia 2016 godz. 1:10
Robert Kuliński/ fot. Izabela Rogowska
 

Beczka Jazzem stoi

Nie po raz pierwszy niewielki Pub Z Innej Beczki przy ul. Langego, wypełnił się dźwiękami przepięknej urody. Publiczność - o dziwo - także dopisała. W lokalu zabrakło miejsc siedzących. To cieszy, bo z reguły koncerty jazzowe w Koszalinie upływają w kameralnym gronie. Miniony wieczór  był wyjątkową okazją do usłyszenia tria prezentującego muzykę bardzo różnorodną i wykonaną z ogromną erudycją.  Sebastian Gille (sax), Max Mucha (b), Ivars Arutyunyan (dr) zagrali dwa sety, które wypełniły jazzowe starocie i autorskie kompozycje. Niby nic nadzwyczajnego, bo wielu młodych tworzących swoje zespoły czerpie z twórczości klasyków, jak Bill Evans, czy Thelonius Monk. Jednak magię jaką muzycy wydobyli ze swoich instrumentów spotyka się rzadko, tym bardziej w Koszalinie. Pierwsze nuty, które trzasnęły w powietrzu z impetem dały znak każdemu, że będzie to wieczór niezwykły. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że Sebastian Gille jest piekielnie oryginalnym saksofonistą. Wiekowy instrument, na który gra, posiada bardzo charakterystyczną barwę, którą artysta z wielką świadomością wykorzystuje do misternego tkania nastrojowych pasaży. Wygrywane przez niego tematy oraz  improwizacje zachwycały tą  wysmakowaną  kolorystyką, przywodzącą na myśl tradycję uwiecznioną jeszcze na szelakowych krążkach. Ciepłe i nieco zakurzone dźwięki z czasem nabrały jadowitego  posmaku, co totalnie urzekło słuchaczy. Warto podkreślić, że Gille jest absolutnym mistrzem oszczędnej improwizacji, której nie można nazwać popisem, a właśnie autorską interpretacją. Co się ceni, bo epatowanie swoimi umiejętnościami, często przybiera formę prezentacji akrobatycznej, a nie muzycznej.   Dynamiczne standardy kontrastowały z przestrzennymi i stonowanymi utworami. Zabieg przeplatania nastrojów zademonstrował wielką biegłość muzyków, co spodobało się słuchaczom. Wielokrotnie z widowni dobiegały onomatopeje sygnalizujące aprobatę. Oprócz standardowych okrzyków typu „łoł!”, można było uświadczyć anglosaskie „yeah!”, a nawet gardłowe „arrr!”. Powróćmy jednak do poczynań muzyków, bo to oni byli odpowiedzialni za wyjątkowość wieczoru.  Skupienie się wyłącznie na, bądź co bądź, nietypowym brzmieniu saksofonu, krzywdzi pozostałych instrumentalistów. Dlatego należy wspomnieć o wybitnej grze perkusisty Ivarsa Arutyunyana. Niepozorny młody bębniarz, zachwycał doskonałym wyczuciem. Ozdobne dodatki i wielka swoboda  w rytmicznych zawijasach, zasługuje na ogromne uznanie. Także kontrabasista Max Mucha wydobył z czystego i niewzmocnionego żadnym „piecykiem” instrumentu ujmującą głębię. W standardach może nie zbyt udało się mu przebić przez ścianę drapieżnych partii saksofonu, ale np. w lirycznym „The place for everyone” nadał kompozycji przepięknych kolorów o nieco mrocznej urodzie. Niczym byłyby umiejętności artystów, gdyby nie dało się wyczuć podczas minionego koncertu prawdziwej miłości do muzyki. To nie był koncert wysnobowanych młodzików z prestiżowych szkół, którzy przyjechali odegrać „dżoba”. Znów w Koszalinie, z prywatnej inicjatywy ekipy pubu przy ul. Langego, wystąpili artyści. Muzycy którzy w swój występ wkładają serce i emocje. Kto miał okazję usłyszeć międzynarodowe trio w miniony wtorek, ten zapewne zgodzi się, że Pub Z Innej Beczki Jazzem stoi i to właśnie takim, który należy pisać dużą literą. 
19 Grudnia 2015 godz. 12:35
Robert Kuliński
 

Gitary, miliony i przyszłość

Wieczorny koncert na scenie Graala, był okazją do zapoznania się z muzyką koszalińskiej formacji 100 Milionów oraz miasteckiej grupy One Future. Publiczność przyjęła lokalne zespoły ze zdawkowym entuzjazmem. Wieczór rozgrzały ostre riffy i  hardcore'owa energia za sprawą orkiestry prowadzonej przez Romana Langego, czyli 100 Milionów. Słuchacze nie utworzyli wielkiego tłumu pod sceną, byli także nieco ospali. Jedynie ortodoksyjni wyznawcy stylistyki ogranej do granic wtórności, pozwolili sobie na odrobinę ekspresji tanecznej. 100 Milionów to zespół  będący swoistą kontynuacją działań (od)twórczych T – 34. Zespół wyraźnie, czerpie z klasyki hard core' a oraz kazikowej maniery liryczno – wokalnej z połowy lat 90. ubiegłego wieku. Nie można  muzykom odmówić biegłości i fantazji aranżacyjnej. Solidne zgranie i potężne brzmienie, to prawdziwe atuty „milionerów”. Gorzej jest z innowacyjnością. Czyli niezmienną od lat bolączką  większości amatorskich składów, które lubują się w kopiarstwie.   Młodociani „kicający” zdołali się spocić, artyści zagrać z pełnym zaangażowaniem i energią, a znajomi muzyków spalić kilka kalorii, rytmicznie poklaskując. Niestety czasem frontman „milionerów”, musiał przypominać audytorium, że ciszę pomiędzy utworami należy wypełnić dźwiękiem uderzenia dłoni o dłoń. O ile koszaliński skład mógł liczyć, na odrobinę zainteresowania, czy kurtuazyjnego uczestnictwa w występie swoich znajomych, tak One Future zagrało dla kilkorga słuchaczy. Taka sytuacja nie dziwi, zważywszy na to, że grupa nie prezentuje typowego rockowego „grzańca”. Graal to środowisko, którego przedstawiciele mają specyficzne podejście do przebojowych treści. Z jednej strony króluje postawa przeciw muzyce popularnej, a z drugiej zachwyty nad Lao Che, czy akurat innymi "hepisadami" albo "ramsztajnami". Nie można też wymagać, aby w lokalu o „party pukowo- rock'n'rollowej” estymie, przyjął się repertuar "no nameów", który nadaje się świetnie na antenę radiową. Gdzieś pomiędzy prognozą pogody, a informacją o stanach wód w kraju.   Muzycy z Miastka potrafią zagrać i zabrzmieć. Mają ciekawe pomysły na oprawę prostych piosenek, ale nie udało się im przywołać klientów baru pod scenę. Niestety w indie pop/rockowej stylistyce zbrakło tego, czego oczekuje młoda część publiki, czyli monumentalnych przesterów i młócki. Zabrzmiały za to pieczołowicie poukładane  kawałki, które Sz. P. Stelmach mógłby nucić sobie z radością pod prysznicem. Czy jest to zarzut, czy pochwała?  To już zależy od indywidualnej oceny działalności rzecznego redaktora Trójki.
13 Grudnia 2015 godz. 12:05
Robert Kuliński
 

Tarantellada skromna, ale ostra

Druga edycja imprezy rockowej „Świąteczna Tarantellada”, nie przyciągnęła zbyt wielu miłośników ostrych gitar. Najprawdopodobniej cena biletu odstraszyła młodocianych bywalców koncertów rodzimych zespołów. Mimo to party w Kawałku Podłogi udało się, przynajmniej pod względem atmosfery. Koncerty według planu miały rozpocząć się o godzinie 19:00. Jednak oczekiwanie na publiczność opóźniło występ pierwszej formacji, czyli Spineless Back o pół godziny. Zespół jest już dobrze znany koszalińskim miłośnikom ekstremalnego grania. Latem kwintet triumfował podczas finału przeglądu Łowcy Talentów, zgarniając aż trzy nagrody w tym Nagrodę Publiczności. Grupa wciąż się rozwija. Wcześniejsze sceniczne poczynania młodych „ekstremistów”, miały wiele wspólnego z najbardziej śmiercionośną odmianą metalu, tymczasem na koniec 2015 roku dało się  słyszeć, że aranżacje  i brzmienie Spinelessów ewoluują w stronę metalcore'a. Pojawiło się więcej przestrzeni na złapanie oddechu i dopracowane dodatki melodyczne. Nie znaczy to jednak, że grupa straciła ciężar. Wręcz przeciwnie, cały set był prawdziwą „rzezią niewiniątek”. - Cieszę się, że mogliśmy zagrać na „Tarantelladzie” w tym roku – mówi Przemysław Mikulski wokalista Spineless Back . - To jest bardzo faje, że koszalińskie kapele starają się działać razem. Jeśli chodzi o nasz zespół, to pomimo kilku sukcesów praca nad materiałem idzie powoli. Część z nas rozjechała się na studia poza Koszalin i dlatego próby gramy rzadko. Jednak staramy się spotykać, kiedy tylko nadarzy się okazja i dopracowujemy repertuar. Jesteśmy w sumie gotowi, żeby rozpocząć nagrania, ale czekamy na dogodny termin dla wszystkich.Świąteczne party, wzorem ubiegłego roku, miało charakter zabawy przebierańców. Niestety nieliczni Fot. Katarzyna Woźniak odważyli się na przyjście do Kawałka Podłogi w dowcipnej kreacji. W tłumie pojawił się jednak osobnik w mundurze wojskowym. - Impreza jest udana, choć nie ma takich tłumów jak poprzednio. Przyszli znajomi i można do tego posłuchać „zajefajnej” muzy. Postanowiłem przyłączyć się do przebieranek i reprezentuję straż przyboczną  św. Mikołaja (śmiech) – wyjaśnia Paweł Wolf. - Żołnierski styl, włączając w to nawet kamizelkę szturmową, maskę przeciwgazową i karabin, który musiałem jednak zdać do przechowalni, bo przeszkadzałby w zabawie.Publiczność z wielką ciekawością oczekiwała na występ Tarantelli Underground. Jednak zanim formacja Fot. Katarzyna Woźniak zainstalowała się na scenie, publiczność mogła podziwiać pokazy fireshow w wykonaniu Grupy Dragon Breath. Na placu pod klubem zafurczały parzydła i wachlarze. Można było też zobaczyć ewolucje  z płonącym kijem, czy mieczem. Jednak największym uznaniem publiczności cieszył się pokaz „ziania ogniem”.Zespół Tarantella Underground od marca borykał się z utratą głosu. Trwały poszukiwania  wokalistki. Grupa w miniony wieczór zaprezentowała się z nową frontwoman i nowym materiałem, porywając słuchaczy do tańca – kuksańca.  Repertuar znacząco się zmienił, a to z a sprawą zupełnie innej maniery wokalnej Beaty. Maru Fot. Katarzyna Woźniak (wcześniejsza wokalistka)  nadawała grupie ognia swoim „wiedźmowatym charczeniem - skrzeczeniem” i próbami growlowania. Nowy głos Tarantelli ma w sobie szczyptę gotyku i teatralności.  Nie brakuje mu siły, ale pazur nie jest już tak ostry jak dawniej.  Być może dlatego więcej dzieje się w gitarach, które  wybrzmiewają  bogatym, soczystym riffem, czasem liryczną nutą  i barwą horusa. Energetyczne poppunkowe piosenki przeplatane były rockowymi balladami. Liryka  wokalistki i autorki tekstów  wyśpiewywana jest tym razem po polsku. - Do zespołu trafiłam przypadkiem – mówi Beata. - Andrzej (Sawczuk , gitarzysta TU – red.) szukał wokalistki, a moja kapela była akurat w rozsypce. Niezobowiązująco przyszłam na próbę i okazało się, że Fot. Katarzyna Woźniak chłopaki bardzo fajnie grają. Odnalazłam w ich muzyce wiele elementów, które mi przypasowały i zostałam. Jeśli chodzi o atmosferę w zespole to jest niemalże rodzinna, więc nie było problemów, żeby się zaaklimatyzować. Natomiast muzycznie  trafiło się parę kawałków, które sprawiły mi problem, m.in. ta „Pozytywna” płakałam i wyłam, ale się udało. Trudności wynikały z tego, że na co dzień słucham raczej ciężkiego metalu, choć dobrym popem też nie pogardzę. Jestem otwarta na muzykę i kocham całym sercem, a w Tarantelli, jako wokalistka, mam okazję spróbować czegoś nowego.Po występie gospodarza imprezy zagrali goście ze Szczecina, grupa Joyride. Dźwięki mocno zabarwione Fot. Katarzyna Woźniak amerykańskim klimatem, odwoływały się do poczynań  Incubusa, Queens of The Stone Age, czy Pearl Jam. Poza tym muzycy Joyride oprócz autorskich kompozycji zaprezentowali covery wspomnianych grup. Energetyczne rockowe kawałki sprawiły, że publiczność dosłownie oszalała. Tłumek pod sceną nie pozwalał zespołowi zejść ze sceny, dwukrotnie domagając się bisu. Natomiast na zakończenie  zahuczało chóralne „Dziękujemy!”.  - Byłem bardzo miło zaskoczony zespołem Joyride  - mówi Benek, uczestnik zabawy. - Brakuje nam tutaj w Koszalinie takich kapel i fajnie by było, gdyby mogli częściej do nas przyjeżdżać.  Fot. Katarzyna Woźniak - Cieszymy się, że  nas tutaj zaproszono - mówi Bratek wokalista Joyride - Jestem pod wrażeniem, że tak inne zespoły potrafią zagrać wspólnie i bawić się razem ze słuchaczami. Jestem też bardzo zdziwiony, że nasza muzyka aż tak przypadła do gustu tutejszej publiczności. Nie wiem z czego to wynika, ale to bardzo miłe uczucie, kiedy słuchacze chcą więcej. Impreza zapewne zapadnie w pamięć uczestnikom. Zabawa  pod sceną trwała cały czas. Szkoda tylko, że  frekwencja nie była oszałamiająca.   
11 Grudnia 2015 godz. 14:32
Ekoszalin za CK105 w Koszalinie
 

Sarsa na 40-lecie CK 105

Centrum Kultury 105 w Koszalinie w przyszłym roku obchodzić będzie szczególny jubileusz – 40 lat istnienia. Z tej okazji 16 stycznia o godz. 19.00 w sali widowiskowej CK105 z bezpłatnym koncertem wystąpi Sarsa. Wejściówki na to wydarzenie będą rozdawane już od 11 stycznia w recepcji CK105 w godz. 8-15 i w kasie kina Kryterium od godz. 16-20 ( pon.- pt.). Ilość wejściówek jest ograniczona. Jednorazowo będzie można odebrać tylko dwie wejściówki. Sarsa to kompozytorka, autorka tekstów, grająca na instrumentach klawiszowych i ukulele. Laureatka licznych konkursów na twórczość własną. Fluktua, TakloopNie, SarsaParilla, Emma Nuci Organic, to tylko niektóre z jej projektów muzycznych zakorzenionych w szeroko pojętej muzyce alternatywnej. Współtworzyła wiele projektów eksperymentując z muzyką od jazzu, poezji śpiewanej po alternatywnego rocka i muzykę elektroniczną. Jej charakterystyczny wokal stylistycznie stawiany był obok głosu Dolores O’Riordan z The Cranberries, Florence Welch z Florence And The Machine, Sia, CocoRosie. Młoda wokalistka została doceniona i zwróciła uwagę dziennikarzy radiowej Trójki i Czwórki.   Jej alternatywna twórczość cieszyła się również popularnością w radiach lokalnych. Sarsa od najmłodszych lat pisze własną muzykę. Jej autorskie kompozycje zostały docenione na licznych konkursach i festiwalach muzycznych. Do najbardziej dla siebie znaczących Sarsa zalicza: w 2011 Konkurs Niemen NonStop, gdzie otrzymała I nagrodę w kategorii: „Twórczość Własna” za utwór ,,Come closer”, oraz została dodatkowo wyróżniona za interpretację kompozycji Czesława Niemena. W 2013 roku z zespołem FLUKTUA nagrała EP’kę „SICK&FAST”.W 2012 roku Sarsa dołączyła do projektu TakLoopNie. Współpraca zakończyła się wydaniem płyty pt. ,,Człowiek w Zielonym Korytarzu”, gdzie można usłyszeć Sarsę między innymi w duecie z Igorem Herbutem znanym z zespołu LemOn. W projekcie pojawia się również Dawid Podsiadło. Dodatkowo, w tym samym czasie Sarsa stworzyła squad SarsaParilla, z którym grała koncerty w stylu emo. Dance pop’u. W 2013 roku Sarsa nagrała emocjonalny utwór pt. ,,Chill” , który stał się zwiastunem jej solowych działań i prac przy debiutanckiej płycie. W grudniu 2014 roku Sarsa zaśpiewała gościnnie sensualny duet z Krzysztofem Kiljańskim. Utwór „Ktoś między nami” znajduje się na płycie Krzysztofa Kiljańskiego i stał się pierwszym singlem promującym płytę artysty.      
11 Grudnia 2015 godz. 12:37
Robert Kuliński
 

Bożek w pustym Kawałku

Występ Marcina Bożka w Kawałku Podłogi okazał się być propozycją niezbyt atrakcyjną dla koszalińskich miłośników muzyki. Grono publiczności zasilił jedynie autor niniejszej publikacji oraz chwilowo muzyk rodzimej formacji reggae. Swobodna improwizacja budzi wiele kontrowersji. Jest traktowana jako działalność nie mająca nic wspólnego z muzyką. Tym bardziej jeśli tego typu repertuar trafi w tak zaściankową przestrzeń jaką jest niewątpliwe Koszalin. Ewidentnym przykładem na potwierdzenie tezy o prowincji mentalnej naszego miasta, jest sytuacja z ubiegłego weekendu. Hala Widowiskowo – Sportowa pękała w szwach. Podczas Gali Disco Polo bawiło się 4,5 tys. ludzi. Często też przy okazji propozycji np. Galerii Scena, gdzie  widzowie mogą zapoznać się ze sztuką performance'u, z reguły pojawiają się głosy krytyki, że to nabijanie ludzi w butelkę, oszustwo itp.  Jest to o tyle smutne, że  zarówno wolna improwizacja, jak i performance to działania twórcze obecne na polu sztuki co najmniej od 50 lat. To jest pół wieku(!). Natomiast autorska wypowiedź wymykająca się  klasycznym ramom, nad Dzierżęcinką to wciąż zagdaka. Zakończmy dywagacje na ten temat. Warto zapoznać się z punktem "słyszenia" jedynego, acz chwilowego towarzysza, czyli Macieja Trembowieckiego basisty zespołu Raggafaya, bo dużo o swoich przeżyciach z minionego koncertu napisał na swoim facebookowym profilu. Warto prześledzić dyskusję w komentarzach. Tym bardziej, że wielu wypowiada się na temat występu Bożka lub jego muzyki, choć de facto w Kawałku Podłogi nie byli. Artysta  nawiedził Koszalin nie po raz pierwszy. Grywał już w „stolicy subregionu” z zespołem Olbrzym i Kurdupel, tym razem zaprezentował się solowo. Basista i wielki entuzjasta  poszukiwań muzycznych oraz odważny wykonawca. Bożek swój set rozpoczął z miejsca bardzo agresywnie. W splątanych pasażach dźwiękowych narastało napięcie, które z czasem przerodziło się w drapieżne, abstrakcyjne tło, idealne do kolejnych niekonwencjonalnych dodatków.Trzaski, szumy, pomruki rozdrapywanych strun, układały się w solidną całość, będącą niczym innym jak prostą ekspresją emocji. To jest istotą działań Bożka i jemu podobnych twórców. Zamiast  brnąć w wyeksploatowane do granic możliwości układy harmoniczne, czy trywialne budowanie melodii, artysta po prostu przelewa  siebie w dźwięki. Żadna technika, czy wiedza teoretyczna nigdy nie będzie w stanie  „przetłumaczyć” uczuć i emocji w taki sposób, aby zapisać je na pięciolinii oddając ich charakter rzetelnie.Improwizacja Bożka zapewne też nie jest w stanie opowiedzieć wszystkiego, ale na pewno mówi więcej. Ponieważ pozbawiona jest wirtuozerii – czyli wyćwiczonych nawyków. Nie ma ukłonów do publisi po to by ją zachwycić. Jest autorska propozycja i konfrontacja, a nie „szoł” i zabawa, czego oczekuje znakomita większość słuchaczy. Występ "freewolnego" improwizatora, był bardzo inspirującym przeżyciem.
5 Grudnia 2015 godz. 1:28
Robert Kuliński
 

Wieczór progresywnych pejzaży

Koncerty rocka progresywnego zdarzają się niesłychanie rzadko, bo niewielu wykonawców kultywuje tę stylistykę muzyczną. Miniony, piątkowy wieczór w Kawałku Podłogi, był wyjątkową okazją do usłyszenia dwóch formacji czerpiących z klasyki. Niestety propozycja nie spotkała się z dużym zainteresowaniem słuchaczy. Jako pierwszy wystąpił zespół Underfate z Kwidzyna. Grupa już po raz drugi gościła w Koszalinie. Wcześniej kwartet zagrał jako suport Besides i został bardzo ciepło przyjęty przez rodzimą publiczność. Zdawało się więc, że  Kawałek  będzie pękał w szwach, jednak okazało się inaczej. Niestety  typowe progresywne granie  nie należy do stylistyk szczególnie popularnych. Szkoda, bo fani rocka mogli posmakować czegoś innego. Zespół Underfate zaprezentował  bardzo pieczołowicie opracowany występ, wzbogacony o projekcję video. Ponadto na ekranie można było wyczytać wersy libretta, składające się w historię zawartą na pierwszym konceptualnym albumie grupy pt. „Seven”. Opowieść przedstawia przeżycia chłopca o imieniu Mercury, który po 14 latach budzi się ze śpiączki.   W półmroku grupa zaprezentowała swój materiał, pełen klasycznych rozwiązań obranej drogi muzycznej. To zdecydowanie propozycja dla zagorzałych fanów progresywnego grania, których nie razi monotematyczność i przewidywalność narracji. W pełni instrumentalne „makarony” trąciły z lekka zadęciem, ale trzeba muzykom przyznać wielką odwagę w poszukiwaniu swojej drogi. Szkoda, że póki co, prowadzi ona w ślepy zaułek przerostu formy nad treścią. Dramaturgia wynikła z prostych układów harmonicznych,  wypracowanych co najmniej 30 lat temu - to zwyczajnie może nużyć. Nielicznie zgromadzeni słuchacze nagrodzili jednak  młodych muzyków  gromkimi oklaskami.Na zwieńczenie wieczoru koszalińska publiczność usłyszała poczynania grupy aERO. Tym razem zabrzmiały pop rockowe piosenki, okraszone szczyptą progresywnych przypraw w postaci rytmicznych połamańców i klawiszowych przestrzeni. Wokalista i gitarzysta grupy Marcin Kruszyński starał się usilnie zaprzyjaźnić z publicznością, uskuteczniając pomiędzy utworami najzwyklejsze gadulstwo. Jest to jakiś sposób ujęcia słuchaczy, tym bardziej jeśli na scenie brakuje charyzmy. Koncert przedłużył się niemiłosiernie, ale fani nieco innego grania byli usatysfakcjonowani. Nie szczędzili naskórka dłoni, oddając salwy hucznych oklasków.